
Nieznośna dwórka, błyskotliwy radar
Sięgam po Sei Shōnagon od lat: jest błyskotliwa i bezlitośnie spostrzegawcza. Ale też złośliwa i trochę snobka. Genialna przyjaciółka, która potrafi rozśmieszyć jednym zdaniem, a po chwili — tym samym tonem — wytrącić z równowagi. Zachwyca, inspiruje, irytuje, obraża. Czasem, jak zbyt celnie ukłuje – zaboli – więc się obrażam i udaję, że nie widzę jej „Zapisek spod wezgłowia” na półce przez parę miesięcy. Bo jak można być tak spostrzegawczą i jednocześnie tak… bezczelnie snobistyczną? Jak można z taką lekkością czytać ludzi i sytuacje, jakby były cienkim jedwabiem trzymanym pod światło? A jednak wracam. I każdy taki powrót sprawia, że jestem odrobinę mądrzejszy — nie dlatego, że ona mnie „naprawia”, tylko dlatego, że jej spojrzenie działa jak lustro, w którym można zobaczyć nie tylko świat, lecz także siebie: swoje granice, drobne ambicje, ukryte przyzwyczajenia do bylejakości.
„Makura no sōshi”, czyli „Zapiski spod wezgłowia”, to w gruncie rzeczy nie książka w sensie, w jakim zazwyczaj to rozumiemy. To szkatułka na krótkie formy: scenki, obserwacje, mini-eseje i — przede wszystkim — listy. Listy rzeczy „rozczarowujących”, „fascynujących”, „od których serce bije szybciej”; listy tak precyzyjne, że czyta się je jak dzisiejszy feed: szybko, zachłannie, z tym charakterystycznym „jeszcze jeden”. Tyle że po kilku takich „jeszcze jednych” orientujesz się, że to nie rozrywka. To trening. Trochę jak mindfulness, ale zamiast „oddychaj” masz „nazwij”. Zamiast „uspokój myśli” masz „zobacz szczegół, którego zwykle nie widzisz”. A potem: zobacz, co ten szczegół mówi o tobie. Czasem mówi niepochlebnie. Sei to nie przeszkadza – powie prawdę, jaka by nie była.
Dziś — na tyle, na ile to możliwe w krótkiej formie artykułu, chcę pokazać, czego przez lata nauczyło mnie jej spojrzenie. Choć jest gigantem literatury klasycznej Japonii sprzed ponad tysiąca lat, ja jakoś nie mogę zobaczyć w niej pomnika. Widzę żywą osobę — błyskotliwą, wyrafinowaną i subtelną, a także nieznośną dziewuchę, złośliwą snobkę, przemądrzałą, ale jednak mądrą. Będziemy dziś wracać do cytatów i list z jej „Makura no sōshi”: raz do zachwytu mikroskalą, raz do rozczarowań, które demaskują fałsz i brak taktu, raz do zmysłów, które widzą „po śladach”, a raz do rzeczy, od których przyspiesza puls — bez psychologicznej waty, bez udawania, że emocje są „ładne”. Nie zawsze jest to łatwe ani przyjemne. Ale koniec końców czas spędzony z Sei zawsze mnie nauczy czegoś nowego — i otwiera oczy na to, co myślałem, że już wiem.

„Rzeczy brzydkie”
昼ほゆる犬、春の網代。三、四月の紅梅の衣。
(Hiru hoyuru inu, haru no ajirō. San, shi gatsu no kōbai no koromo.)
„Pies dyszący w południowym skwarze.
Wiosenne ajirō (pleciona siatka/płotek).
Szata z czerwonej śliwy w trzecim, czwartym miesiącu.”
Zaczyna się niby niewinnie, a to jest jedno z tych wejść Sei, po których człowiek czuje lekkie ukłucie: „o, ona wie”. Bo to nie jest lista rzeczy „brzydkich” wprost, tylko katalog małych rozczarowań estetycznych – takich momentów, kiedy świat obiecał wrażenie, a potem je zepsuł, przesunął o pół tonu w stronę niesmaku.
Spójrz, jak pracuje pierwszy obraz: „pies dyszący w południowym skwarze”. Nie ma tu współczucia. U Sei to raczej notatka: oto ciało, które robi się zbyt fizyczne, zbyt głośno oddycha, zbyt jawnie pokazuje, że jest organizmem. Dwór Heian kochał zasłony, półcienie, niedopowiedzenia – a dyszący pies to zaprzeczenie tej delikatności. Jest jak ktoś, kto w eleganckiej rozmowie nagle mówi za głośno albo śmieje się sekundę za długo. Wiesz, o co chodzi: nic „strasznego”, a jednak czar pryska.
Potem „wiosenne ajirō” – pleciona, praktyczna rzecz, która ma sens, ale nie ma uroku. I tu Sei robi swój ulubiony ruch: bierze obiekt zupełnie niepoetycki, rzecz od rzemieślnika, i wkłada ją do szkatułki odczuć. Jakby mówiła: „Tak, tak, wiosna… ale czy my naprawdę chcemy o wiośnie pamiętać przez pryzmat siatki?”. To jest uważność i ostrzenie percepcji: nie „weź oddech”, tylko „zobacz dokładnie, co ci psuje obraz”. Nazwij to. Nie uciekaj od tego.
A na końcu: „szata z czerwonej śliwy w trzecim, czwartym miesiącu”. To brzmi jak drobiazg dla snobki (i pewnie trochę jest), ale jest w tym też genialna precyzja oka. Czerwona śliwa – kōbai – ma swój moment: wczesny, chłodny, jeszcze na granicy zimy. Jeśli nosisz ją za późno, jesteś spóźniona o sezon, o nastrój, o całe tło emocji. To nie błąd moralny. To błąd rytmu. A rytm – w świecie Sei – jest wszystkim.
I teraz najciekawsze: ta „złośliwość” jest tak naprawdę formą czułości wobec szczegółu. Ona nie marudzi, bo lubi marudzić (choć lubi, nie będziemy udawać). Ona marudzi, bo traktuje doświadczenie serio. W dzisiejszym mindfulness uczysz się wracać do oddechu; u Sei uczysz się wracać do niuansów. Do tego, że życie nie dzieje się tylko w wielkich wydarzeniach, ale w drobnej niezgodności: pies w skwarze, siatka zamiast kwiatów, śliwowy wzór noszony miesiąc za późno.
I tu jest lekcja „patrzenia jak Sei”, bardzo praktyczna, bardzo dorosła: zacznij notować swoje własne „półtony rozczarowania”. Nie po to, żeby zostać zgorzkniałym estetą. Tylko po to, by odzyskać ostrość widzenia. Bo kiedy umiesz nazwać to, co „psuje czar”, zaczynasz też dużo mocniej czuć to, co czar naprawdę robi.

***
I właśnie w ten sposób Sei uczy uważnego patrzenia: nie przez wielkie deklaracje, tylko przez mikroskop. Daje trzy obrazy, każde krótkie jak muśnięcie pędzla, a po chwili zaczynasz czuć, że to nie są „rzeczy”, tylko tryb widzenia. Powyższy cytat to tylko jeden z licznych przykładów. Niby nic. Trzy zwykłe rzeczy. A jednak po tej trójce coś w głowie „zaskoczy”, bo nagle rozumiesz, że świat składa się właśnie z takich półtonów: lekko nie tak, minimalnie za wcześnie, o włos za późno, trochę piękna, trochę fałszu.
I tu przychodzi ten odruch sprzeciwu: naprawdę? To ma być ta wielka kultura Heian, ten dwór „wysublimowany”, „poetycki”, „legendarny”? Jakaś lista, trzy krótkie strzały — i koniec? Tylko że Sei wcale nie próbuje nas olśnić „poezją” w szkolnym znaczeniu. Ona robi coś znacznie trudniejszego: zmusza do tego, żebyśmy poczuli różnicę między światem a jego wersją w naszej głowie. W „Makura no sōshi” powtarza się ta logika: kategorie bywają zaskakująco prozaiczne, czasem wręcz bezczelne, ale w środku zawsze jest precyzja — to, co w innym człowieku nazwałbyś czepialstwem, u niej bywa narzędziem strojenia percepcji (ale czepialska też bywa!). A kiedy zaczynasz czytać ją w ten sposób, lista przestaje być listą. Staje się ćwiczeniem.

Jasne, że można się na nią obrażać. Ja się obrażałem wielokrotnie. Wracałem do niej po miesiącach albo po latach, zachwycałem się jak dziecko tym, jak trafnie potrafi nazwać drobiazg, po czym nagle trafiałem na fragment, który pachniał snobizmem tak intensywnie, że chciało się zamknąć książkę. „Co za dworska wyniosłość”, myślisz. „Jakie to drobnomieszczańskie — tylko w pałacowym jedwabiu”. I wtedy przypominałem sobie, że snobizm też ma różne twarze. Jest snobizm tępy, który poniża, bo musi. I jest snobizm, który jest raczej przesadną wiernością formie, obsesją rytmu, porządku, tonu — czasem irytującą, ale niekiedy genialną w tym, co odsłania. Sei bywa okrutna w ocenie, ale potrafi być okrutna z wdziękiem, który — paradoksalnie — zostawia ci więcej do przemyślenia niż moralizowanie.
Trzeba się do niej czytelniczo uzbroić. Mieć świadomość, że ona może cię ukłuć, a ty nawet tego nie zauważysz od razu, bo jej złośliwość jest subtelna jak przesunięcie wzoru na szacie o jeden miesiąc. Ona potrafi drwić półgłosem, potrafi kogoś skreślić jednym ujęciem — i jeśli czujesz się przy niej niezgrabnym słoniem, tak jak ja, to możesz przejść obok obrazy z uśmiechem, a potem dopiero w nocy cię dopadnie: „chwila, czy ona…?”. I trudno. Jeśli chcemy się uczyć jej patrzenia, musimy zaakceptować, że to nauka od człowieka, nie od świętej. Na przestrzeni lat poczułem szczególną więź z tą „nieznośną dziewuchą”, stała się jakby moją przyjaciółką, która czasem powie prawdę za ostrą; czasem zachwyci się czymś tak drobnym, że cię zawstydzi; a czasem zrobi ci psikusa.
I wtedy wracam do niej jeszcze raz — do tej mojej Sei: złośliwej, trochę snobki, czasem nieznośnej, ale błyskotliwej w sposób, który z wiekiem coraz bardziej doceniam. Bo XXI wiek ma własne „ajirō”: rzeczy praktyczne, które wchodzą nam w kadr życia i robią z niego siatkę. Ma własne „szaty w złym miesiącu”: gesty i słowa nie w rytmie, spóźnione emocje, nie te reakcje, co trzeba. A ona, z całym swoim dworskim humorem, uczy jednego: patrz tak, jakby szczegół był ważny — nie dlatego, że jest „ładny”, tylko dlatego, że w szczególe widać prawdę o chwili. I to jest lekcja, do której naprawdę warto wracać, nawet jeśli czasem wracasz z lekkim fochem.

"Rzeczy rzadkie"
ありがたきもの。舅にほめらるる婿。また、姑に思はるる嫁の君。毛のよく抜くるしろがねの毛抜。主そしらぬ従者。
(arigataki mono. shūto ni homeraru muko. mata, shūtome ni omowaruru yome no kimi. ke no yoku nukuru shirogane no kenuki. aruji soshiranu zusa.)
„Zięć chwalony przez teścia. Także synowa lubiana przez teściową. Srebrna pęseta, która naprawdę dobrze wyrywa włoski. Sługa, który nie obgaduje swojego pana.”
To jest cały mechanizm Shōnagon w miniaturze: nie „opowieść”, nie „morał”, tylko selekcja. Cztery konkretne strzały w świat — i nagle czujesz, że rzeczywistość ma strukturę, że da się ją rozpoznać po drobnych faktach. Bo „rzadkość” nie jest tu abstrakcją: ona ma twarz teścia, który (o dziwo) chwali zięcia; ma napięcie rodzinnej hierarchii, która (cudem) nie gryzie; ma mikrofizykę codzienności (pęseta!), i ma etykę relacji (sługa, który nie obgaduje pana – albo, żeby przełożyć na „nasze”: pracownik, który nie narzeka na pracodawcę). To jest mindfulness bez kadzideł: zobacz, jak precyzyjnie potrafisz nazwać to, co zwykle rozmywa się w „ech, ludzie…”.
I oczywiście — wychodzi tu jej charakterek: ta złośliwa obserwatorka, która niby mówi o pęsecie, a tak naprawdę przemyca ocenę ludzi. Bo to jest lista nie tylko „rzeczy”: to jest lista testów. Kogo lubić. Komu nie ufać. Co jest piękne, a co żenujące. Shōnagon nie moralizuje wprost — ona patrzy tak ostro, że moralność sama wychodzi na wierzch w postaci drobiazgu. I właśnie dlatego te „rzadkie rzeczy” klikają w głowie jak dobry wpis w feedzie albo genialny mem: krótkie, precyzyjne, z ukrytą igłą.

Jak działa jej metoda: lista jako soczewka, nie jako ozdobnik
„Makura no sōshi” to nie jest jedna, gładko płynąca książka-zwierzenie. To raczej pudełko krótkich form: scenek, uwag, mini-esejów, urywków wspomnień — a listy są w tym pudełku czymś w rodzaju najbardziej wciągającego rdzenia: szybkie, ostre, rytmiczne. Nie trzeba znać całej historii dworu w Heian-kyō, żeby poczuć uderzenie: „eleganckie rzeczy”, „irytujące rzeczy”, „rzeczy, które radują serce”… to są kategorie, które chwytasz natychmiast. I nagle łapiesz się na tym, że czytasz dalej jakby to był dzisiejszy scroll — tylko zamiast chwilowego rozbawienia czujesz, że uczysz się czegoś ważnego, czegoś co zostanie z tobą na długo.
Tu warto wprowadzić słowo-klucz: ものづくし (monozukushi) — dosłownie „wyliczanie rzeczy”, „enumeracja”, a w praktyce: pełnoprawna technika, która potrafi przekazać pewne głębokie prawdy o świecie. „Makura no sōshi” stoi na początku tradycji, w której lista zostaje wyniesiona do rangi formy literackiej i narzędzia porządkowania doświadczenia.
A więc to nie jest „widzimisię Shōnagon” ani kaprys rozkapryszonej dwórki. To jest japoński sposób ujarzmiania chaosu doznań: bierzesz coś ulotnego, jak uczucie, jak „wstyd”, „irytacja”, „zachwyt”, chwytasz to w tytuł — i potem podstawiasz pod to konkret. Lista działa jak soczewka: skupia rozproszone światło w jeden punkt, aż zaczyna parzyć.
I dlatego te jej wyliczenia bywają, jak dzisiejsze memy (w najlepszym sensie): krótka forma, mocny filtr, natychmiastowe rozpoznanie — a pod spodem cała filozofia percepcji. Pytanie, które lubię tu stawiać obok niej, brzmi: czy lista jest obroną przed nadmiarem świata, czy narzędziem, by poczuć go mocniej? U Shōnagon zwykle… jedno i drugie naraz.

Życie Sei
雪のいと高う降りたるを、例ならず御格子参りて、炭櫃に火おこして、物語などして集まり候ふに、
「少納言よ。香炉峰の雪いかならむ。」
と仰せらるれば、御格子上げさせて、御簾を高く上げたれば、笑はせ給ふ。
人々も
「さることは知り、歌などにさへ歌へど、思ひこそよらざりつれ。なほ、この宮の人にはさべきなめり。」
と言ふ。
(Yuki no ito takō furu taru o, rei narazu migōshi mairite, sumibitsu ni hi okoshite, monogatari nado shite atsumari sōrō ni,
“Shōnagon yo. Kōro-hō no yuki ikanaramu.”
to ōserarureba, migōshi age sasete, misu o takaku agetareba, warawase tamau.
Hitobito mo,
“Saru koto wa shiri, uta nado ni sae utaedo, omoi koso yorarazaritsure. Nao, kono miya no hito ni wa sabekinameri.”
to iu.)
„Śniegu napadało tak wysoko, a tymczasem — niezwyczajnie — opuszczono kraty. Rozpalono węgiel w palenisku i my, dwórki, zebrałyśmy się, gawędząc o różnych rzeczach.
Wtedy Jej Wysokość rzekła:
- Shōnagon… jakże wygląda śnieg na Szczycie Kōro?
Na to kazałam podnieść kraty i wysoko zwinęłam bambusowe zasłony. Jej Wysokość roześmiała się.
A inni mówili:
- Znamy przecież te słowa i nawet w wierszach je przytaczamy, a jednak nie przyszło nam do głowy… Widać, że właśnie taka osoba powinna służyć w tym pałacu.”
Pierwsza rzecz, która przychodzi do głowy? To nie jest człowiek święty i kontemplujący. To jest kobieta z refleksem. Teishi rzuca półzdaniem aluzję do chińskiej poezji, a Sei — zamiast tłumaczyć, dyskutować, błyszczeć definicją — robi gest. Otwiera świat. Podnosi kraty, podwija zasłony, wpuszcza śnieg do środka. W tej scenie jest wszystko: jej inteligencja, jej teatralny instynkt, jej chęć „zrobienia tego lepiej niż inni”… ale też coś, co mnie w niej rozczula: gotowość, by odpowiedzieć działaniem, nie komentarzem. Ona rozumie, że kultura dworu nie jest tylko wiedzą — jest wyczuciem chwili.
Druga rzecz? To jest fragment, w którym jej „snobizm” zaczyna wyglądać inaczej. Bo owszem: tu jest ranking, tu jest publiczny błysk, tu jest mała dworska satysfakcja („ja wpadłam, wy nie”). Ale jednocześnie to jest też piękna lojalność wobec Teishi: bycie tą, która „łapie” panią w locie, rozumie jej aluzje, umie jej odpowiedzieć w tym samym szyfrze. I to nam od razu mówi, kim Sei była w praktyce: nie samotną pisarką przy świeczce, tylko osobą zanurzoną w gęstej tkance relacji, rywalizacji i subtelnych testów — i w tym środowisku miała temperament sprinterki, nie marzycielki. Patrząc na nią bez tego pryzmatu ciągłej rywalizacji w wyrafinowaniu – możemy wiele nie zrozumieć.

No dobrze — to teraz: kim ona była?
Sei Shōnagon weszła na dwór mniej więcej w latach 993–994 (miała wtedy dwadzieścia kilka lat – dokładnie nie wiemy, bo nie jest znana data urodzenia Sei) jako dama w otoczeniu cesarzowej Teishi (Sadako) — młodej, inteligentnej, otoczonej kręgiem utalentowanych kobiet, które współtworzyły jej blask. I to jest ważne: Sei nie była samotnym meteorem. Ona była częścią „drużyny” — literacko-towarzyskiego kręgu, który miał znaczenie polityczne, bo dwór Heian był światem, w którym reputację budowało się i traciło poprzez styl, poezję, korespondencję i maniery. W „Makura no sōshi” to czuć bez przerwy: ona nie opisuje „systemu” tylko samo życie w systemie — drobnymi scenami, jakbyś stał obok i słyszał szelest jedwabiu.
A potem ta bańka zaczęła pękać. Polityczne trzęsienie ziemi po śmierci ojca Teishi (995), wzrost wpływów rywala Fujiwary no Michinagi, wygnanie braci Teishi (996), spadek jej pozycji, aż w końcu śmierć Teishi w 1000 roku — i wraz z nią nagłe zakończenie tego świata, który był dla Sei domem i sceną. I tu coś bardzo w jej stylu: badacze zauważają, że rzadko mówi ona o tych katastrofach wprost — raczej je omija, zaszywa w aluzjach, jakby wybierała, by nie dać historii prawa do reżyserowania jej wrażliwości. To nie jest brak głębi ani obojętność. To jest jej sposób przetrwania: jej „ja” trzyma się przy życiu przez drobiazg, przez obserwację, przez listę — przez to, co jeszcze da się nazwać, kiedy wielkie rzeczy wymykają się spod kontroli.
Jaka była? Bywała złośliwa, bywała dumna, czasem aż nazbyt pewna siebie (w tej scenie ze śniegiem też to widać). Ale to nie jest pycha w próżni. To jest pewność wypracowana w świecie, w którym kobieta musiała działać „w półcieniu” — głosem, ruchem, listem, zapachem, szybkim skojarzeniem. I wciąż, po tysiącu lat, da się ją poznać nie z dat, tylko z tych drobnych gestów: uniesionej zasłony, błysku w oku, lekkiego ukłucia, które zostawia w czytelniku — i które dziwnie motywuje, by patrzeć uważniej.
I jeszcze jedno: „Sei Shōnagon” to nie jest jej „imię i nazwisko” w naszym sensie — to raczej dworski podpis. Jej prawdziwego imienia w ogóle nie znamy (kobiety na dworze często funkcjonowały pod przydomkami i tytułami). „Sei” (清) to odczyt pierwszego znaku nazwiska rodowego Kiyohara (清原), z którego pochodziła, a „Shōnagon” (少納言) to nazwa urzędu („młodsza radczyni” czy „mniejszy referendarz”) — tytuł, którym ją określano, niezależnie od tego, czy faktycznie pełniła go ona sama, czy był związany z kimś z jej bliskich. Innymi słowy: w tym imieniu już siedzi cały dwór Heian — świat, w którym tożsamość kobiety była utworzona z rodu jej przodków oraz oficjalnej funkcji najbliższego mężczyzny – ojca, brata, męża.

Lekcja „Rzeczy okashi”
春はあけぼの。やうやう白くなりゆく山ぎは、少しあかりて、紫だちたる雲の細くたなびきたる。
夏は夜。月のころはさらなり。闇もなほ。螢の多く飛び違ひたる。
また、ただ一つ二つなど、ほのかにうち光りて行くもをかし。雨など降るもをかし。
(Haru wa akebono. Yōyō shiroku narayuku yamagiwa, sukoshi akarite, murasadachitaru kumo no hosoku tanabikitaru.
Natsu wa yoru. Tsuki no koro wa sarinari. Yami mo nao. Hotaru no ōku tobichigaitaru.
Mata, tada hitotsu futatsu nado, honoka ni uchihikarite yuku mo okashi. Ame nado furu mo okashi.)
„Wiosną — świt. Gdy skraj gór powoli blednie, jaśnieje odrobinę, a wąskie pasma purpurowawych chmur snują się cienko.
Latem — noc. Przy pełni to oczywiste. Ale i w ciemnościach też. Gdy świetliki latają gęsto, krzyżując swój lot.
A także wtedy, gdy tylko jeden czy dwa przemkną, świecąc ledwie, delikatnie — to również jest „okashi”. I deszcz, gdy pada nocą, także jest „okashi”.
To jest Sei w najczystszej postaci: nie opowiada o „naturze”, nie wygłasza hymnu do pór roku, nie próbuje wzruszyć nas wielkim tematem. Nie – ona ustawia nam ostrość, prowokuje nas, byśmy sami poczuli i pomyśleli to, czego ona postanowiła nie napisać. „Wiosną — świt” mogłoby być pocztówką, ale u niej wiosna zaczyna się dopiero wtedy, gdy zobaczysz „skraj gór”, „odrobinę światła” i te „cienkie pasma chmur”. Latem też nie mówi: „noc jest piękna”. Rozbija noc na warianty: pełnia, ciemność, tłum świetlików, a potem najlepszy szczegół — jeden albo dwa. To jest jej mikroskala: zachwyt nie rodzi się z wielkości, tylko z precyzji.
I tu wchodzi słowo, które bywa tłumaczone rozmaicie, ja zazwyczaj lubię je w oryginale: „okashi” (u Sei to: „をかし”, współcześnie „おかし”). Słowo to nie oznacza tylko „ładne”. Jest w nim urok, świeżość, czasem coś zabawnego, czasem coś, co po prostu „działa” na zmysły. Może mylić, bo we współczesnym japońskim używa się poniekąd jako „ale dziwne” lub „ale śmieszne”. U Sei jednak ma dawne znaczenie – urok, zachwyt, rozczulenie ale z udziałem intelektu - piękno lekkie, ale nie głupiutkie. To coś pomiędzy pięknem natury a słodkością kawaii (ale nie przygłupie). Najważniejsze jednak jest to, że u Sei „okashi” nie jest oceną końcową — to jest sygnał: zatrzymaj się, to ma wartość.
Właśnie dlatego jej listy i notatki działają jak trening. One nie uczą „uspokój myśli”, tylko uczą: „uważaj, nie przegap”. Jeśli potrafisz zauważyć „jeden albo dwa świetliki”, to znaczy, że potrafisz zauważyć także „jeden albo dwa” momenty w swoim dniu — drobne, ledwie świecące, ale prawdziwe.
Dojrzała mądrość tej młodej wówczas dziewczyny polega na tym, że ona nie udaje, iż życie jest wyłącznie wzniosłe. Jej zachwyt jest autentyczny, ale nie niebiański: chodzi po ziemi, przysiada na progu, zaczepia o drobiazg. To decyzja: im więcej drobnych rzeczy umiesz uznać za warte uwagi, tym mniej świat musi cię „ratować” wielkim wydarzeniem. I to jest paradoksalnie bardzo nienaiwne: wielkie rzeczy bywają rzadkie i bywają poza kontrolą, a drobiazgi są wszędzie — ale tylko dla tego, kto ma oczy otwarte.
Jeśli chcielibyśmy od niej wziąć jedną praktykę na dziś, to niech będzie ta: nie pytaj wieczorem „co ważnego się wydarzyło?”, tylko zapytaj „co było moim jednym świetlikiem?”. Coś małego: pas chmury nad blokiem, dźwięk czajnika, spojrzenie kogoś w tramwaju, jedno zdanie, które zostało w pamięci. A potem spróbuj zrobić to, co robi Sei: nazwać to możliwie dokładnie. Nie „było miło”, tylko „w ciemności, kiedy już miałem dość dnia, zobaczyłem jedną rzecz, która świeciła ledwie” (wiem, mój opis nie jest tak lotny, jak Sei - nie śmiałbym też próbować rywalizacji z mistrzynią). U niej uważność nie jest walką z myślami. Uważność jest sztuką nazywania — i w tym nazywaniu świat nagle robi się bogatszy, bardziej zamieszkały, mniej „byle jaki”.
I jeszcze jedno: Sei nie zawsze jest „miła” (powiedziałbym nawet, że bywa miła dość rzadko). Jej oko bywa ostre, czasem okrutne, czasem snobistyczne. Ale w tym fragmencie pokazuje się jej najcenniejsza strona: umiejętność bycia wierną temu, co delikatne. Ona nie mówi: „kochaj życie”. Ona pokazuje, jak życie wygląda i sprawia przy tym, że sami z siebie jesteśmy gotowi pokochać życie. Świat jest każdego dnia w stanie nas czymś ciekawym zaskoczyć. Tylko trzeba dać mu szansę i otworzyć czasem oczy.
Lekcję zakończmy tym fragmentem:
をりにつけても、ひとふしあはれともをかしとも聞きおきつるものは、草・木・鳥・虫もおろかにこそおぼえね。
(Ori ni tsukete mo, hitofushi aware tomo okashi tomo kikiokitsuru mono wa, kusa ki tori mushi mo oroka ni koso oboene.)
„Wystarczy, że raz przy jakiejś okazji usłyszę coś, co zapisze mi się w pamięci jako ‘aware’ albo ‘okashi’ — i od tej chwili nawet traw, drzew, ptaków czy owadów nie potrafię już traktować jako błahe.”

Lekcja „Rzeczy irytujące”
がっかりするもの。客の来たるに、物のおもしろく語り合ひたるほどに、思ひたがへず入り来る。
墨おろす硯に、毛のありて、すりはててのちに見つけたる。
墨のなかに砂のまじりたる。
加持をする法師の、眠り入りたる。
(Gakkari suru mono. Kyaku no kitaru ni, mono no omoshiroku katarai-taru hodo ni, omoita gaezu irikuru.
Sumi orosu suzuri ni, ke no arite, surihatete nochi ni mitsuketaru.
Sumi no naka ni suna no majiritaru.
Kaji o suru hōshi no, nemuri iritaru.)
„Rzeczy rozczarowujące. Gdy właśnie opowiada się coś interesującego, rozmawia się w najlepszym miejscu — i dokładnie wtedy ktoś wchodzi, jak na złość.
Włos na kamieniu do tuszu: dopiero kiedy już roztarłeś tusz do końca, zauważasz go.
Ziarnko piasku, które zmieszało się z tuszem.
Mnich odprawiający rytuał ochronny — i zasypiający w jego trakcie.”
To jest moment, w którym nasza Sei staje się jeszcze bardziej… sobą. Bo niby to tylko marudzenie. Drobiazgi. Włos. Piasek. Gość, który wchodzi w najgorszej sekundzie. A jednak, jeśli się dobrze wsłuchać, to nie jest lista „złego humoru”. To jest lista pęknięć w rytmie. Dla niej najboleśniejsze nie są katastrofy, tylko te mikroskopijne zgrzyty, które psują nastrój, niszczą płynność, obnażają brak wyczucia. Zauważ: pierwszy punkt nie mówi „nie lubię gości”. Mówi: „nie lubię ludzi, którzy nie mają wyczucia chwili”. A to jest zupełnie inna diagnoza.
Drugi i trzeci punkt są mistrzowskie, bo pokazują jej wrażliwość na drobny defekt, który wychodzi dopiero po czasie. Włos na suzuri odkryty dopiero, gdy tusz już roztarty — to brzmi jak żart, ale to też jest portret jej umysłu: ona cierpi na widok rzeczy, które psują efekt nie dlatego, że są wielkie, tylko dlatego, że są małe, nieznaczne, ale są rysą na perfekcji. Piasek w tuszu — ten sam typ rozczarowania: coś, co miało być gładkie, nagle zaczyna zgrzytać. A mnich śpiący w trakcie rytuału? Tu Sei jest okrutna i zabawna jednocześnie: nie musi nic komentować. Sam obraz działa wystarczająco. Rytuał ma cię chronić przed złym, a „ochrona” zasypia. Rozczarowanie jest totalne, bo dotyka nie przedmiotu, tylko zaufania.
I teraz najważniejsze: u Sei „rozczarowanie” jest formą czytania świata jak tekstu społecznego. Ten gość, który wchodzi „idealnie” w najgorszym momencie, to nie tylko pech. To ktoś, kto nie umie być delikatny wobec cudzej rozmowy. To brak taktu, brak tego, co dziś nazwalibyśmy uważnością na innych — w japońskim często opisywane słowem omoiyari, czyli wrażliwością, która wyprzedza i oszczędza drugiego człowieka, zanim ten musi cokolwiek powiedzieć (więcej o omoiyari we współczesnej Japonii przeczytasz tu: Omoiyari i kultura domyślania się – najgłębsza różnica w sposobie myślenia Europejczyka i Japończyka?). Sei jest tu jak skalpel: nie krzyczy, nie moralizuje, tylko notuje. A my, czytając, nagle widzimy, że „takt” to nie abstrakcja. To konkret: wejść czy nie wejść, przerwać rozmowę czy nie przerwać. To umiejętność, by poczuć konieczność pauzy.
W jej listach jest jeszcze coś przewrotnie mądrego: ona zrównuje rzeczy i ludzi. Włos na kamieniu, piasek w tuszu, źle dobrany moment wejścia, śpiący mnich — wszystko trafia do jednego worka, jakby mówiła: „świat psuje się zawsze w ten sam sposób: przez brak wyczucia”. I to jest komiczne w swojej bezczelności. Ale jest też dojrzałe, bo ona nie udaje, że drażni ją wyłącznie „wielka nieetyczność”. Drażni ją również drobne skrzypienie rzeczywistości. I myślę, że każdy z nas to zna: czasem nie wyprowadza cię z równowagi „dramat”, tylko ten jeden drobny szczegół, który przekreśla spokój. Tak mały i błahy, że aż głupio się człowiekowi przyznać (nawet przed sobą).
Praktyczna lekcja tu jest prosta i bardzo skuteczna: sprawdź, co cię drażni. Nie po to, żeby się w tym utopić, tylko żeby zobaczyć, jakie masz granice i na co jesteś wrażliwy. Jeśli najbardziej irytują cię „ludzie bez wyczucia chwili”, być może twoją wartością jest cisza, intymność rozmowy, rytm. Jeśli irytują cię „drobne defekty” (włos, piasek), być może potrzebujesz jakości i domknięcia. Albo walki ze swoim perfekcjonizmem. A jeśli irytuje cię „śpiący mnich”, może chodzi o to, że nie znosisz nadużywanego zaufania. Sei nie daje nam recepty na spokój. Daje nam mapę: jak ze zwykłych sytuacji dookoła czerpać wiedzę o sobie. A kiedy to zobaczysz, łatwiej rozmawiać z ludźmi, łatwiej ustawiać granice, łatwiej też… czasem odpuścić. Bo nie każdy „włos na suzuri” jest końcem świata — ale warto wiedzieć, dlaczego tak kłuje.
I na tym polega genialna złośliwość Sei: ona nas podszczypuje, żebyśmy zobaczyli prawdę o sobie. Nie zawsze jest miła. Ale bywa niezwykle pomocna — jak przyjaciółka, która patrzy i mówi: „Wiesz, co cię naprawdę boli?”. „No, wiesz?”

Lekcja „Rzeczy fascynujące”
心にくきもの。
ものへだてて聞くに、女房とはおぼえぬ手の、しのびやかにをかしげに聞こえたるに、こたへやかやかにして、うちそよめきて参るけはひ。
もののうしろ、障子などへだてて聞くに、御膳参るほどにや、箸、匙など、とりまぜて鳴りたる、をかし。
ひさげの柄の倒れ伏すも、耳こそとまれ。
(Kokoro ni kuki mono.
Mono hedate te kiku ni, nyōbō to wa oboenu te no, shinobiyaka ni okashige ni kikoe taru ni, kotae kayakaya ni shite, uchi soyomekite mairu kehahi.
Mono no ushiro, shōji nado hedate te kiku ni, gozen mairu hodo ni ya, hashi, saji nado, torimazete naritaru, okashi.
Hisage no e no taorefusu mo, mimi koso tomare.)
„Kiedy słyszysz przez przegrodę cichy klask dłoni – tak dyskretny i elegancki, że nie spodziewasz się po nim damy dworu – a zaraz potem pada świeża, młoda odpowiedź i słychać szelest jedwabiu: ktoś nadchodzi.
Kiedy zza drzwi przesuwnych, z drugiej strony, domyślasz się, że podają posiłek: mieszają się dźwięki pałeczek, łyżek i naczyń – to też jest fascynujące.
A gdy nagle opadnie uchwyt dzbanka i brzęknie o metal – wtedy aż ucho się zatrzymuje.”
To jest jedna z tych chwil, gdy Sei robi coś, co umie tylko ona: buduje scenę bez obrazu. Widzisz dokładnie… nic. Przegrodę, papier, zasłonę. A jednak w głowie powstaje cała obecność człowieka: jego takt, tempo, miękkość ruchów, jakość głosu. „Percepcja pośrednia” – nie patrzę prosto, tylko rozpoznaję po śladach. U Sei uważność nie polega na tym, żeby „wpatrywać się w płomień świecy”. Polega na tym, żeby usłyszeć, jak ktoś klaszcze, i już wiedzieć, czy to gest ordynarny, czy piękny. Bardzo w stylu Heian, bo dwór żył w półcieniu: za zasłonami, parawanami, w architekturze, która chroniła prywatność, a zarazem ją teatralizowała. Skoro nie wszystko widać – tym bardziej liczy się to, co zdradza: szelest, brzęk, pauza w głosie, zapach.
Jest w tym fragmencie coś jeszcze — bardzo współczesnego. Sei właściwie mówi: „Nie oceniaj ludzi dopiero wtedy, kiedy stają przed tobą w pełnym świetle. Naucz się ich czytać wcześniej”. Brzmi trochę snobistycznie? Trochę nie pasuje do naszej współczesnej wrażliwości nie-oceniania? Trochę tak. Ale i ta rada ma swoje przesłanie: styl człowieka ujawnia się zanim wypowie „ważne zdanie”. W sposobie, w jaki wchodzi do pokoju. W tym, czy jego ruchy są spokojne, czy agresywne. W tym, jak „odkłada dzbanek”.
I tu aż się prosi o małą, żywą uwagę: Sei byłaby świetna w XXI wieku w tych opisach, które my często ignorujemy. „Ten facet zamyka drzwi samochodu tak, jakby chciał wygrać kłótnię”. „Ta osoba mówi ‘dzień dobry’ tak, jakby składała podpis pod listą obecności”. Albo odwrotnie: „Sposób, w jaki ktoś podaje kubek, ma w sobie tyle miękkości, że od razu robi się bezpieczniej”. To tylko moje marne próby – Sei by nas lepiej podsumowała. I to nie jest polowanie na wady. To jest czytanie świata zmysłami – i odrobina domysłu, który nie jest plotką, tylko inteligencją percepcji.
Jeśli ta lekcja ma mieć praktyczny sens, to może brzmieć tak: spróbuj przez jeden dzień złapać trzy rzeczy, których nie widzisz wprost, ale które zdradzają obecność świata. Jakiś dźwięk zza ściany. Krótki brzęk naczyń w kawiarni. Czyjś krok na klatce schodowej. I zapytaj siebie: co ja z tego wnioskuję? Nie po to, by osądzać — tylko by ćwiczyć wrażliwość. Bo Sei uczy tu, że uważność nie jest tylko „patrzeniem”. Uważność jest sztuką rozpoznawania – z półcienia, z echa, z zapachu, z drobnego brzmienia. A potem: zostawienia temu brzmieniu miejsca w sobie, zanim zniknie.

Lekcja "Rzeczy, od których serce bije szybciej"
心ときめきするもの。
雀のこがひ。
ちごあそばする所の前わたりたる。
よき薫物たきて一人臥したる。
唐の鏡のすこしくらき見たる。
よき男の車とゞめて物いひあないせさせたる。
かしらあらひけさうじて、かうばしうしみたる衣など着たる、殊に見る人なき所にても心のうちはなほをかし。
待つ人などある夜、雨のあし、風の吹きゆるがすも、ふとぞおどろかるゝ。
(Kokoro tokimeki suru mono.
Suzume no ko gai.
Chigo asobasu tokoro no mae wataritaru.
Yoki takimono takite hitori fushitaru.
Kara no kagami no sukoshi kuraki mitaru.
Yoki otoko no kuruma todomete mono ii anai sesasetaru.
Kashira arai kesōjite, kōbashū shimitaru koromo nado kitaru, koto ni miru hito naki tokoro ni temo, kokoro no uchi wa nao ito okashi.
Matsu hito nado aru yoru, ame no ashi, kaze no fuki yurugasu mo, futo zo odorokaruru.)
„Karmić młode wróble.
Przechodzić obok miejsca, gdzie bawią się małe dzieci.
Palić dobre kadzidło i leżeć samotnie.
Zauważyć, że chińskie lustro trochę pociemniało, lekko się zmąciło.
Zobaczyć, jak elegancki pan zatrzymuje powóz i każe słudze oznajmić swoje przybycie.
Umyć włosy, zrobić toaletę i włożyć pachnące szaty — nawet jeśli nikt cię nie widzi, i tak w środku jest w tym szczególna przyjemność.
A kiedy nocą czeka się na kogoś: nagły szmer deszczu, podmuch wiatru, który porusza okiennicą — i człowiek odruchowo drgnie.”
To jest jedna z moich ulubionych list Sei. Tutaj, wrzuca do jednego worka i czułość, i oczekiwanie, i coś na krawędzi lęku, i coś, co moglibyśmy nazwać próżnością — i w ogóle się tego nie wstydzi. Wróble karmiące młode: tkliwość, ale też małe napięcie. Dzieci bawiące się: rozczulenie, ruch, chaos życia. Kadzidło i samotne leżenie: czysta przyjemność zmysłu, bez alibi. Lustro lekko zmętniałe: drobny niepokój, że piękno i porządek jednak się zużywają. Kareta pana pod bramą: ekscytacja spotkania, społeczna gra, prestiż, domysł. A potem: „nawet gdy nikt nie widzi” — to zdanie jest jak mały uśmiech Sei, taki jej: „tak, robię to dla siebie i podoba mi się to”.
I zobacz, jak ona to nazywa: „serce bije szybciej”. Nie „jestem szczęśliwa”. Nie „czuję niepokój”. Nie „praktykuję uważność”. Tylko fizjologia — puls. Czyli nie ma tu psychologicznej waty, nie ma tłumaczenia się. Jest prosta obserwacja: coś we mnie reaguje. I to jest jej mindfulness emocji: ona nie oddziela „zmysłów” od „uczuć” i nie udaje, że człowiek i jego dusza są oddzielone od świata fizycznego. U niej emocje są jak pogoda: trochę ciepło, trochę wilgotno, nagły podmuch, lekki dreszcz — i to wszystko jest warte zapisania, bo to jest życie w swojej prawdziwej, mieszanej postaci.
Współczesne mindfulness często zaczyna się od „wróć do oddechu”. To bywa potrzebne, jasne. Ale Sei proponuje inną bramę, może bardziej dla ludzi, którzy nie chcą od razu „uspokajać się na siłę”: obserwuj, co przyspiesza ci puls — i nazwij to bez wstydu. Można to nawet zamienić w ćwiczenie: zrób sobie przez tydzień własną listę „rzeczy, od których serce bije szybciej” (bez rozdzielania na rodzaj emocji, która podnosi puls). I nie cenzuruj jej. Niech będą tam rzeczy „ładne” (np. zapach po deszczu), rzeczy „dziwne” (np. skrzypienie windy w nocy), rzeczy „ambitne” (np. mail od kogoś ważnego), rzeczy „małe” (np. widok kota na parapecie), i rzeczy „trochę próżne” (np. to, że dobrze leży na tobie koszula). Potem przeczytaj ją jak Sei: nie jako deklarację, kim jesteś „w ogóle”, tylko jako mapę mikro-napięć, z których składa się twoje życie.
Bo to jest największa wartość tej listy: ona pokazuje, że dojrzałość nie polega na tym, żeby mieć zawsze „spokojne serce”. Dojrzałość polega na tym, żeby umieć rozpoznać, kiedy serce przyspiesza z czułości, kiedy z lęku, kiedy z nadziei, a kiedy po prostu z przyjemności bycia sobą — nawet jeśli nikt nie patrzy. I to jest lekcja, którą nasza Sei potrafi dać bez jednego wykładu: tylko kilkoma zdaniami, zapisanymi jak na jednym oddechu.

Rozdzielczość naszej percepcji
人の心のうちは、言はぬがまさり。
(Hito no kokoro no uchi wa, iwanu ga masari.)
„To, co jest w środku ludzkiego serca, częściej lepiej zostawić niewypowiedziane.”
To zdanie jest jak jej mały, chłodny uśmiech. Sei potrafi być czuła, potrafi być zachwycona świetlikiem i kroplą deszczu, ale potrafi też spojrzeć na człowieka tak, że człowiek nagle czuje się, jak pod mikroskopem. Nawet teraz, gdy piszę ten artykuł przeglądając co i rusz „Zapiski spod wezgłowia” i próbuję z nich układać tekst — prostuję plecy. Jakbym bał się, że ona zobaczy wszystko, co próbuję ukryć: bylejakość, pozę, nieuczciwy gest, fałszywy uśmiech. Zobaczy to szybciej ode mnie. I co gorsza: ona może nawet tego nie skomentować. Wystarczy jej milczenie. Tego rodzaju przyjaciółką jest.
Taka relacja w realnym życiu byłaby okropnie niewygodna. Nikt nie chce mieć obok siebie kogoś, kto rozpoznaje człowieka po tym, jak „brzmi” jego wejście do pokoju; kto słyszy w brzęku naczyń to, co człowiekowi siedzi na samym dnie duszy; kto w tonie głosu słów „dzień dobry” może przeczytać, jak faktycznie cały ten dzień był dla mnie. A jednak — paradoks — da się to wytrzymać ponieważ dzieli nas ponad tysiąc lat. Może dlatego, że jej ostrość jest zapisana na papierze: mogę ją czytać, mogę się na nią obrazić, mogę się odsunąć, mogę wrócić. W realnym świecie nie miałbym tej kontroli. Trzymając książkę — mam. I właśnie dlatego jej spojrzenie, nawet tak bezlitosne, staje się darem: pozwala mi zobaczyć to, co sam próbowałbym schować — przed światem, przed sobą, a z całą pewnością — przed nią.
Bo w gruncie rzeczy te listy nie są tylko o świecie zewnętrznym. Kiedy Sei mówi „rzeczy rozczarowujące”, kiedy notuje drobne fałsze rytmu i taktu, to my — czytelnicy — zaczynamy sprawdzać własne reakcje. Co mnie drażni? Co mnie wzrusza? Co przyspiesza mi puls? Co uważam za „okashi”, a co za „gakkari” (to japońskie słowo dźwiękonaśladowcze opisujące stan rozczarowania, jakby „opadnięcie” w środku.)? A gdy zaczynamy sami układać takie kategorie, szybko okazuje się, że klasyfikacja jest lustrem. Jeśli moje listy są pełne rzeczy, które mnie rozczarowują, być może potrzebuję spokoju, jakości, domknięcia, albo po prostu odpoczynku. Jeśli moje listy pękają od drobnych zachwytów, być może mam jeszcze w sobie wierność mikroskali, którą dorosłość często gubi. I w obu przypadkach — poznaję siebie. Nie w teorii. W praktyce, w reakcji.
Sei nie ma nas „naprawiać”. Ona nie jest terapeutką, nie jest nauczycielką od moralności, nie jest świętą. Jest kimś znacznie ciekawszym: przyjaciółką od rozdzielczości. Podkręca ostrość świata. Uczy, że życie nie musi składać się z wielkich momentów, żeby było gęste; że można je budować z „jednego albo dwóch świetlików”, z brzęku łyżki, z kropli deszczu na okiennicy, z napięcia oczekiwania. A równocześnie uczy czegoś trudnego: że nasze gesty i nasze „niby-nic” naprawdę coś o nas mówią — i że warto to zobaczyć, zanim zaczniemy się nadmiernie tłumaczyć.
Dlatego ta przyjaźń z jej spojrzeniem jest dziwna, ale dobra. Czasem jest zachwyt. Czasem przewracam oczami, bo myślę: „Sei, serio?” Czasem mam ochotę się obrazić za jej snobizm, za jej bezczelne oceny, za tę pewność, że ona wie lepiej. A potem wracam — bo ona, nawet kiedy bywa nieznośna, zawsze daje coś rzadkiego: nie gotową mądrość, tylko narzędzie. Listę jako soczewkę. Zdanie jako igłę. Kategorię jako lustro. I kiedy już raz zobaczysz świat jej okiem, nie da się tego całkiem „odwidzieć”.
