

Nie ma tu wojennego heroizmu. Jest logistyka ostatnich godzin: chłopak, który nie ma już słów nieporadnie próbuje pocieszyć matkę. Albo inny - próbuje wcisnąć łzy z powrotem do środka, by nikt nie zobaczył. Jeden z nich chciał być nauczycielem. Inny nie wiedział, kim chce być, ale lubił pikniki na wzgórzach Fukushimy. To nie byli samuraje okresu sengoku.


Specjalny korpus Kaiten, oddział Kikusui — Imanishi Taichi. W tej chwili wyruszam. Ojcze, kochana siostrzyczko — modlę się, byście byli zdrowi i by spotykało was samo szczęście.”
Dziś poznamy kilku z nich – „żołnierzy” oddziałów specjalnych – z ich listów ostatniego dnia przed śmiercią.

„Z wnętrza mojego pojazdu skłaniam się przed miłością ojczyzny, w której przebywa Najwyższy Władca; gdy wołam ‘Banzai!’ i modlę się o pewne zwycięstwo Wielkiego Cesarstwa Japonii, w mgnieniu oka wyłaniają się przede mną góry i rzeki kraju wroga oraz twarze tamtejszych ludzi — i tylko od tego robi mi się gorąco pod powiekami.
(…)
A jednak jeszcze mocniej utwierdzam w sobie myśl, że muszę ich rozbić — i nie wolno mi się zatrzymać, dopóki tego nie dokonam.”
To jedno z tych świadectw, które w oficjalnym obiegu pasują „na sztandar”: jest w nim cesarz, jest modlitwa o zwycięstwo, jest rozkaz „wykonać zadanie”. Ale nie da się przeoczyć szczegółu, który nie jest potrzebny ani propagandzie, ani wojskowej formie. W środku frazy — w samym jądrze zdania — pojawia się obraz: „góry i rzeki kraju wroga, twarze ludzi”. Nie „cel”, nie „okręt”, nie „przeciwnik”. Twarze.



To jest jedna z pierwszych szczelin, przez które da się wejść dalej: w stronę pytania, kim byli naprawdę ludzie wrzuceni do tokkō. Nie „symbolami”, nie „fanatykami”, nie „bohaterami”. Dwudziestolatkami, którzy jeszcze mieli odruch wyobrażenia sobie drugiego brzegu — i którzy musieli natychmiast ten odruch zgnieść, bo inaczej cały mechanizm nie zadziałałby ani jednego dnia.

„Mamo, jak się czujesz?
Dziękuję Ci za wszystko, co robiłaś przez tak długi czas. Wychowywałaś mnie od szóstego roku życia. Choć byłaś macochą, ani razu nie było w Tobie nic z tego, co ludzie potrafią w takim słowie podejrzewać.
Byłaś dla mnie matką czułą, dobrą, drogą. Byłem szczęśliwy.
Do samego końca nie nazywałem Cię „mamą”. Kilka razy postanawiałem, że to zrobię, ale musiałem być po prostu słaby. Mamo, wybacz mi. Jak musiało Ci być z tym smutno.
Teraz jest czas, żebym zawołał Cię głośno: ‘Mamo, mamo, mamo’.”
To jest list „prywatny” w najbardziej dosłownym sensie: nie ma tu okrzyków o zwycięstwie, nie ma deklaracji o „kwiatach na południowym niebie”, nie ma wielkich słów o państwie. Jest rachunek sumienia za jedno, małe zaniedbanie języka. I to właśnie w tej prostocie jest przemoc systemu: wojna potrafi zamknąć całe młode życie w kilku niepowiedzianych sylabach, a potem kazać człowiekowi nadrabiać je już z progu śmierci.



„Ojcze, Matko — cieszcie się. Isao dostał wspaniałe miejsce, w którym może umrzeć. Dziś jest mój ostatni dzień. Losy Cesarstwa rozstrzygają się w tej jednej bitwie; w decydującej wojnie o Wielką Azję rozsypię się jak kwiat na niebie południowych mórz.”
To początek ostatniego listu Isao Matsuo, marynarza-lotnika (Flying Petty Officer 1st Class) z 701. Grupy Lotniczej, napisanego 28 października 1944 r. „w Manili, w przeddzień wylotu” na misję specjalną.
W samym zdaniu słychać wojskową formułę i szkolny patos epoki — ale uderza też coś bardziej prywatnego: chłopak mówi o sobie w trzeciej osobie („Isao…”) i prosi rodziców, żeby „się cieszyli”, jakby musiał im ułatwić przyjęcie wiadomości, której żaden rodzic nie chciałby przyjąć. Ten list nie jest „legendą o bohaterstwie” — to dokument z ostatnich godzin dwudziestokilkulatka, który następnego dnia poleciał w stronę okrętów i już nie wrócił.

„Nagle wyznaczono mnie do oddziału ataku specjalnego i dziś wyruszam ku morzu Okinawy. Skoro rozkaz wydano — jestem Japończykiem.
A jednak… czy to tylko moja słaba natura, że żal mi rozstawać się z tą piękną ziemią Japonii i z ludzką życzliwością?”
Pierwsze, co uderza w tym fragmencie, to brak „heroicznego tonu” w warstwie emocjonalnej. Jest suchy fakt: „wyznaczono mnie” i „dziś wyruszam” — a zaraz potem próba doprowadzenia siebie do porządku: „skoro rozkaz wydano”. To nie jest manifest. To jest młody chłopak, który wie, że nie ma już kolejnego tygodnia przed sobą. I właśnie dlatego to zdanie o „słabej naturze” jest tak twarde: w jednym ruchu uznaje żal, a w drugim próbuje go unieważnić, jakby emocja sama w sobie była przewinieniem.

W tym samym liście (dalej) pojawia się ton wyraźnie bardziej gorzki: Yamaguchi potrafi nazwać życie w służbie życiem rezygnacji i samowyrzeczenia, „z pewnością niekomfortowym” — i pisze wprost, że jeśli te słowa brzmią gorzko, to dlatego, że zanim trafił do wojska, zdążył poznać „słodycz życia”.


日、別れると思うと、実に淋しいもの…短いようで長い十九年間でした。山を眺めると福島の景が想い出されます。永久にサヨーナラ。
„Dziś, gdybym miał wróżyć z kart… wyszłoby, że masz szczęście — Ty, dobra, najlepsza w Japonii mamo. Mamo, bądź zawsze zdrowa.
Kiedy myślę, że przyjdzie dzień rozstania, robi się naprawdę samotnie. Dziewiętnaście lat — krótkie, a jednak długie. Kiedy patrzę na góry, wraca do mnie krajobraz Fukushimy. Żegnaj na zawsze.”
W kilku zdaniach tego chłopaka nie ma legendy. Jest bardzo prosty rdzeń: „mamo, bądź zdrowa”, „jest mi samotnie”, „wraca do mnie Fukushima”. To język kogoś, kto próbuje utrzymać głos w ryzach, choć wie, że pisze „na ostatnią drogę” — i dlatego chowa w banalnych obrazach (góry, rodzinny krajobraz) coś, czego nie da się powiedzieć wprost.

W innych fragmentach listu Usamiego powracają słowa o „synowskiej wdzięczności”, której nie zdąży okazać, i o tym, że chce „spłacić” rodzicom dług „wynikami bojowymi”. To nie brzmi jak fanatyzm — raczej jak próba wciśnięcia rodzinnej miłości w jedyny język, który instytucja dopuszcza: język zasługi, rozkazu i „spłaty”.
Usami wystartował 1 lipca 1945 roku z Miyakonojō East Airfield jako pilot myśliwca Nakajima Ki-84 Hayate ( “Frank”) i zginął w ataku „specjalnym” u wybrzeży Okinawy. Pośmiertnie awansowano go na podporucznika. W jego eskadrze tego dnia na misję i śmierć poleciało tylko dwóch — on i Sukeo Nitta.

いまさら何を言うのかと自分でも考えますが、ちょっぴり欲を言ってみたいです。1、読みたい本、「万葉」「句集」… 2、観たい画、ラファエルの「聖母子像」、狩野芳崖の「悲母観音」 3、智恵子。会いたい、話したい、無性に。今後は明るく朗らかに。自分も負けずに朗らかに笑って征きます。
„Nie pragnę niczego poza twoim szczęściem. Nie wolno ci bez sensu trzymać się przeszłości ani dawnych zobowiązań. Ty nie masz żyć w przeszłości. Miej odwagę — zapomnij o tym, co było, i znajdź w przyszłości nowe miejsce do życia. Od tej chwili masz żyć w każdej kolejnej, konkretnej chwili rzeczywistości. Anazawa w świecie realnym już nie istnieje…
Sam się zastanawiam, po co to mówię, ale pozwolę sobie na odrobinę zachcianki. Po pierwsze: książki, które chciałbym jeszcze przeczytać — „Manyōshū”, zbiory haiku… Po drugie: obrazy, które chciałbym jeszcze zobaczyć — „Madonnę z Dzieciątkiem” Rafaela, „Hibo Kannon” Kanō Hōgaia. Po trzecie: Chieko. Chcę cię zobaczyć, chcę z tobą rozmawiać — do bólu, natarczywie. Potem: bądź już tylko jasna i pogodna. Ja też, nie dam się — pójdę, uśmiechając się pogodnie.”

W samym środku pojawia się lista trzech „zachcianek”. Książki i obrazy: „Manyōshū”, zbiory poezji, Rafael, Kanō Hōgai i jego „Hibo Kannon. Nie sprzęt, nie awans, nie medal, nie „wielka historia”. Głód wiedzy i ciekawość świata — jak u kogoś, kto miał być studentem, czytelnikiem, człowiekiem kultury, a nie częścią „procedury”. A potem punkt trzeci, najprostszy i najbardziej ludzki: „Chieko”. To nie jest ozdobnik ani romantyczna poza; to informacja o kimś, komu odebrano czas, zanim zdążył stać się dorosły.

Anazawa wystartował 12 kwietnia 1945 roku z Chiran i zginął tego samego dnia w ataku „specjalnym” nad wodami w rejonie Okinawy. Jego list dotarł do Chieko kilka dni po śmierci. W zapisach o nim powraca pewien detal: poleciał, mając na sobie jej szalik.
Nie symbol cesarza, za którego miał oddać życie. Szalik od Chieko.

素子という名前は私がつけたのです。素直な、心の優しい、思いやりの深い人になるようにと思って、お父さまが考えたのです。私はお前が大きくなって、立派な花嫁さんになって、幸せになったのを見届けたいのですが、もしお前が私を見知らぬまま死んでしまっても、決して悲しんではなりません。(中略)
父は常に素子の身辺を守っております。優しくて人にかわいがられる人になってください。追伸、素子が生まれた時おもちゃにしていた人形は、お父さんが頂いて自分の飛行機にお守りにしております。だから素子はお父さんと一緒にいたわけです。素子が知らずにいると困りますから教えて上げます。
„Motoko — patrzyłaś na moją twarz i często się uśmiechałaś. Spałaś w moich ramionach, kąpałem cię. (…) To ja dałem ci imię Motoko: chciałem, żebyś była człowiekiem prostym w sercu, dobrym, czułym, umiejącym troszczyć się o innych. Chciałem doczekać dnia, gdy dorośniesz, zostaniesz piękną panną młodą i będziesz szczęśliwa. Umrę zanim mnie poznasz, ale nie wolno ci się smucić. (…)
Twój ojciec zawsze będzie cię chronił. Proszę: bądź łagodna, taka, którą ludzie będą kochać. P.S. Ta lalka, którą bawiłaś się, kiedy się urodziłaś — wziąłem ją i mam ją przy sobie jako amulet w samolocie. Więc byłaś ze mną. Piszę ci to, żebyś kiedyś o tym wiedziała.”


Po wojnie list przestał być tylko dokumentem. Stał się też czymś w rodzaju umowy, którą córka mogła kiedyś spróbować „wypełnić” po swojej stronie. Uemura pisał (w dalszej części listu), by — jeśli kiedyś będzie chciała „spotkać” ojca — poszła na Kudan, w miejsce związane z Yasukuni. I rzeczywiście: jako dorosła kobieta Motoko zrobiła dokładnie to, o czym ojciec napisał, a potem wykonała gest pamięci w przestrzeni, która była dla niego częścią wojskowej obietnicy sensu. Po ukończeniu Rikkyō University w 1967 roku poszła do Yasukuni Jinja, aby „opowiedzieć” o swoim dorastaniu i — według przekazu związanego z tą historią — wykonała tam taniec buyō ku pamięci ojca.

フミちゃん
太一は本日、回天特別攻撃隊の一員として出撃します。日本男子と生まれ、これに過ぐる光栄はありません。勿論生死の程は論ずるところではありません。私達は今の日本が、この私達の突撃を必要としているという事を知っているのみであります。
お父様、フミちゃんのその淋しい生活を考えると、なにも言えなくなります。けれど日本は非常の秋(とき)に直面しております。日本人たる者、この戦法に出ずるは当然の事なのであります。日本人としてこの真の生き方の出来るこの私、親不孝とは考えておりません。淋しいのはよくわかります。しかしここ一番こらえて頂きます。太一を頼りに今日まで生きてきて下さったことも充分承知しております。それでも止まれないものがあるのです。
フミちゃん、立派な日本の娘になって幸福に暮らして下さい。これ以上に私の望みはありません。お父様のことよろしく御願いします。私は心配をかけっ放しでこのまま征きます。その埋め合わせお頼み致します。…何にも動ずる事がない私もフミちゃんのことを思うと、涙を止めることが出来ません。けれどフミちゃん、お父様泣いて下さいますな、太一はこんなにも幸福に、その死所を得て征ったのでありますから。
回天特別攻撃隊菊水隊、今西太一 只今出撃致します。お父様、フミちゃん御元気で幸あれかしと祈っております。
"Ojcze, Fumi,
Dziś Taichi wyrusza jako członek Specjalnego Oddziału Ataku „Kaiten”. Urodzić się japońskim mężczyzną — nie ma większego zaszczytu. O życiu i śmierci nie ma tu w ogóle sensu dyskutować. Wiemy tylko jedno: dzisiejsza Japonia potrzebuje naszych uderzeń.
Ojcze — kiedy myślę o waszym samotnym życiu, o tobie i o Fumi, brakuje mi słów. Ale Japonia stoi twarzą w twarz z jesienią kryzysu. Dla Japończyka wejście w tę metodę walki jest rzeczą naturalną. Nie uważam tego za brak wypełnienia synowskiego obowiązku. Wiem, że będzie wam samotnie. Rozumiem to. Ale właśnie teraz proszę, żebyście to wytrzymali. Wiem też, że żyliście do tej pory, licząc na mnie. A mimo to jest coś, czego nie mogę zatrzymać.
Fumi — żyj szczęśliwie, bądź porządną japońską dziewczyną. Nie pragnę niczego więcej. Proszę, zajmij się ojcem. Odejdę, zostawiając wam tylko zmartwienie — proszę, żebyś to „wyrównała” za mnie. (…) Nawet ja, którego nic nie powinno poruszać, gdy myślę o tobie, Fumi, nie potrafię zatrzymać łez. Ale Fumi — proszę, nie płaczcie. Taichi odchodzi szczęśliwy, mając wyznaczone miejsce śmierci.
Kaiten Special Attack Corps, oddział Kikusui — Imanishi Taichi. W tej chwili wyruszam. Ojcze, Fumi — modlę się, byście byli zdrowi i by spotkało was szczęście.”



Imanishi zginął tego dnia, mając 25 lat. I jeśli w jego liście cokolwiek zostaje po człowieku poza hasłami, to właśnie to jedno zdanie: że „nic go nie rusza”, a jednak łzy przychodzą, gdy myśli o siostrze. Ono nie jest komentarzem antywojennym. Ono jest dowodem, że pod słowami o obowiązku nadal było życie, które chłopak musiał świadomie dusić — i że czasem wychodziło na powierzchnię wbrew całej dyscyplinie.

Skala ludzka: to byli głównie chłopcy tuż po szkole średniej i studenci. W materiale upamiętniającym tylko jedną, wąską część zjawiska – armię wysyłaną z baz południowego Kyushu na Okinawę – mowa o 1036 pilotach, „głównie dwudziestolatkach”, którzy wystartowali i zginęli w morzu Okinawy. W opracowaniu muzeum Chiran widzimy, że średnia wieku wynosiła 21,6. To nie jest pełna statystyka wszystkich tokkō – ale to przekrój wystarczający, by uchwycić jedną regułę: wiek był młody, a czas na przygotowanie się do śmierci – bardzo krótki.

„Tokkō” nie było jednym narzędziem, tylko całą rodziną narzędzi „jednorazowych”. Obok zwykłych myśliwców i bombowców używano też konstrukcji przeznaczonych specjalnie do śmierci: najsłynniejsza to rakietowy samolot-pocisk Yokosuka MXY-7 „Ōka”, zbudowany w liczbie około 852. Morze miało swój odpowiednik: załogową torpedę kaiten – w tym programie zginęło 106 pilotów (licząc także wypadki szkoleniowe), a sama broń – mimo ogromnej ceny – dała ograniczone efekty.
Na wybrzeżach przewidywano też uderzenia łodziami wybuchowymi: jednostek shin’yō planowano ponad 11 tysięcy, zbudowano ok. 6197; były to w praktyce motorówki z ładunkiem na dziobie, sterowane na kontakt. W planach obrony wysp macierzystych pojawiali się również ludzie przeznaczeni na śmierć pod wodą – fukuryū, „nurkujący z miną na żerdzi”; planowano wyszkolić 6000, zdołano przeszkolić około 1200 przed kapitulacją.


Mamy też dużo listów - tysiące krótkich dokumentów, w których obok języka epoki (wzniosłego i pełnego patosu) pozostaje życie prywatne – imiona, lęk o skuteczność, wstyd, niedokończone plany, i proste zdania zaczynające się od „Mamo…”.
W liczbach kampania „kamikaze” nie zmieniła wyniku wojny: zatopione okręty były w większości zastępowalne, a przewaga przemysłowa i logistyczna aliantów rosła szybciej niż tempo produkcji „jednorazowych” ludzi. Koniec końców – oba państwa przetrwały – zarówno USA, jak i Japonia i mają się w XXI wieku całkiem dobrze. Przegrali tylko ci młodzi chłopcy i ich rodziny.
未開 ソビエライ
Sprawdź podobne artykuły:
Kamikaze – dwa boskie tajfuny życia, jeden ponury wiatr śmierci
Bōsōzoku – gdy japońskie gangi motocyklowe w płaszczach kamikaze przejęły nocne ulice Tokyo
Prawdziwe Sengoku – jakie było życie ludzi bez miecza w cieniu samurajskich wojen?
Furuta Oribe – bezlitosny zabójca i wrażliwy artysta w czasach wojen samurajskich Sengoku
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!