
Jak wyglądała noc w Japonii feudalnej oczami człowieka, którego imienia nikt nie musiał znać?
Dzwon z Kokuchō najpierw uderza trzy razy, jakby chrząkał przed przemową, potem milknie na kilka oddechów i dopiero wtedy zaczyna liczyć. Sześć. Tokuzō nie liczy, zna ten dźwięk ciałem, tak jak zna skrzypienie lewego skrzydła wrót i to, że prawe trzeba lekko unieść otwierając, bo osiadło na zawiasie. Jest schyłek jedenastego miesiąca, w rachubie Zachodu ostatnie dni grudnia, słońce zaszło dłuższą chwilę temu za dachami po drugiej stronie ulicy i kolory schodzą z desek szybciej, niż stygnie popiół pod blachą po pieczonych batatach. Z budki czuć rybi olej. Na rzepakowy nie ma pieniędzy, więc ten słodkawo-zjełczały zapach będzie mu towarzyszył przez pół doby. Tyle trwa zimowa noc w Edo. Trzynaście godzin (tych europejskich) ciemności, w której nie ma latarni ulicznych, nie ma zegara na ścianie i nie ma nikogo, kto by choć raz podziękował za ciężką pracę.
Wrota zamknie, gdy dzwon uderzy cztery razy, czyli za dwie godziny edońskiego rachunku, które są dłuższe zimą niż latem; po naszemu jakieś cztery. Do tego czasu ulica jeszcze żyje: od strony mostu dzwoni cienko dzwoneczek zawieszony pod daszkiem straganu z nocną sobą, gryczanym makaronem w gorącym bulionie z sosu sojowego, z plasterkiem ciasta rybnego albo pęczkiem szczypioru, jedzonym na stojąco z miski przy świetle węgielków, spomiędzy domów dobiega dwugłosowy, dudniący pisk fletu masażysty, ludzie wracają z łaźni z mokrymi włosami i parą bijącą spod kołnierzy. Po czterech uderzeniach to wszystko ucichnie, a miasto, za dnia jeden ciągły strumień ludzi, wozów i krzyku, rozpadnie się na ponad półtora tysiąca zamkniętych pudełek. Tokuzō będzie jednym z tych, którzy trzymają wieko. Jeśli ktoś zapuka, uchyli furtkę, zapyta, skąd i dokąd, i uderzy w drewnianą kołatkę tyle razy, ile osób przepuszcza, żeby następna brama wiedziała, że ktoś idzie. Tak działało Edo nocą. Nie murem, tylko podawaniem człowieka z rąk do rąk.

Ta noc będzie zwyczajna, i właśnie dlatego trzeba ją przeżyć od początku do końca. Zobaczymy, ile strażnik zarobił za dnia i dlaczego jego żona chowa te monety pod deską, kto puka po północy i kogo wolno przepuścić bez pytania, czego bał się bardziej: ognia, złodzieja czy urzędnika z dwoma mieczami. Zobaczymy też, dlaczego dzieci z jego własnej ulicy używały nazwy jego zawodu jako przezwiska, i dlaczego spór historyków o to, czy edońskie bramy w ogóle miały wrota, jest mniej ważny od tego, co się przy tych bramach działo. A najpierw trzeba poczuć, jak wygląda ciemność, w której jedynym światłem na całej ulicy są dwie lampy przy bramie, opłacane z sąsiedzkiej składki. I cienki, czerwony punkcik fajki.

Tokuzō
Tokuzō nie istniał. Zbudowałem go z obwieszczeń urzędu miejskiego, z haseł słownikowych, z notatek Kitagawy Morisady, z jednego artykułu historyka architektury i z kilku „dokuczanek” zapisanych przez ludzi pamiętających Edo z dzieciństwa. Każdy element jego nocy ma pokrycie: wymiary budki, godzina zamknięcia, cena makaronu, mechanizm kołatki, sposób wypłaty. Nie ma pokrycia tylko on sam, jego sześćdziesiąt lat, jego chore kolana i jego żona Otsune. Trzymam się jednej dekady, ery Bunsei, dokładniej zimy z przełomu 1828 i 1829 roku, kilka miesięcy przed wielkim pożarem, po którym urząd na nowo spisze normy dla budek strażniczych. To dekada spokojna, bez głodu i bez reform, i najlepiej udokumentowana cenowo, bo ktoś w tamtych latach zapisał, ile bierze cieśla za dzień i ile kosztuje czynsz w oficynie.
Jego brama to machikido (町木戸), brama dzielnicowa. Stoi tam, gdzie kończy się jedno machi (町), czyli jedna jednostka miejska obejmująca zwykle obie strony ulicy na długości kilkudziesięciu domów, a zaczyna następne. Dwa słupy w odstępie ponad czterech metrów, dwuskrzydłowe wrota pośrodku, po bokach niskie ogrodzenie do krawędzi drogi i w nim furtki, na tyle wąskie, żeby przejść bokiem. Tuż obok budka: sześć na dziewięć shaku, w naszej mierze mniej więcej dwa na trzy metry, z okapem na wysokości trzech. Tak brzmi norma, jaką rok później zapisze urząd, i tak wygląda pudełko, w którym Tokuzō i Otsune mieszkają od 11 lat. Po drugiej stronie skrzyżowania, na południowym rogu, stoi druga, większa budka, z drabiną na dachu i małym dzwonem na jej szczycie. To jishinban (自身番), wartownia właścicieli i zarządców domów. Tam urzęduje ktoś lepszy od niego. On jest tylko kidoban (木戸番, dosł. „warta drewnianej bramy”), strażnikiem bramy, a ludzie na ulicy mówią o nim bantarō (番太郎, dosł. „Zdzisiek od furtki” - 太郎 Tarō to najpospolitsze imię w Edo nadawane pierworodnym), z tym lekkim skrzywieniem ust, z jakim mówi się o kimś, kto jest potrzebny, ale nie jest nam równy.

Rachunek dnia
Zanim zrobi się zupełnie ciemno, Tokuzō zamyka sklepik. Sklepik to szerokie okno budki z odchylaną okiennicą i półka, a na półce wszystko, czego człowiek może potrzebować w drodze, a o czym zapomniał: sandały słomiane waraji na dłuższą drogę i płaskie zōri na miasto, miotły, papier do nosa, świece, gliniane piecyki na węgiel, klej. Morisada, kupiec z Osaki spisujący przez ćwierć wieku obyczaje trzech miast, zajrzy do takiej budki kilka lat później i wyliczy ten asortyment dokładnie, dodając, że latem strażnicy sprzedają złote rybki, a zimą pieczone bataty. Dla dzieci trzymają tanie słodycze po cztery mony sztuka, z czarnego cukru, i całe miasto nazywa je bantarō-gashi (番太郎菓子), słodyczami strażnika. W tym sensie budka strażnicza jest pierwszym kioskiem osiedlowym w historii Japonii, czynnym od świtu do nocy, i pierwszym miejscem, do którego wysyła się dziecko z kilkoma monetami.

Bataty to najlepszy interes w roku. Zaczęło się 35 lat wcześniej, zimą 1793 roku, gdy podobno pewien strażnik z Hongō, czwartej dzielnicy, pierwszy postawił przy budce gliniany piec, na nim płaską glinianą patelnię, ułożył bataty w całości, przykrył ciężką drewnianą pokrywą i palił pod tym starymi workami i sznurami słomianymi. Inni strażnicy rzucili się na ten pomysł tak łapczywie, że ze sprzedaży pieczonych batatów zrobił się nieomal ich cechowy przywilej. Nad oknem Tokuzō wisi papierowa lampa z napisem:
八里半
(hachiri-han)
„osiem i pół ri”
Jest to zagadka dla obcych i żart dla swoich, oparty na tym, że japoński ma mało sylab i wiele słów brzmi tak samo: kasztan to kuri (栗), a „dziewięć ri" zapisuje się 九里 i czyta również kuri. Czyli: pieczony batat smakuje prawie jak kasztan, brakuje mu pół ri do dziewięciu, więc stoi od kasztana o pół kilometra drogi. Nowsze budki idą krok dalej i piszą zuchwalej jūsanri (十三里), trzynaście ri, bo trzynaście to dziewięć i cztery, a „cztery ri" (四里) czyta się yori, dokładnie tak, jak partykuła „bardziej niż": cały szyld składa się w zdanie kuri yori umai, „smaczniejszy niż kasztan”. Rebus na papierowej lampie, do rozwiązania przez każdego przechodnia, i przy okazji reklama.
Terakado Seiken, konfucjański literat z ciętym językiem, napisze cztery lata później w „Kronice rozkwitu Edo”, że bataty sprzedaje budka strażnika w każdym machi, a jedna budka potrafi zrobić na nich w ciągu zimy od dwudziestu do stu ryō. Sto ryō to w dzisiejszym przeliczeniu ponad 300 000 złotych. Tokuzō, gdyby umiał czytać takie książki, roześmiałby się do rozpuku. W jego miedzianym pudełku po najlepszym dniu jest koło stu mon.
Otsune liczy je przy lampie, po kilka, i chowa pod deską pod matą. Ta czynność jest w pewnym sensie nielegalna, bo Otsune nie powinno tu być. Reguła mówi, że strażnikiem bramy zostaje człowiek bez żony i dzieci, żeby budka była budką, nie mieszkaniem. Praktyka od dziesięcioleci mówi co innego: strażnicy sprowadzają rodziny, powiększają budki o półkę i przepierzenie, a stanowisko sprzedają następcy jak udział w spółce. Urząd miejski będzie się o to złościł w kolejnych pismach, aż do lat czterdziestych, kiedy inspektor zapisze z niesmakiem, że żony strażników wychodzą witać kontrolujących urzędników. Nic to nie zmieni. Człowiek mieszkający w pudełku dwa na trzy metry przy głównej ulicy nie da się przekonać, że powinien mieszkać w nim sam.
Pensja strażnika przychodzi z góry i z dołu jednocześnie. Ostatniego dnia miesiąca zarządcy domów, yanushi (家主), obchodzą swoje kamienice i zbierają od każdego gospodarstwa od 20 do 100 mon, zależnie od wielkości domu i hojności właściciela. Miesięczny dyżurny dzielnicy sumuje to i wypłaca strażnikom. Jeśli policzyć na palcach kilkadziesiąt domów w machi i podzielić przez dwóch strażników, wychodzi kwota, za jaką cieśla pracuje kilka dni. Cieśla w tamtych latach brał dziennie 5 i pół monme srebra, mniej więcej 540 mon, licząc z grubsza pół złotego za mona: około trzystu złotych. Czynsz w oficynie na tyłach, w jednym pokoju z klepiskiem na kuchnię, kosztował około tysiąca mon miesięcznie. Strażnik dostaje mniej niż czynsz, ale za to nie płaci czynszu, bo mieszka w budce. Reszta musi wyjść z batatów i sandałów. To dlatego całe Edo wie, że bantarō handluje, i dlatego nikt nie widzi w tym nic zdrożnego. Sąsiedzi płacą mu nędznie i sami dopłacają, kupując u niego świece. Nadzór nad nocą finansuje się z drobnego handlu z tymi, których się nadzoruje.

Ulica przed czterema uderzeniami
Po pięciu uderzeniach, około siódmej wieczorem w naszej rachubie, ulica jeszcze nie należy do niego. Od mostu idzie sprzedawca nocnego makaronu: na barkach kij, na jego końcach dwie wysokie skrzynie, w jednej węgielki pod garnkiem, w drugiej miski, w środku daszek i pod daszkiem mały dzwonek, dzwoniący przy każdym kroku. Morisada napisze, że w Edo każdy nocny stragan z makaronem soba musiał mieć jeden taki dzwonek. Kiedyś dzwonek odróżniał lepszy stragan od gorszego, od takiego, o jakim mówiono, że sam sprzedawca nie zjadłby swojej soby, gdyby był głodny. W latach Bunsei różnica zatarła się, dzwonek mają wszyscy, i wszyscy biorą za miskę 16 mon, jakieś 8, 9 złotych.
Sprzedawca będzie chodził od dziewiątej do piątej rano, przez całą noc, bo w Edo po zamknięciu bram jest komu sprzedawać: wartownikom w budkach, ludziom wracającym z teatrów i z dzielnicy rozrywki, robotnikom z nabrzeży, pijakom, graczom i prostytutkom z nabrzeża, od których zresztą wzięła się nazwa tej zupy, yotaka soba, „soba nocnych jastrzębi". Sam Tokuzō kupi u niego miskę koło północy, jak w każdą zimną noc, i zobaczy go jeszcze kilka razy z drugiej strony wrót, bo mężczyzna z garnkiem na barkach należy do tych, których brama przepuszcza prawie od razu, tylko po krótkiej wymianie zdań
Flet masażysty słychać z bocznej uliczki. To niewielka bambusowa piszczałka z dwoma kanałami strojonymi odrobinę inaczej, tak że oba tony zderzają się i dudnią; niewidomy masażysta dmucha w nią najpierw słabo, potem mocno, potem znów słabo, i ten trzytaktowy pisk znaczy: „jestem, wołajcie”. Za masaż górnej i dolnej połowy ciała bierze 48 mon, trzy miski makaronu. Ludzie z łaźni mijają go pośpiesznie z jeszcze mokrymi głowami, bo łaźnia kosztuje 8 mon i zamyka się późnym wieczorem, a ciepło trzeba donieść do domu w ciele, nim wystygnie (o łaźniach więcej pisałem tu: Łaźnie sentō w Japonii czasów shogunatu - gęsta para, ciche rozmowy, zapach wilgotnej sosny). Ktoś kupuje u Tokuzō świecę, ktoś papier do nosa, chłopiec z sąsiedztwa dostaje dwa cynamonowe cukierki i ucieka bez słowa. Strażnik dokłada do ognia w glinianym piecyku, jedynym źródle ciepła w budce, i patrzy na przechodzących ludzi.
Na słupie bramy, pod okapem, przybita jest drewniana tabliczka z obwieszczeniem. Od 1720 roku urząd nakazał wywieszać swoje pisma właśnie tu, na bramach dzielnicowych, „na tabliczce albo choćby na papierze”, żeby dotarły „do wszystkich, aż do najniższych”. Tokuzō czyta słabo, sylabariusz tak, znaki chińskie z trudem, więc treść zna z ust zarządcy domów, po tym jak ten przeczytał ją na głos lokatorom: tym razem chodzi o zakaz wypuszczania na ulicę fajerwerków w porze suchej i o przypomnienie, że po zmroku należy chodzić z latarnią. Tak prawo shōguna dociera do człowieka jego stanu: nie jako kodeks, ale jako tabliczka na słupie, przeczytana przez sąsiada, i jako obowiązek, o którym przypomina dzwon. Nikt nie pyta, co strażnik o tym sądzi. Ma powiesić tabliczkę i pilnować, żeby jej nie zerwał wiatr.
Nogi to jego zawód sprzed tego zawodu. Dwadzieścia lat chodził po Edo z koszami na kiju, sprzedając warzywa, potem tofu, potem znowu warzywa (o wędrownych sprzedawcach botefuri przeczytasz więcej w książce: „Dzień z życia Edo”) i nogi się skończyły wcześniej niż on. Kolana puchły od jesieni do wiosny, wytchnienie dawało tylko lato. Stanowisko strażnika kupił od wdowy po starym Kyūbeim, z całą budką, piecykiem i długiem u sprzedawcy oleju, a wdowa poszła do córki na Fukagawę. Nikt się temu nie dziwił, choć może powinien, bo stanowisko nie było na sprzedaż. Zarządca domów przyjął to do wiadomości, miesięczny dyżurny również, naczelnik dzielnicy, nanushi (名主), pewnie nawet nie wiedział, jak strażnik ma na imię. Tak wygląda hierarchia, na której dole stoi Tokuzō: nad nim zarządcy domów, nad nimi dyżurny z ich grona, nad nim naczelnik kilku dzielnic, nad naczelnikiem trzej dziedziczni starsi miasta, nad nimi dopiero urząd miejski shōguna z jego oficerami z parą mieczy: kataną i wakizashi. Strażnik bramy nie jest sługą shōguna. Jest sługą sąsiadów, i sąsiedzi mu za to płacą. Płacą słabo.
Drugi strażnik, Kyūhachi, przychodzi po ósmej, młodszy, jeszcze z nogami, które chcą chodzić. Brama ma ich dwóch, jak każda w Edo, i dzielą noc na zmiany po jednej godzinie edońskiego rachunku, czyli po ponad dwie godziny naszego. Jeden czuwa, drugi śpi w budce z nogami pod piecykiem. Kyūhachi ma dwadzieścia parę lat i nie zamierza być strażnikiem długo. Wszyscy młodzi tak mówią, a potem ich kolana też się kończą.

Cztery uderzenia
Około wpół do dziesiątej według europejskiej miary czasu wraz z Kokuchō przychodzą trzy uderzenia wstępne, przerwa i cztery właściwe. Dzwon nie bije za darmo: dzielnica płaci dzwonnikowi cztery mony miesięcznie od domu, i tak robi kilkaset dzielnic w zasięgu jego głosu. Tokuzō wstaje z maty, bierze kołatkę i idzie do wrót. Lewe skrzydło idzie lekko, prawe trzeba unieść. Drewniany rygiel wchodzi w gniazdo z głuchym stukiem, w mieście rozlega się ten sam stuk tysiąc razy, i Edo zamienia się w siatkę zamkniętych pudełek, na dwie trzecie doby pozbawioną przelotowego ruchu. Tak przynajmniej wyglądało to w opowieści Mitamury Engyo, człowieka urodzonego dwa lata po upadku shōgunatu, zapisującego do połowy XX wieku wszystko, co pamiętano o dawnym mieście; to jemu zawdzięczamy większość tego, co dziś każdy Japończyk „wie” o Edo. Mitamura pisał, że od zimy do wiosny wrota zamykano o czwartej godzinie nocy, a potem wpuszczano przez furtkę.
Tyle że Mitamura rzadko podawał źródła, i w latach 90. ubiegłego wieku Ishikawa Eisuke, pisarz i badacz codzienności Edo, ogłosił, że większość dzielnicowych bram nie miała w ogóle skrzydeł: dwa słupy, belka, ogrodzenie, i tyle. Żaden drzeworyt, argumentował, nie pokazuje strażnika zamykającego wrota. Historyk architektury Hatano Jun odpowiedział w tym samym czasie, że otwartych wrót nie widać, bo są otwarte, a zamknąć przejście można także przenośnym płotem; i pokazał parawany z siedemnastego wieku z wyraźnie narysowanymi skrzydłami oraz ilustracje z „Przewodnika po sławnych miejscach Edo” z lat 30. XIX wieku, na których w dniu procesji świątecznej boczne bramy są zamknięte, a tam, gdzie bramy nie ma, stoi płot z bambusa. Najstarsze obwieszczenie w tej sprawie, z kwietnia 1648 roku, mówi zresztą wprost: „wielkie wrota trzymać otwarte do czwartej godziny, po czwartej wrota zamknąć”. Gdzieś więc były. Ale to, co naprawdę działało nocą, nie było z desek. Było z pytań i z drewnianej kołatki. I to zresztą Tokuzō wie lepiej niż obaj historycy.
Po zamknięciu wrót zapala dwie lampy przy słupach. To samo obwieszczenie z 1648 roku nakazało każdemu machi trzymać po zmroku dwie lampy przy bramie i co najmniej dwie w środku ulicy, razem sześć. Sześć papierowych latarń na kilkadziesiąt domów: to całe oświetlenie uliczne Edo, miasta większego wtedy od Londynu. Między lampami jest ciemność tak gęsta, że idąc bez własnej latarni, trzeba trzymać się ręką parkanów. Światło kosztuje. Miarka oleju rzepakowego, 180 mililitrów, kosztowała w tamtych latach 41 mon, jakieś 20 złotych, a jedna lampa spala przez noc mniej więcej pół miarki. Kto liczył, wychodziło mu, że jedna lampa zjada tyle, ile czynsz w oficynie. Dlatego w budce Tokuzō pali się olej z sardynek, o połowę tańszy, kopcący i śmierdzący, i dlatego biedni chodzili spać o zmroku, nie z pobożności, ale z rachunku. Ciemność w Edo miała cenę w monach, i ludzi dzieliła jak wszystko inne: na tych, którzy mogli sobie pozwolić na to, żeby nie spać, i na resztę.

Pierwsze pukanie
Pierwszy stuka tuż po zamknięciu, chłopak może trzynastoletni, czeladnik od kupca ryżowego z sąsiedniego machi, wysłany po południu z listem do Kandy, gdzie zasiedział się na kolacji. Tokuzō uchyla furtkę na szerokość dłoni. Skąd, do kogo, po co. Chłopak odpowiada zdyszany, podaje nazwisko pryncypała i nazwę sklepu, a strażnik zna ten sklep, bo sprzedaje im czasem sandały dla służby. Puszcza go. Zanim jednak chłopak zniknie w ciemności, Tokuzō uderza raz w kołatkę, twardo, tak by drewno zaśpiewało. Jedno uderzenie, jeden człowiek. Z następnej bramy, sto kilkadziesiąt kroków dalej, po chwili odpowiada takie samo uderzenie: usłyszeliśmy, czekamy. Gdyby chłopak nie doszedł, tamten strażnik miałby obowiązek wyjść i przeszukać ulicę, bo kołatka zapowiedziała człowieka, a człowieka nie ma. Tak działa okuri-hyōshigi (送り拍子木), „kołatka odprowadzająca”: miasto podaje sobie przechodnia z bramy do bramy jak wiadro w łańcuchu, każdy ogląda go przez chwilę i każdy odpowiada za odcinek.
Z
atrzymajmy się przy tym, czego obwieszczenie z 1648 roku zabrania. Nakazuje sprawdzać cel przechodnia i „odsyłać go dalej z dzielnicy do dzielnicy”, ale dodaje zdanie, w którym siedzi cała filozofia tego miasta: nie wolno zatrzymywać podróżnych „tylko dlatego, że jest późno”. Zatrzymać wolno podejrzanego, i tego należy odstawić do urzędu. Reszta ma iść. Brama nie jest więc godziną policyjną w naszym sensie. Nikt nie zabrania nocnego ruchu. Zabrania się ruchu niewidzianego. Człowiek może wędrować przez całe Edo o północy, pod warunkiem, że co sto kroków ktoś go zapyta, kto i dokąd, i uderzy w kołatkę. Późniejsze obwieszczenia dokręcały śrubę: w 1658 roku nakazano zaostrzyć kontrolę po północy, w 1708 urząd uznał, że za falę kradzieży odpowiada „zaniedbanie strażników bram i dyżurnych”, w 1710 przypomniano o kołatce, w 1714 kazano naprawić zaniedbane bramy. Wszystko to są dokumenty o tym samym: o tym, że system nie trzyma się na deskach, tylko na czujności ludzi opłacanych za tę czujność. Opłacanych najgorzej ze wszystkich.

Kilkaset kilometrów od Edo, na stacjach kontrolnych przy traktach, ten sam shōgunat prowadził podobne przesłuchania z pieczęciami, rejestrem i strażą zbrojną (czytaj tu: Dzień na stacji kontrolnej sekisho. Jak shōgunat rządził procedurą, nie mieczem). Tu pieczęci nie ma. Jest sześćdziesięcioletni człowiek w watowanym kaftanie, znający sklepy w promieniu trzech dzielnic i twarze ludzi kupujących u niego papier. To jego pamięć jest rejestrem. Chłopak od kupca ryżowego przeszedł, bo strażnik pamiętał, komu sprzedał sandały. Obcy przechodzą wolniej.

Obchód
W godzinie świni, między czterema a dziewięcioma uderzeniami (dziś powiedzielibyśmy „o dwudziestejtrzeciej”), Kyūhachi wstaje, a Tokuzō bierze kołatkę i rusza na obchód. Nie chodzi daleko, kilkadziesiąt domów w jedną stronę, do drugiej bramy, i z powrotem. Idzie środkiem ulicy, uderza w kołatkę co kilkanaście kroków i woła przeciw ogniowi. Nie wiemy dokładnie, jak brzmiało to wołanie w Edo tamtych lat; formuła, którą znają dziś wszyscy z filmów, „ognia się strzeżcie, uprzejmie prosimy”, pochodzi raczej z zachodniej Japonii i z późniejszej konwencji. Wiemy za to, jak brzmiał instrument: dwie deszczułki z twardego drewna, uderzane o siebie, dźwięk suchy i przenikliwy, słyszalny przez zamknięte okiennice. W niektórych dzielnicach obchodzący ciągnął po ziemi żelazną laskę z kółkami, brzęczącą przy każdym kroku, i to od niej pochodzi edońskie słowo na plotkarza: ten, kto ciągnie żelazną laskę i rozgłasza, kanabōhiki (金棒引き).
Ogień jest tym, czego Tokuzō boi się najbardziej, bardziej niż złodzieja i bardziej niż urzędnika. Zimą wiatr z północy wysusza deski, papier i słomę na dachach oficyn, a każda z kilkuset tysięcy rodzin w mieście gotuje na otwartym ogniu. Przy jego bramie stoją beczki z wodą, zamarzniętą teraz na kamień, i drabiny; obwieszczenie z 1661 roku żądało, by przy każdej z dwóch bram dzielnicy stało 30 wiader z wodą, razem 60, i 6 drabin. Na dachu wartowni po drugiej stronie skrzyżowania wisi mały dzwon alarmowy, a kto pierwszy zobaczy łunę, ma obowiązek w niego bić. Wtedy bramy otwierają się bez pytań, bo ogień znosi wszystkie reguły ruchu; w sztuce kabuki o sprzedawczyni warzyw Oshichi dziewczyna wdrapuje się na wieżę alarmową i bije w dzwon właśnie po to, żeby otworzono bramę odgradzającą ją od ukochanego. Tokuzō pamięta wielki pożar z roku Bunka 3, (po naszemu 1806), gdy jako mężczyzna po trzydziestce niósł kosze z warzywami ulicą, którą po południu tego samego dnia zjadł ogień od strony Shiby. Pamięta, że strażacy (więcej o hikeshi tu: „Nasi są na dachu!” – Hikeshi czasów shogunatu, gdy strażak był bohaterem, awanturnikiem i celebrytą Edo) przyszli z hakami i rozbierali domy przed frontem płomieni, i że na moście stali ludzie z tobołkami, patrząc na wschód.
A co, jeśli strażnik zasnął na warcie? Obwieszczenie z 1648 roku ma o takim jedno zdanie: związać, wystawić na moście, potem ukarać. Wystawienie na moście, gdzie rano przejdą wszyscy, było karą hańby, i to ona, nie kij, trzymała Tokuzō na nogach w środku nocy. Idzie wolno, bo kolana. Uderza w kołatkę. Za okiennicami nikt nie odpowiada, ale ludzie słyszą i przez sen liczą uderzenia, tak jak liczą dzwon.


Człowiek bez dzielnicy
Około północy, po dziewięciu uderzeniach z Kokuchō, przy furtce staje ktoś, kogo Tokuzō nie zna. Mężczyzna, może czterdziestoletni, w cienkim kaftanie, bez latarni, z tobołkiem. Mówi, że idzie do Honjo, do znajomego, że przyjechał z prowincji, że nie ma gdzie spać. Nie mówi, z jakiego machi, bo nie ma żadnego. Strażnik wie, co to znaczy. Mushuku (無宿), „bez domu”: człowiek skreślony z rejestru swojej wsi albo dzielnicy, przez ucieczkę, długi, wyrok albo zwykłą biedę, nieprzypisany do żadnego zarządcy domów i żadnej pięcioosobowej grupy sąsiedzkiej (system gonin gumi opisałem szerzej tu: Pod czujnym okiem sąsiada: Gonin gumi i odpowiedzialność grupowa w czasach shogunatu), człowiek, za jakiego nikt nie płaci co miesiąc 20 mon. W mieście, w którym każdy jest czyimś sąsiadem, taki człowiek nie powinien istnieć. Nie ma go w papierach, więc nie ma go wcale. I właśnie stanął przed Tokuzō.
Obwieszczenia są jasne. Podejrzanych zatrzymać, odstawić do wartowni. Od 1737 roku urząd wysyła nocne polecenia właśnie do wartowni, a zatrzymanych trzyma się tam do rana, przy ścianie, na której wiszą trzy narzędzia do obezwładniania: widły, tłuk z kolcami i drąg z hakami. W wartowni siedzi dziś zarządca albo jego zastępca i pisarz, może przy sake, bo o piciu w wartowniach na koszt dzielnicy urząd będzie pisał z irytacją jeszcze przez dwie dekady. Czasem kręci się tam także okappiki (岡っ引き), nieoficjalny pomocnik oficera, były złodziej albo bywalec spelun, opłacany z prywatnej kieszeni tego oficera i nielubiany przez wszystkich. Oddanie człowieka bez rejestru w te ręce nie jest małą rzeczą. Tokuzō zna kilka historii o tym, jak takie noce się kończą.
Patrzy na mężczyznę przez szparę furtki. Nie ma noża, nie ma zapachu sake, ma mokre, zniszczone drogą sandały. Strażnik zadaje trzy pytania, dostaje trzy odpowiedzi ani dobre, ani złe. Może go zatrzymać. Może uznać, że „nie wolno zatrzymywać tylko dlatego, że późno”, uchylić furtkę, uderzyć raz w kołatkę i przekazać go bramie następnej, a ta przekaże go dalej, aż do Honjo albo do pierwszego strażnika skłonnego spytać ostrzej. Robi to drugie. Nie z dobroci, choć może i trochę z dobroci. Robi to, bo system tak jest pomyślany: nie żąda od niego wyroku, żąda od niego tylko pytania i sygnału. Odpowiedzialność za człowieka bez dzielnicy przekazuje się z bramy do bramy, jak jego samego, i nigdzie nie osiada. Sąsiedzka czujność Edo, tak podziwiana przez tych, którzy piszą o bezpieczeństwie tego miasta, miała wbudowany mechanizm: obcy nigdy nie stawał się czyimś problemem na dłużej niż sto kroków.
Chwilę po nim przechodzi kobieta, tej nie trzeba pytać, bo Tokuzō ją zna. Wraca z nabrzeża, gdzie składy drewna dają cień; bierze 24 mony, półtorej miski makaronu, i ma pod pachą zwiniętą matę. Kołatka. Odpowiedź z następnej bramy. W tamtych latach mieszkały takie kobiety w Yoshida-chō w Honjo i przy moście w Yotsui, i satyrycy pisali o nich wierszyki.
霜天にいただき二十四文とり
(shimoten ni itadaki nijūshi-mon tori)
„Pod mroźnym niebem,
na leżąco,
bierze dwadzieścia cztery mony"
- ze zbioru „Haifū yanagidaru"

Najciemniejsza godzina
Osiem uderzeń, godzina wołu. Edokko mówią o niej ushi mitsu doki (丑三つ時), bo wtedy wychodzą duchy, i mają rację przynajmniej o tyle, że o tej porze nie wychodzi nikt inny. Księżyc dwudziestej szóstej nocy wzejdzie dopiero nad ranem, cienki jak obcięty paznokieć, więc nad ulicą nie ma nic. Lampy przy bramie rzucają dwa żółte kręgi wielkości maty, dalej jest czerń i w niej czasem szczeknie niechętnie pies. Psy Edo to osobna historia (Shogun wprowadza prawo ochrony zwierząt przed okrucieństwem w XVII wiecznej Japonii Edo) sięgająca shōguna, który sto lat wcześniej zakazał ich zabijania i wybudował dla nich schronisko na sto tysięcy psów; jego następca wpuścił do miasta psy z terenów łowieckich, i odtąd chodzą watahami, śpią pod domami, załatwiają się na progach. Edokko mówili, nieco wylgarnie, że w ich mieście najwięcej jest trzech rzeczy: sklepów Iseya, kapliczek Inari i psich kup. W nocy psy ujadają na kołatkę, na sprzedawcę makaronu, na siebie. Tokuzō trzyma pod ręką kij.
伊勢屋稲荷に犬の糞
Iseya Inari ni inu no kuso
„Iseya, Inari i psie gówno”
W takiej godzinie myśli się o rzeczach odkładanych za dnia na później. Na przykład o tym, że panienki na tej ulicy, gdy któraś założy czerwone obi, słyszą od chłopców: „wyglądasz jak cynamonowy cukierek u bantarō”. Cukierki strażnika są czerwone i tanie, więc czerwone i tanie jest wszystko, co się z nim kojarzy. Rodzice mówią do dziecka „leć kupić u bantarō”, nie „u pana Tokuzō”. Słowniki zapiszą, że w nazwie bantarō siedzi „odrobina pogardy”. Odrobina to mało powiedziane. Jego córka, dziś już zamężna w Fukagawie, słyszała to przezwisko przez całe dzieciństwo i wyszła za mąż po części po to, żeby przestać je słyszeć.
Skąd ta pogarda, skoro Tokuzō jest prawnie heimin, zwykłym mieszczaninem, zatrudnionym przez dzielnicę? Otóż w Kioto i Osace to samo zajęcie wykonywali ludzie z warstwy wykluczonej, hinin, wysyłani do budek przez swoich zwierzchników; w Kioto budka strażnika miała jedną matę i nikt w niej nie mieszkał. Słowo banta w prowincjonalnych miastach oznaczało właśnie strażnika-wykluczonego. Edo zrobiło wyjątek, słowniki będą to skrupulatnie odnotowywać: tutejszy bantarō jest mieszczaninem. Ale słowo przyszło do Edo z tamtym ciężarem, i zostało. Człowiek na dole hierarchii nosi nazwę tych, którzy są jeszcze niżej, choćby prawo mówiło co innego. Wykluczenie nie potrzebuje paragrafu, wystarczy mu przezwisko przekazywane przez dzieci.
Rakugo, w wersji, jaką znamy dziś, mówi to samo tylko z innej perspektywy. W opowieści „Nibansenji” (二番煎じ), „Zaparzone drugi raz" (czy „Drugi napar”), strażnik dostał wolne na koniec roku i szanowni panowie domów muszą sami chodzić z kołatką i żelazną laską. Marzną, wołają przeciw ogniowi coraz ciszej, w końcu chowają się do budki i grzeją sake w czajniku od herbaty, zagryzając dzikiem, którego jeden z nich przyniósł pod kaftanem. Wpada oficer na kontroli. Panowie zapewniają, że w czajniku jest lekarstwo na przeziębienie; oficer, zamiast ich ukarać, wypija całe „lekarstwo" i zjada dzika, po czym wychodzi i obiecuje wrócić po dokładkę. Gdy wraca, słyszy, że lekarstwo się skończyło i będzie dopiero „drugi napar". Śmieszy tu wszystko naraz: że ludzie z pieniędzmi nie wytrzymują jednej nocy pracy, za którą strażnikowi płacą kilkadziesiąt mon, że łamią zakaz picia w budce dokładnie tak, jak łamią go strażnicy, i że urzędnik, zamiast pilnować prawa, pilnuje, żeby mu zostawili trochę sake. Publiczność się śmieje. Tokuzō, gdyby tam był, śmiałby się chyba też. A może nie…

Wyjątek
Siedem uderzeń, godzina tygrysa, 寅の刻 (tora no koku), ostatnia przed świtem. Ktoś biegnie i wali w furtkę nie tyle ręką, co całym ciałem. Kobieta z latarnią, zdyszana, z sąsiedniego machi, mówi tylko: „po babkę, do żony cieśli, zaczęło się!". Babka to toriagebaba (取上婆), dosłownie „babka odbierająca", położna, i mieszka po tej stronie bramy, na tyłach. Tokuzō otwiera bez pytania i nie uderza w kołatkę, bo tej kobiety nie trzeba nikomu zapowiadać. Obwieszczenia znały takie wyjątki od początku: lekarz, położna, „sprawa, w której chodzi o życie", i oczywiście pożar. Kilka rzeczy w Edo było ważniejszych od porządku i wszystkie miały jakiś związek z tym, że człowiek przychodzi na świat albo z niego odchodzi.
Słyszy, jak kobieta wali w okiennicę jednego z domów na tyłach, potem głos starszej kobiety, jedno pytanie: „kto i gdzie?". Po chwili obie przechodzą przez furtkę w drugą stronę, położna w narzuconym kaftanie, pospiesznie, nie patrząc na strażnika, tak jak przechodzi się obok słupa. Wróci dopiero po świcie, albo i po południu. Tokuzō siada z powrotem na macie. Do sześciu uderzeń została jedna godzina tamtego rachunku, po naszemu prawie dwie. Księżyc jest już nad dachami, cienki, bezużyteczny.
Miasto budzi się od dźwięków, nie od światła. Najpierw koguty, potem gdzieś od nabrzeża pierwsze wołanie sprzedawców małży, dzieci z koszami wołające „zdychajcie!”. Tak naprawdę wołają: „asarii, shijimii”, nazwy dwóch gatunków małży, tak zdartym głosem, że niewyspanym dorosłym zlewało się to w „assari shinjimee”, „zdychajcie bez ceregieli"; satyrycy z Edo zapisali ten żart, choć o świcie nikt nie ma poczucia humoru. Potem dołącza do symfonii głos sprzedawcy natto z pękiem słomianych opakowań, potem tofu. Wszyscy oni są jeszcze po drugiej stronie wrót, obchodzą bramy bocznymi drogami albo czekają. Otsune wstaje, dmucha w piecyk. Zmiennik, Kyūhachi, śpi z otwartymi ustami.

Sześć uderzeń
O świcie dzwon z Kokuchō bije trzy razy na próbę i sześć na serio. Tak bił zawsze: trzy uderzenia wstępne, sutegane (捨て鐘), dosłownie „uderzenia odrzucone", nieliczone, aby obudzić uszy, a potem właściwa liczba. Sześć o świcie, sześć o zmroku, cztery przy zamykaniu bram, dziewięć o północy. Tokuzō unosi prawe skrzydło, otwiera lewe, wyjmuje rygiel. Miasto wraca do trybu jednego, nieprzerwanego strumienia; już w pierwszej godzinie przejdzie przez bramę więcej ludzi niż przez całą noc. Nikt na niego nie patrzy. Otsune rozpala pod glinianą patelnią, układa bataty, zamyka pokrywę. Za dwie godziny pierwsze dziecko przyjdzie z czterema monami.
Ostatniego dnia miesiąca zarządca domów przejdzie ulicą z woreczkiem, wstąpi do każdego domu, weźmie 20, 50, 100 mon, i część z tego trafi pod deskę pod matą Tokuzō. Sąsiedzi płacą za to, żeby ktoś pytał ich w nocy, dokąd idą. Płacą za dwie lampy i kołatkę. Płacą za człowieka, którego imienia nie muszą znać, bo wystarczy przezwisko. Za rok urząd spisze wymiary jego budki, żeby nikt nie budował większej. Za kilka lat Morisada zajrzy do takiej budki i zanotuje sandały, miotły, świece, złote rybki. Za sto lat Mitamura opowie o bramach zamykanych o czwartej godzinie nocy, a za sto siedemdziesiąt Ishikawa zapyta, czy te bramy w ogóle miały wrota. Za 198 lat po drugiej stronie globu historia zostanie opisana na łamach ukiyo-japan.pl. Nikt z nas nie zapyta strażnika, bo strażnika nie ma w żadnym rejestrze poza rubryką z wydatkami.
Tokuzō siada przed budką z fajką, na ulicy jest jasno, przechodzą ludzie. Prawe skrzydło wrót trzeba by naprawić. Zrobi to jutro, albo w przyszłym miesiącu, albo zrobi to Kyūhachi, kiedy kolana Tokuzō skończą się do reszty i wdowa sprzeda budkę komuś, kto też nie powinien jej kupić.

Źródła
1. 喜田川守貞『近世風俗志(守貞謾稿)』全5冊, 宇佐美英機校訂, 岩波文庫, 岩波書店 1996–2002.
2. 近世史料研究会編『正宝事録』日本学術振興会 1971; 近世史料研究会編『江戸町触集成』全22巻, 塙書房 1994–2012.
3. 波多野純「江戸における木戸・番屋の成立と機能 – 絵画史料を中心に」『国立歴史民俗博物館研究報告』第60集, 1995
4. 吉原健一郎『江戸の町役人』吉川弘文館 2007 (pierwodruk 1980).
5. 南和男『江戸の町奉行』歴史文化ライブラリー, 吉川弘文館 2005.
6. 石川英輔『大江戸庶民いろいろ事情』講談社 2002 (講談社文庫 2005).
7. Nishiyama Matsunosuke, „Edo Culture. Daily Life and Diversions in Urban Japan, 1600–1868”, przeł. Gerald Groemer, 1997.
8. Gerald Groemer, „The Creation of the Edo Outcaste Order”, „Journal of Japanese Studies” 27:2 (2001)
9. Timon Screech, „Tokyo Before Tokyo. Power and Magic in the Shogun's City of Edo”, 2020.
10. Jolanta Tubielewicz, „Historia Japonii”, Ossolineum, Wrocław 1984.
11. 北原亞以子『深川澪通り木戸番小屋』講談社 1989 (powieść; wyłącznie jako źródło klimatu, nie faktu).

