
うら店のかべには耳も口もあり
„Ściany oficyny
mają uszy,
mają też usta.”
Wiadro uderza o wodę z płaskim, mokrym plaśnięciem, słyszalnym w porannej ciszy w całym zaułku. Samej studni prawie nie widać. Z ziemi wystaje beczka z poczerniałego od wilgoci drewna hiby (檜葉, żywotnikowca) spięta bambusowymi obręczami, a wokół niej leży płyta z desek z podniesionym rantem, żeby rozlana woda nie płynęła sąsiadom pod drzwi. Lato roku 7. ery Bunka (1810), za panowania shōguna Tokugawa Ienariego, tylna uliczka w Kandzie, kilka kroków od głównego traktu Edo. Przejście ma szerokość rozłożonych ramion, środkiem biegnie rynsztok przykryty deskami dudniącymi pod drewniakami. Przy beczce kucają już trzy kobiety z balią i koszykiem ryżu, czwarta stoi z wiadrem i niby czeka, aż studnia się zwolni, ale nie wygląda, jakby się jej spieszyło. Pachnie mokrym drewnem, dymem i ługiem z popiołu. W Edo ryż gotuje się raz dziennie, rano, i cała ura-nagaya (oficyna) płucze go mniej więcej o tej samej porze.
Woda, w której kobiety płuczą ziarno, nie jest wodą gruntową. Studnia to pionowy szyb obudowany drewnianymi kręgami, podobnymi do beczek bez dna, ustawionymi jeden na drugim. Tylko najniższy krąg ma dno i działa jak zbiornik, a do niego dochodzi bambusowa rurka od drewnianego wodociągu biegnącego pod uliczką. Ten wodociąg zaczyna się w stawie Inokashira, na zachodnich przedmieściach, skąd woda płynie dwadzieścia kilka kilometrów otwartym kanałem, przechodzi nad rzeką drewnianym korytem i dopiero potem schodzi pod miasto, w skrzynie z sosny i hinoki. Edończycy chełpili się, że kąpano ich po urodzeniu w wodzie z wodociągu, jak inni chełpią się herbem. Kobiety przy beczce mają jednak ważniejsze sprawy. Ryż znów podrożał. Mąż młodej Ofuku wrócił w nocy pijany jak bela, co wie już cała uliczka, bo ściany są tu z cienkich desek. U tych za ścianą znowu była awantura. Młody Hachigorō podkochuje się w córce cieśli świątynnego.

Patrzę, słucham i przecieram oczy ze zdumienia, bo znam tę scenę, tylko z innej scenografii. Kobiety w chustach pod figurą przy drodze, torby i siatki postawione „na chwilę” na ziemi, i po kolei cała wieś, chałupa za chałupą: kto się z kim prowadza, czyj stary znowu pił, komu się krowa ocieliła, a czyjej córce brzuch rośnie, choć do ślubu jeszcze dwa miesiące. Japonia shōgunatu czy Polska? 70 lat później tokijscy satyrycy nazwali takie zgromadzenie idobata kaigi (井戸端会議), dosłownie „naradą na skraju studni” - miał to być żart, bo słowo „narada” kojarzyło się wtedy z parlamentem, a nie kobietami przy pracach domowych. Trafili lepiej, niż zamierzali. Przy tej beczce naprawdę obradowano: ustalano ceny i reputacje, przyjmowano nowe członkinie i karano niepokorne. Kucnijmy obok i posłuchajmy, póki nas nie przegonią.

Studnia-rurociąg
Edo stało w dużej części na dawnych bagnach i płyciznach zatoki i miało kłopot znany wszystkim takim miastom: wody pod stopami było pełno, tylko pić się jej nie dało. Kitagawa Morisada, kupiec z Osaki spisujący kilkadziesiąt lat później obyczaje trzech wielkich miast, zanotował krótko, że w Edo wiele ziemi powstało z morza, więc woda w studniach jest słonawa. Dlatego od pierwszych dekad rządów Tokugawów ściągano ją z daleka. Kanał Kanda zbierał wodę ze stawu Inokashira, przy jazie w Sekiguchi podnosił ją na potrzebny poziom, a obok mostu nazwanego od tego koryta Suidōbashi, „Mostem Wodociągowym”, przerzucał ją nad rzeką drewnianym akweduktem. W połowie XVII wieku przyszła druga woda, z doliny rzeki Tama, kanałem długim na 43 kilometry, poprowadzonym z takim wyczuciem, że na całej trasie opada zaledwie o 92 metry. Pod głównymi ulicami biegły kanały z kamienia, pod bocznymi drewniane rury o kwadratowym przekroju, składane z odcinków po 2–3 metry. Cieśle wycinali na ich końcach znaki, żeby wiedzieć, co do czego pasuje, i te znaki można dziś obejrzeć w tokijskim Muzeum Historii Wodociągów.
Studnia w zaułku sięgała do tej rury, nie do wody gruntowej. Nie siedziała przy tym bezpośrednio na magistrali: dostawała własne odgałęzienie, cienką bambusową rurkę doprowadzającą wodę do najniższej z ustawionych w ziemi beczek. Morisada narysował taką edońską studnię w przekroju. Górną beczkę, jedyną widoczną nad ziemią, nazywano keshōgawa (化粧側), dosłownie „obudową umalowaną”, bo była od pokazywania. Pod nią, w ciemności, stały beczki numerowane od góry, pierwsza, druga, trzecia, tyle, ile wymagała głębokość, a na samym dnie „beczka korzeniowa”, jedyna z dnem. Najlepsza była hiba o czerwonawym rdzeniu. Kto chce, zobaczy w tej konstrukcji metaforę zaułka, gdzie na wierzchu wszystko schludne, a pod spodem nikt nie zagląda. Ja widzę w niej przede wszystkim porządną hydraulikę.

Z tej rury wyrosła cała edońska duma. W 1787 roku Santō Kyōden, autor żartobliwych książeczek o dzielnicy rozrywek, opisał prawdziwego edokko jako człowieka kąpanego po urodzeniu w wodzie z wodociągu i karmionego bielonym ryżem, a formułę podchwycili wszyscy, którzy chcieli się pochwalić rodowodem (więcej o stereotypowych mieszkańcach Edo przeczytasz tu: Edokko – jacy naprawdę byli mieszkańcy Edo za shogunatu?). Japońska encyklopedia wydawnictwa Heibonsha komentuje ją z rzadką u encyklopedii złośliwością: edończycy wychwalali wodę z wodociągu, bo nie znali dobrej wody ze studni. Woda z Tamy docierała do miasta tak zmętniała, że porównywano ją do wody z rowu.
Za rzeką Sumida, w Fukagawie i Honjo, nie było nawet tego. Tamtejszy wodociąg zlikwidowano w latach 20. XVIII wieku, studnie dawały słonawą wodę, więc pitną przywoziły łodzie napełniane przy wylotach wodociągów w centrum. Kupowało się ją na nosidła, dwa wiadra na kiju, i trzymało w glinianych dzbanach, których pojemność mierzono właśnie w nosidłach. Fukagawa piła wodę z łodzi aż do 1899 roku.

Kanda miała wodociąg, więc w Kandzie przy studni płucze się ryż. Morisada zapisał różnicę odczuwaną w żołądku przez każdego przybysza z Osaki. W Kioto i Osace ryż gotowano w południe, w Edo rano, do zupy miso; w południe jadło się go na zimno z jednym dodatkiem, wieczorem zalewało herbatą i zagryzało marynatami. Jeden poranny kocioł na cały dzień oznacza, że cała oficyna płucze ziarno o tej samej porze i przy tej samej beczce. Ryż należał przy tym do największych wydatków domu. W 1808 roku za 100 mon, w naszym przeliczeniu jakieś 50 złotych, dostawało się 8,5 gō, nieco ponad kilogram, a dzienna racja dorosłego wynosiła 5 gō. Cieśla z żoną i dzieckiem, opisany w zapiskach z lat 20. XIX wieku, wydawał na ryż blisko jedną czwartą zarobków. Nic dziwnego, że cena ryżu otwierała każde posiedzenie.

Trzy tsubo i ściana z uszami
Do zaułka wchodziło się bramą wciśniętą między dwa sklepy od ulicy. Domy od frontu, omotedana (表店), należały do zamożniejszych, za nimi zaś, w głębi działki, ciągnęły się rzędy parterowych baraków podzielonych na klitki. To właśnie ura-nagaya (裏長屋), „długi dom na tyłach”, edońska oficyna. Na końcu przejścia stały wspólna studnia, wspólna latryna, śmietnik i mała kapliczka, a ten zestaw powtarzał się na tyłach edońskich działek z regularnością prawa fizyki.
Mieszkanie nazywano od wymiarów kyūshaku-niken (九尺二間), „dziewięć stóp na dwa ken”: 2,7 na 3,6 metra czyli 3 tsubo - około 10 metrów kwadratowych. Przez drzwi z papierowym okienkiem wchodziło się na klepisko z paleniskiem, zlewem i dużym glinianym dzbanem na wodę, a dalej był jeden pokój na 4,5 maty, w którym jedzono, szyto, kłócono się, rodzono i umierano. Tylnych drzwi nie było.
Ile mieściło się w takiej klitce, wiemy dzięki jednemu przypadkowi. W 11. miesiącu 1852 roku 46-letni Isokichi, lokator czynszówki w dzielnicy Asakusa, opuścił ją razem z żoną i dziećmi. Dlaczego, źródło nie mówi. Z czynszówek najczęściej uciekało się przed długami, ale w tym wypadku to tylko domysł. Ktoś spisał za to, co po nich zostało, i ta lista przetrwała: palenisko, stare wiadro, stara lampa, moździerz z tłuczkiem, pojemnik na ugotowany ryż, mały ceberek, mały kociołek, stara tacka, chochla do zupy, pudełko z krzesiwem i 2 maty, razem 12 rzeczy. Tyle zostało z rodziny, która uciekła z ura-nagaya.
Ściany robiono z desek, od strony kuchni ledwie posmarowanych gliną. Przybysz z Osaki pisał w połowie stulecia, że edońskie domy mają mało ścian, a dużo desek, oficyny zaś stoją jak pudełka ustawione w rząd. Edończycy wiedzieli, co z tego wynika, i układali o tym wierszyki.
うら店のかべには耳も口もあり
(uradana no / kabe ni wa mimi mo / kuchi mo ari)
„Ściany oficyny
mają uszy,
mają też usta.”
- anonim, „Haifū yanagidaru”,
t. 45, ok. 1808
Wychodek też był wspólny i też edoński na swój sposób. Morisada, porównujący Edo z Kioto i Osaką przy każdej okazji, odnotował, że w Kioto drzwi do wspólnej latryny sięgają ziemi, a w Edo mają połowę wysokości, w środku zaś nie ma podłogi, tylko dwie deski nad dołem. Prywatność wydzielano tu na pół.
Na samym końcu zaułka stała kapliczka, i był to prawie zawsze Inari, opiekun ryżu i pomyślności. Morisada pisał, że kapliczek Inari jest w Edo tyle, że nie sposób ich policzyć, a działka bez jednej czy dwóch zdarza się rzadko, i przytoczył porzekadło:
伊勢屋稲荷に犬の糞
(Iseya, Inari ni inu no kuso)
„Sklepy Iseya, kapliczki Inari i psie kupy”
Zaułkowe Inari zestawił zresztą sam z przydrożnymi figurkami Jizō, których pełno było w Osace (o czym więcej tu: Kamienna figurka Jizō w czerwonym śliniaczku – gdy nie ma już słów). Polska figurka wiejska przy drodze ma więc w edońskim zaułku kuzyna. W źródłach edońskich nie znalazłem jednak ani jednej wzmianki o kobietach plotkujących przy Inari. Kapliczka miała swój dzień w drugim miesiącu, w święto hatsuuma, gdy biedne dzieci po pięcioro, siedmioro chodziły z bębenkami od sklepu do sklepu i zbierały datki „na lisa”, dostając zwykle po jednym monie. Obrady, owszem, były, ale odbywały się parę kroków dalej, tam, gdzie była woda. Rzecz święta stała z tyłu, woda pośrodku, i to wokół wody zebrał się kobiecy parlament.

Zarządca i jego noworoczne mochi
Nad zaułkiem panował ōya (大家), „wielki dom”, którego w Polsce odruchowo nazwiemy gospodarzem, choć właścicielem nie był. Ziemia i budynki należały do kogoś, kto mieszkał gdzie indziej, a ōya był jego zarządcą i za samo stanowisko płacił jak za udział w spółce, od 20 do 200 ryō. W zamian dostawał władzę, jakiej nie miał w zaułku nikt inny. Zbierał czynsz, prowadził spis mieszkańców, ogłaszał rozporządzenia, pełnił dyżury w wartowni przy bramie (o strażnikach bram więcej tu: Jedna noc na warcie przy bramie Edo. Od zamknięcia wrót do świtu z kidoban, najgorzej opłacanym strażnikiem shōgunatu), poręczał za lokatorów i godził zwaśnionych. W urzędowych papierach lokator figurował zawsze z jego nazwiskiem, jako „taki a taki z oficyny takiego a takiego”, a bez zgody zarządcy nie mógł nawet pójść ze sprawą do sądu.
Czynsz za klitkę wynosił w latach 20. XIX wieku około 400 mon miesięcznie, w następnej dekadzie 600, a w lepszej oficynie, jak u wspomnianego cieśli, nawet 1000 z okładem. W naszym przeliczeniu, licząc pół złotego za mona, daje to od 200 do 500 złotych, mniej więcej od jednej do dwóch dniówek cieśli (czyli kogoś zamożniejszego). Wielu lokatorów nie umiało uzbierać tego naraz i płaciło codziennie po trochu.
Zarządca nie żył z samego czynszu. Morisada rozpisał jego dochody z dokładnością księgowego: przy stanowisku wartym 100 ryō dostawał rocznie 20 ryō pensji od właściciela, 10 ryō z rozmaitych opłat i jeszcze 10 ryō za nieczystości. Każdy nowy lokator wręczał mu przy wprowadzce „pieniądze na beczułkę sake” (樽代, tarudai), od kilkuset złotych w naszym przeliczeniu do kilkudziesięciu tysięcy w bogatych miejscach, a potem pięć razy w roku, przy sezonowych świętach, kolejne datki. Najciekawsza jest pozycja ostatnia. Podmiejskie wsie potrzebowały nawozu i płaciły za zawartość latryn gotówką. W Edo mocz spływał do rynsztoka, za to kał należał do zarządcy, a ten sprzedawał go zaprzyjaźnionym chłopom, i to z góry, w dwóch ratach: na Obon i pod koniec roku. W Kioto było inaczej, tam mocz należał do lokatorów, a ci wymieniali go u chłopów na warzywa. Kał 10 osób przynosił w Edo rocznie od pół do trzech czwartych ryō, około 2000 złotych. Druga rata wpływała akurat wtedy, gdy całe miasto ubijało ryż na noworoczne mochi, a twórcy senryū, edońskich fraszek, wyciągnęli z tego jedyny możliwy wniosek.
店中の尻で大家は餅をつき
(tanajū no / shiri de ōya wa / mochi o tsuki)
„Z tyłków całej oficyny
zarządca ubija
noworoczne mochi.”
- anonim, „Haifū yanagidaru”,
t. 45, ok. 1808
Zarządca bywał przy tym porządnym człowiekiem, rozjemcą i poręczycielem, a w opowieściach rakugo (zobacz tu: Wystarczy jeden głos i wachlarz - rakugo i japońska sztuka opowiadania) przetrwało powiedzenie, że zarządca jest dla lokatora jak ojciec, a lokator dla zarządcy jak dziecko. Najstarszy znany zapis tego zdania pochodzi jednak z 1877 roku i już wtedy przypisywano je opowiadaczom, trudno więc orzec, ile w nim edońskiej prawdy, a ile scenicznej nostalgii. Ojciec, który utrzymuje się częściowo z trawienia własnych dzieci, to w każdym razie figura, jakiej nie wymyśliłby żaden moralista.

Ług, balia i cudzy mąż
Wróćmy do studni, bo słońce stoi już nad dachami. Scenki z tego eseju są rekonstrukcją. Kobiety wymyśliłem, ale przedmioty, gesty i ceny wziąłem ze źródeł, a ich zdania złożyłem z fraz, jakimi mówią mieszczki w „Ukiyoburo” (浮世風呂), „Łaźni płynącego świata” Shikitei Sanby. Sanba osadził swoją komedię w publicznej łaźni, a tom poświęcony części damskiej wydał w 1810 roku, tego samego lata, w którym przy beczce w Kandzie kuca Ofuku. Jego bohaterki mówią językiem edońskiego śródmieścia, przesadzonym, bo to satyra, ale słychać w nim wszystko: przeciągane „nee” zamiast „nai”, zawadiackie „ora” i „oira” w ustach starych kobiet, końcówki „sa” i „wa na”.
Ofuku ma 17 lat i od wiosny jest żoną młodego cieśli. Widać to z daleka: zęby ma czarne, brwi zgolone, włosy upięte w marumage (丸髷), okrągły kok mężatki (o edońskich fryzurach przeczytasz tu: Kto wiedział o wszystkich więcej niż daimyo? – Kamiyui, czyli edońscy fryzjerzy). W Kioto i Osace mężatki goliły brwi dopiero w piątym miesiącu pierwszej ciąży, ale w Edo, jak skrupulatnie odnotował Morisada, czernienie zębów, golenie brwi i nowa fryzura przychodziły razem (o czarnych zębach tu: Czarne zęby, brwi na czole. Ohaguro i tysiąc lat japońskiego piękna, którego biologia nie tłumaczy). Morisada dodał też, że edońskie panny młode w wieku 15–17 lat często odkładały czernienie zębów, bo poczerniałe zęby wymagały okrągłego koka, a okrągły kok postarzał. Obyczaj obyczajem, ale ostatnie słowo należało do lustra.
Pierze się w kucki, nad płytką balią z klepek, rękami: tkaninę się ugniata, wyżyma i ugniata znowu. Tarki do prania nie ma i nie będzie, dopóki nie przywiozą jej z Zachodu po upadku shōgunatu; mydła też nie ma, pierze się ługiem. Ług kapie z kranika u dołu beczki, w której zalano wodą popiół z paleniska, dlatego po popiół przychodzi do zaułka skupywacz i płaci za niego. Pomaga też woda po płukaniu ryżu, nic się tu nie marnuje. Odświętne kimono pierze się rzadziej i po kawałku: rozpruwa się je na płaty, płucze, a potem rozpina na mokro na 300 bambusowych patyczkach z igiełkami na końcach albo nakleja klejem z wodorostów na długie deski opierane o ściany. Kiyonaga i Toyokuni z upodobaniem rysowali kobiety przy tej robocie: jedna pierze w balii przy studni, druga wbija patyczki w mokre płótno.
Kobiet było przy tym w mieście mniej, niż mogłoby się wydawać. W spisie z 1798 roku na 100 mieszczek przypadało 135 mieszczan, w 1832 roku wciąż 120. Edo było miastem kawalerów, czeladników i przybyszów z prowincji, a kobieta z własnym kotłem, własną balią i miejscem przy studni miała w tym męskim świecie coś, czego nie dawała jej żadna instytucja: swoje zgromadzenie. Piątki sąsiedzkie, wartownie i urzędy dzielnicy należały do mężczyzn (o gonin gumi tutaj: Pod czujnym okiem sąsiada: Gonin gumi i odpowiedzialność grupowa w czasach shogunatu). Studnia należała do niej.
Ofuku przybiega ostatnia, z koszykiem ryżu i podkrążonymi oczami. Otora, wdowa po bednarzu, który przez całe życie robił beczki, także studzienne, płucze swój ryż w cebrzyku i przygląda się jej spod oka.
ヲヤ、おめえ、まだ米も研がねえのかえ。日はとうに屋根の上だよ。
(Oya, omee, mada kome mo toganee no kae. Hi wa tō ni yane no ue da yo.)
„A ty jeszcze ryżu nie wypłukałaś? Słońce dawno siedzi na dachu.”
Ofuku nie daje się sprowokować, bo ma lepszy temat. Wszyscy już wiedzą, ściany są przecież z cienkich desek, ale wypada usłyszeć to oficjalnie.
アイ、聞いておくれな、おばさん。おらが内がよんべ、しだらもなく酔って来てさ。
(Ai, kiite okure na, obasan. Ora ga uchi ga yonbe, shidara mo naku yotte kite sa.)
„Ano, słuchajcie no, ciotko. Mój wczoraj przylazł spity jak bela.”
Skarga na męża działa przy studni jak opłata wpisowa: kto opowie o własnym domu, nabywa prawo do słuchania o cudzych. Słowo obasan, „ciociu”, nie zakłada tu pokrewieństwa, bo tak zwracały się do siebie sąsiadki (młodsza do starszej lub nawet rówieśnice). Otake, żona przewoźnika z przystani nad kanałem, odstawia wiadro i pochyla się nad balią, jakby chodziło o ryż.

コウコウ、お福さん。あすこの隣じゃア、よんべも夫婦喧嘩があったとさ。
(Kō kō, Ofuku-san. Asuko no tonari jā, yonbe mo fūfu-genka ga atta to sa.)
„Hej, hej, Ofuku! A u tych obok znowu wczoraj była awantura, tak gadają.”
Następuje kwadrans, którego nie będę streszczał, bo każdy, kto choć raz stał w kolejce do magla albo czekał przy furtce na sąsiadkę, zna jego przebieg. Kończy go Otora, z godnością wdowy po rzemieślniku.
わたしなんざア、人さまの噂なぞ、こればかしもしたことのねえのさ。
(Watashi nanzā, hito-sama no uwasa nazo, kore bakashi mo shita koto no nee no sa.)
„Ja tam, wiecie, o ludziach to nigdy ani mru-mru.”
„Nigdy” wypowiedziane po kwadransie drobiazgowej relacji to najstarsza figura retoryczna plotkarzy i Sanba znał ją doskonale. Niemal tymi samymi słowami broni się w jego łaźni staruszka, chwilę po tym, jak oskarżono jej rodzinę o roznoszenie plotek po całej oficynie. Do tej kłótni jeszcze wrócimy.

Jedno wiadro na dwie godziny
Do studni nie przychodziły tylko żony. Z domów od frontu, ze sklepów z octem, olejem czy sake, przychodziły po wodę służące, i to one wnosiły do zaułka powiew prowincji. Morisada zauważył, że edońskie mieszczki rzadko idą na służbę do kupców, bo od dziecka uczy się je rozmaitych sztuk z myślą o służbie w domach samurajskich, więc służące w kupieckich domach Edo pochodzą głównie z Sagami i z półwyspu Bōsō. Służąca od gotowania zarabiała około 3 ryō rocznie, w naszym przeliczeniu niecałe 10 000 złotych plus wikt i kąt do spania, więcej niż starsza pokojówka, bo gotowanie dla dużego domu uchodziło w Edo za harówkę. Okiyo nosi wodę dla sklepu z sake od frontu, przyjechała z Sagami 2 lata temu i ma przy studni własny krąg, do którego żony z oficyny nie należą.

W trzecim tomie „Ukiyoburo”, wydanym w 1812 roku, dwie zamożne żony skarżą się w łaźni na służbę i jedna z nich opowiada historię, która brzmi jak protokół z obrad przy studni. Jej służąca, posłana po wodę, potrzebuje na przyniesienie jednego wiadra całej edońskiej letniej godziny, czyli mniej więcej dwóch naszych. Nic dziwnego, mówi pani, bo przy studni flirtuje z mężczyznami z oficyny, a z innymi służącymi obgaduje dom. Pani postanowiła sprawdzić, o czym mowa, i skryła się za wychodkiem, by podsłuchać. Usłyszała, jak dziewczyna wychwala pod niebiosa poprzednich chlebodawców i wygłasza wobec koleżanek oświadczenie:
ナンノ世界中が白壁造りだ。三月が來りやァおさらばさ。
(Nanno, sekaijū ga shirakabe-zukuri da. Sangatsu ga kuryā osaraba sa.)
„E tam, bogatych domów na świecie nie brakuje. Jak przyjdzie trzeci miesiąc, tyle mnie tu widzieli.”
W trzecim miesiącu kończyły się umowy służby, więc dziewczyna wiedziała, co mówi. Pani też wiedziała, co robi, bo kończy opowieść westchnieniem nad samą sobą. Przywołuje stare porzekadło, według którego od podsłuchiwania giną robaki trzy stopy pod ziemią: podsłuch miał być grzechem tak ciężkim, że zabijał nawet żyjątka w glebie, a zabicie żywej istoty liczyło się w buddyjskim rachunku win. Przyznaje więc, że niepotrzebnie wzięła ten grzech na siebie. Po czym, rzecz jasna, opowiada wszystko dalej. Policzmy piętra tej plotki. Służące przy studni obgadują panią. Pani podsłuchuje je zza wychodka i obgaduje służącą w łaźni, druga pani dorzuca opowieść o własnej. Sanba spisuje obie ku uciesze czytelników, a my, 200 lat później, plotkujemy o Sanbie. Każde piętro jest przekonane, że stoi nad poprzednim.
Brytyjski antropolog Max Gluckman napisał w 1963 roku, w klasycznym eseju „Gossip and Scandal”, że plotka i skandal podtrzymują jedność i wartości grupy, a prawo do plotkowania o określonych ludziach przysługuje tylko członkom i jest znakiem przynależności. Obcego, dodawał, najłatwiej postawić do pionu, plotkując przy nim: od razu rozumie, że nie należy. Pani zza wychodka jest właśnie takim obcym. Ma pieniądze, służbę i dom od frontu, ale do zgromadzenia służących przy studni wstępu nie ma, więc musi je podsłuchiwać, jak podsłuchuje się obrady, na które nie dostało się zaproszenia. Ofuku z kolei, zaczepiona rano przez wdowę, właśnie zostaje przyjęta w poczet członkiń. Kogo przy studni nikt nie zaczepia, ten w zaułku jeszcze nie mieszka.

Żelazna laska z kółkami
Edo miało na to wszystko słowo, tylko niepochlebne. Nocni strażnicy obchodzili ulice z żelazną laską zakończoną metalowymi kółkami i przy każdym kroku stukali nią w ziemię, żeby cała dzielnica słyszała, że idą. Kobietę roznoszącą plotki nazywano kanabō-hiki (金棒引), „ciągnącą żelazną laskę”: idzie przez oficynę, a za nią dzwoni wiadomość.
W drugim tomie „Ukiyoburo” do łaźni wpada z płaczem mała Obeso, czyli „Beksa”, córka kłótliwej Oshity, której imię znaczy po prostu „Język”. U Sanby to wystarcza za całą charakterystykę. Dwie dziewczynki z sąsiedztwa pobiły ją i wyśmiały, że ma brudne ubranie i że jest biedna. Oshita wpada w furię i na cały głos wyrzuca rodzicom tamtych dzieci, że chodzić po całej oficynie z żelazną laską i obgadywać ludzi to żaden powód do chluby. Z kąpieli wynurza się wtedy babka jednej z dziewczynek, słyszała wszystko i odpowiada pięknym edońskim:
長屋中鐵棒引とはなんの事た。わたしらが嫁はそんな口松ぢやアごぜへやしねへ。
(Nagayajū kanabōhiki to wa nan no kotta. Watashira ga yome wa sonna kuchimatsu jā gozeeyashinee.)
„Jakie znowu laski po całej oficynie? Moja synowa to żadna gaduła.”
I zaraz dodaje, że jej synowa nie powiedziała o ludziach ani słowa, a mówi to w łaźni pełnej ludzi słuchających z zapartym tchem. Postronne kobiety próbują je rozdzielić przysłowiem, że gdy rodzice wtrącają się do kłótni dzieci, robi się z tego pośmiewisko, ale jest już za późno. Oskarżenie o plotkarstwo okazuje się u Sanby najskuteczniejszą formą plotki.
Plotka ma też drugi koniec, i to ostry. Ściany oficyny miały uszy i usta, więc wszystko, co działo się w domu, działo się zarazem na posiedzeniu „przystudziennym”. Teściowa w „Ukiyoburo” ogłasza w łaźni, że jej synowa uchodzi w całej oficynie za flejtucha, dba tylko o fryzurę, nie wypierze jednej pieluchy i igły w ręku nie utrzyma, a synowa nie ma tam prawa głosu. 76 lat później, w 1886 roku, tokijski publicysta ostrzegał, że kto je biały ryż, gdy sąsiedzi jedzą jęczmień, niech wie, że jego sprawę wniosą pod obrady narady przy studni, a sąsiedzkie żony obrobią mu skórę. Dostatek ponad stan, lenistwo, flirt, pijany mąż, zbyt staranny kok: przy studni każda sprawa prywatna czekała tylko na swoją kolej w porządku obrad.
Mężczyźni ery Meiji, piszący z upodobaniem o „naradach przy studni”, mieli gotową diagnozę: plotka to przywara kobiet z niższych warstw. Buddyjski duchowny Akamatsu Renjō twierdził w 1891 roku, że zwyczaj jest bardzo rozpowszechniony wśród biedoty, gdzie na kilkadziesiąt domów przypada jedna studnia, a Shimoda Jirō, autor książki o kształceniu kobiet z 1904 roku, przypominał, że nie bez racji znak 姦 (kashimashii), „hałaśliwy”, pisze się z trzech znaków kobiety. Psychologia ma na ten temat więcej danych niż oni. Megan Robbins i Alexander Karan z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Riverside dali 467 osobom rejestratory nagrywające przez kilka dni krótkie wycinki ich codzienności, a potem przesłuchali nagrania w poszukiwaniu plotki. W badaniu opublikowanym w 2019 roku około trzech czwartych rozmów o nieobecnych okazało się neutralnych, zwykłą wymianą wieści. Kobiety plotkowały więcej od mężczyzn wyłącznie w tej neutralnej odmianie, a biedniejsi i gorzej wykształceni nie plotkowali więcej od zamożnych. Badanie ma swoje granice, bo plotką nazwano w nim każdą rozmowę o kimś nieobecnym, a uczestnicy wiedzieli, że są nagrywani. Moralistów z Meiji te wyniki raczej by nie ucieszyły.
Polszczyzna, swoją drogą, też wiąże plotkę z wodą, tylko brudniejszą. W gwarach na kobietę roznoszącą plotki po wsi mówiono między innymi „pomyjnica”, a kogo się obgaduje, tego się obrzuca pomyjami. Edońska fraszka ujęła to czyściej.
井戸端へ人の噂を汲に行き
(idobata e / hito no uwasa o / kumi ni yuki)
„Idzie do studni
naczerpać
ludzkich plotek.”
- anonim, „Haifū yanagidaru”,
t. 36, pierwsze lata XIX w.

Dzień, w którym studnia oddawała swoje
Przez cały rok studnia była po prostu kranem na końcu rury i tylko raz w roku miała swoje święto. Przypadało na Tanabatę, dzień, w którym dwie gwiazdy, Tkaczka i Pasterz, rozdzielone Drogą Mleczną, mogą się według legendy spotkać. W przeddzień po zaułkach chodzili sprzedawcy bambusa i wołali „take ya, take ya!”, czyli „bambus, bambus!”, bo każdy dom, aż po ostatnią klitkę w oficynie, wystawiał nad dachem tyczkę obwieszoną paskami papieru z wierszami. Nazajutrz, 7. dnia 7. miesiąca (w 1810 roku wypadło to 6 sierpnia), całe Edo czyściło studnie, od studni daimyō po wspólną studnię zaułka.
Kikuchi Kiichirō, spisujący w 1905 roku wspomnienia o dawnym Edo, opisał porządek tej roboty ze szczegółami. Zdejmowano górną beczkę, nad studnią montowano bloczek i spuszczano na linie duże wiadro, a linę ciągnęli wszyscy użytkownicy studni, bez wyjątku. Gdy wybrano mniej więcej siedem dziesiątych wody, do środka schodził zawodowy studniarz, zanurzał się, szorował ściany beczek i wyławiał z dna wszystko to, co przez rok tam wpadło. Potem beczkę zakładano z powrotem, studnię przykrywano deską, a na desce stawiano sake i sól. Do południa trzeba było skończyć.
井戸がへに大屋と見えて高足駄
(idogae ni / ōya to miete / takaashida)
„Czyszczenie studni.
Wysokie drewniaki,
to pewnie zarządca.”
- anonim, „Haifū yanagidaru”,
za komentarzem Nunamiego Keion, 1917
Zarządca nie brudził sobie nóg w błocie, za to autorzy senryū mieli tego dnia używanie. Jedna fraszka zauważa, że czyszczenie kończy się wtedy, gdy ze studni wyciągnie się człowieka, czyli studniarza, który wychodzi ostatni:
人を汲み出すと井戸がへ仕舞なり
(hito o kumidasu to idogae shimai nari)
„Gdy ze studni
wyczerpią człowieka,
czyszczeniu koniec.”
Druga widzi całą oficynę na ziemi:
揃つて尻餅井戸替の繩が切れ
(sorotte shirimochi idogae no nawa ga kire)
„Wszyscy naraz na tyłkach,
przy czyszczeniu studni
pękła lina.”
Trzecia wyławia z mułu spinkę do włosów:
井戸替に出るかんざしは銀流し
(idogae ni deru kanzashi wa ginnagashi)
„Spinka wyłowiona
przy czyszczeniu studni
okazała się posrebrzana”
Ktoś ją kiedyś zgubił i może nawet płakał. Teraz wiadomo, że nie było po czym.

W 1686 roku, 124 lata wcześniej, Ihara Saikaku opisał w „Pięciu kobietach namiętnych” (好色五人女, Kōshoku gonin onna) takie czyszczenie w oficynie w Osace i zrobił z niego katalog zaułkowych sekretów. Z mułu wychodzi nóż, o którego kradzież kogoś niegdyś podejrzewano, kawałek suszonego wodorostu z powbijanymi igłami (kombu), monety, naga lalka bez twarzy i dziecięce śliniaczki, a na koniec puszczają obręcze dolnej beczki i trzeba wołać bednarza. To literatura – i to z Osaki, ale trudno o lepszy obraz tego, czym była studnia dla zaułka: archiwum wszystkiego, co komuś wypadło z rąk, i wszystkich podejrzeń krążących przez rok nad wiadrem. Raz w roku archiwum otwierano. Ktoś wtedy odzyskiwał dobre imię, ktoś inny musiał się tłumaczyć.

Wieczorem woda w studni znowu stała, czysta i chłodna, a tej nocy, jak pisał w 1832 roku Santō Kyōzan, odbijało się w niej siedem gwiazd. Kto się jej napił, miał przez cały rok ominąć zarazę. Kyōzan dorzucił też uwagę, za którą lubię edońskich autorów: gdyby to święto wypadało zimą, nikt by studni nie czyścił, ale wypada w upały. Mnie to przekonuje bardziej niż wszystkie gwiazdy.

Narada, której nikt tak nie nazywał
Edo nie nazywało tego naradą. Słowo idobata (井戸端), „skraj studni”, znano od dawna, ale połączenie z kaigi (会議), „narada, zgromadzenie”, pojawia się w druku dopiero w czasach Meiji, kiedy Japonia po upadku shōgunatu uczyła się komisji, zebrań i parlamentu. W 1879 roku dziennik „Yomiuri” narzekał, że teraz wszędzie moda na narady i wszystko jest naradą. Rok później w tokijskiej książeczce satyrycznej „Yo no naka okame hachimoku” (世の中岡目八目), mniej więcej „Świat okiem gapia”, pojawia się rozdział o plotkarach z oficyny, a w nim najstarszy znany mi zapis tego słowa. Żony z czynszówek nazwano tam yama no kami (山の神), „bóstwami gór”, bo tak mówiło się o żonie, która z latami zrobiła się groźna i głośna, a do tego „dowódczyniami rozgłaszaczek i przewodniczącymi narady przy studni”.
Potem żart rósł razem z instytucjami. W 1888 roku pewien autor pisał, że żony zanoszą skargi na mężów do studni jak do izby parlamentu i sądu najwyższego, a na deskach łaźni stawiają ich w stan oskarżenia. Mori Ōgai pisał w 1896 roku o „naradach przy studni” literatów, co dowodzi, że mężczyźni od początku wiedzieli, iż chodzi o rzecz, którą robią także sami. W 1905 roku słowo trafiło nawet do podręcznika psychologii, gdzie autor wywodził, że wśród uczestniczek narad przy studni często wybucha podejrzliwa zazdrość. Psycholodzy wśród czytelników mogą to uznać za pierwszy japoński wkład w naukę o plotce. Nie najlepszy.
Dziś idobata kaigi to słowo z codziennej japońszczyzny, trochę kpiące, trochę czułe. Tak nazywa się pogawędki sąsiadek pod blokiem i spotkania dyskusyjne w gminnych domach kultury, a przez ćwierć wieku nosiła tę nazwę rubryka rozmów w magazynie „Fujin Kōron”. Kiedy w 2023 roku prezes związku przedsiębiorców regionu Kansai chciał zdyskredytować największą imprezę biznesową regionu, nazwał ją „naradą przy studni” i wszyscy zrozumieli, że nie był to komplement.
Polska wieś nie dorobiła się na to osobnego słowa, ale miejsce obrad miała zawsze to samo: figurę przy drodze, pod którą „baby” przystawały „na chwilę” i rozchodziły się dopiero wtedy, gdy cała wieś była już omówiona. Pytanie, czy patrzymy na Japonię shōgunów, czy na Polskę, przestaje mieć znaczenie, kiedy się zobaczy, że wszędzie, gdzie ludzie codziennie wpadają na siebie w tym samym miejscu, zbiera się sejmik. Różnią się pora obrad i miejsce, czyli drobne szczegóły. Sama esencja pozostaje identyczna.
Ostatnie słowo należy się tamtym pierwszym przewodniczącym z 1880 roku. Książeczka opisuje, jak ich obrady ciągną się i ciągną, aż od strony Asakusy dzwon wybija jedenastą, a jedna z pań łapie się za głowę:
ヲヤ、マア、うかうかお米も磨がずに喋つて居たよ。
(Oya, maa, ukauka okome mo togazu ni shabette ita yo.)
„Ojej, ojej, zagadałam się i ryżu nie wypłukałam!”
Biegnie z cebrzykiem do domu. Śniadanie będzie dziś na obiad, a jutro rano przy studni cały zaułek dowie się, co z tego dalej wynikło.
Źródła
1. 喜田川守貞『近世風俗志(守貞謾稿)』全5冊、宇佐美英機校訂、岩波文庫、1996–2002.
2. 式亭三馬『浮世風呂』、神保五彌校注、新日本古典文学大系86、岩波書店、1989; cytaty za: 式亭三馬『浮世風呂・浮世床』、有朋堂文庫、1927.
3. 菊池貴一郎『絵本江戸風俗往来』、鈴木棠三編、東洋文庫50、平凡社、1965.
4. 伊藤好一『江戸上水道の歴史』、吉川弘文館、1996.
5. 芳南散史『世の中岡目八目』、供泉堂、1880 (National Diet Library Digital Collections).
6. 『誹風柳樽全集』、国書刊行会、1924.
7. 井原西鶴『好色五人女』、1686.
8. 山東京山『五節供稚童講釈』、1832.
9. Gluckman Max, „Gossip and Scandal”, „Current Anthropology” 1963, t. 4, nr 3, s. 307–316.
10. Robbins Megan L., Karan Alexander, „Who Gossips and How in Everyday Life?”, „Social Psychological and Personality Science” 2020, t. 11, nr 2, s. 185–195.
11. Wysoczański Włodzimierz, „Wiadomości niepewne, fałszywe. Pogłoski, plotki, plotkowanie, plotkujący (na materiale gwarowym)”, „Rozprawy Komisji Językowej ŁTN” 2025, t. 73.
12. „Słownik języka polskiego PWN” oraz „Słownik języka polskiego” pod red. Witolda Doroszewskiego, hasło „magiel”.

