
Dlaczego ciągnie nas do starych książek
Skrzynka stoi na chodniku przy Surugadai-shita, na wysokości kolan, i ma ten sam kolor co wszystko, co w niej leży: coś pomiędzy słabą herbatą a kurzem. Grzbiety, kiedyś czerwone, granatowe i butelkowozielone, lata światła zrównały do jednego odcienia, więc tytuły odczytuje się w przysiadzie, z głową przekrzywioną jak u nasłuchującego ptaka. Kartka przyklejona taśmą obiecuje, że każdy tom kosztuje 100 jenów, niewiele ponad 2 złote, mniej niż najtańsza puszka kawy z automatu za rogiem. Za plecami biegnie aleja szeroka na 36 metrów, szum opon, wzdychanie autobusu na przystanku. Z uchylonych drzwi antykwariatu wychodzi chłodny oddech klimatyzacji i niesie zapach, który każdy zna, choć mało kto umiałby go opisać: sucha trawa, ocet, ślad wanilii, a pod spodem stęchlizna. Wyciągam ze skrzynki cienki tomik w papierowej obwolucie przetartej na rogach do białości. Na marginesie trzeciej strony ktoś zapisał ołówkiem jedno słowo i podkreślił je dwa razy.
Jinbōchō leży w środku Tokio, kilkanaście minut spacerem od fos pałacu cesarskiego, i od ponad 100 lat jest miejscem drugiego życia książek. Przy jednej alei i kilku przecznicach mieści się około 130 antykwariatów: z edońskimi mapami i drzeworytami, z rękopisami pisarzy, z niemiecką filozofią, ze scenariuszami filmów, o których nie pamięta już nikt poza człowiekiem za ladą. Prawie wszystkie stoją po południowej stronie ulicy, witrynami na północ, plecami do słońca. W piwnicy pod jednym z nich od 1924 roku podają czarne curry przywiezione z Sumatry, kilkadziesiąt kroków dalej marmurowe schody prowadzą na piętro antykwariatu z 1931 roku, a co tydzień, kilka minut stąd, ktoś otwiera koperty z ofertami przywiązane sznurkiem do paczek cudzych książek. Siedem wieków temu ten sam gest opisał mnich, który uciekł ze dworu w Kioto:
ひとり、燈のもとに文をひろげて、見ぬ世の人を友とするぞ、こよなう慰むわざなる。
„Samemu, przy lampie, rozłożyć księgę i zaprzyjaźnić się z ludźmi czasów, których się nie oglądało - nie ma nad to pocieszenia.”
Yoshida Kenkō pisał tu o zmarłych wielkich autorach. Mnie zajmuje ktoś skromniejszy: człowiek, który trzymał ten tomik przede mną i zatrzymał się na trzeciej stronie. Przez jedno październikowe popołudnie będę chodził po Jinbōchō tak, jak chodzi się tu naprawdę, bez planu, od drzwi do drzwi, z torbą coraz cięższą, i po drodze dowiem się, ile kosztuje miesiąc na tym chodniku, skąd bierze się zapach starego papieru i dlaczego tak bardzo chcę mieć, dotykać i czytać stare książki.

Pierzeja plecami do słońca
Zaczynam od wschodu, przy skrzyżowaniu Surugadai-shita, czyli „pod Surugadai”, u stóp wzgórza, z którego schodzi się tu od stacji Ochanomizu. Po kilkudziesięciu krokach widać to, co w Jinbōchō zauważa każdy: antykwariaty stoją niemal wyłącznie po południowej stronie ulicy, witrynami na północ. Po północnej stronie antykwariatów jest niewiele. Tutaj regał przy regale, skrzynka przy skrzynce, pod markizami, w cieniu własnych ścian.
Wyjaśnienie zna każdy przewodnik i każdy księgarz: słońce niszczy książki, więc sklepy odwróciły się do niego plecami. Takayama Hajime z Takayama Honten, jednego z najstarszych sklepów w dzielnicy, powiedział w sierpniu 2025 roku reporterom TV Asahi, że tak się mówi od dawna i że tak jest od epoki Meiji. Sakai Takehiko, trzecie pokolenie właścicieli księgarni Isseidō, też to potwierdza, tyle że dorzuca zdanie, które tę opowieść nadgryza: kiedyś księgarnie stały także po północnej stronie, a potem, nie wiadomo kiedy, skupiły się na południowej.
Nie znalazłem źródła datującego tę „zasadę”. Historia ulicy tłumaczy ją lepiej niż astronomia. Przed 1913 rokiem sercem dzielnicy była węższa ulica biegnąca równolegle, dzisiejsza Suzuran-dōri. Po wielkim pożarze z lutego tamtego roku poszerzono południową stronę alei i księgarze wprowadzili się na nowe, wąskie, tańsze działki; dalej zadziałało to, co zawsze działa w handlu, czyli skupisko przyciąga skupisko. Po trzęsieniu ziemi w 1923 roku aleję przebudowano na jedną z arterii odbudowy stolicy i przez kilka dekad nazywała się Taishō-dōri, a nazwę Yasukuni-dōri dostała w 1962 roku, przed igrzyskami. W 1945 roku przetrwała głównie ta właśnie pierzeja. Słońce jest argumentem prawdziwym (wystarczy spojrzeć na grzbiety w skrzynce za sto jenów), ale dopisanym do stanu rzeczy, który powstał z pożaru, parceli i przypadku.

Dzielnica lubi opowiadać o sobie historie, w których ktoś coś mądrze postanowił. Przekonam się o tym jeszcze nieraz.
Kiedy księgarz mówi, że słyszy z głębi sklepu szum ulicy, dziś słyszy samochody. Jeszcze w latach 60. przez skrzyżowanie Jinbōchō przejeżdżało w szczytowym okresie siedem linii tramwajowych. Ostatni tramwaj linii dwunastej, z Shinjuku przez Kudan do Sudachō, przejechał tędy 26 marca 1970 roku. Od 1980 roku pod asfaltem biegnie linia metra Shinjuku.

Pokój, w którym nikt nie liczy
Pierwszy sklep na trasie stoi na samym rogu skrzyżowania, tam, gdzie aleja zaczyna swoją księgarską pierzeję. Ōya Shobō działa od 1882 roku i od progu nie wygląda na sklep nastawiony na sprzedaż, a raczej na magazynowanie. Stosy sięgają sufitu, przejścia między nimi są wąskie, spomiędzy tomów wystają paski papieru z odręcznie wypisanymi tytułami, jedyny katalog tego sklepu. Na jednym z pasków czytam nazwisko Kyokutei Bakina i tytuł jego 南総里見八犬伝 („Opowieści o ośmiu psach”), na innych nazwy map, na jeszcze innych coś, czego nie umiem odcyfrować.
Sklep prowadzi Kōketsu Kuri, czwarte pokolenie rodziny. Zapytana w 2025 roku, ile ma książek: – „Nigdy nie liczyłam” – odpowiedziała. – „Nie da się ich policzyć”. Wiele osób, które wchodzą tu po raz pierwszy, mówi, że trudno przekroczyć ten próg, i mają rację: próg Ōya Shobō jest niski, ale onieśmiela jak próg cudzego gabinetu. Żeby przyciągnąć młodszych, właścicielka zbudowała osobny dział z edońskimi drukami o yōkai i wydała go w formie katalogu z opisami: 321 pozycji. Od kiedy telewizja NHK nadała w 2025 roku serial o edońskim wydawcy Tsutayi Jūzaburō, drzwi otwierają się częściej, a najlepiej schodzi „Edo meisho zue”, ilustrowany przewodnik po dawnym Edo. O tym, jak takie książki wtedy powstawały i kto na nich zarabiał, pisałem tu: Ukiyo-zōshi – książeczki „płynącego świata”. Najbliżej prawdziwego życia zwykłych ludzi w Japonii Edo.
Tutaj można edoński druk wziąć do ręki. Jest lżejszy, niż się człowiek spodziewa, miękki, szyty nicią, papier przypomina w dotyku tkaninę. I pachnie inaczej niż tomik za 100 jenów, który wyjąłem z pudła.
Zapach starej książki ma swoją chemię, a nawet swoją bibliografię. W 2009 roku zespół Matiji Strliča z University College London przebadał 72 papiery z XIX i XX wieku i wyodrębnił piętnaście związków zdradzających stan papieru: furfural, kwas octowy, heksanal, benzaldehyd i kilka innych. Sam zapach opisali jako trawiaste nuty z kwaśnym posmakiem i śladem wanilii nad podkładem stęchlizny. To zapach rozkładu: celuloza i lignina rozpadają się, a papier produkowany masowo od połowy XIX wieku, z masy drzewnej i z dodatkiem kwaśnego siarczanu glinu, rozpada się szybciej, niż ktokolwiek wtedy przypuszczał. Najgorzej znosi czas papier z lat 40. i 50. XX wieku. Japoński papier czerpany z włókien morwy papierowej, taki jak ten w moich rękach, zawiera mało ligniny, nie jest kwaśny i przetrwa ponad tysiąc lat. Dlatego zapach, który kojarzymy z antykwariatem, jest zapachem epok Meiji i Shōwa, a nie Edo. Tego akurat nikt nie zmierzył w Ōya Shobō, to wniosek z tego, co przeczytałem w tym temacie sam nie będąc chemikiem, ale nos go potwierdza.

Jest w tej historii szczegół, który lubię bardziej niż chemię. W 2017 roku Cecilia Bembibre i Strlič poprosili 79 zwiedzających muzeum w Birmingham o opisanie zapachu wyciągu ze starej książki. Najczęściej padało słowo „czekolada”, potem „kawa”. Autorzy uczciwie przyznali, że w tej samej sesji ludzie wąchali też próbki czekolady i kawy. Nos dopisuje to, czego się spodziewa. Dzielnica, jak się okaże, robi dokładnie to samo.

Podręcznik za miskę ryżu
Nazwa 神保町 (Jinbōchō) pochodzi od posiadłości hatamoto, bezpośredniego wasala shōguna, Jinbō Nagaharu, osiadłego tu w 1689 roku; wąska uliczka obok jego rezydencji nazywała się Jinbō-kōji. Był to wtedy jeden z kwartałów Kandy, dzielnicy rozciągającej się na północ od zamku, dziś wchłoniętej przez Chiyodę. Przez całą epokę Edo nikt nie handlował tu książkami. Zaczęło się w Meiji, od szkół. Założony przez shōgunat instytut badania ksiąg zachodnich przeszedł w Szkołę Kaisei, a ta w 1877 roku stała się częścią nowego Uniwersytetu Tokijskiego, rozlokowanego częściowo w pobliskim Hitotsubashi. Wokół wyrosły prywatne szkoły prawa, z których wyrosną później uniwersytety Meiji, Chūō, Senshū, Nihon i Hōsei. Tysiące chłopców z prowincji, z pieniędzmi od swoich ubogich rodzin, zawsze kończącymi się przed końcem miesiąca.
Mechanizm był prosty jak wymiana na targu. Student bez pieniędzy na jedzenie sprzedawał podręcznik; księgarz sprzedawał go następnemu rocznikowi. Kashima Shigeru, autor najważniejszej monografii dzielnicy, „Kanda Jinbōchō shoshigai-kō” z 2017 roku, dokłada do tego tezę szerszą: Japonia epoki Meiji wchłaniała zachodnią wiedzę przez książki, a nie przez ludzi. Kupowała i tłumaczyła, zamiast sprowadzać nauczycieli, i z tego przekonania, że wszystko da się wyczytać, jeśli ma się teksty, wyrosła ulica, na której pisałem jakiś czas temu fragmenty tego eseju (wtedy z myślą bardziej o pamiętniku zresztą). Nawet dzisiejsze wielkie wydawnictwa zaczynały tu od używanych książek: Yūhikaku w 1877 roku, Sanseidō w 1881, kiedy Kamei Chūichi otworzył antykwariat i dopiero po dwóch latach przerzucił się na nowe tytuły.
Nocą 20 lutego 1913 roku, około wpół do drugiej, w Misakichō wybuchł pożar. Spłonęło doszczętnie 2 375 domów, a z nimi większa część księgarskiej Kandy; ile przepadło książek, nie wie nikt, źródła podają 200 000 albo milion. Szkoły straciły biblioteki i musiały je odkupić, więc katastrofa zamieniła się w koniunkturę. Pół roku później, 5 sierpnia, na zgliszczach otworzył swój sklep Iwanami Shigeo. Był to antykwariat, jeden z wielu, z jedną różnicą, głośną na całą ulicę: Iwanami sprzedawał po cenie wypisanej na książce i nie schodził z niej ani o jednego sena. W handlu żyjącym z targowania uznano to za dziwactwo, które szybko go zrujnuje. Stało się odwrotnie. Klienci zaczęli mu ufać, przychodziły duże zamówienia, a stała cena rozlała się po dzielnicy. Rok później Iwanami wydał „Serce” Natsume Sōsekiego i antykwariat zaczął zamieniać się w wydawnictwo; bez Iwanami nie da się dziś opowiedzieć japońskiej humanistyki.
Targowanie się wygląda dziś w Jinbōchō inaczej niż na bazarze, a właściwie prawie nie wygląda wcale. Okazaki Takeshi, pisarz, który zjadł zęby na antykwariatach, pisze w „Furuhon taizen”, że cena wystawiona przez księgarza wynika z doświadczenia i oka, a od niej zależy jego jutrzejszy obiad: to jego racja bytu. Kto nie ma pieniędzy, może zostawić zaliczkę i poprosić o odłożenie książki. Czytałem na którymś japońskim blogu, że jego autor widział w Kandzie klienta zbesztanego za targowanie się; sam nigdy tego nie zaobserwowałem, ale jestem w stanie uwierzyć. Ze stałymi klientami i przy dużych zakupach bywa łaskawiej, ale to łaska, a nie prawo.


Marmur i subiekci
Kilka numerów dalej stoi budynek wyglądający z ulicy jak mały bank z lat 30. Isseidō postawiło go w październiku 1931 roku, w stylu art déco, siłami firmy Ōbayashi: kamienna fasada, ciemnozielone obramienia, witraże ze złotymi literami. Na parterze marmur, na piętrze drewno, między nimi marmurowe schody oświetlone kulistymi lampami. Regały są oryginalne, drewniane, ciemne od 95 lat dotyku, a nad wejściem wisi szyld wypisany pędzlem przez Tokutomiego Sohō, dziennikarza i historyka, przez pół wieku jednego z najgłośniejszych piór japońskiej prasy.
Beton wziął się z doświadczenia. Założyciel, Sakai Ukichi, zaczynał w 1903 roku w Nagaoce od wypożyczalni książek, do Kandy przeniósł się w 1906, na obecne miejsce w 1913. W ciągu kilkunastu lat spłonął dwa razy, najpierw w pożarze Kandy, potem we wrześniu 1923 roku, kiedy po trzęsieniu ziemi z całej dzielnicy zostało pogorzelisko. Trzeci raz nie zamierzał.
Na trzecim i czwartym piętrze mieszkała rodzina, a obok niej subiekci, chłopcy przyjęci na naukę zawodu: jedli, spali i uczyli się książek w tym samym budynku, gdzie je sprzedawali. W 1927 roku zgłosił się do tej pracy Sorimachi Shigeo, absolwent Cesarskiego Uniwersytetu Tokijskiego. Człowiek z takim dyplomem szedł wtedy do ministerstwa albo do wielkiej firmy, a nie za ladę antykwariatu, więc kolegom musiało się to wydawać kaprysem. Po kilku latach Sorimachi faktycznie kierował sklepem, a potem założył własny, Kōbunsō, i stał się jednym z najsłynniejszych japońskich antykwariuszy XX wieku. Inny wychowanek Isseidō, Yagi Toshio, odszedł w 1934 roku, żeby wydawać „Nihon Kosho Tsūshin”, miesięcznik handlu antykwarycznego, który ukazuje się do dziś. Spora część dzielnicy ma ten marmur w genealogii.
Rok 1945 zostawił tu pewną legendę. Nalot z 25 lutego, 172 bombowce B-29 i ponad 400 ton bomb zapalających, wymierzony był właśnie w Kandę. Większość okolicy spłonęła, a południowa pierzeja pierwszej i drugiej dzielnicy Jinbōchō ocalała; Isseidō nazywa to na swojej stronie cudem. W dzielnicy do dziś opowiada się, że ocalił ją Serge Elisséeff, rosyjski japonista z Harvardu, pierwszy człowiek Zachodu z dyplomem Cesarskiego Uniwersytetu Tokijskiego. Miał podobno doradzić generałowi MacArthurowi, żeby ze względu na zgromadzone tu książki skreślił Jinbōchō z listy celów. Historię puścił w obieg poeta i historyk literatury Noda Utarō, a Shiba Ryōtarō powtórzył ją w swoim wielotomowym „Kaidō o yuku” z ostrożnym „mówi się, że”. Hasegawa Rei, kurator zbiorów dzielnicy Chiyoda, pisze, że prawdziwość tej opowieści jest niejasna, a ogień zatrzymały szeroka aleja, ogrody Kitanomaru, rzeka Nihonbashi i kierunek wiatru tamtego dnia. Dorzucę, że MacArthur walczył wtedy na Filipinach i nie dowodził bombowcami, które paliły Tokio; strategicznymi nalotami kierowało lotnictwo podległe bezpośrednio Waszyngtonowi.
Wiatr jest mało efektowny. Profesor, który ratuje książki przed bombami, jest opowieścią, jaką chce się słyszeć, podobnie jak sklepy mądrze odwrócone od słońca i czekolada w zapachu papieru.
Na drugim piętrze Isseidō panuje cisza, w której słychać własne kroki na drewnie. Nikt nie pilnuje, czy czytam. A ja od dłuższego czasu wcale nie czytam, tylko rozglądam się, wdycham ten szczególny zapach starych książek i wchłaniam atmosferę tego miejsca. Zasad czytania przy półce nikt w tej dzielnicy nie spisał, ale są dla wszystkich jasne: przede wszystkim nie niszczyć książek i zachować bezwzględną ciszę. Trzymam w ręku książkę sprzed wojny. To 遠野物語 („Opowieści z Tōno") Yanagity Kunio, wydanie przedwojenne, z pieczęcią poprzedniego właściciela na stronie tytułowej: czerwony kwadrat, wyblakły do różu, dwa znaki, których nie umiem odczytać. 119 krótkich zapisków z górskiego kąta prefektury Iwate, spisanych z opowieści jednego człowieka, Sasakiego Kizena: dzieci porwane przez kogoś z gór, domowe duchy siedzące w kącie izby, kappa przy rzece, kobiety, które odeszły i wróciły po latach cudze.
Czytałem wydanie z lat 90. Ale to, które trzymam w rękach… Yanagita wydał je w 1910 roku własnym sumptem, w nakładzie 350 egzemplarzy, i poprosił w przedmowie, żeby te historie opowiadać ludziom z nizin, aż przejdzie ich dreszcz. Cena wypisana na wklejce jest wyższa niż wszystko, co dziś wydałem, a i tak zawsze, gdy jestem w Jinbōchō, wydaję za dużo. Odkładam książkę na półkę.
Wracam do niej dwa razy. Najpierw po to, żeby jeszcze raz obejrzeć pieczęć i zgadnąć, kto stawiał ją na książce o duchach ze wsi, w której sam pewnie nigdy nie był. Za drugim razem już bez pretekstu, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie zmieniłem zdania w sprawie ceny.
Do dziś żałuję, że jej nie kupiłem.

Curry w piwnicy
W Jinbōchō głód przychodzi o dziwnej porze, gdzieś pomiędzy trzecim a czwartym sklepem, kiedy torba zaczyna ciążyć. Na tę porę jest piwnica pod Sun Building, kilka kroków od Isseidō, gdzie od 1924 roku działa Kyōeidō. Schodzi się po schodach w dół, z hałasu alei w przyćmione światło oraz zapach rozgrzanego kminu, kolendry i kurkumy, i siada przy stoliku, na którym nic nie zdradza, że to jedna z najstarszych restauracji z curry w Tokio.
Przepis przywędrował tu z Sumatry. Czytałem później, że pierwszy właściciel nauczył się go od Itō Yūjirō, człowieka, który pod koniec epoki Meiji długo podróżował po Azji Południowo-Wschodniej i przywiózł z tych podróży curry, jakie jadał na wyspie, przyrządzone potem pod japońskie podniebienie. Sos powstaje bez grama mąki, z dwudziestu kilku przypraw prażonych przez godzinę; obecny właściciel, trzecie pokolenie, mówi, że to przede wszystkim warzywa, a reszta to przyprawy.
Zanim przyjdzie curry, na stole staje filiżanka gęstej zupy warzywnej, łagodnej, z lekkim zapachem kukurydzy, jakby kuchnia chciała przeprosić za to, co zaraz nastąpi. Potem przychodzi talerz ryżu i srebrne naczynko z dziobkiem z sosem ciemnobrązowym, gęstym, z goryczką nie do pomylenia z żadnym innym curry. Curry z wieprzowiną kosztuje 1 300 jenów, około 30 złotych. W niedziele zamknięte.
Kyōeidō dzieli budynek z piwiarnią Luncheon, otwartą w 1909 roku, gdzie pisarz Yoshida Ken'ichi przesiadywał w czwartkowe popołudnia i poprosił kiedyś o gulasz, który dałoby się jeść palcami. Tak powstał pasztecik z wołowiną, podawany do dziś. Po drugiej stronie skrzyżowania, na piętrze budynku antykwariatów Kanda Kosho Center, od 1973 roku działa Bondy, gdzie zanim przyjdzie curry, dostaje się dwa gotowane ziemniaki z masłem. Jinbōchō ma swoje szkoły curry tak, jak ma swoje szkoły księgarzy.
Skąd tyle curry w dzielnicy książek, tego nie wiem. Komitet promujący okolicę pisze, że w Kandzie działa ponad 400 lokali z curry, i od 2011 roku organizuje co jesień Kanda Curry Grand Prix. 400 to hasło reklamowe liczone szeroko, razem z każdym barem, który ma curry w karcie; lista samego komitetu jest prawie o połowę krótsza. Najpiękniejsze wytłumaczenie brzmi tak: studenci i czytelnicy jedzą curry, bo można je jeść jedną ręką, a drugą przewracać kartki świeżo kupionej książki. Powtarzają to przewodniki i magazyny kulinarne, ale nikt nie wskazał, skąd to wie. Legenda jest ładna, więc niech sobie będzie; curry w Kyōeidō, z sosem polewanym z osobnej sosjerki, i tak wymaga obu rąk.

Koperty przywiązane sznurkiem
Nad pustym talerzem wyjmuję z torby tomik za sto jenów i myślę o drodze, jaką przebył, zanim trafił do skrzynki. W tym handlu nie ma hurtowni. Tarumi Hiroshi, redaktor „Nihon Kosho Tsūshin”, powiedział tak w 2020: w obiegu używanej książki nie ma pośredników, księgarze sprzedają sobie nawzajem to, co do ich sklepu nie pasuje, i kupują to, co pasuje. Dzieje się to w ośmiopiętrowym budynku kilka minut na wschód od Surugadai-shita, w Ogawamachi: w Tōkyō Kosho Kaikan. Postawiono go w 2003 roku, na działce, na której tokijscy antykwariusze mają swoją siedzibę od ponad 100 lat.
Z ulicy nic nie widać, a na trzech piętrach, od drugiego do czwartego, co tydzień odbywają się aukcje, na które wstęp mają wyłącznie członkowie gildii. W poniedziałek jest największa, gdzie trafia wszystko, od mangi po edońskie druki i figurki; we wtorek licytuje się rzeczy sprzed epoki Meiji i osobno książki obcojęzyczne; w środę materiały dla badaczy; w piątek pierwsze wydania, rękopisy, literaturę nowoczesną i sztukę. Ze zdjęć i relacji na blogach, bo sam nigdy na takiej aukcji nie byłem, wygląda to tak: towar leży na stołach w paczkach przewiązanych sznurkiem, a do każdej paczki przywiązana jest koperta. Kupcy chodzą między stołami, oglądają, wkładają do kopert kartki z ofertami. Około wpół do drugiej urzędnik gildii zaczyna otwierać koperty, wyjmuje kartki i ogłasza, kto kupił i za ile. Najniższa oferta to zwykle 2000 jenów, nie całe 50 złotych. Liczby na końcu ofert, drobne nadwyżki ponad okrągłą kwotę, nazywa się tu „wąsami” i często to one rozstrzygają.
We wtorki, przy starych drukach, jest inaczej: książka leży na tacy, a taca krąży po sali z rąk do rąk, każdy ogląda, zapisuje swoją ofertę i podaje dalej. Na mniejszych aukcjach w oddziałach dzielnicowych licytator woła jeszcze w starym stylu, śpiewnie przeciągając sylaby: „Koooreeegaaa, gohyaku en!”, czyli „to tutaj, za pięćset jenów!”, a ktoś zapisuje przebicia w księdze. Obroty tego rynku spadły o ponad połowę. W latach 90. aukcje gildii tokijskiej przerabiały ponad sześć miliardów jenów rocznie, około 140 milionów złotych, dziś dwa-kilka miliardów. Spadek zaczął się około 1992 roku.
Książki na tych stołach bardzo często pochodzą z domów po zmarłych. Antykwariaty w ogłoszeniach oferują wyceny przy porządkowaniu spadku i przy likwidacji księgozbiorów. Nagashima Shoten, działający w Jinbōchō od 1902 roku, pisze, że jego rzeczoznawcy mają za sobą co najmniej 20 lat praktyki. Łatwo sobie dopowiedzieć resztę: gabinet profesora, a w nim niemieckie tomy, których jego dzieci nie przeczytają; wdowa chcąca odzyskać pokój; pudła wynoszone na klatkę schodową. Masowo drukowane serie dzieł zebranych, niegdyś ozdoba każdego inteligenckiego mieszkania, od dawna nie są prawie nic warte. Za to rzadki tytuł, wystawiony w internetowym katalogu gildii, znajduje kupca na drugim końcu kraju; Sakota Ryōsuke, redaktor stuletniej historii gildii, mówi dobitnie, że bez sprzedaży w sieci antykwariaty nie przetrwałyby pandemii.

Najlepszy opis tego, czym jest ta dzielnica, dał mimochodem Suwa Masao, trzecie pokolenie antykwariatu Yūkyūdō, założonego w 1915 roku. W jego sklepie każde pokolenie dołożyło swoją specjalność: pierwsze podręczniki, drugie książki o górach, trzecie książki kucharskie, czwarte katalogi wystaw. Powiedział kiedyś: „U nas to stacja przesiadkowa. Przekartkuję i puszczam dalej. Nie przywiązuję się”.
Stacja przesiadkowa. Studenci oddający podręczniki za miskę ryżu, koperty przywiązane sznurkiem, pudła ze spadków, skrzynka za sto jenów. Jinbōchō jest poczekalnią, w której książki siedzą chwilę, zanim pojadą dalej.

Ołówek poprzednika
Z piwnicy wychodzę na ulicę w popołudniowe światło i znów otwieram tomik na trzeciej stronie. Jedno słowo, dwie kreski. Nie wiem, kim był ten człowiek, czy to słowo mu się spodobało, czy chciał je sprawdzić w słowniku, czy się z nim nie zgadzał. Wiem tylko, że zatrzymał się właśnie tu.
Psychologowie mają na to kilka nazw i kilka niewygodnych wyników. W 2011 roku George Newman, Gil Diesendruck i Paul Bloom opublikowali serię trzech eksperymentów, w których uczestnicy (odpowiednio 217, 455 i 240 osób) wyceniali przedmioty należące wcześniej do sławnych ludzi. Im mocniej podkreślano, że gwiazda danej rzeczy dotykała, tym wyżej ją wyceniano, jeśli gwiazdę lubiano, i tym niżej, jeśli jej nie znoszono. 3 lata później Newman i Bloom sprawdzili to na prawdziwych aukcjach spadków po Kennedym, Marilyn Monroe i Bernardzie Madoffie, a w eksperymencie uczestnicy deklarowali, że za sweter podziwianej osoby zapłaciliby o 14% mniej, gdyby go wcześniej wyprano i wysterylizowano. To stara, sympatyczna magia zarażenia: coś z człowieka przechodzi na rzecz. Ten sam mechanizm działa jednak w drugą stronę i właśnie on sprawia, że rzeczy używane są na ogół tańsze. Przegląd Huanga, Ackermana i Newmana z 2017 roku pokazuje, że cudzy dotyk obniża wartość, zwłaszcza gdy był długi.
W antykwariacie ta magia dostaje dwie twarze naraz. Podręcznik z cudzymi notatkami traci na cenie. Książka z pieczęcią sławnego poprzedniego właściciela zyskuje. Japońskie pieczęcie własnościowe, zōshoin (蔵書印), znane są od epoki Nara, od cesarza Shōmu i cesarzowej Kōmyō; Biblioteka Narodowa pisze, że po pieczęciach da się odtworzyć losy książki i z grubsza oszacować jej wartość. Czerwony kwadrat, który widziałem w Isseidō, był właśnie takim śladem.
Są też ludzie, którzy szukają śladów celowo. Catherine Marshall, badaczka zajmująca się bibliotekami cyfrowymi, przejrzała w latach 90. ponad 150 używanych podręczników w uniwersyteckiej księgarni i zauważyła, że studenci wybierają egzemplarze z notatkami na marginesach, najlepiej z długimi zdaniami, a nie z zakreśleniami. Kupowali cudzy umysł jako pomoc naukową. W 2017 roku ankieta Ramdarshan Bold i Wagstaff z University College London (510 osób, samodzielnie zgłaszających się przez internet, więc bez żadnej reprezentatywności) wykazała, że 81% badanych kupiło kiedyś książkę z cudzymi dopiskami, ale tylko 17% zrobiło to celowo; 70% odczuwało wobec nich ciekawość, 35% irytację. W Japonii antykwariusz Furusawa Kazuhiro wydał w 2012 roku książkę o konsekibon (痕跡本), „książkach ze śladami”: z notatkami, podkreśleniami, wycinkami z gazet wsuniętymi między strony. Furusawa pisze, że dopisek, podkreślenie albo zasuszony bilet tramwajowy potrafią na sekundę pokazać całe życie kogoś, kogo nigdy nie poznamy. I przyznaje, że kiedy otwiera kupiony tom i widzi cudze notatki, myśli sobie: mam szczęście.
Jest jeszcze jeden rodzaj śladu, najbardziej japoński i najmniej widoczny: brak śladu. Słowo tsundoku (積ん読), kupowanie książek i układanie ich w stos bez czytania, uchodzi za neologizm z epoki Meiji. Bibliotekarze z Tokio znaleźli je dużo wcześniej, w żartobliwej opowiastce z 1788 roku, jako kalambur na sposoby recytowania sutr: jest czytanie całe, czytanie po japońsku, czytanie przez przewracanie kart, a jest też czytanie przez ułożenie w stosie, na pokaz. W 1901 roku słowo trafiło do magazynu „Gakutō” i zostało na dobre. Wiele książek ze skrzynek za sto jenów ma na brzegach nietknięty kurz i sztywny grzbiet. Ktoś je kupił, żeby je mieć, nie czytać.
Walter Benjamin, rozpakowując w 1931 roku swój księgozbiór po przeprowadzce, pisał o kolekcjonerze, dla którego posiadanie jest najbardziej intymną relacją, jaką można mieć z rzeczami. Przypominał łacińską sentencję, że książki mają swoje losy. Esej nosi po polsku tytuł „Rozpakowuję swoją bibliotekę” i wszedł do tomu „Podróże wyobraźni” w przekładzie Bogdana Barana.

Ściana, którą wszyscy fotografują
Za skrzyżowaniem Jinbōchō, po zachodniej stronie, stoi Yaguchi Shoten. Od 1918 roku sprzedawał filozofię i ekonomię, aż w 1975 roku poprzedni właściciel postanowił handlować tym, co kochał: filmem, teatrem, dramatem, scenariuszami. Na półkach leżą programy kinowe i teatralne, afisze, maszynopisy scenariuszy, pamiątki z uroczystości przejęcia aktorskiego imienia w kabuki, ręczniki i wachlarze. Yaguchi Tetsuya, trzecie pokolenie, mówi, że najlepiej sprzedają się programy z lat 50. i 60.
Sklep ma jednak sławę z innego powodu. Na zewnętrznej ścianie jego drewnianego, otynkowanego budynku wiszą regały z książkami. Właściciel wyjaśnił kiedyś, że stawia tam głównie książki spoza specjalności sklepu: tanie wydania dzieł zebranych sprzed wojny, pierwodruki, mangę. Ta ściana jest dziś jednym z najczęściej fotografowanych miejsc w dzielnicy. Przed obiektywami stoją ludzie z całego świata, internet powtarza, że ściana występuje w jakiejś grze i jakimś anime, czego nie sprawdziłem. Bloger opisujący sklep w 2026 roku odnotował, że w pewnym momencie zawisła tabliczka ograniczająca fotografowanie, bo turyści z aparatami tarasowali przejście.
We wrześniu 2025 roku magazyn „Time Out” ogłosił Jinbōchō „najfajniejszą” dzielnicą świata. W kwietniu 2026 roku „The Japan Times” opublikował tekst Erica Margolisa z pytaniem, czy japońskie księgarnie mogą być czymś więcej niż nastrojem; w podtytule stoi, że zagraniczni goście często wychodzą z nich z pustymi rękami. Tokijski urząd miasta, badając ruch w dzielnicy po pandemii, zauważył mniej przechodniów, za to więcej obcokrajowców.
Liczby nietrafiające na zdjęcia wyglądają tak. W 2004 roku w Jinbōchō działało 159 antykwariatów, w 2021 roku 121. W maju 2020 roku, podczas pierwszej fali pandemii, ponad 90% sklepów stało zamkniętych, bo władze uznały antykwariaty za działalność „hobbystyczną”, a księgarnie z nowymi książkami mogły pracować; czynsz na tej ulicy to od pół miliona do półtora miliona jenów miesięcznie, czyli od 12 do 37 tysięcy złotych. Yaguchi Tetsuya mówił wtedy dziennikarzom, że od założenia sklepu w 1918 roku po raz pierwszy zamyka go z powodu zarazy. W wigilię Bożego Narodzenia 2022 roku zamknięto Koga Shoten, antykwariat muzyki klasycznej, od 1928 roku w tym samym budynku. Właściciel miał 72 lata i nikogo, kto by go zastąpił. (jak trudno w Japonii przekazać firmę następnemu pokoleniu, nawet taką, która przetrwała wojny i trzęsienia ziemi, opisałem w: Shinise – japońskie firmy pracujące od setek lat, czyli, jak budować nie dla kwartalnych zysków, tylko dla wnuków?).
Obok Yaguchiego stoi Kitazawa Shoten, założony w 1902 roku jako stragan, po wojnie sklep z książkami zachodnimi. Do 2005 roku na parterze sprzedawał nowe importy, potem przegrał z Amazonem i wynajął parter; od 2017 roku mieści się tam kawiarnia z książkami obrazkowymi dla dzieci. Antykwariat przetrwał na piętrze, po remoncie z 2018 roku. Kitazawa Rika, czwarte pokolenie, sprzedaje dziś także stare książki na metry, jako dekorację do wnętrz, i opowiadała, że spotkał ją za to w sieci znaczny hejt. Rozumiem gniew hejterów, ale nie podzielam go: książka na metry jest książką, której obieg się skończył, a właścicielka przynajmniej płaci z tego czynsz za piętro, gdzie obieg trwa. Wielkie Sanseidō, zamknięte w maju 2022 roku na czas budowy, wróciło 19 marca 2026 roku w 13-piętrowym budynku, z księgarnią zajmującą 4 kondygnacje i powierzchnią mniejszą o 40%. Iwanami Hall, legendarne kino studyjne w budynku wydawnictwa, zamknięto 29 lipca 2022 roku, po 54 latach.
Łatwo z tego ułożyć lament albo demaskację. Jedno i drugie byłoby nieprawdziwe. Dzielnica nie umiera jednym ruchem. Zamienia się w skansen dokładnie w tych miejscach, gdzie książki przestają zmieniać ręce: przed ścianą do fotografowania, nie do dotykania, w pokoju, gdzie tomy służą za tapetę, w rankingu, który przyciąga ludzi niekupujących niczego. Tam, gdzie ktoś sięga do skrzynki i płaci sto jenów, stacja przesiadkowa Suwy wciąż działa.

Półka za kilka tysięcy jenów
Wracam na wschód równoległą ulicą, Suzuran-dōri, tą samą, na której przed 1913 rokiem biło serce dzielnicy. Latarnie mają tu kształt kwiatów konwalii, podobno od 1925 roku, jako pierwsze takie w Tokio. Jest ciszej i ciaśniej, jest Tōkyōdō, księgarnia z nowymi książkami działająca od 1890 roku, są małe sklepy, a w bocznej uliczce kawiarnie: Ladrio, otwarta w 1949 roku i utrzymująca, że jako pierwsza w Japonii podała kawę wiedeńską z bitą śmietaną i Milonga Nuova, gdzie od otwarcia leci z głośników argentyńskie tango. O kawiarniach ery Shōwa pisałem już w Dym i jazz ery Shōwa – jak smakuje kawa i nostalgia w japońskich kissaten?, więc tu tylko zaglądam przez szybę.
Pod numerem 1-15-3 jest PASSAGE by ALL REVIEWS, otwarty w marcu 2022 roku przez Kashimę Shigeru, autora historii dzielnicy. Wygląda jak zwykła księgarnia, dopóki nie przyjrzeć się półkom. Każdą półkę wynajmuje ktoś inny, kto sam wybiera, co na niej postawi, i sam wypisuje karteczki. Za kilka tysięcy jenów miesięcznie każdy może zostać na chwilę antykwariuszem i wystawić swoje książki pod swoim szyldem. Półki noszą nazwy ulic Paryża. Dziś, w kilku lokalach, jest ich ponad tysiąc, a wynajmujących ponad 900. Kashima powiedział przy otwarciu zdanie, które mógłby wypisać nad drzwiami: gdzieś na świecie na pewno jest ktoś, kto tę książkę kupi.
W 2024 roku podobny sklep otworzył pisarz Imamura Shōgo i nazwał go Honmaru (本丸), od głównej twierdzy zamku (gra słów, bo pierwszy człon tej nazwy znaczy też „książka”), zapowiadając kontratak tych, którzy nie zamierzają oddać branży bez walki. Władze Chiyody zapowiedziały w 2026 roku, że pozwolą inwestorom budować wyżej, jeśli w nowym budynku zmieści się antykwariat albo wydawnictwo. Można się z tego podśmiewać, że to hobby dla zamożnych mieszczan, płacących za to, żeby poczuć się księgarzami. Ale ci ludzie robią to samo, co studenci Meiji: wprowadzają książki z powrotem w obieg, i to z własnym nazwiskiem na półce, jakby każdy chciał zostawić w dzielnicy swój ślad, choćby zapisany ołówkiem.

Wózki wracają do środka
W połowie października zmierzch zapada w Tokio chwilę po piątej, a w Jinbōchō zaczyna się wcześniej, bo południowa pierzeja od kilku godzin stoi w swoim cieniu. Światło w witrynach robi się żółte, z otwartych drzwi nie ciągnie już chłodem, bo chłodno jest wszędzie, aleja jaśnieje reflektorami. Za tydzień na tym samym chodniku stanie „korytarz książek”: przez niecałe dwa tygodnie festiwalu, organizowanego od 1960 roku (pierwszy odbył się na pustym placu, na którym stoi dziś budynek Iwanami), około pół kilometra stoisk z numerowanych drewnianych skrzyń, ustawianych według rozrysowanego planu i spinanych taśmą. Po ostatnim dniu rozbiera się je do wieczora, a chodnik jest znowu tylko chodnikiem.
Wieczorem księgarze zaczynają wciągać do środka wózki i skrzynki, na których przez cały dzień stał towar za sto jenów.
Tomik za 100 jenów leży w torbie obok programu teatralnego z lat 60., kupionego bez żadnej potrzeby. Na trzeciej stronie ma słowo zapisane przez kogoś, kto kupił go przede mną, być może w tej samej skrzynce, być może 30 lat temu. Kiedy wrócę do domu, postawię go na półce i przez jakiś czas będzie mój. Potem trafi do skrzynki w innym mieście albo do pudła wyniesionego na klatkę schodową, do koperty przywiązanej sznurkiem, do kolejnej dłoni. Nie wiem, czy dopiszę coś obok tamtego słowa. Zastanawiam się, czy następny czytelnik rozpozna, która kreska jest moja.

Źródła
1. 鹿島茂『神田神保町書肆街考 世界遺産的„本の街”の誕生から現在まで』筑摩書房、2017(ちくま文庫、2022)。
2. 渡辺達朗・山崎万緋『神田神保町古書店街と組合組織』有斐閣、2025。
3. 古沢和宏『痕跡本のすすめ』太田出版、2012。
4. Benjamin W., „Rozpakowuję swoją bibliotekę. Mowa o kolekcjonerstwie”, w: tenże, „Podróże wyobraźni”, wybór i przeł. Bogdan Baran, Wydawnictwo Aletheia, 2021.
5. Strlič M. i in., „Material Degradomics: On the Smell of Old Books”, „Analytical Chemistry” 2009, 81(20).
6. Bembibre C., Strlič M., „Smell of heritage: a framework for the identification, analysis and archival of historic odours”, „Heritage Science” 2017.
7. Newman G.E., Diesendruck G., Bloom P., „Celebrity Contagion and the Value of Objects”, „Journal of Consumer Research” 2011, 38(2).
8. Marshall C.C., „Annotation: from paper books to the digital library”, w: „Proceedings of the 2nd ACM International Conference on Digital Libraries”, 1997.

