
W japońskiej poezji wiatr nie wieje – on przychodzi, pamięta i żałuje
Bambusowa zasłona drgnęła lekko – serce przyspiesza, bo nadchodzi osoba, na którą czekałeś tak długo tego ciemnego wieczoru. Ale nie, jednak nikt nie idzie. To akikaze – wrześniowy wiatr rozstania. VII wiek, dwór cesarski, noc. Księżniczka Nukada zapisała tę chwilę w pięciu wersach, które przetrwają trzynaście stuleci: wiatr poruszył zasłonę dokładnie tak, jak poruszyłby ją kochanek. Nadzieja i zawód w jednym dotyku. W jednym podmuchu – cały dramat. Dwa wieki później Sugawara no Michizane, wygnany z Kioto, nie zdążył pożegnać się z żoną ani z uczniami – pożegnał się ze śliwą i poprosił kochi - wschodni wiatr tęsknoty, by co roku przenosił zapach kwitnącego drzewa przez całą Japonię aż do dalekiego Daizafu, miejsca wygnania. Kolejne trzysta lat i Murasaki Shikibu wpuściła jesienny tajfun nowaki (野分) do pałacu swojej powieści „Genji Monogatari”, pozwalając mu przewrócić parawany, za którymi mąż ukrywał twarz żony przed synem. A Bashō, wędrując pieszo przez zimę 1684 roku, napisał trzy wersy o tym, jak wiatr kogarashi (木枯らし) zadawał twarzy ból swymi mroźnymi smagnięciami.

Każda z tych historii ma inne tempo, inną temperaturę, inny smak. I każda ma relację z innego rodzaju wiatrem – nie ogólnym podmuchem, lecz konkretnym, nazwanym, rozpoznawalnym po dotyku i uczuciu. Kochi (東風), ciepły wiosenny, niosący tęsknotę. Matsukaze (松風), niski i monotonny, szumiący w sosnach jak głos kogoś, kto odszedł dawno temu i już nigdy nie wróci. Japonia stworzyła dziesiątki takich imion – nie po to, by katalogować pogodę, lecz dlatego, że każdy z tych wiatrów przynosi inne emocje. I żaden nie da się pomylić z pozostałymi, tak jak nie da się pomylić żalu z lękiem, choć oba bolą.
Dzisiejszy tekst nie będzie słownikiem wiatrów. Będzie próbą zrozumienia, dlaczego japońska tradycja poetycka traktuje wiatr nie jako zjawisko atmosferyczne, lecz jako postać literacką z własną psychologią, porą roku i intencją. John Ruskin nazwał przypisywanie naturze ludzkich uczuć złudzeniem patetycznym – błędem słabego poety. Japońska tradycja patrzy na to z drugiej strony. Nie pyta, czy wolno nadawać wiatrowi ludzkie emocje. Wsłuchuje się w nie.

東風
Kochi – wiatr, który niesie tęsknotę
Rok 901, wczesna wiosna. Sugawara no Michizane, najwybitniejszy uczony i poeta swoich czasów, minister prawej strony na dworze cesarskim w Heian-kyo, stoi przed własnym domem po raz ostatni. Polityczna intryga klanu Fujiwara pozbawiła go stanowiska, tytułów i przyszłości (więcej o tych zajściach przeczytasz w naszym albumie refleksji tu: Album Refleksji Tom II). Cesarz Daigo, któremu Michizane wiernie służył, nie ruszył palcem w jego obronie. Wyrok jest prosty i ostateczny: zesłanie do Dazaifu na Kyūshū, na sam kraniec ówczesnego świata.
Legenda mówi, że Michizane pożegnał się ze wszystkim bez słowa – ze wszystkim oprócz jednego drzewa. Przed swoją ulubioną śliwą, tą samą, pod którą pisywał wiersze od dzieciństwa, zatrzymał się i wypowiedział pięć wersów, które przetrwały tysiąc lat:
東風吹かば
匂ひおこせよ
梅の花
主なしとて
春な忘るな
(kochi fukaba / nioi okoseyo / ume no hana / aruji nashi tote / haru na wasuru na)
Gdy wschodni wiatr (kochi) zawieje,
poślij mi swój zapach,
kwiatku śliwy –
choć pana twego nie będzie,
nie zapomnij o wiośnie.
Sugawara no Michizane, waka, 901; „Shūi wakashū", X w.
To nie jest wiersz o drzewie. To jest wiersz o wietrze, który jest uczuciem tęsknoty. Kochi (東風, dosł. „wschodni wiatr") – ciepły powiew wiosenny, który w japońskiej tradycji zwiastuje roztopy i pierwsze kwitnienie – zostaje tu mianowany posłańcem. Michizane nie prosi żony, nie prosi uczniów, nie prosi cesarza. Prosi wiatr. Bo wie, że jedyną siłą zdolną przenieść zapach kwitnącej śliwy z Kioto na Kyūshū jest kochi. I wie, że kochi przychodzi co roku, wiernie, niezawodnie – w przeciwieństwie do ludzi.
Kanji 東 znaczy „wschód". Michizane jechał na zachód, w zesłanie. Prosząc wschodni wiatr, by niósł ku niemu zapach, prosił o połączenie dwóch końców świata – tego, w którym zostawił życie, i tego, w którym miał umrzeć. Prośba ta jest zarazem aktem wiary i aktem rozpaczy. Michizane nigdy nie wrócił do stolicy. Zmarł w Dazaifu w 903 roku, złamany i samotny.
Ale wiersz przetrwał – i przetrwała legenda. Według tradycji, śliwa z ogrodu Michizane wyrwała się z korzeniami i przeleciała przez całą Japonię, by stanąć przy swoim panu w Dazaifu. Latająca śliwa – tobiume (飛梅) – rośnie przed główną salą świątyni Dazaifu Tenmangū do dziś i każdej wiosny kwitnie pierwsza ze wszystkich drzew w okolicy. Historycy, jak Robert Borgen w swojej monografii o Michizane, wskazują, że legenda o latającej śliwie pojawiła się dopiero w epoce Edo, wieki po śmierci poety. Ale to nie ma znaczenia. Legenda nie mówi o fakcie – mówi o sile tęsknoty i jej wiatru: kochi. Wiatr, do którego zwrócił się umierający wygnańcem, okazał się jedynym, który dotrzymał słowa.
Po śmierci Michizane na dwór w Heian-kyo (dzisiejsze Kioto) spadły plagi, pioruny uderzyły w pałac cesarski, potomkowie oprawców umierali jeden po drugim. Dwór, przerażony gniewem ducha, pośpiesznie przywrócił Michizane tytuły i ufundował świątynię Kitano Tenmangū, deifikując go jako Tenjina – bóstwo nauki i kaligrafii. Dzisiaj w Japonii jest ponad dwanaście tysięcy świątyń tenmangū, a przed każdą rosną śliwy. Co roku w styczniu tłumy uczniów wieszają na nich tabliczki z prośbami o zdanie egzaminów. I co roku w lutym wieje kochi – ciepły, wiosenny, wschodni. Tak jakby wiatr nigdy nie przerwał połączenia między dawnym życiem poety, a miejscem jego wygnania.

松風
Matsukaze – wiatr, który czeka
Słowo matsukaze (松風) znaczy „wiatr w sosnach". Tyle że japoński jest językiem homofonów, a matsu (松) – „sosna" – brzmi identycznie jak matsu (待つ) – „czekać". Matsukaze to zatem jednocześnie „wiatr w sosnach" i „wiatr, który czeka". Ta gra słów nie jest tylko literacką zabawą. Jest fundamentem jednego z najważniejszych dzieł japońskiego teatru.
Sztuka nō „Matsukaze", napisana przez
Kan’amiego i przerobiona przez jego syna Zeamiego w XIV wieku, opowiada o dwóch siostrach – zbieraczkach soli na zatoce Suma. Matsukaze (Wiatr w Sosnach) i Murasame (Jesienny Deszcz) zakochały się w dworskim wygnańcu Ariwarze no Yukihirze, który spędził w Sumie trzy lata, a potem wrócił do stolicy i umarł. Siostry, oszalałe z żalu, umarły niedługo potem. Ich duchy jednak nie odeszły. Przywiązanie – shūshin (執心) – trzyma je przy jedynej pamiątce po ukochanym: samotnej sośnie na plaży, przy której Yukihira zostawił swoją czapkę dworską i płaszcz myśliwski.
Wędrowny mnich, zatrzymujący się na noc w chatce rybackiej, dowiaduje się, że dwie kobiety, które go goszczą, to duchy sióstr. Matsukaze ubiera się w płaszcz ukochanego i oddaje się ekstatycznemu tańcowi “ha no mai” – w finale myli sosnę z Yukihirą, tuląc pień drzewa jak ciało kochanka. Murasame łapie ją za rękaw:
- „Toniesz w grzechu namiętności. To jest sosna. Yukihiry tu nie ma."
Ale Matsukaze odpowiada: „Ta sosna jest Yukihirą!"
Motywem przewodnim sztuki jest waka Yukihiry z antologii Hyakunin isshu (百人一首):
立ち別れ
いなばの山の
峰に生ふる
まつとし聞かば
今帰り来む
(tachi wakare / inaba no yama no / mine ni ouru / matsu to shi kikaba / ima kaeri kon)
Rozstając się z tobą,
jadę w góry Inaby –
lecz jeśli usłyszę,
że czekasz jak sosna na szczycie,
natychmiast wrócę.
- Ariwara no Yukihira, „Hyakunin isshu", wiersz 16, IX w.
Znów ta sama gra: matsu na szczycie góry Inaba to zarazem sosna i czekanie, a Inaba (因幡) to zarówno nazwa prowincji, jak i inaba (いなば) – „gdybym odszedł". Cały wiersz jest zbudowany na podwójnym dnie. Yukihira obiecuje wrócić. Nie wraca. Sosna czeka. Wiatr w sosnach czeka. Siostry czekają. Wszyscy czekają wiecznie, bo obietnica nigdy nie zostanie spełniona.
Zeami wspominał „Matsukaze" częściej niż jakiekolwiek inne dzieło w swoich pismach o sztuce nō. Finał sztuki to jedno z najbardziej poruszających zakończeń w historii teatru: mnich budzi się ze snu, duchy znikają, a chór przywraca imionom sióstr ich pierwotne znaczenie. Nie ma już Matsukaze i Murasame. Są tylko wiatr w sosnach i jesienny deszcz. Duchów nie ma. Zostaje sam dźwięk.
Bashō, podróżując do Sumy jesienią 1684 roku, napisał hokku w hołdzie temu samemu miejscu:
松風の
落葉か水の
音涼し
(matsukaze no / ochiba ka mizu no / oto suzushi)
Wiatr w sosnach –
to opadłe igły czy woda?
Chłodny dźwięk.
- Matsuo Bashō, hokku, jesień 1684, Suma; „Nozarashi kikō"
W tym hokku nie ma ludzi, nie ma duchów, nie ma historii miłosnej. Jest tylko dźwięk, którego poeta nie potrafi odróżnić – wiatr w sosnach czy szum wody? Bashō wie, że na tej plaży umarły dwie kobiety z tęsknoty. Nie musi o tym pisać. Wystarczy, że słucha.

野分
Nowaki – wiatr, który odsłania
Rozdział dwudziesty ósmy „Genji monogatari" (源氏物語) Murasaki Shikibu nosi tytuł „Nowaki" (野分) – dosłownie „dzielący trawę", to nazwa jesiennego tajfunu. Akcja rozgrywa się, gdy Hikaru Genji ma trzydzieści sześć lat i jest u szczytu potęgi. Jego pałac Rokujō-in (六条院) – luksusowa rezydencja z czterema skrzydłami, po jednym na każdą porę roku – stoi otworem dla jesiennych sztormów.
Nowaki wyrywają ogrodzenia, rozrzucają kwiaty, przewracają bambusowe ekrany. I właśnie w tym chaosie syn Genjiego, Yūgiri (夕霧), przechodząc przez ogród, po raz pierwszy w życiu widzi twarz Murasaki no Ue (紫の上) – ukochanej żony swojego ojca. Twarz, którą Genji ukrywał przed nim latami. Twarz, która oszałamia go jak widok kwitnącej wiśni.
Murasaki Shikibu nie opisuje tu katastrofy. Opisuje odsłonięcie. Nowaki jest w tym rozdziale narratorem – a jednocześnie siłą, która burzy konwencje i fasady. Wiatr robi to, czego nikt na dworze Heian nie odważyłby się zrobić: wyrywa tajemnicę z rąk etykiety. Bez tajfunu Yūgiri nigdy nie zobaczyłby Murasaki. Tajfun jest tu dramaturgiem – nie tłem sceny, lecz jej reżyserem.
Akashi no kimi, jedna z dam Genjiego, zostaje po wizycie męża sama – i szepcze do siebie:
おほかたに
荻の葉すぐる
風の音も
うき身ひとつに
しむ心ちして
(ōkata ni / ogi no ha suguru / kaze no oto mo / uki mi hitotsu ni / shimu kokochi shite)
Nawet przelotny dźwięk wiatru
w wysokich trawach
przeszywa to jedno
nieszczęsne ciało
– wnika i nie puszcza.
- Murasaki Shikibu, „Genji monogatari",
rozdz. 28 „Nowaki", ok. 1005
Wiatr, który dla jednych jest odkryciem piękna, dla innych jest rozpaczą. W jednym rozdziale Murasaki Shikibu używa nowaki jako lustra, w którym każda postać widzi coś innego – Yūgiri widzi zakazane piękno, Genji widzi zagrożenie, Akashi no kimi widzi swoją samotność. Wiatr jest ten sam. Ludzie są różni.
W saijiki (歳時記), japońskich kalendarzach poetyckich, nowaki to kigo (季語, słowo sezonowe) późnej jesieni. Tradycyjnie odnosi się do wichur, które nadchodzą między dwusetnym dziesiątym a dwusetnym dwudziestym dniem roku licząc od początku wiosny w starym kalendarzu – to pora, gdy ryż dojrzewa na polach i jest najbardziej podatny na zniszczenie. Nowaki nie jest abstrakcją meteorologiczną. Jest konkretną porą lęku – momentem, w którym cały rok pracy może zostać zdmuchnięty w jedną noc.

木枯らし
Kogarashi – wiatr, który obdziera
Niektóre japońskie słowa są tak dobre, że Japończycy stworzyli dla nich osobny znak. Kogarashi (木枯らし, dosł. „ten, który suszy drzewa") to zimowy wiatr, który obdziera gałęzie z ostatnich liści. Oficjalny zapis to dwa kanji: 木 (drzewo) i 枯 (uschnąć, obumrzeć). Ale istnieje też kokuji – znak stworzony wyłącznie w Japonii, nieistniejący w klasycznym chińskim: 凩. Wewnątrz znaku 風 (wiatr) umieszczono 木 (drzewo). Wiatr, który ma w sobie drzewo. Albo drzewo, które jest wewnątrz wiatru.
Kogarashi ogłasza się w Tokio i Osace oficjalnie – Japońska Agencja Meteorologiczna podaje datę pierwszego kogarashi w roku, tak jak podaje się datę pierwszego kwitnienia wiśni. Pierwszy kogarashi oznacza, że zima nadeszła. W poezji oznacza coś więcej: że obnażenie się rozpoczęło. Kogarashi nie niszczy – obdziera. Zdejmuje warstwy. Zostawia to, co jest pod spodem – gołą strukturę drzewa, kości pejzażu, prawdę.
Matsuo Bashō, w drodze na zachód jesienią 1684 roku, doświadczył kogarashi na własnym ciele:
木枯や
頬腫痛む
人の顔
(kogarashi ya / hoobare itamu / hito no kao)
Zimowy wiatr (kogarashi) –
policzki puchną i bolą,
ludzka twarz.
- Matsuo Bashō, hokku, zima 1684; „Nozarashi kikō"
Tu nie ma kontemplacji, nie ma metafory. Jest tylko ciało wystawione na wiatr. Policzki Bashō puchną i bolą – kogarashi nie jest poetycką figurą, lecz fizyczną siłą, która atakuje skórę, mięśnie, kości twarzy. Bashō wędrował pieszo, bez osłony, z jednym plecakiem i kijem bambusowym. Jego hokku o kogarashi to nie wiersz o zimie. To wiersz o bezbronności wobec natury (więcej o jego wędrówce przeczytasz tu: Wąska ścieżka, szeroki oddech. Na północ — w głąb kraju i siebie — z mistrzem Bashō).
Sto lat później Yosa Buson (与謝蕪村), drugi wielki mistrz hokku, napisał swoje własne kogarashi – i brzmiało zupełnie inaczej:
木枯や
石碑を読む
僧ひとり
(kogarashi ya / ishibumi o yomu / sō hitori)
Zimowy wiatr (kogarashi) –
napis na kamieniu czyta
samotny mnich.
- Yosa Buson, hokku, XVIII w.
U Bashō kogarashi jest brutalne i cielesne. U Busona – jest tłem samotności. Mnich stoi wśród pustego krajobrazu i czyta inskrypcję na kamieniu upamiętniającym kogoś, kto dawno odszedł. Wiatr wieje, mnich czyta, nikt inny nie patrzy. Buson nie opisuje bólu – opisuje ciszę, w której jedynym towarzyszem człowieka jest wiatr i pamięć wyryta w kamieniu.
Różnica między tymi dwoma hokku mówi coś istotnego o naturze japońskiej poezji wiatru. Ten sam wiatr – kogarashi – u jednego poety jest pięścią w twarz, u drugiego – milczącym świadkiem. Wiatr nie zmienia się. Zmienia się poeta, który na niego patrzy. I w tym właśnie tkwi klucz: japońska poezja nie opisuje wiatru. Japońska poezja opisuje spotkanie człowieka z wiatrem. A ponieważ każde spotkanie jest inne, każdy wiersz jest inny. Ichigo ichie.
Kogarashi ma jeszcze jedną funkcję w japońskiej wyobraźni: jest posłańcem śmierci. Nie w sensie dosłownym – kogarashi nie zabija. Ale obnażając drzewa, zapowiada koniec roku, koniec cyklu, koniec ciepła. W tradycji buddyjskiej obnażone drzewo to metafora mujō (無常, nietrwałości) – przypomnienie, że wszystko, co żywe, zostanie kiedyś ogołocone do kości.

秋風
Akikaze – wiatr rozstania
Jeśli kogarashi jest posłańcem śmierci, to akikaze (秋風, „jesienny wiatr") jest posłańcem rozstania. W japońskiej tradycji poetyckiej jesień to pora odchodzenia – liści, ptaków, kochanków. A akikaze jest siłą, która wprawia to odchodzenie w ruch. Nie brutalnie, jak nowaki, nie surowo, jak kogarashi. Łagodnie. Nieuchronnie. Jak ktoś, kto zamyka za sobą drzwi, nie trzaskając nimi, ale wiedząc, że pozostaną zamknięte na długo.
Księżniczka Nukada (額田王), jedna z pierwszych wielkich poetek japońskiej tradycji, żyjąca w VII wieku, pozostawiła w antologii “Man’yōshū” wiersz, w którym jesienny wiatr staje się obecnością kochanka:
君待つと
我が恋ひ居れば
我が宿の
簾動かし
秋の風吹く
(kimi matsu to / waga koi oreba / waga yado no / sudare ugokashi / aki no kaze fuku)
Czekając na ciebie,
trwam w tęsknocie –
bambusowe zasłony mego domu
porusza
jesienny wiatr.
- Nukada no Ōkimi, „Man’yōshū" IV:488, VII w.
Struktura tego wiersza jest precyzyjna jak mechanizm zegarka. Nukada czeka na cesarza Tenji. Zamiast niego przychodzi wiatr. Wiatr porusza zasłony – dokładnie tak, jak poruszyłby je ktoś, kto wchodzi. W jednej chwili nadzieja i zawód stają się tym samym doznaniem: to nie ty, to wiatr. Ale wiatr dotknął tego, czego dotknąłbyś ty. I to wystarczy, żeby serce przyspieszyło.
Pięć wieków później mnich-poeta Saigyō (西行, 1118–1190) napisał jedną z najsłynniejszych waka w historii japońskiej poezji:
心なき
身にもあはれは
知られけり
鴫立つ沢の
秋の夕暮
(kokoro naki / mi ni mo aware wa / shirarekeri / shigi tatsu sawa no / aki no yūgure)
Nawet w człowieku,
który wyrzekł się uczuć,
budzi się żal –
bekasy lecą nad bagnami
w jesiennym zmierzchu.
- Saigyō, „Shin kokin wakashū", ok. 1187
Saigyō nie wymienia wiatru wprost. Ale aki no yūgure – jesienny zmierzch – jest w japońskiej wyobraźni nierozerwalny od akikaze. Bekasy lecą, bo je spłoszył wiatr. Zmierzch w bagnach jest chłodny, bo wieje akikaze. Saigyō, który jako dwudziestotrzylatek porzucił karierę dworską, żonę i dzieci, by zostać wędrownym mnichem, pisze tu o porażce swojego wyrzeczenia: miał się uwolnić od emocji, a mimo to jesień łamie mu serce. Akikaze w tym wierszu jest niewidzialny, ale wszechobecny – jak smutek, którego nie sposób wskazać palcem, ale który zmienia kolor wszystkiego wokół.
W saijiki akikaze otwiera jesień. Jest pierwszym wiatrem, który informuje ciało, że lato się skończyło. Nie temperaturą – bo jesienne dni w Japonii potrafią być gorące. Dotykiem. Akikaze dotyka inaczej niż letni wiatr. Ma w sobie coś, co Japończycy nazwaliby sabi (寂) – łagodną samotność, chłód nie powietrza, lecz istnienia. Można powiedzieć: „zawiał chłodny wiatr". A można: „przyszedł akikaze". Różnica jest taka jak między prognozą pogody a pożegnaniem bliskiej osoby.

Wiatr u Sei Shōnagon
Sei Shōnagon (bliska mi pisarka, o której pisałem między innymi tu: Moja genialna i złośliwa nauczycielka i przyjaciółka: Sei Shōnagon i uważność z pazurem), dama dworu cesarzowej Teishi, otworzyła swoje „Zapiski spod wezgłowia" (Makura no sōshi, 枕草子) słynnym zdaniem o porach roku. Wiosna to świt. Lato to noc. A jesień?
秋は夕暮れ。夕日のさして山の端いと近うなりたるに、烏の寝所へ行くとて、三つ四つ、二つ三つなど飛び急ぐさへあはれなり。まいて雁などの連ねたるが、いと小さく見ゆるは、いとをかし。日入り果てて、風の音、虫の音など、はた言ふべきにあらず。
(Aki wa yūgure. Yūhi no sashite yama no ha ito chikō naritaru ni, karasu no nedoko e yuku tote, mitsu yotsu, futatsu mitsu nado tobi isogu sae aware nari. Maite kari nado no tsuraneta ru ga, ito chiisaku miyuru wa, ito okashi. Hi iri hatete, kaze no oto, mushi no oto nado, hata iubeki ni arazu.)
„Jesień – to zmierzch. Słońce zachodzące dotyka grzbietów gór, a wrony śpieszą do noclegów, trzy, cztery, dwa, trzy – nawet to urokiem napawa. A cóż dopiero dzikie gęsi ciągnące szykiem, coraz mniejsze w oddali – nieopisane wrażenie. Gdy słońce zajdzie do końca, dźwięk wiatru, dźwięk owadów – tu słowa już nie sięgają."
Wiatr nie jest tu nazwany. Nie ma akikaze, nie ma nowaki, nie ma żadnego z poetyckich imion. Jest sam dźwięk – kaze no oto (風の音). Sei Shōnagon nie opisuje wiatru. Słucha go. Wiatr jest tu nie postacią, lecz medium – przestrzenią akustyczną, w której rozpuszcza się zmierzch.
To jest zasadnicza różnica między poezją a prozą Heian. Poezja daje wiatrowi imię i czyni z niego bohatera. Proza zostawia go anonimowym – obecnym, ale nienazwanym. U Murasaki Shikibu wiatr jest motorem fabuły: nowaki odsłania tajemnice, matsukaze niesie tęsknotę. U Sei Shōnagon wiatr jest nastrojem. Nie robi niczego. Po prostu jest. I właśnie dlatego jest tak przejmujący – bo jego obecność nie wymaga uzasadnienia. Tak jak nie wymaga uzasadnienia smutek, który nadchodzi bez powodu o zmierzchu w październiku.

Angielski krytyk John Ruskin ukuł w XIX wieku termin “pathetic fallacy” – „złudzenie patetyczne" – na określenie zabiegu literackiego polegającego na przypisywaniu naturze ludzkich emocji. „Okrutne morze", „złośliwy wiatr", „płaczący deszcz" – Ruskin twierdził, że to oznaka słabości poetyckiej, projekcja, która zamazuje prawdę o świecie. Tyle że Ruskin myślał w kategoriach zachodniej dychotomii: podmiot tu, przedmiot tam, a między nimi przepaść. Japońska tradycja poetycka tej przepaści nie zna. Wiatr nie jest „okrutny" ani „łagodny" przez metaforę. Wiatr jest siłą, przez którą przechodzą emocje – zarówno te ludzkie, jak i te, które są większe od człowieka. Czy to człowiek nadaje wiatrowi uczucia, czy wiatr nadaje je człowiekowi? Sei Shōnagon nie odpowiada na to pytanie. Słucha.

Fūjin
Nie każdy japoński wiatr jest bezcielesnym głosem zaplątanym wśród gałęzi sosen. Jeden z nich ma twarz, ciało i worek na plecach. Fūjin (風神), bóg wiatru, jest jednym z najstarszych bóstw japońskiego panteonu – starszym, jak podaje “Kojiki”, od samej Amaterasu. Wiatr istniał, zanim pojawiło się światło.
Najpełniejszym portretem Fūjina jest słynny parawan Tawarayi Sōtatsu (俵屋宗達), namalowany około 1639 roku i przechowywany w świątyni zen Kennin-ji (建仁寺) w Kioto – choć oryginał ze względów konserwatorskich przebywa w Muzeum Narodowym w Kioto, a w świątyni wisi wierna replika. Parawan jest dwuskrzydłowy: na lewym skrzydle pędzi Fūjin, na prawym – Raijin (雷神), bóg piorunów. Między nimi – nic. Złoto. Pustka.
Fūjin u Sōtatsu ma zieloną skórę, dzikie oczy, rozczochrane rude włosy i ogromny worek z wiatrami przewieszony przez ramiona. Wygląda jak demon – ale jego twarz nie jest groźna. Jest radosna. Fūjin pędzi przez niebo z miną kogoś, kto doskonale się bawi. Raijin po drugiej stronie z bębnem piorunów – też się uśmiecha. Sōtatsu namalował bogów nie jako siły budzące grozę, lecz jako siły budzące zachwyt. Wiatr i piorun nie karają – igrają.
Technicznie parawan jest arcydziełem szkoły Rinpa. Sōtatsu użył techniki tarashikomi – nakładania srebrnego tuszu na mokry podkład, co nadaje chmurom, na których jadą bogowie, wrażenie dynamiki i lekkości. Złote tło nie jest dekoracją – jest nieskończoną przestrzenią, z której bóstwa wyłaniają się i w której zaraz znikną. Co istotne, Sōtatsu umieścił obie postacie na skrajnych krawędziach parawanu – jakby wiatr i piorun nie mieściły się w ramach zwykłej sztuki i wdzierały się do niej z zewnątrz.

Parawan Sōtatsu stał się jednym z najczęściej kopiowanych dzieł w historii japońskiego malarstwa. Ogata Kōrin (尾形光琳, 1658–1716) skopiował go wiernie około 1710 roku – z jedną różnicą: u Kōrina bogowie patrzą na siebie nawzajem, podczas gdy u Sōtatsu patrzą w dół, na świat ludzi. Sakai Hōitsu (酒井抱一, 1761–1828) skopiował wersję Kōrina, nie wiedząc o istnieniu oryginału Sōtatsu. Trzy pokolenia artystów Rinpa prowadziły dialog z tym samym obrazem – każde widząc w nim co innego. W 2015 roku wszystkie trzy wersje wystawiono obok siebie w Muzeum Narodowym w Kioto.

Kalendarz wiatru – saijiki i siedemdziesiąt dwie mikropory roku
Japońska poezja nie istnieje bez kalendarza. Każde hokku musi zawierać kigo (季語) – słowo sezonowe, które kotwiczy wiersz w konkretnej porze roku. Kalendarze poetyckie zwane saijiki (歳時記) katalogują tysiące takich słów, uporządkowanych według pór roku i kategorii: rośliny, zwierzęta, zjawiska astronomiczne, święta – i rodzaje wiatrów.
W saijiki wiatry mają swoje miejsce w każdej porze roku. Wiosną wieje haru ichiban (春一番, „pierwszy wiosenny") – silny południowy wiatr, który zwiastuje koniec zimy. To oficjalne kigo wiosny, ogłaszane przez agencję meteorologiczną tak jak kogarashi jest ogłaszane jesienią. Za nim przychodzi kochi (東風) – ciepły, wiosenny, ze wschodu. Latem nadciąga minami (南, „południowy") i wilgotny yamase (山背), chłodny wiatr z Pacyfiku, który przynosi mgły na wybrzeże Tōhoku i w historii wielokrotnie powodował klęski nieurodzaju – yamase był jednym z czynników wielkiego głodu Tenpō (1833–1836), który zabił setki tysięcy ludzi. Jesienią wieje akikaze, a za nim nowaki. Zimę otwiera kogarashi, a za nim kitakaze (北風, „wiatr z północy") – suchy, przenikliwy, arktyczny.
Ale najciekawszą klasyfikacją wiatrów w Japonii są shichijūni kō (七十二候) – siedemdziesiąt dwie mikropory roku (opis wszystkich 72 pór roku znajdziesz tu: 72 japońskie pory roku cz. 1 – wiosna i lato w kalendarzu subtelnej uważności oraz tu: 72 japońskie pory roku cz. 2 – jesień i zima w kalendarzu świadomego życia). Rok dzieli się na dwadzieścia cztery okresy po około piętnaście dni, a każdy z tych okresów na trzy mikropory po pięć dni. Wiele z nich definiuje się przez wiatr: „ciepły wiatr wieje" (harukaze, mniej więcej koniec lutego), „kogarashi przestaje wiać" (początek marca), „chłodny wiatr nadchodzi" (początek sierpnia). Wiatr jest tu nie zjawiskiem, lecz jednostką czasu. Nie mierzysz pory roku termometrem. Mierzysz ją tym, który wiatr właśnie wieje.
Ten system ma coś głęboko niezachodniego. W europejskiej meteorologii wiatr to prędkość, kierunek i temperatura – dane. W japońskich saijiki wiatr to charakter, nastrój i tożsamość. Haru ichiban to nie „południowy wiatr o prędkości 8 m/s w lutym". To powrót znajomej postaci – kogoś, kto przychodzi co roku, kogo się rozpoznaje i kogo się wita. Japońskie słowo na pogodę – tenki (天気) – zawiera kanji 気 (ki), które oznacza energię, oddech, nastrój. Pogoda w japońskim języku jest dosłownie nastrojem nieba (analizę znaku 気 (ki) znajdziesz tu: Znak 気 (ki) - czego możemy się nauczyć z japońskiej idei energii relacji międzyludzkich?).

Kamikaze – gdy wiatr stał się propagandą
Jest jedno japońskie imię wiatru, które zna cały świat. I prawie nikt nie zna go poprawnie.
Kamikaze (神風, „boski wiatr") pojawia się w japońskiej historii po raz pierwszy w 1274 i ponownie w 1281 roku, gdy potężna flota Kubilaj-chana, władcy imperium mongolskiego, dwukrotnie próbowała najechać Japonię – i dwukrotnie została rozproszona przez tajfuny. Japończycy nazwali te sztormy kamikaze – boskim wiatrem, który ocalił wyspy. W narracji shintoistycznej interpretacja była oczywista: to bogowie – kami – wysłali wiatr, by chronić świętą ziemię. Japonia jest nietykalna, bo niebo nad nią czuwa (więcej o tych wydarzeniach pisałem tutaj: Kamikaze – dwa boskie tajfuny życia, jeden ponury wiatr śmierci).
Przez następne sześćset lat kamikaze było poetyckim pojęciem o zabarwieniu religijnym i patriotycznym, ale zasadniczo niewinnym. Używano go w poezji, w rytuałach, w opowieściach. A potem nadszedł 1944 rok. Wiceadmirał Ōnishi Takijirō (大西瀧治郎), stojący przed perspektywą nieuchronnej klęski na Pacyfiku, sformował specjalne eskadry lotników, których zadaniem było rozbijanie samolotów na pokładach amerykańskich lotniskowców. Nadał im nazwę Shinpū Tokubetsu Kōgekitai (神風特別攻撃隊) – „Specjalne Oddziały Szturmowe Boskiego Wiatru". W zachodnim rozumieniu: kamikaze.
To jest moment, w którym poetyckie imię wiatru zostaje skonfiskowane przez propagandę. Kamikaze przestaje być siłą natury, która chroni – i staje się etykietą naklejoną na śmierć młodych chłopców. Wielu z tych pilotów miało dwadzieścia kilka lat, wedle współczesnego rozumienia wielu z nas – to były jeszcze dzieci. Wielu pisało przed ostatnim lotem listy do matek – listy, w których nie ma ani śladu fanatyzmu, za to jest strach, żal i prośba o przebaczenie. Pisałem o nich w innym eseju (Prawdziwi kamikaze – listy chłopców do rodziny przed śmiercią). Tu chcę powiedzieć co innego: propaganda nie tylko zabija ludzi. Zabija też słowa.
Współczesna Japonia praktycznie nie używa słowa kamikaze w jakimkolwiek kontekście. Termin, który przez siedem wieków był poetyckim imieniem opatrznościowego wiatru, został skażony na tyle, że wielu Japończyków słysząc go, myśli nie o tajfunach z XIII wieku, lecz o samolotach wbijających się w lotniskowce. Na Zachodzie jest jeszcze gorzej – „kamikaze" stało się przymiotnikiem oznaczającym bezmyślne samobójstwo, a po 11 września 2001 zaczęto go używać w odniesieniu do zamachowców, którzy nie mają z Japonią, średniowieczną inwazją mongolską, poezją czasów Kamakury ani shintoizmem czy wiatrem jako takim nic wspólnego.
Co się dzieje z poetyckim imieniem wiatru, gdy historia je skonfiskuje? Traci swoje pierwotne znaczenie. Kamikaze z 1281 roku to opowieść o ocaleniu, o sile przyrody, o przekonaniu, że świat nie jest obojętny. Kamikaze z 1944 roku to opowieść o desperacji, o instrumentalizacji śmierci, o cynizmie generałów. To samo słowo – ale jakby dwa różne języki. Japonia, która stworzyła dwadzieścia imion wiatru, straciła jedno z nich. Nie dlatego, że wiatr przestał wiać. Dlatego, że ludzie skradli mu imię.

Kto wieje?
Istnieje pewien nieodwracalny skutek czytania japońskiej poezji wiatru. Gdy już wiesz, że kogarashi to nie „zimny wiatr", lecz ten konkretny, który obdziera gałęzie z ostatnich liści i zostawia drzewa nagie jak szkielety – nie potrafisz już poczuć listopadowego podmuchu bez rozpoznania. Nie umysłem. Skórą. Coś się zmienia w samym doznaniu, jakby ktoś włączył światło w pokoju, w którym dotąd siedziałeś po ciemku. Pokój jest ten sam. Ty jesteś ten sam. Ale widzisz więcej.
Na tym polega moc nazywania. Nie chodzi o katalogowanie – o tworzenie list, klasyfikacji, taksonomii wiatrów. Chodzi o to, że imię zmienia relację. Nie dajesz imienia czemuś, co jest ci obojętne. Imię to gest intymności. Japonia nie sklasyfikowała wiatrów – zaprzyjaźniła się z nimi. Każde z tych imion jest dowodem na to, że ktoś kiedyś stał w podmuchach i słuchał tak uważnie, że usłyszał różnicę. I ta różnica była na tyle ważna, żeby ją zapisać.
Michizane stał przed śliwą i poprosił wiatr, żeby pamiętał. Siostry z Sumy czekały na plaży, aż wiatr w sosnach przyniesie głos kochanka. Bashō szedł pieszo przez zimę z opuchniętą od kogarashi twarzą. Saigyō siedział nad bagnami i przegrywał walkę z własnym sercem. Każdy z nich słuchał tego samego powietrza – i każdy usłyszał w nim coś innego. Bo wiatr nie mówi do wszystkich tego samego. Mówi do każdego z osobna – pod warunkiem, że ten ktoś zechce słuchać.
ŹRÓDŁA
1. Borgen, Robert. „Sugawara no Michizane and the Early Heian Court". 1986.
2. Zeami Motokiyo. „Matsukaze" (松風). Tłum. Royall Tyler: „Japanese Nō Dramas". 1992.
3. 山根有三 (Yamane Yūzō). 「宗達研究 I–II」(Sōtatsu kenkyū). 中央公論美術出版, 1994.
4. 佐竹昭広 他編 (Satake Akihiro et al., red.). 「万葉集」(Man’yōshū), „Shin Nihon Koten Bungaku Taikei". 岩波書店, 2004.
5. McKinney, Meredith (tłum.). „Gazing at the Moon: Buddhist Poems of Solitude by Saigyō".
6. 歳時記 (Saijiki) – 新日本大歳時記 (Shin Nihon Dai Saijiki), red. 飯田龍太 他. 講談社, 2000.
