

W tej wędrówce zajrzymy w miejsca, które Japonia pamięta jak cytaty z klasycznej poezji – uta-makura: Shirakawa, Matsushimę, Kisakatę, surowe odcinki północnej drogi, noclegi „pod jednym dachem”, gdzie hierarchie słabną, bo wszyscy są tylko na chwilę, przejazdem. Ale to nie będzie wyłącznie podróż po mapie. Najciekawsze w „Oku no hosomichi” jest to, że można udać się w wędrówkę tą drogą wcale nie będąc w Japonii: marsz, nie planowanie; otwartość bez oceniania; chłonięcie świata bez próby kontroli. Na końcu każdy z nas może zadać sobie pytanie – co jest moim Edo, a co Shirakawą? Kiedy ostatnio zrobiłem coś nie po to, żeby zdążyć — tylko po to, żeby być?

W tym miejscu warto od razu uporządkować jedną rzecz językową, bo ona będzie wracać przez cały tekst. Dziś mówimy najczęściej: „haiku Bashō” — i w sensie czytelniczym to jest zrozumiałe. Historycznie jednak Bashō pisał hokku (発句), czyli strofy otwierające poezję łańcuchową (haikai no renga / renku), które z czasem zaczęły funkcjonować także samodzielnie. Termin „haiku” upowszechnił się dopiero w końcu XIX wieku, gdy Masaoka Shiki nazwał samodzielne hokku nowym słowem i nadał im status odrębnego gatunku. Dlatego „haiku Bashō” to wygodny skrót — ale trochę anachronizm. Najuczciwiej byłoby powiedzieć: „hokku (dziś zwyczajowo nazywane haiku)”.
Przejdźmy jednak do głównego tematu dzisiejszego eseju: „Oku no hosomichi”.
Tytuł „Oku no hosomichi” zapisuje się jako:
奥の細道
(Oku no hosomichi)
Dosłownie: „Wąska ścieżka (細道) do głębi / wnętrza / odległych zakątków (奥) / ale też: w głąb kraju”.

Bashō zaczyna „Oku no hosomichi” zdaniem prozą, które jest jak cichy klucz do całej wyprawy. To nie wiersz, tylko otwarcie haibun — prozy, w której dopiero później pojawiają się hokku:
月日は百代の過客にして、行きかふ年もまた旅人なり。
(Tsuki hi wa hakudai no kakaku ni shite, yukikau toshi mo mata tabibito nari.)
„Miesiące i dni są wędrowcami stu pokoleń, a lata, które przychodzą i odchodzą, również są podróżnikami.”
— Matsuo Bashō, „奥の細道” („Oku no hosomichi”), prolog (序).
Tekst w wersji znanej dziś został opracowany po podróży z 1689 roku (wyprawa na północ z Kawai Sora), a dzieło wydano pośmiertnie.


Haibun łączy konkret drogi (nazwy miejsc, spotkania, zmęczenie, pogodę) z literacką kompozycją: narrator nie zapisuje wszystkiego, co się wydarzyło, tylko wybiera sceny i obrazy tak, by stworzyć spójną „ścieżkę sensu” – podróż przez krajobraz, pamięć kulturową i własny stan ducha. Dlatego „Oku no hosomichi” jest jednocześnie zapisem wędrówki i dziełem sztuki: realna trasa stanowi kręgosłup, ale język, skróty i układ całości są już świadomą pracą pisarską.

Ten początek jest ważny, bo łamie romantyczną kliszę „wielkiej wyprawy”. Wyprawa zaczyna się od przeciążenia — od tego, że człowiek czuje zbyt wiele naraz. I nie chodzi tylko o strach przed drogą. Chodzi o coś bardziej ludzkiego: o nadmiar znaczeń, oczekiwań, więzi, życzliwości. Bashō zostaje pożegnany tak, jak żegna się kogoś, kto być może już nie wróci. W wielu relacjach z tego okresu widać ten sam obraz: wizyty dawnych przyjaciół i uczniów, teksty pożegnalne, drobne dary, papierowe zawiniątka z pieniędzmi „na sandały”, czapka, skarpety, odzież na zimno, sake i przekąski przyniesione do skromnej chaty na toast — aż w końcu szczere wyznanie, że jest tym wszystkim „przepełniony”.
To słowo — przepełniony — jest świetnym punktem wyjścia. Bo w życzliwości świata kryje się czasem coś dwuznacznego: skoro tyle osób przyszło, skoro tyle dało prezenty, skoro tyle go podziwia, to może „wypada” być silnym, spokojnym, wdzięcznym, odpowiednim. A przecież człowiek, nawet jeśli jest mistrzem, nawet jeśli ma rangę, nawet jeśli idzie w imię „drogi”, nadal bywa po prostu zmęczony rolą, jaką mu przypisano. Wtedy podróż nie jest ucieczką od ludzi — jest ucieczką od obowiązku bycia kimś dla wszystkich naraz.
W samym „Oku no hosomichi” Bashō zamyka tę scenę jednym hokku zapisanym jak pierwsze uderzenie pędzla w nowym życiu — „początek ya-tate”, początek drogi, początek opowieści:
ゆく春や鳥啼魚の目は涙
(Yuku haru ya tori naki uo no me wa namida)
„Odchodząca wiosno —
ptaki płaczą,
a rybom łzawią oczy.”
— Matsuo Bashō, „奥の細道” („Oku no hosomichi”),
Senju, dzień wyruszenia z Edo
(27. dzień 3. miesiąca kalendarza księżycowego, 1689 r.).

Równolegle do emocjonalnych pożegnań i łez dzieje się coś jeszcze: Bashō i Sora wchodzą w podróż jak w rolę, a nie jak w urlop. Sora, który idzie z Bashō jako towarzysz i pomocnik, wykonuje na samym początku gesty o wyraźnym znaczeniu: o świcie goli głowę, zakłada ciemny strój przypominający ubiór pielgrzyma lub mnicha (墨染, sumizome) i przyjmuje nowe imię – zamiast świeckiego „Sōgorō” używa imienia buddyjskiego Sōgo - 宗悟 (Sora to był jego poetycki przydomek). Bashō zapisuje to bez upiększeń, jak fakt, ale sens jest czytelny: zanim jeszcze ruszą daleko, Sora mówi swoim ciałem i wyglądem: „od dziś jestem kimś innym; przekraczam granicę dawnego życia”. W realiach epoki Edo takie gesty były zrozumiałym sygnałem społecznym i religijnym: podróż była praktyką i przemianą, nie tylko przemieszczaniem się z miejsca na miejsce.
Ten gest miał w świecie Edo wagę społeczną i religijną. Podróż nie była „urlopem”, który zaczyna się od odłożenia na bok pracy i kupienia biletu. Była praktyką życia: wejściem w tymczasowość, w niepewność, w ciało wystawione na zimno i deszcz, a jednocześnie w rolę pielgrzyma — kogoś, kto nie idzie po „atrakcje”, tylko po przemianę.
Sora podsumowuje swoje przejście w jednym hokku, które jest jednocześnie zapisem faktu i metaforą:
そり捨て黒髮山に衣更
(Sorisutete Kurokami-yama ni koromogae)
„Ogoliwszy głowę
— na górze Kurokami:
zmiana szat.”
— Kawai Sora (河合曾良), „奥の細道”,
wpis przy Nikko / Kurokami-yama, 1689.

I w tym miejscu widać ważną różnicę między „podróżą” a „drogą”. Podróż można przerwać, kiedy jest niewygodnie; droga zaczyna się wtedy, kiedy nie ma już odwrotu. Bashō pokazuje to niemal natychmiast — już nie w Senju, tylko w kolejnym kroku: w scenie przy wodospadzie, gdzie na chwilę „zamyka się” w huku wody, jakby chciał na samym początku wejść w rytm praktyki, nie w rytm atrakcji.
しばらくは瀧に籠るや夏の初
(Shibaraku wa taki ni komoru ya ge no hajime)
„Na jakiś czas
— schronić się w wodospadzie.
Początek lata.”
— Matsuo Bashō, „奥の細道”,
okolice Nikko (Urami-no-taki), 1689.



W tym czasie Bashō zapisuje wers, który świetnie brzmi jako podpis pod pierwszym krokiem człowieka zmęczonego światem — trzeźwym, lekko gorzkim, bez dramatyzmu:
旅人と我が名よばれん初しぐれ
(tabibito to waga na yobaren hatsu-shigure)
„Chciałbym być nazywany podróżnym
— w pierwszym zimowym
przelotnym deszczu.”
- Matsuo Bashō, „Oku no hosomichi”, 1689,
początek drogi z Edo (hokku otwierające wątek wędrowania).

Dalej wędrówka nabiera tempa, ale jej sens coraz wyraźniej zbiera się wokół jednego punktu: próg. Takim progiem w literackiej geografii Japonii jest Shirakawa no seki (白河の関) — jedna z „barier”, miejsc-znaków, które od wieków działały jak granica między „światem znanym” a „północą”, czyli „oku”. To także uta-makura: miejsce, które w kulturze jest czymś więcej niż punktem na mapie — jest pakietem skojarzeń, cytatów i dawnych emocji.

風流の初めや奥の田植唄
(fūryū no hajime ya / oku no taue-uta)
„Początek fūryū:
pieśń sadzenia ryżu
w głębi kraju.”
- Matsuo Bashō, „Oku no hosomichi”, 1689,
okolice Shirakawa / północna trasa (hokku–otwarcie wątku o „początku poezji”).

W tej samej tonacji pojawia się obraz rąk przy sadzeniu ryżu — i od razu zderza się z pamięcią literacką (kolejne uta-makura, legenda „shinobu-zuri”, barwienia wzorów splątanych niczym uczucia). Bashō robi tu charakterystyczny ruch: codzienna czynność uruchamia dawną opowieść, ale bez teatralności — bardziej jak przebłysk:
早苗とる手もとや昔しのぶ摺
(sanae toru / temoto ya mukashi / shinobu-zuri)
„Ręce wyrywające sadzonki —
jakby dotykały dawnego
shinobu-zuri.”
- Matsuo Bashō, „Oku no hosomichi”, 1689,
okolice Shinobu (hokku powiązane z legendą o barwieniu tkanin).

To ważne psychologicznie: człowiek zmęczony światem często ma swoje prywatne „Matsushimy” — obraz idealny, który ma go uleczyć samym faktem istnienia.


W dawnej Japonii istniało na to nawet proste, piękne słowo: uta-makura (歌枕). Dosłownie „poetycka poduszka” — miejsce, na którym poezja „kładzie głowę”. To nie jest zwykła nazwa geograficzna, tylko miejsce, do którego historia i kultura wraca przez wieki: słysząc „Shirakawa”, „Nikko”, „Matsushima”, człowiek nie widział tylko mapy, ale cały pakiet skojarzeń, cytatów, dawnych podróży, legend, nastrojów, a czasem nawet gotowych scenek. Uta-makura działa więc jak psychologiczny skrót: redukuje chaos świata do kilku uświęconych obrazów. I tu kryje się ryzyko — bo skrót bywa wygodny, ale potrafi też odebrać świeżość. Można przyjechać do miejsca i zobaczyć nie je samo, tylko własne wyobrażenie o nim.

I właśnie dlatego Matsushima staje się testem. Nie piękna — tylko tego, co piękno robi z człowiekiem. W „Oku no hosomichi” Bashō zapisuje w Matsushimie hokku, które nie krzyczy „ach!”, tylko rozcina widok na drobne części, jakby chciał odzyskać go od nowa, już bez gotowych (cudzych) zachwytów:
島々や千々に砕けて夏の海
(Shima-jima ya chiji ni kudakete natsu no umi)
„Wyspy, wyspy —
rozbite na tysiące odłamków:
morze lata.”
— Matsuo Bashō, „Oku no hosomichi” (奥の細道),
Matsushima, lato 1689.

W tradycji krąży jeszcze jeden wers, który bywa podawany jako „haiku o Matsushimie”, słynne jak przysłowie. Warto go znać — ale uczciwie: jego autorstwo bywa kwestionowane i część badaczy uważa, że to raczej późniejsza anegdota niż pewny zapis Bashō. Mimo to dobrze pokazuje mechanizm „przeładowania pięknem”:
松島やああ松島や松島や
(Matsushima ya aa Matsushima ya Matsushima ya)
„Matsushima…
ach, Matsushima…
Matsushima…”
— tradycja przypisuje Bashō;
często przytaczane jako „słowa bez słów” wobec nadmiaru piękna.

Bashō nie ucieka w prostą odpowiedź. Zamiast tego zestawia Matsushimę z tym, co ją poprzedza: z drogą przez Michinoku, drogą surową, nierówną, w gruncie rzeczy niewygodną. To ważne, bo Michinoku nie jest w tej podróży tylko „północą”. Jest metodą. Pięć miesięcy marszu, w dużej mierze pieszo, z chorobami, z brakiem luksusu, z noclegami, które zależą od tego, czy ktoś wpuści, czy nie — to wszystko wytrąca człowieka z automatu, w którym zwykle żyje. Miasto uczy, jak się chronić: planować, kontrolować, przewidywać. Droga uczy czegoś odwrotnego: jak odpuszczać kontrolę, nie rozsypując się.



I wtedy Matsushima staje się czymś o wiele ciekawszym: nie nagrodą za trud, tylko sprawdzianem, czy trud coś w człowieku „przestawił”. Bo jeśli droga zrobiła swoje, zachwyt nie musi być odurzeniem. Może być spokojnym, czystym widzeniem — bez przymusu, żeby coś z tego „wyciągnąć”, bez presji, żeby natychmiast poczuć się lepiej.
Bashō nie obiecuje w tej podróży zbawienia przez piękno. Obiecuje tylko, że jeśli człowiek idzie wystarczająco długo, wystarczająco prosto i wystarczająco uważnie, to z czasem wraca mu zdolność odczuwania świata bez napięcia. I to już jest dużo — zwłaszcza dla kogoś, kto był wcześniej „przepełniony” cudzymi oczekiwaniami i własną rolą.

Kiedy Bashō dociera do Kisakaty, widzi coś, co przypomina Matsushimę: wodę, wysepki, sosny, dalekie horyzonty. A jednak jego język natychmiast się zmienia. Zapisuje jedno z najbardziej przenikliwych zestawień w całej wędrówce: Matsushima ma „wesołą, śmiejącą się urodę”, a Kisakata — „gorycz, żal, samotność i smutek udręczonej duszy”. To zdanie jest ważne nie tylko jako opis krajobrazu. Ono brzmi jak rozpoznanie psychologiczne: czasem to samo „piękno” nie leczy, tylko odsłania, jak bardzo w człowieku coś jest pęknięte.
W Kisakacie pada deszcz. Wiatr z morza niesie piasek, zasłania górę Chōkai, widok jest bardziej domyślany niż oglądany. I w tym deszczu Bashō tworzy hokku, które z jednej strony jest obrazem, a z drugiej — niemal definicją cichego wyjałowienia, tej szczególnej odmiany zmęczenia:
象潟や雨に西施がねぶの花
(Kisakata ya ame ni Seishi ga nebu no hana)
„Kisakata — w deszczu
nawet Xi Shi jak kwiat nemu,
senny i przygaszony.”
— Matsuo Bashō, „Oku no hosomichi”, Kisakata (lato 1689).
Hokku z pobytu nad laguną, gdy deszcz i wiatr przysłaniały krajobraz.

A potem, gdy pogoda wreszcie się przejaśnia, Kisakata odsłania drugie oblicze: chłodne, przejrzyste, oczyszczające. Bashō patrzy na przybrzeżne płycizny, na Shiogoshi (przesmyk zalewany przypływem) i na żurawie — i nagle ten sam krajobraz, który przed chwilą był goryczą, staje się oddechem:
汐越や鶴はぎぬれて海凉し
(Shiokoshi ya tsuru hagi nurete umi suzushi)
„Shiogoshi —
żurawie z mokrymi nogami;
morze chłodne.”
— Matsuo Bashō, „Oku no hosomichi”, okolice Shiogoshi przy Kisakacie (lato 1689).
Hokku po deszczu, gdy powietrze i woda niosły ulgę.
To jest bardzo trzeźwe pocieszenie: nie „jest świetnie”, tylko „jest rześko”. Nie nagła przemiana życia, tylko fizyczny znak ulgi — mokre nogi ptaków, chłód morza. Czasem tak właśnie wraca człowiek do siebie: przez drobny fakt cielesny, przez temperaturę, przez powietrze, przez to, że na chwilę przestaje się dusić.
Kisakata ma jeszcze jeden wymiar, bardzo w stylu Edo: rytm świąt, lokalnych zgromadzeń, jedzenia, drobnych śmiesznostek. Bashō wplata w tę przestrzeń również lekkość — i robi to w sposób zaskakująco zwyczajny. Podczas festiwalu potrafi zanotować pytanie, które brzmi jak uśmiech po ciężkim dniu:
象潟や料理何くふ神祭
(Kisakata ya ryōri nani kuu kami-matsuri)
„Kisakata —
co się tu je
na festiwalu bogów?”
— Matsuo Bashō, „Oku no hosomichi”,
Kisakata, podczas lokalnego festiwalu
I to też jest ważne: człowiek zmęczony światem nie odzyskuje życia wyłącznie przez wielkie pejzaże. Czasem wraca do niego przez małą ciekawość — przez to, że znów chce wiedzieć, co ludzie jedzą, jak świętują, jak pachnie wieczór. To są pierwsze objawy, że wnętrze przestaje być martwe – że wcześniejsze wyjałowienie nie pożarło człowieka całego.

To jest moment, w którym wiele z nas by się zatrzymało. Wróciło. Wymyśliło racjonalny powód, żeby nie iść dalej. I właśnie tu widać różnicę między motywacją a postanowieniem. Motywacja to uczucie — bywa, znika, wraca. Postanowienie to wybór, który trwa także wtedy, gdy uczucia nie pomagają.

暑き日を海に入れたり最上川
(Atsuki hi o umi ni iretari Mogami-gawa)
„Gorący dzień
wlał do morza
— Mogami-gawa.”
— Matsuo Bashō, „Oku no hosomichi”,
Mogami-gawa w drodze ku Sakatcie (lato 1689).
To jest genialnie prosty obraz postanowienia. Rzeka nie pyta, czy ma siłę. Nie szuka motywacji. Po prostu niesie swój „gorący dzień” aż do końca. I w tej prostocie jest pociecha: czasem nie musisz mieć wielkiej energii, żeby iść dalej. Wystarczy, że niesiesz to, co masz — krok po kroku — aż samo w pewnym momencie „wpadnie do morza”, czyli przestanie cię dusić.
A zanim ruszą w najtrudniejsze odcinki, Bashō pozwala sobie jeszcze na jeden drobny gest, ważny w Edo: wieczorny chłód oglądany z dobrego miejsca, świadomie, jak rytuał uważności. To nie luksus. To prosta praktyka: umieć usiąść i naprawdę poczuć powietrze.
あつみ山やふくうらかけて夕すゞみ
(Atsumi-yama ya Fuku-ura kakete yūsuzumi)
„Góra Atsumi
i zatoka Fuku-ura
— wieczorny chłód.”
— Matsuo Bashō, „Oku no hosomichi”,
okolice drogi ku Sakatcie (lato 1689).


一つ家に遊女も寝たり萩と月
(Hitotsuya ni yūjo mo netari hagi to tsuki)
„W jednym domu
śpią i kurtyzany
— a obok: krzewy hagi i księżyc.”
— Matsuo Bashō, „Oku no hosomichi”,
etap północnej drogi, 1689.

I to jest ważne właśnie w kontekście wypalenia. Kiedy człowiek jest zmęczony światem, łatwo wraca do niego pogarda albo znużenie ludźmi: każdy wydaje się „problemem”, „hałasem”, „zawodem”. Droga Bashō działa odwrotnie. Ona rozpuszcza różnice i przywraca prostą, cichą wspólnotę losu: jesteśmy tu tylko na chwilę, każdy niesie swój ciężar, każdy jest trochę bardziej bezbronny, niż wygląda w świetle dnia. Ta scena nie „naprawia świata”. Ona tylko na moment ustawia go we właściwej skali.

Najmocniej widać to w miejscu, gdzie historia i przemoc dawno już opadły, a zostało tylko to, co zawsze zostaje: trawa, wiatr, cisza. Bashō stoi na polu dawnej chwały samurajskiej bitwy i zapisuje zdanie, które jest jak pieczęć całej wędrówki:
夏草や兵どもが夢の跡
(Natsukusa ya tsuwamonodomo ga yume no ato)
„Letnie trawy —
ślad po
snach wojowników.”
— Matsuo Bashō, „Oku no hosomichi”, Hiraizumi, 1689.


Na koniec zostaje pytanie praktyczne, proste i niewygodne zarazem: co w naszym życiu jest Edo, a co jest Shirakawą? Gdzie kończy się automatyzm, a zaczyna droga — nawet jeśli to droga bardzo krótka, bardzo codzienna, ledwie widoczna. Czasem wystarczy jeden świadomy krok poza własną granicę, żeby odzyskać coś, co Bashō odzyskiwał przez całe miesiące: zdolność do życia bez przymusu, że wszystko musi być stałe i pod naszą kontrolą.
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!