
Urzędnik, który tęsknił za wojną swoich pradziadów
5. dnia 3. miesiąca 7. roku ery Hōei (3 kwietnia 1710 roku), gdy w pewnej prowincji na południu Japonii śnieg leżał jeszcze w cieniach gór, a u ich podnóży pojawiały się pierwsze pąki wiśni, dwaj mężczyźni siedzieli naprzeciw siebie w drewnianej chacie. Starszy miał pięćdziesiąt dwa lata, ogoloną głowę i drogę za sobą, której nigdy nie chciał: trzydzieści lat służby jako skryba u pana, kilka misji dyplomatycznych, żadnej bitwy. Młodszy miał trzydzieści trzy lata, przyjechał ze stolicy klanu, niedawno stracił stanowisko. Kłaniali się sobie. Wymienili wiersze. Pili herbatę. Wieczorem zaczęli rozmawiać.
Te rozmowy potrwają siedem lat. Z nich powstanie księga, z której każdy w Japonii, a jeszcze częściej na Zachodzie, zna jedno zdanie (do którego jeszcze wrócimy, bo choć popularne tłumaczenie jest chwytliwe, traci pewien istotny niuans):

武士道といふは、死ぬ事と見つけたり。
(bushidō to ifu wa, shinu koto to mitsuketari)
„droga samuraja polega na umieraniu”
Niektórzy mówią, że wiedzą, co to znaczy. Niestety rzadko kto czytał resztę. A reszta - tysiąc trzysta czterdzieści jeden pozostałych ustępów – mówi rzeczy zaskakujące. Mówi, że życie jest krótkie i trzeba je przeżyć robiąc to, co się lubi (tak - to mówi właśnie księga, którą Zachód ogłosił biblią kodeksu samurajskiego). Mówi, że codzienne wyobrażanie sobie śmierci daje wolność, nie strach (jakbym czytał Marka Aureliusza). I mówi nawet – poważnie, w przedmowie – że po przeczytaniu księgi – całe jedenaście tomów powinno się spalić.
„Hagakure”. „Duchowy przewodnik dla wojownika”. „Biblia samurajów”. Takie rzeczy podpowiada anglojęzyczny internet, gdy chcemy się dowiedzieć, co to za dzieło. Prawda jest taka, że prawie żaden samuraj jej nie czytał. Przez dwa wieki leżała w na wpół zapomnianych odpisach jednego klanu. Potem trzy razy się zbudziła. Raz jako mentalne przygotowanie na upadek shōgunatu i koniec klasy samurajskiej. Raz jako narzędzie nowoczesnej, militarnej propagandy. A raz jako prywatny manifest myśliciela i pisarza, którego darzę wielkim szacunkiem, ale fakty są faktami. Każde z tych przebudzeń wzięło sobie z niej coś innego. Każde widziało w tym tekście coś zupełnie innego. I za każdym razem zostawało nam w pamięci to słynne pierwsze zdanie. Bez kontekstu, co po nim. Sprawdźmy zatem – co naprawdę było tam dalej napisane.

Pustelnik z Kurotsuchibaru
Yamamoto Tsunetomo urodził się 11. dnia 6. miesiąca 2. roku ery Manji (30 lipca 1659 roku) w dzielnicy Katadae w Sagi na zachodnim Kyūshū. Ojciec, Yamamoto Jin'emon, miał wówczas siedemdziesiąt jeden lat. Według rodzinnej tradycji uznał noworodka za „zbędny dodatek” i zamierzał oddać go kupcowi handlującemu solą. Niemowlę zostało w domu raczej przypadkiem. W dzieciństwie chorowite – takie, że lekarze, jak Tsunetomo pisze potem w księdze szóstej, mówili rodzicom, że nie przekroczy dwudziestu lat. Mimo to w wieku dziewięciu lat trafił na służbę jako 御側小僧 (o-soba-kozō – “mały chłopiec przy boku pana”, czyli po europejsku - paź) drugiego daimyō Sagi, Nabeshima Mitsushige.
Tego, czego Tsunetomo nie znał, była wojna. Urodził się dwadzieścia jeden lat po stłumieniu powstania w Shimabarze – ostatnim wielkim militarnym wstrząsie Japonii. Przez całe jego życie shōgunat Tokugawów utrzymywał systematyczny pokój. Pojedynki były ograniczone, prywatne wendety regulowane prawnie (zobacz tu: Katakiuchi – licencja na samurajską zemstę rodową w czasach rządów shogunatu Japonii Edo), klasa wojowników w powolnej, biurokratycznej metamorfozie z konnych włóczników w sumiennych skrybów. Tsunetomo był wzorowym przedstawicielem tej drugiej generacji. Pisał pięknie, znał klasyczną poezję, przepisywał dokumenty. Jego najważniejsza misja życiowa, osiągnięta po latach starań, polegała na przywiezieniu z Kioto sekretnej wykładni jednej z najstarszych japońskich antologii wierszy. Nazywało się to kokin denju (古今伝授, „tajemna transmisja Kokin wakashū”) i było jednym z najbardziej zazdrośnie strzeżonych przywilejów kultury dworskiej. Tsunetomo dostarczył ją swojemu konającemu panu w roku 1700. Był to jeden z ostatnich miesięcy życia Mitsushige.
Mitsushige zmarł 16. dnia 5. miesiąca 13. roku ery Genroku (2 lipca 1700), mając sześćdziesiąt dziewięć lat. Tsunetomo miał czterdzieści dwa. Według dawnej tradycji wasal, który stracił pana, mógł popełnić junshi (殉死, „samobójstwo idące za panem”) – rytualne seppuku jako akt ostatecznej lojalności. Tradycja była już wówczas formalnie zakazana: shōgunat wydał edykt w roku 1663, a sam Mitsushige za życia wielokrotnie podkreślał, że nie życzy sobie, by ktokolwiek „za nim szedł”. Tsunetomo nie poszedł. Trzy dni po śmierci pana udał się do świątyni Kōden-ji, gdzie opat zen Ryōi ogolił mu głowę i nadał mu mnisze imię Jōchō. W lipcu zbudował chatę z drewna i bambusa w dzielnicy Kurotsuchibaru, u podnóża góry Kinryū-zan, dziesięć kilometrów na północ od zamku Saga. Nazwał ją Chōyōken (朝陽軒, „Pawilon Porannego Słońca”).

Mieszkał w niej dziesięć lat. Sam.
Tashiro Tsuramoto przyjechał 5. dnia 3. miesiąca 7. roku ery Hōei (3 kwietnia 1710 roku). Miał trzydzieści trzy lata. Też pochodził z Sagi, też pracował jako yūhitsu (祐筆, „kronikarz i sekretarz dworu"), tym razem u trzeciego daimyō Sagi, Nabeshima Tsunashige. Rok przed wizytą Tashiro został zwolniony ze stanowiska bez podania przyczyny. Po stracie urzędu krążył jakiś czas po stolicy klanu, aż w końcu przyjechał do tego dziwnego starego skryby w chacie pod górą. Spotkało się dwóch ludzi, których ten sam dwór odsunął. Pierwsze powitanie odbyło się przez wymianę wierszy. Tsunetomo napisał: „o ile mil od ulotnego świata kwitnie tu górska wiśnia”. Tashiro odpowiedział: „o, biała chmuro, dopiero teraz spotkałem kwiat, którego szukałem”. Weszli do środka i zaczęli rozmawiać do późnego wieczora.
Rozmowy te będą się powtarzać przez następne siedem lat. Tashiro zapisywał. Sam Tsunetomo, według instrukcji, miał wierzyć, że to wszystko zostanie spalone. W odpisach jego rozmów zachowała się przedmowa, w której mówi wyraźnie:
此の始終十一巻、追って火中すべし
(kono shijū jūikkan, otte kachū subeshi)
„te wszystkie jedenaście ksiąg, niech następnie pójdą w ogień”
Tashiro nie posłuchał. Ukrył kopie. Tsunetomo umarł 10. dnia 10. miesiąca 4. roku ery Kyōhō (21 listopada 1719 roku), trzy lata po zakończeniu rozmów. Nigdy się nie dowiedział, co się działo dalej z jego słowami. Pewnie w ogóle nie myślał, że jakikolwiek ciąg dalszy będzie.

1342 ustępy
Tytuł, który Tashiro nadał całości, wymaga komentarza, bo jest niejednoznaczny. „Hagakure” (葉隠) dosłownie znaczy „w cieniu liści” albo „ukryte pod liśćmi”. Tradycja klanu Nabeshima wywodzi to z wiersza dwunastowiecznego mnicha Saigyō, z antologii Sankashū:
葉隠れに散りとどまれる花のみぞ忍びし人に逢ふ心地する
(hagakure ni chiri-todomareru hana nomi zo shinobishi hito ni au kokochi suru)
„Tylko kwiat,
co został
ukryty pod liśćmi,
daje mi uczucie spotkania
z tą, za którą skrycie tęskniłem"
Jedenaście ksiąg, które Tashiro skompletował do roku 1716, zawiera 1342 ustępy – liczby różnią się w zależności od odpisu, bo oryginał Yamamoto faktycznie nie zachował się. Mamy tylko kopie sporządzone potajemnie przez samurajów Sagi: kōhaku-bon, koyama-bon, nakano-bon, gojō-bon, soejima-bon i kilka innych. Pierwsze dwie księgi to nauki i sentencje samego Tsunetomo. Księgi trzecia, czwarta i piąta – anegdoty o czterech kolejnych panach klanu Nabeshima, od założyciela rodu Naoshige, urodzonego w roku 1538, walczącego jeszcze w epoce Sengoku, po trzeciego daimyō Tsunashige. Księgi szósta, siódma, ósma i dziewiąta – opowieści o wasalach Sagi, ich pojedynkach, awansach, kłopotach, pijaństwach, ślubach, śmierciach. Księga dziesiąta – anegdoty o samurajach z innych klanów, głównie z sąsiadującej Hirado i z Kioto. Księga jedenasta – uzupełnienia, dodatki, refleksje, których Tashiro nie umiał inaczej rozmieścić.
To zatem przede wszystkim kronika klanowa. Memoriał starszego pana, który zna setki opowieści i chce je przekazać młodszemu. Porady są często techniczne i drobiazgowe: jak ułożyć włosy, jak prawidłowo zachować się na pijatyce u przełożonego (zwięźle: nie pierwszy do kielicha, nigdy ostatni), jak rozmawiać z osobą wyższą rangą, jak wychowywać syna (zatkać uszy na pochlebstwa, surowość przed ósmym rokiem życia, później umiarkowane zwiększanie dystansu), jak prowadzić korespondencję, jak budzić się rano. Wiele ustępów to po prostu plotki o sąsiadach. Niektóre, notowane z imienia, są tak nieprzyjemne, że Tsunetomo dodaje wyraźny zakaz pokazywania zapisków obcym i, znów, prośbę o spalenie. Tashiro znów nie posłucha.
Słynne zdanie znajduje się na samym początku, w drugim ustępie pierwszej księgi. Dla porządku trzeba je przytoczyć w oryginale i w pełnym brzmieniu, bo to, co po nim, jest najczęściej pomijane:
武士道といふは、死ぬ事と見つけたり。
二つ二つの場にて、早く死ぬかたに片付くばかりなり。
別に仔細なし。胸すわつて進むなり。
(bushidō to ifu wa, shinu koto to mitsuketari. futatsu-futatsu no ba nite, hayaku shinu kata ni katazuku bakari nari. betsu ni shisai nashi. mune suwatte susumu nari)
„Droga wojownika - odkryłem - leży w umieraniu. Kiedy stajesz wobec dwóch wyborów, rozstrzygnij szybko, idąc w stronę śmierci. Nic w tym skomplikowanego. Z opanowaniem - naprzód.”
Dobrze. Ale idźmy dalej – jakie są następne wersy?
毎朝毎夕、改めては死に改めては死に、
常住死身になりて居る時は、武道に自由を得、
一生越度なく、家職を仕果すべきなり。
(mai-asa mai-yū, aratamete wa shini, aratamete wa shini, jōjū shini-mi ni narite oru toki wa, budō ni jiyū wo e, isshō otsudo naku, kashoku wo shi-hatasu beki nari)
„Co rano, co wieczór, raz po raz umierając w wyobraźni, raz po raz umierając ponownie – kiedy żyje się w stanie nieustającej śmierci, w drodze wojownika zyskuje się wolność, przeżywa życie bez upadku i wypełnia obowiązki domu.”
Te dwa fragmenty należą do tego samego myślenia. Pierwsze zdanie – lapidarne, niemal hasłowe – mówi o technice decyzyjnej w sytuacji krytycznej: gdy ma się dwa wyjścia, kalkulacja jest pułapką, bo każda kalkulacja prowadzi ku życiu, a życie wcale nie zawsze jest lepsze (albo: odruch czepiania się życia sprawia, że żyjemy w strachu). Drugie zdanie mówi, co się z tej techniki rodzi: spokój, wolność, życie bez upadku.
To jest bliskie filozofii stoickiej. Bardzo zbliżone, w istocie, do tego, co Marek Aureliusz pisze w „Rozmyślaniach”: codziennie wyobrażaj sobie, że ten dzień jest ostatni, a żyć będziesz lepiej. Tsunetomo oczywiście nie znał Marka Aureliusza, choć znał chińskich klasyków konfucjanizmu i pisma buddyzmu zen, z których wyciągnął podobną myśl. Jego wersja jest bezpośrednia i praktyczna: śmierć nie jako abstrakcyjne memento mori, tylko jako konkretne, codzienne ćwiczenie wyobraźni. Wstaję rano – umieram. Kładę się wieczorem – umieram. Po pewnym czasie umrzeć naprawdę przestaje być problemem, staje się ostatnim z nieuniknionych obowiązków, więc paraliż znika, a dzień zyskuje wolność.
„Hagakure” mówi to wielokrotnie, na różne sposoby, w różnych ustępach. Mówi to też przez kontrprzykład: krytykuje samurajów, którzy przed walką zbyt długo kalkulują. Pisze – bez ogródek – przeciwko najsłynniejszemu wówczas wydarzeniu w japońskiej świadomości honoru wojownika: zemście 47 rōninów Akō z roku 1703. Sprawa była świeża, gdy Tsunetomo dyktował. Półtora roku samurajowie udawali pijaków, by uśpić czujność Kiry, w końcu zabili go w jego rezydencji w Edo, zanieśli głowę na grób swojego pana, oddali się w ręce urzędu machi-bugyō, dostali wyrok seppuku. Cała Japonia mówiła o nich jak o ideale lojalności. Tsunetomo ze swojej chaty pod górą Kinryū mówił coś przeciwnego.
Co by się stało, pyta w księdze pierwszej, gdyby Kira umarł na chorobę w ciągu tych osiemnastu miesięcy, kiedy oni czekali? Odpowiedź jest oczywista: nic. Zostaliby pijakami i tchórzami w oczach świata. Cała ich kalkulacja, tak chwalona przez konfucjańskich uczonych, opierała się na założeniu, że wróg poczeka. Tsunetomo widzi w tym brak zdecydowania. Prawdziwa droga wojownika, pisze, polegałaby na natychmiastowym ataku po śmierci pana, niezależnie od liczebności wroga, zakończonym śmiercią napastnika na miejscu. Jeśli i tak ma się umrzeć, niech śmierć rozstrzygnie sprawę, a nie rachuba.
Tę samą logikę „Hagakure” pochwala przy okazji innego, znacznie mniej znanego wydarzenia — nocnej zwady w Nagasaki z grudnia 1700 roku. Dwóch samurajów Sagi pokłóciło się o pierwszeństwo tańca (tak, tańca: kouta-mai, 小唄舞 albo jiuta-mai, 地唄舞) podczas spotkania z samurajami sąsiedniego klanu Hirado. Doszło do bójki w herbaciarni. Następnej nocy obie strony przyszły z bronią, zaczęło się starcie w wąskim zaułku. Wszyscy zginęli – albo w starciu, albo wkrótce potem – z ran lub poprzez seppuku wymuszonym przez zaskoczonych władców obu klanów. Tsunetomo uważał, że to było słuszne. Nie kalkulowali. Ruszyli.
Z punktu widzenia konfucjańskich uczonych dominujących w Japonii Edo, takie podejście było skandalem. Stało w sprzeczności z całą filozofią okresu pokoju – filozofią szkoły Yamaga-ryū (山鹿流), zbudowanej przez Yamagę Sokō (1622-1685) i jego uczniów, próbującej przerobić samuraja z wojownika w urzędnika-moralizatora. Yamaga uczył, że samuraj powinien być wzorem cnoty, znawcą rytuału i historii, dobrym administratorem, racjonalnym strażnikiem ładu. „Hagakure” odpowiada krótko: samuraj nie jest urzędnikiem. Samuraj jest tym, kto idzie prosto w szczęki śmierci.
Tu rodzi się paradoks „Hagakure” i klucz do tego, dlaczego była potem trzykrotnie tak różnie wykorzystywana. Jest dziełem człowieka, który nigdy nie walczył, dyktowanym w okresie, w którym nie było żadnych bitew, tęskniącym za wojną, której Tsunetomo zupełnie nie znał. Jego idealny samuraj nie jest postacią z jego życia. Jest postacią z opowieści dziada o swoim dziadku. Z Sengoku jidai (okresu wielopokoleniowej wojny domowej, więcej o nim tu: Prawdziwe Sengoku – jakie było życie ludzi bez miecza w cieniu samurajskich wojen?), które zakończyło się 60 lat przed jego urodzeniem. To frustracja człowieka, którego epoka pozbawiła roli, projektowana wstecz – na obraz wojownika, którym sam nigdy nie był. Przepraszam, to oczywiście moje osobiste wnioski z lektury, z którymi nie każdy się zgodzi.
„Hagakure” wydaje się w istocie księgą nostalgii. I jak każda nostalgia, jest twarda dla teraźniejszości. Tsunetomo nie szczędzi gorzkich uwag o młodych samurajach Sagi, którzy uczą się gry na biwie, zamiast się ćwiczyć w broni, którzy chodzą po ulicach na palcach jak panienki, którzy myją się zbyt często, w deszczowy dzień próbują nie zamoczyć kimon, z pannami flirtują w trakcie pracy. „Hagakure” piętnuje wszystko, co przyzwoite, mieszczańskie, ostrożne. Chwali wszystko, co bezpośrednie, impulsywne, definitywne. To księga starego człowieka, który widzi, że młodszy świat go nie potrzebuje, i nie udaje, że go to nie boli.
Dlatego rozumieć „Hagakure” jako kanon bushidō, tak jak chciała propaganda lat trzydziestych, to nieporozumienie podwójne. Po pierwsze, sam Tsunetomo krytykuje większość ówczesnych szkół myślenia o drodze wojownika — neokonfucjańską szkołę Yamagi Sokō, efektowne bushidō stylu Kamigata, racjonalistyczne podejście Itō Jinsai. Z każdą się rozmija. Po drugie, nie pisał kanonu. Pisał memoriał własnego klanu, dla wąskiego kręgu wasali, z ostrym, prywatnym tonem. Reszta to mit. Mit, który będzie czekał na swoich autorów dwa wieki.

Dwa wieki w odpisach
„Hagakure” nigdy nie zostało wydane drukiem za czasów panowania Tokugawów. Nigdy. Przez pierwsze sto lat krążyło wyłącznie w odpisach – ręcznie sporządzanych przez wasali Sagi, czasem dla siebie, czasem dla zaufanych przyjaciół. Każdy odpis różnił się od poprzedniego: opuszczano fragmenty, zamieniano kolejność, dopisywano marginalia. Stąd różnice między zachowanymi wariantami, stąd problemy filologów, którzy dopiero w XX wieku zaczęli próbować zrekonstruować, co właściwie Tsunetomo powiedział, a co Tashiro już mu dopisał albo przekształcił.
Klan Sagi nie pochwalał obiegu „Hagakure”. Konfucjański uczony tej domeny, Koga Kokudō (1777-1836), kierujący szkołą klanową Kōdōkan, założoną w roku 1781, pisał wprost: samurajowie Sagi sądzą, że jeden tom „Hagakure” wystarcza im na całe dzisiaj. Koga uważał, że to fałszywy spokój: czytelnicy uczą się jednego stanowczego zdania zamiast prawdziwej erudycji. W szkole klanowej „Hagakure” nie używano. Nigdy. Dzieci samurajów Sagi uczyły się klasyków chińskich, japońskiej historii, kaligrafii, etyki dworskiej. Tekstu o drodze umierania nie udostępniano.
Pierwszy zorganizowany obieg „Hagakure” zaczyna się dopiero w połowie XIX wieku i nie w głównej domenie, lecz w peryferyjnym garnizonie. W roku 1841 grupa samurajów Sagi, pełniących służbę strażniczą na wysepce Kōyaki w zatoce Nagasaki – dla obrony przed zachodnimi statkami, które od czasów pierwszej wojny opiumowej zaczynały spoglądać coraz bardziej ku brzegom Japonii – zaczęła spotykać się trzy razy w miesiącu, szóstego, szesnastego i dwudziestego szóstego dnia, na wspólne czytanie „Hagakure”. Z dala od głównego garnizonu, z dala od konfucjańskich uczonych. Siedem lat później podobne koła zaczęły działać w stolicy klanu. Jeszcze pięć lat później, w roku 1855, daimyō Sagi Naomasa zezwolił, by koło czytelnicze odbywało się w „bambusowym pokoju” zamku, z jego osobistym udziałem.
To moment, w którym „Hagakure” zaczyna wracać do oficjalnego obiegu. Wraca jednak w bardzo szczególnym kontekście – ostatniej dekady przed restauracją Meiji. Klan Sagi, jeden z najnowocześniejszych klanów ery bakumatsu, prowadzący własne badania nad odlewnictwem dział i parowozami, czyta „Hagakure” jako podpowiedź, jak wytrzymać presję, kiedy dotychczasowy świat się rozsypuje. Daimyō Naomasa chce, by jego ludzie byli zdolni do natychmiastowej decyzji, nie do kalkulacji. Statki Perry'ego były pod Edo dwa lata wcześniej. Czytanie „Hagakure” jest w istocie ćwiczeniem mentalnym przed katastrofą.
Z tej fali wyłaniają się też pierwsi nowocześni propagatorzy. W roku 1906, już po wojnie rosyjsko-japońskiej, potomek bocznej linii rodu Yamamoto wydaje pierwszą drukowaną wersję, w ograniczonym nakładzie dwustu egzemplarzy, przeznaczonych dla wewnętrznego obiegu wśród potomków wasali Sagi. W roku 1916 lokalna oficyna w Sadze wydaje pełniejszą edycję. Nawet to są jednak wydania dla kilkuset osób, znanych głównie w jednej prowincji.
Sygnał, jak „Hagakure” było wówczas oceniane w samej Sadze, dostarcza Ōkuma Shigenobu, najsłynniejszy mąż stanu z tej prowincji – dwukrotny premier Japonii, jeden z założycieli partii Kenseihontō i Uniwersytetu Waseda, syn wasala klanu. Ōkuma mówi o „Hagakure” z dystansem. Nazywa je dziełem „starego świata”. Mówi o tym życzliwie, jak o dziedzictwie, którego się nie wyrzeka, ale nie jest to dziedzictwo, według którego on sam radzi rządzić nowoczesnym państwem. Nawet w samej Sadze, nawet wśród ludzi, dla których „Hagakure” było częścią rodzinnej pamięci, traktowano je jako głos przeszłości, nie program na przyszłość. Mit „Hagakure” jako kanonu bushidō nie narodził się w Sadze. Narodził się w Tokio. Trzydzieści lat po słowach Ōkumy.

Iwanami, 1940
W ostatniej dekadzie ery Taishō i w pierwszej erze Shōwa Japonia żyła pod rosnącym ciśnieniem ideologii państwowej, w której militarna lojalność wobec cesarza stała się centralnym hasłem. Bushidō, jako rzekomo prastara tradycja narodowa, było potrzebne. Już w roku 1900 Nitobe Inazō wydał po angielsku „Bushido. The Soul of Japan”, książkę, która więcej zawdzięczała wiktoriańskiemu rycerstwu niż samurajom Sengoku, ale stała się eksportowym manifestem japońskiej duszy. Zwróć proszę uwagę – idee Bushidō po raz pierwszy w taki sposób zostały przedstawione w tej książce, 300 lat po skończeniu wojen samurajskich. Książka ta była w oryginale wydana po angielsku, nie było jej japońskiej wersji aż do roku 1908. Jednocześnie stanowi ona podstawę tego, jak przez ostatnie stulecie (i w XXI wieku również) Europejczycy i Amerykanie rozumieli to, co znaczyło być „japońskim samurajem”.
W dalszych dekadach kolejni autorzy tworzyli nadbudowę – kodeks honoru wojskowego, podręcznik patriotyzmu, wzór do naśladowania w nowych szkołach. W tym kontekście „Hagakure”, prawie nieznane szerokiej publiczności, dziwne, „soczyste”, lokalne, okazało się skarbem propagandy.
W roku 1940 wydawnictwo Iwanami Shoten, najbardziej szanowane wydawnictwo akademickie Japonii, wydało trzytomową, kieszonkową, tanio dostępną edycję „Hagakure” w swojej serii Iwanami Bunko (岩波文庫). Tomy ukazywały się stopniowo: pierwszy w roku 1940, kolejne dwa w roku 1941. Edycję opracowali dwaj uczeni – Watsuji Tetsurō (和辻哲郎, 1889-1960) i jego ówczesny młody współpracownik Furukawa Tesshi (古川哲史, 1912-1995).
Watsuji jest postacią, której tu nie sposób pominąć. Filozof o europejskim wykształceniu – student Köbera w Tokio, czytelnik Heideggera, autor głośnej książki „Klimat” (風土, Fūdo) z roku 1935 – był jednym z najwybitniejszych japońskich myślicieli XX wieku. Jednocześnie, w latach trzydziestych, coraz wyraźniej dryfował ku filozoficznemu uzasadnieniu wyjątkowości japońskiej kultury, ku zharmonizowaniu nowoczesnej filozofii z państwowym mitem cesarstwa. Nie był prostym propagandzistą. Był rzetelnym filologiem, który jednak wydobywał z japońskiej tradycji to, co było wówczas politycznie pożądane. Nie jest trudno znaleźć podobne postaci w ówczesnych nazistowskich Niemczech i innych krajach Europy. Wydanie „Hagakure” w Iwanami Bunko, z dokładnym aparatem krytycznym, porównaniem odpisów, dobrą edytorską robotą, dało tekstowi naukową legitymację – i jednocześnie wprowadziło go w obieg, w jakim nigdy wcześniej nie był.
W tym samym czasie, 8 stycznia 1941 roku, minister wojny Tōjō Hideki podpisał i rozesłał wojsku kodeks „Senjinkun” (戦陣訓, „pouczenia bojowe”). Był to dokument kieszonkowy, w trzech rozdziałach, mający wzmocnić morale po sześciu latach wojny z Chinami i przed nadchodzącym konfliktem z mocarstwami zachodnimi. Centralny zwrot, powtarzany potem w trakcie szkoleń i upamiętniany przez świadków po wojnie, brzmiał:

生きて虜囚の辱を受けず
(ikite ryoshū no hazukashime wo ukezu)
„Nie pozwalaj sobie żywym znosić hańby niewoli”
Z tego zdania uczyniono punkt kardynalny: japoński żołnierz nie powinien dostać się żywy do niewoli. Śmierć lepsza. Wcześniej, w pierwszej wojnie światowej, armia japońska traktowała jeńców według konwencji haskiej. W wojnie na Pacyfiku już nie. „Senjinkun”, według wielu historyków, jest bezpośrednią przyczyną tysięcy zbiorowych samobójstw żołnierzy japońskich, w tym katastrofy cywilnej na Okinawie, gdzie matki rzucały dzieci z klifów, wierząc, że amerykańska niewola będzie gorsza niż śmierć.
Pomiędzy edycją Iwanami a „Senjinkunem” jest pełna komplementarność. „Hagakure” dostarcza tekstu kanonicznego. „Senjinkun” – jego operacyjnego rozwinięcia. Razem tworzą oś moralną wojny, w której życie żołnierza warte jest mniej niż jego śmierć. To jest filozofia XX wieku. Nie Sengoku.
Tylko że tekst „Hagakure”, który dostarczono propagandzie, był okaleczony. Nie technicznie – edycja Watsujiego była pełna. Okaleczona była recepcja. W szkołach wojskowych, w przemówieniach, w ulotkach, w broszurach przygotowanych dla pilotów specjalnych jednostek ataku, cytowano zawsze jedno zdanie – pierwsze. Drogę wojownika, która leży w umieraniu. Nigdy nie cytowano tego, co po nim. Nigdy nie cytowano fragmentu o wolności, którą Tsunetomo opisywał jako cel codziennego ćwiczenia śmierci. Nigdy nie cytowano też ustępu pochodzącego z tej samej księgi pierwszej, w którym Tsunetomo pisał:
人間一生誠にわずかのことなり。
好いた事をして暮らすべきなり。
夢の間の世の中に、好かぬことばかりして
苦を見て暮らすは愚かなることなり。
(ningen isshō makoto ni wazuka no koto nari. suita koto wo shite kurasu beki nari. yume no ma no yo no naka ni, sukanu koto bakari shite ku wo mite kurasu wa oroka naru koto nari)
„Życie człowieka jest naprawdę krótkie. Trzeba je przeżyć robiąc to, co się lubi. W tym świecie krótkim jak sen, żyć robiąc tylko to, czego się nie lubi, i widząc tylko cierpienie – to jest głupota.”
Ten ustęp dla propagandy lat czterdziestych był nie do przyjęcia. Pochodzi z tej samej księgi, sąsiaduje z tym samym kontekstem, mówi tym samym głosem. Tsunetomo pisał obie rzeczy w jednym ciągu. Ale dla propagandy istniało tylko jedno zdanie, wyrwane z 1341 innych. „Droga wojownika to umieranie”.
Pod tym jednym zdaniem szły jednostki specjalnego ataku tokkō (特攻) – tak zwane kamikaze, choć słowo „kamikaze” było wówczas używane głównie poza Japonią (więcej o tych biednych dzieciakach piszę tu: Prawdziwi kamikaze – listy chłopców do rodziny przed śmiercią). Od października 1944 do końca wojny tych jednostek zginęło około pięciu tysięcy. Każdy z młodych ludzi, którzy ginęli za sterami zaadaptowanych samolotów myśliwskich, miał na biurku, świadectwa są zgodne, jedno lub kilka ulubionych zdań. Czasem z „Hagakure”. Czasem z „Senjinkunu”. Czasem z poezji jisei no ku (辞世の句, „wiersza pożegnalnego przed śmiercią”). Wszystkie te zdania mówiły o jednym – lepiej tak, szybko, nic w tym skomplikowanego. Za cesarza.
Tylko że „Hagakure” nigdy nie mówiło „bo lepiej tak”. „Hagakure” mówiło: bo to daje wolność. Wolność jednak to nie jest idea, w imię której mordowaliśmy się na prawie wszystkich kontynentach w połowie XX wieku. Trzeba było zmienić treść.

Mishima i trzeci ogień
Tu muszę zwolnić. Trzecie odczytanie „Hagakure” jest tym, przy którym trzeba więcej skupienia i więcej pokory. To już nie tępa propaganda wojskowych, wchodzimy w zupełnie inne rejony. Nie jestem Japończykiem. To, o czym piszę dalej, czytałem, sprawdzałem, porównywałem z kilkoma interpretacjami japońskimi i zachodnimi — ale wiem, że pewnych niuansów nadal nie łapię tak, jak łapie je czytelnik wychowany w Japonii. Mówię to wprost, bo postać, do której teraz przechodzę, na to zasługuje. Mishima Yukio był pisarzem i myślicielem drugiej połowy XX wieku. Jest też człowiekiem, który własną śmiercią poprzez seppuku dopisał epilog do „Hagakure” — niezamierzony przez Tsunetomo, ale konsekwentny wobec tekstu w sposób, którego propaganda lat czterdziestych nigdy by nie zrozumiała. Choć sam nie zgadzam się z większością myśli Mishimy, chciałem zaznaczyć, że jest to zupełnie inny poziom rozważań o życiu, niż poprzednie przykłady.
W sierpniu 1967 roku, dwadzieścia dwa lata po klęsce, Mishima Yukio wydał książkę „Hagakure nyūmon” (葉隠入門, „Wprowadzenie do Hagakure”). Mishima miał wówczas czterdzieści dwa lata – wiek, w którym Tsunetomo trafił do chaty w Kurotsuchibaru. Był u szczytu sławy literackiej, kandydatem do Nagrody Nobla, zarazem coraz wyraźniejszym kontestatorem powojennej Japonii: jej amerykanizacji, demilitaryzacji wymuszonej konstytucją z roku 1947, jej, w jego oczach, duchowej miałkości. Sam wielokrotnie pisał o swoim doświadczeniu wstydu. W roku 1945, gdy go wezwano do wojska, miał gorączkę. Lekarz wojskowy, niezbyt uważny tego ranka, postawił diagnozę gruźlicy. Mishima został odesłany do domu. Jego oddział, w którym nigdy nie służył, w większości zginął na Pacyfiku.
Mishima Yukio, z urodzenia Hiraoka Kimitake, całe życie nosił to „nieukończone seppuku” w sobie. „Hagakure nyūmon” jest w istocie próbą rozliczenia się z tym ciężarem. Mishima cytuje słynne pierwsze zdanie, ale następnie, ostro i konkretnie, przywołuje to, co propagandyści wycięli. Z głębi tekstu, pisze, za zdaniem o drodze umierania natychmiast wyłania się drugie zdanie: życie człowieka jest naprawdę krótkie, trzeba żyć robiąc to, co się lubi. Mishima nazywa „Hagakure” „filozofią żywą, która ma śmierć i życie na dwóch stronach tej samej tarczy”. Pisze, że Tsunetomo nie chwali śmierci, bo lekceważy życie. Chwali śmierć, bo to ona daje życiu intensywność, której w przeciwnym razie nie da się osiągnąć.
To trzecia interpretacja. Nie frustrat z Sagi. Nie kanon propagandy. Tylko prywatny manifest osamotnionego pisarza, który tęskni za intensywnością, której powojenny świat nie chce mu dać.
Mishima jednocześnie buduje organizację paramilitarną Tatenokai (楯の会, „Stowarzyszenie Tarczy”), liczącą kilkudziesięciu studentów. Mundury, projektu Igarashiego Tsukumo – krawca, który w paryskim okresie ubierał de Gaulle'a – są dopasowane, schludne, świadomie teatralne. Tatenokai ćwiczy z Siłami Samoobrony w obozach pod Fuji, planuje przyszłą rolę „tarczy cesarza”. Mishima pisze i jednocześnie kształtuje swoje życie tak, by śmierć go nie zaskoczyła.
25 listopada 1970 roku, w środę, około jedenastej rano, Mishima i czterech młodych członków Tatenokai – Morita Masakatsu, Ogawa Masahiro, Koga Masayoshi i Koga Hiroyasu – przybyli na pozornie grzecznościową wizytę do bazy wschodniego korpusu Sił Samoobrony w dzielnicy Ichigaya w Tokio. Tego samego ranka Mishima oddał wydawcy ostatni tom tetralogii „Morze obfitości” – swoją literacką spuściznę. Na ostatniej stronie zostawił notatkę – datę, niczym stempel pod ukończonym dziełem zycia:
昭和四十五年十一月二十五日
(Shōwa yonjūgo-nen jūichi-gatsu nijūgo-nichi)
„25 listopada 45. roku ery Shōwa"
W bazie wzięli komendanta, generała Mashitę Kanetoshi, jako zakładnika, zabarykadowali się w jego gabinecie. Na ścianie powiesili tradycyjną chorągiew. Mishima zażądał zgromadzenia tysiąca żołnierzy przed budynkiem. Zażądano i się stało. W południe Mishima wyszedł na balkon i rozpoczął przygotowane przemówienie o konieczności przywrócenia konstytucyjnej rangi cesarzowi, o zerwaniu z amerykańską dominacją, o duchowej odnowie Japonii. Mówił siedem minut. Żołnierze, w większości młodzi poborowi, wybuchali śmiechem, przekrzykiwali, czasem klaskali ironicznie. Helikoptery dziennikarskie zagłuszały mowę. Mishima skrócił przemówienie, krzyknął trzy razy:
天皇陛下万歳
Tennō heika banzai
„niech żyje cesarz”
i wszedł do środka.
W gabinecie zdjął kurtkę. Usiadł na podłodze. Wsunął sobie nóż w lewy bok i pociągnął w prawo, najgłębiej, jak umiał. Morita, dwudziestopięcioletni student Wasedy, najbliższy uczeń Mishimy, sam za chwilę miał popełnić seppuku obok niego. Dobył miecza, by pomóc nauczycielowi, ścinając mu głowę. Pierwsze cięcie chybiło. Drugie chybiło. Trzecie. Wówczas Koga Hiroyasu wziął miecz i dokończył. Potem Morita usiadł obok ciała Mishimy. Też wykonał cięcie. Tym razem Koga od razu ściął głowę. Zwłoki obu mężczyzn pochylały się obok siebie w pozach, których uczono się niegdyś przez stulecia, choć od ponad stu lat właściwie nikt już tego nie robił.
Po południu wiadomość obiegła Japonię. Pisarz, kandydat do Nobla, sławny estetyk, umarł w sposób, którego nikt już od dekad nie widywał. Stacje telewizyjne pokazywały balkon, mowę, gabinet. Wieczorem japońskie księgarnie sprzedały „Hagakure nyūmon” w niewyobrażalnym tempie. Książka stała się natychmiastowym bestsellerem, obie ważne wersje – Mishimowska interpretacja i sam „Hagakure” w wydaniu Iwanami – były dodrukowywane przez kolejne tygodnie. Naród, który ćwierć wieku wcześniej oglądał klęskę swojej wojennej ideologii, teraz patrzył na kogoś, kto wybrał tę samą śmierć. Tyle że prywatnie, estetycznie, bez wojska. Trzecia interpretacja „Hagakure” stała się głośna.
Mishima zostawił w istocie własny epilog do księgi. Pisał o niej, używał jej cytatów, układał wokół niej swoje życie. Jego seppuku, bezbronne wobec rzeczywistości lat siedemdziesiątych, śmieszne dla młodych żołnierzy pod balkonem, niewykonalne politycznie, było jednak wykonaniem dokładnie tego, co Tsunetomo opisywał. Jeden krótki moment decyzji, w którym wybiera się szybką śmierć, by nie tracić czasu na kalkulację. Nic w tym skomplikowanego. „Z opanowaniem – naprzód”.
Z tą różnicą, że Tsunetomo nigdy nie wykonał tego ruchu. Umierał setki razy w wyobraźni, każdego ranka i każdego wieczoru, ale w rzeczywistości umarł w łóżku, w wieku sześćdziesięciu lat, w listopadzie 1719 roku — sam, w chacie w Daishōguma, jedenaście kilometrów na zachód od tej, w której kiedyś zaczął rozmowy z Tashiro. Następnego dnia spalono jego ciało w polu przed chatą. Prochy spoczęły w rodowej świątyni Yamamoto, Ryōun-ji w Sadze.

Powrót do chaty
Wracamy do chaty w marcu 1710 roku. Starszy mężczyzna i młodszy mężczyzna siedzą po obu stronach paleniska. Pierwszy wieczór z siedmiu lat. Tashiro zaczyna notować na kartach z papieru washi, w przygotowanych w zeszytach fukurotoji. Tsunetomo mówi spokojnie, czasem ostro, czasem z humorem. Nie wie, bo skąd by miał wiedzieć, że jego księga przeżyje wszystkie pożary, które jej życzył. Że za dwieście trzydzieści lat zostanie wytłoczona w tysiącach kieszonkowych egzemplarzy, pakowanych do plecaków pilotów-samobójców. Że trzydzieści lat później pojawi się na biurku pisarza, który skopiuje gest, którego on, Tsunetomo, nigdy sam nie wykonał.
I jeszcze jednego nie wie. Że z tysiąca trzystu czterdziestu dwóch ustępów, opowieści, plotek, anegdot, fragmentów wierszy, instrukcji o butach i pęknięciach na nożu, pamiętane będzie jedno zdanie. To samo, które padnie zaraz po krótkim wdechu i krótkim spojrzeniu w stronę paleniska. Zdanie, które wydaje mu się oczywiste, niemal banalne, jedna z wielu obserwacji starego człowieka, który spędził dziesięć lat sam:
„Droga wojownika – odkryłem – leży w umieraniu.”
Resztę powie cicho. To, co padnie po tym zdaniu, Tashiro będzie musiał gonić. Tsunetomo mówi dalej, prawie do siebie — o codziennym wyobrażaniu sobie śmierci, o praktyce, która po latach daje wolność. Tashiro zdąży zapisać wszystko. Ale właśnie ten ciąg dalszy, ten, który po czterech pokoleniach okaże się najważniejszy w całej księdze, będzie dziwnie znikał. Cytowany nie w pełni. Drukowany połowicznie.
Co Tashiro zapisał tamtej wiosny, czytano potem trzy razy. Za każdym razem to, co po słynnym zdaniu, zostawało w cieniu. „Hagakure” — „w cieniu liści”. Dosłownie.

Źródła
1. Wilson, William Scott (przeł.), Hagakure. The Book of the Samurai, Kodansha International, Tokyo 1979 (rewizja 2014).
2. Ikegami, Eiko, The Taming of the Samurai. Honorific Individualism and the Making of Modern Japan, 1995.
3. Mishima, Yukio, Yukio Mishima on Hagakure. The Samurai Ethic and Modern Japan, tłum. Kathryn Sparling, Basic Books, New York 1977.
4. Benesch, Oleg, Inventing the Way of the Samurai. Nationalism, Internationalism, and Bushido in Modern Japan, Oxford 2014.
5. Nathan, John, Mishima. A Biography, Little Brown, Boston 1974 (rewizja 2000).
山本常朝・田代陣基『葉隠』和辻哲郎・古川哲史校訂、岩波文庫(上中下)、東京、岩波書店、1940-1941年(再版多数).
6. 山本常朝・田代陣基『定本 葉隠〔全訳注〕』佐藤正英・吉田真樹訳注、ちくま学芸文庫、東京、筑摩書房、2017年.
7. 三島由紀夫『葉隠入門』新潮文庫、東京、新潮社、1983年(初版 光文社、1967年).
8. 古川哲史『武士道の思想とその周辺』東京、福村出版、1957年.
