

Pisałem już o sprytnych mieszkańcach Edo obchodzących ustawy zbytkowe. O wydawcach lawirujących z cenzurą, o sztuce aluzji, w której święty zamieniał się w chłopca z herbaciarni, a drwina z polityki kryła się pod kostiumem dawnej legendy o osieroconej czarownicy. To była lekka wersja tej historii, ta, w której mieszczanin jest zawsze o krok przed urzędnikiem, a my się uśmiechamy. Bo łatwo się cieszyć z sukcesów cwaniaka, który wykiwał magistrat. Trudniej spojrzeć temu magistratowi w oczy. A pod każdą taką anegdotą czaił się aparat: drobiazgowy, cierpliwy, czasem okrutny, i obdarzony cnotą, której najbardziej należy się bać u władzy. Nie był wszechobecny. Wystarczyło, że bywał nieobliczalny. I nieludzko cierpliwy.
To jest opowieść o tym, co się działo, gdy śmiech przestawał bawić urząd. O człowieku, który nie spiskował, nie podburzał, nie pisał manifestów. Malował kobiety i czułość, sięgnął po modny temat, na którym zarabiało pół ówczesnej branży. I przekroczył granicę, której dokładnego położenia nikt mu nigdy nie wskazał. Bo tak właśnie był pomyślany świat Tokugawów: reguła istniała, lecz ożywała wybiórczo, raz na jakiś czas, akurat na czyimś nazwisku. Kara nie miała poprawić skazańca. Miała pouczyć wszystkich pozostałych. I robiła to nie przez okrucieństwo, ale przez to, że nikt nie wiedział, kiedy nadejdzie ani za co. Ukarany artysta nazywał się Kitagawa Utamaro. Nie był buntownikiem. Był twórcą ukiyo-e, którego shōgunat dopadł.

Pewne jest jedno: trafił pod opiekę malarza Toriyamy Sekiena (鳥山石燕, 1712–1788), twórcy słynnych ilustrowanych katalogów yōkai, demonów i duchów. Sekien wywodził się ze szkoły Kanō – malarstwa dworskiego, akademickiego, dalekiego od ulicy. To ważne. Utamaro nie wyrósł wyłącznie z taniego druku dla edokko. Dostał rzetelny warsztat rysownika, oko ćwiczone na detalu. Krążyła nawet pogłoska, że Sekien był jego prawdziwym ojcem – bo w jednym ze swoich tekstów wspominał chłopca bawiącego się w jego ogrodzie. Pogłoska, nie fakt. Ale mówi coś o bliskości mistrza i ucznia.

Jest w tym gorzka ironia. Człowiek, który dał twarz setkom kobiet i sprawił, że po dwustu latach wciąż patrzymy im w oczy, sam nie ma twarzy. Nie zachował się jego wiarygodny portret z natury, nie znamy jego rysów, charakteru pisma, głosu. Wiemy, co widział. Nie wiemy, jak wyglądał, gdy patrzył. Może to sprawiedliwe u kogoś, kto całe życie poświęcił na pokazywanie innych, nie siebie.
Pierwszy błysk czegoś niezwykłego pojawił się nie w portrecie kobiety, lecz w owadach.
W 1788 roku ukazała się „Ehon mushi erami” (画本虫撰, „Wybór owadów. Księga obrazkowa”). Tom z owadami: koniki polne, ważki, pająki, węże, ślimaki. Każda dwustronicowa plansza miała parę wierszy kyōka (狂歌, „szalone pieśni”, żartobliwa odmiana klasycznej poezji waka – więcej o nich tutaj: Pies, który chciał być shōgunem – szalone wiersze kyōka i druga strona japońskiej poezji ). Brzmi jak kaprys. W rękach Utamaro stało się czymś innym.

Tom miał jeszcze jeden szczegół, pozornie błahy. Lśnił. Skrzydła i ciała połyskiwały miką – kira, sproszkowanym minerałem dającym efekt masy perłowej. Luksus. Dokładnie ten rodzaj zbytku, który reformatorzy uznają za zgniliznę obyczajów. Wydawca tej książki, Tsutaya Jūzaburō, zapłaci za podobne ozdoby kilka lat później. Zapamiętajmy to nazwisko.


Z perspektywy władzy – było to zagrożenie, którego nie wolno było zignorować. Skupisko ludzi bystrych, ironicznych, popularnych i trudnych do upilnowania.


Sadanobu nie był prostym tyranem. Był wnukiem słynnego shōguna Yoshimune, człowiekiem wykształconym, przekonanym, że ratuje państwo przed rozkładem. W jego oczach miasto pełne luksusu, druków o kurtyzanach i kpiących książeczek było objawem choroby – dowodem, że pieniądz i przyjemność wzięły górę nad obowiązkiem i hierarchią. Reformy nie były złośliwością. Były terapią, surową i moralizatorską, prowadzoną przez człowieka pewnego swojej racji. A nic nie bywa groźniejsze dla twórcy niż urzędnik przekonany, że karząc go, czyni dobro.

Zakaz dotyczył przedstawiania spraw bieżących, drwiny z polityki pod przykrywką fałszywej historycznej scenerii, nazywania realnych osób z elit. Tu jednak kryje się rzecz, która tłumaczy cały późniejszy los Utamaro. Egzekwowano to wybiórczo. Kurtyzany, aktorzy, zapaśnicy sumo, drzeworytnicy, pisarze gesaku (戯作 – “dzieła żartu” czy “literature błaha”) – ludzie „płynącego świata” – byli w praktyce tolerowani. Z punktu widzenia konfucjańskiej hierarchii pospólstwo leżało poza głównym zainteresowaniem władzy. Wolno było malować twarz słynnej kurtyzany. Nie wolno było tknąć wojownika.

Twórcy nie poddawali się biernie. Cała znana sztuka aluzji, o której pisałem nie raz, wzięła się właśnie z tego ucisku. Skoro nie wolno przedstawiać spraw bieżących wprost, przedstawiano je nie wprost: bohater starej legendy nosił rysy współczesnego polityka, święty mędrzec stawał w pozie modnej kurtyzany, wąsaty sum zamieniał się w aluzję do trzęsienia ziemi. Zakaz nie zabił pomysłowości. Wyostrzył ją. Im ciaśniejsza była klatka, tym sprytniejsze stawały się sposoby przeciskania się między prętami. To jest ta lekka, zabawna strona tej historii. Utamaro w 1804 roku trafił niestety na tę drugą stronę – cięższą.


Niech to wybrzmi. Człowieka można było złamać finansowo i upokorzyć publicznie za przekroczenie zasady od lat nieegzekwowanej. Ojciec Kyōdena też dostał reprymendę. Dwóch cenzorów, którzy nie zareagowali na czas i przeoczyli przewinę, ukarano grzywną i wygnano z Edo. Kara spadała wachlarzem – na autora, na rodzinę, na wydawcę, na urzędników. Każdy w łańcuchu miał odtąd powód, by bać się o własną skórę i pilnować sąsiada.
Tsutaya się nie poddał. Zamiast tego zrobił rzecz, która okazała się przełomem w dziejach ukiyo-e. Postawił na Utamaro.

To brzmi jak chwyt formalny. W istocie była to rewolucja psychologiczna.
Wyobraź sobie, że stajesz przed jednym z tych portretów. Nie widzisz tła, nie widzisz całej sceny – widzisz twarz i ręce. Kobieta unosi dłoń do ust, jakby chciała stłumić słowo albo uśmiech. Oczy ma spuszczone, ale nie z pokory; raczej tak, jak patrzy ktoś zanurzony we własnych myślach. Nie pozuje dla ciebie. Przyłapałeś ją w sekundzie, która należy tylko do niej. I nagle to nie jest „piękna kobieta z Edo”. To jest ta jedna, konkretna, o tym jednym nastroju, w konkretnej, prywatnej chwili. Tego wcześniej w ukiyo-e nie było.
Wcześniejsze bijin-ga (美人画, „obrazy pięknych kobiet”) pokazywały typ. Idealną elegancję, modę sezonu, wzór do podziwiania. Utamaro pokazał osobę. W cyklach takich jak „Fujin sōgaku juttai” (婦人相学十躰, „Dziesięć typów kobiecej fizjonomii”) nie chodziło już o to, jaka jest kobieta, lecz kim jest w danej chwili. Kobieta przyłapana w momencie, gdy myśli o kimś innym. Kobieta ocierająca usta po herbacie. Matka i dziecko w sekundzie roztargnionej czułości. Kochanka tuż przed albo tuż po.

Skąd ta wiedza o kobietach? Z bliska. Historycy podejrzewają, że Utamaro przez pewien czas mieszkał w Yoshiwarze albo bywał tam tak często, że stał się tamtejszym „swoim” człowiekiem. Znał kurtyzany nie jako abstrakcję, lecz jako konkretne osoby z imionami, nawykami, zmęczeniem. Malował też shunga (春画, „wiosenne obrazy”), japońską erotykę – i robił to bez pruderii, ale i bez prostactwa, z tą samą uwagą dla gestu i nastroju, którą wkładał w portrety. Dla niego cielesność i czułość nie stały po przeciwnych stronach. Były jednym.
Trzeba przy tym uczciwie powiedzieć, że ten „płynący świat”, malowany przez Utamaro tak pięknie, miał drugie dno. Kobiety z Yoshiwary rzadko trafiały tam z wyboru. Sprzedawano je jako dzieci, wiązano długiem, a wolność odzyskiwały nieliczne. Utamaro pokazywał ich grację, ale nie pokazywał ich niewoli. Nie był reporterem. Był artystą, który z półmroku domu uciech wyciągał na światło to jedno: że to są ludzie, nie ozdoby. Już samo to było w jego epoce więcej, niż robił ktokolwiek inny. Niemniej, gdzieś na marginesie, pamiętajmy, że to piękno jest mylące, a w tle było skrywane prawdziwe piekło, jakie zgotowano tym kobietom.
Edo oszalało. Utamaro stał się pierwszym twórcą ukiyo-e sławnym w całej Japonii za życia. Nie lokalnym rzemieślnikiem cenionym w jednej dzielnicy, lecz marką rozpoznawalną od stolicy po prowincję. Ludzie kupowali „Utamaro” tak, jak kupuje się dziś logo Apple czy Gucci.
I tu pętla zaczyna się zaciskać.

Mechanizm działał teraz inaczej niż dekadę wcześniej. W 1791 roku karę wymierzano za konkretne książki konkretnego pisarza. Po 1799 roku przedmiotem podejrzenia stawał się styl. Sam sposób patrzenia. Zbliżenie na twarz, luksusowy połysk, kult rozpoznawalnej jednostki – wszystko to coraz mocniej drażniło reformatorów, którym marzyło się społeczeństwo skromne, anonimowe i posłuszne (którym Japończycy czasu Edo nigdy nie byli wbrew niektórym współczesnym stereotypom Zachodu o uległości japońskiego społeczeństwa – było im do tego bardzo daleko).
Popularność Utamaro przestała być atutem. Stała się obciążeniem. Im głośniejsze nazwisko, tym lepszy przykład można było na nim pokazać. A urząd lubił przykłady.

Trzeba w tym miejscu uczciwie dodać, że Utamaro w tych latach był też po prostu zmęczony i przeciążony. Sława oznaczała zalew zamówień, naśladowców podszywających się pod niego, presję na powtarzanie tego, co się sprzedawało. Tsutaya, jego najważniejszy sojusznik, zmarł w 1797 roku, podobno na beri-beri („wielka słabość”, choroba niedoboru witaminy B1, na jaką cierpieli najbogatsi mieszkańcy Edo, których stać było na jedzenie białego, łuskanego ryżu). Utamaro stracił człowieka, który go odkrył, osłaniał i rozumiał. Wszedł w nowe stulecie sam.

Toyotomi Hideyoshi (豊臣秀吉, 1537–1598) zjednoczył Japonię. Wyszedł z nizin – syn chłopa, którego sam Nobunaga przezywał „małpą” – i wspiął się na sam szczyt, jako taikō (太閤), były kanclerz, faktyczny władca kraju. Po jego śmierci o schedę zaczęła grać dawna koalicja. Wygrał ją Tokugawa Ieyasu: w 1600 roku pod Sekigaharą, a potem ostatecznie w latach 1614–1615, gdy oblegał i zniszczył zamek w Osace, gdzie bronił się Hideyori, syn Hideyoshiego. Matka i syn popełnili seppuku w płonącej twierdzy. Tak skończył się ród Toyotomi.
Cały gmach władzy Tokugawów stał więc na fundamencie z gruzów rodu poprzednika. To jest klucz. Hideyoshi nie był neutralną postacią historyczną w rodzaju odległego cesarza. Był człowiekiem, którego potomków obecna dynastia wybiła, żeby usiąść na jego miejscu. Pamięć o nim niosła nigdy niewyrażone na głos pytanie: czy Tokugawowie rządzą, bo mają do tego prawo, czy po prostu – bo zwyciężyli.
Jak głęboka była ta nieufność, pokazuje sprawa, która stała się jednym z pretekstów do zniszczenia Osaki. W 1614 roku Hideyori ufundował wielki dzwon dla świątyni Hōkō-ji w Kioto. Na dzwonie umieszczono pobożną inskrypcję ze znakami 国家安康 (kokka ankō, „pokój dla państwa”). Ludzie Ieyasu doczytali się w niej zniewagi: znaki 家 i 康 to były człony imienia Ieyasu (家康), a rozdzielenie ich w napisie odczytano jako symboliczne rozcięcie wodza. Z czterech znaków o pokoju zrobiono dowód zdrady. Pretekst był naciągany do granic absurdu – i właśnie dlatego tyle mówi. Skoro dwa znaki na dzwonie mogły rozpętać oblężenie, to wizerunek samego Taikō na popularnym druku też nie był sprawą błahą.
Dlatego wizerunek Taikō był drażliwy w sposób, którego portret kurtyzany nigdy nie osiągnął. To nie była kwestia obyczajów. To była kwestia legitymacji władzy.
W latach 1797–1802 ukazała się „Ehon Taikōki” (絵本太閤記, „Ilustrowana kronika Taikō”), obszerne, barwne życie Hideyoshiego. Książka stała się przebojem. Między 1799 a 1804 rokiem jej wątki wędrowały na sceny jōruri i kabuki. Cała popkultura epoki karmiła się postacią, której z urzędu dotykać nie wypadało. Powstała pokusa nie do odparcia dla każdego, kto żył ze sprzedaży obrazków: skoro wszyscy mówią o Taikō, czemu na tym nie zarobić.

I to był sedno przestępstwa. Nie sama scena, urocza i pozornie niewinna. Lecz fakt, że Utamaro je nazwał. Zakaz dotyczył przedstawiania wojowników, podawania ich imion i ich herbów mon. Część prac z tej fali maskowała nazwiska, lekko je przekręcając. Utamaro poszedł dalej – a do tego sygnował własne dzieła pełnym imieniem. Postawił podpis pod czymś, co wprost łamało regułę.
Inne sporne obrazy z tej serii szły jeszcze dalej w stronę prowokacji. Hideyoshi trzymający w dwuznaczny sposób dłoń swojego pazia Ishidy Mitsunariego. Wódz Katō Kiyomasa pożądliwie wpatrzony w koreańską tancerkę na uczcie. Taikō wśród konkubin, w scenerii rodem z domu uciech. Najpotężniejszy mąż dawnej Japonii, sprowadzony do bohatera plotkarskiego druku z dzielnicy rozkoszy.
Tu właśnie tkwi najgłębsza interpretacja całej sprawy, zaproponowana przez badaczkę Julie Nelson Davis w publikacji w czasopiśmie Japan Forum (t. 19, nr 3, 2007). Prawdziwy problem nie polegał na tym, że twórcy złamali ten czy inny paragraf. Polegał na tym, że robiąc z Hideyoshiego atrakcję „płynącego świata”, przejmowali prawo należące wyłącznie do władzy: prawo do opowiadania historii Tokugawów. Pisarzem dziejów miało być państwo, nie rysownik z Edo sprzedający na ulicy kolorowe obrazki.

Co dokładnie spotkało Utamaro? Tu trzeba być ostrożnym, bo źródła się różnią, a urzędowe akta sprawy nie zachowały się. Najczęściej powtarzana wersja mówi o karze tegusari: pięćdziesiąt dni aresztu domowego z nadgarstkami w żelaznych kajdanach. Część przekazów dodaje wcześniejsze trzy dni w rōya, areszcie. Inni badacze podkreślają, że skoro dokumentów brak, dokładnego wymiaru kary nie da się dziś odtworzyć z pewnością. Wiemy, że minimum było to tegusari i że trwało około pięćdziesięciu dni.
Warto zatrzymać się przy mechanice tej kary, bo wiele z niej można się dowiedzieć. Tegusari nie polegało na wtrąceniu do lochu. Skazany siedział we własnym domu, ale z zakutymi rękami, regularnie kontrolowany, czy kajdan nie zdjął. Kara odbierała mu nie wolność ruchu po mieście, lecz coś subtelniejszego: zdolność pracy. Malarz z zakutymi nadgarstkami nie maluje. Państwo wiedziało, gdzie uderzyć rzemieślnika. W ręce.



Na samym dole drabiny pomysłowych kar urzędowych leżały grzywny i nagana. Wyżej – kary cielesne i piętno. Od 1720 roku, za rządów shōguna Yoshimune, wprowadzono na wzór chiński irezumi-kei (入墨刑), karę tatuażu (tak, to stąd nazwa tatuaży yakuzy – więcej o nich tu: Działalność japońskich mistrzów tatuażu horishi – tam, gdzie wzrok shogunatu nie sięgał). Złodziejowi tatuowano znak na ramieniu, w niektórych regionach na czole. Kształt i miejsce zależały od rodzaju przewinienia i od prowincji, tak by każdy widział, gdzie i za co człowiek został skazany. Recydywie dorysowywano kolejne kreski. W wielu okręgach trzeci tatuaż oznaczał już karę śmierci. To było piętno na całe życie, którego nie dało się zmyć.

Dalej - praca przymusowa. Lżejsze wyroki kierowały do obozu na wyspie Ishikawa-jima w zatoce Edo. Cięższe – do kopalni złota na wyspie Sado, skąd niewielu wracało w zdrowiu. Konfiskata biznesu, kesshō, niszczyła kupca u podstaw. Kobiety bywały skazywane na przymusową służbę, także w domach publicznych Yoshiwary. Ta kara również bywała karą śmierci – psychicznej, moralnej, a w końcu poprzez wyniszczenie chorobami.


Na tej drabinie pięćdziesiąt dni w kajdankach we własnym domu jest niemal na samym dole. I właśnie dlatego ta sprawa jest tak pouczająca. Bo skutek był znacznie większy niż waga kary.

Prace z tych ostatnich dwóch lat nie dorównują olśniewającym projektom z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Ręka jakby zwiotczała, kompozycje straciły dawną pewność, twarze – dawną indywidualność. I tu pojawia się zdanie, które trzeba wypowiedzieć ostrożnie.
Powtarza się, i to bardzo często, że upokorzenie złamało Utamaro i przyspieszyło jego śmierć. Bywa to podawane niemal jak fakt biograficzny. Być może. Ale jest to już interpretacja, nie zapis źródłowy. Nie mamy jego dziennika ani relacji świadków, którzy by to potwierdzili. Mamy tylko zbieżność w czasie: kara w 1804, słabsze prace, śmierć w 1806. Z tej zbieżności kolejne pokolenia historyków sztuki ułożyły opowieść o złamanym duchu.

A jednak władza dopadła go i tak. Bo system był zbudowany w taki sposób, że niemal każdy twórca prędzej czy później przekraczał jakąś granicę – a jej dokładnego położenia nikt mu wcześniej nie podał. Reguły istniały, owszem. Tyle że egzekwowano je wybiórczo, nierówno, czasem po latach bezczynności nagle ożywały. Kyōdena ukarano za przepis, którego nikt nie przestrzegał ani nie egzekwował. Utamaro za temat, po który sięgała cała popkultura epoki. Można było latami robić to samo bezkarnie i wpaść w jednej chwili, gdy urząd uznał, że pora dać przykład.
I tu jest rzecz najważniejsza. Ta kara nie miała poprawić Utamaro. Nie chodziło o jego resocjalizację ani o naprawienie szkody – bo żadnej realnej szkody Tokugawom nie wyrządził. Chodziło o wszystkich pozostałych. O każdego wydawcę, rysownika i pisarza w Edo, który zobaczył kajdany na rękach najsłynniejszego artysty kraju i pomyślał: jeśli jego złapali, to i mnie mogą.

Strach przed karą nieprzewidywalną pilnuje człowieka skuteczniej niż kara, którą znasz. Bo karę znaną da się skalkulować, można zaryzykować, można ją raz ominąć i poczuć się pewnie. Kary nieprzewidywalnej skalkulować się nie da. Trzeba się pilnować zawsze, na wszelki wypadek, na każdym kroku.

Utamaro zostawił po sobie kobiety. Spojrzenia uchwycone w pół sekundy, dłonie zatrzymane w geście, czułość bez patosu. To one przetrwały dwieście lat i to dzięki nim znamy dziś jego nazwisko. Kajdany rozkuto po pięćdziesięciu dniach. Twarze zostały. Czy kara brutalnie zakończyła jego dynamicznie rozwijającą się twórczość, a wkrótce życie?
Źródła
1. Davis, Julie Nelson, „The trouble with Hideyoshi: censoring ukiyo-e and the Ehon Taikōki incident of 1804”, Japan Forum, t. 19, nr 3, 2007.
2. Davis, Julie Nelson, Utamaro and the Spectacle of Beauty, 2007.
3. 南和男 (Minami Kazuo), 「歌麿と豊国の筆禍について」 („O sprawie karnej Utamaro i Toyokuniego”), Ukiyo-e geijutsu, 1981.
4. 鈴木重三 (Suzuki Jūzō), 『絵本と浮世絵 – 江戸出版文化の考察』 („Książka obrazkowa i ukiyo-e. Studium kultury wydawniczej Edo”), 1979.
5. Kern, Adam L., Manga from the Floating World: Comicbook Culture and the Kibyōshi of Edo Japan, 2006.
6. Botsman, Daniel V., Punishment and Power in the Making of Modern Japan, 2005.
7. Hasła biograficzne: 喜多川歌麿、蔦屋重三郎、山東京伝 w 『日本人名大辞典』 (Nihon jinmei daijiten, „Wielki słownik biograficzny Japonii”), Kōdansha.
>> PODOBNE ARTYKUŁY:
Edokko – jacy naprawdę byli mieszkańcy Edo za shogunatu?
Japońskie bitwy na latawce tako-gassen – mieszczanie przeciw samurajom
Poezja przy sake – mistrz Senryū i jego radośnie złośliwa przenikliwość
Hagakure. Księga drogi samuraja. Czy aby na pewno?
Ya–ku–za (8-9-3). Najgorszy układ kart, który dał imię bezimiennym w czasach shogunatu
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!