
Prawo równych odstępów
Żółw jest ciepły. Beton nagrzewał się od rana i teraz, o czwartej po południu, oddaje to ciepło przez podeszwę sandała, kiedy staję na jego grzbiecie pośrodku rzeki. Woda po obu stronach jest płytsza, niż się spodziewałem, po kostki, może do pół łydki, przezroczysta aż do dna, z pasmami zielonych glonów kładących się z prądem, jakby włosy rzeki. Za mną brzeg, z którego zszedłem, przede mną drugi, jeszcze nieosiągnięty, a pomiędzy kilkanaście kamieni, żółwie i ptaki na przemian, w rozstawie na jeden dłuższy krok. Dziewczynka w żółtej czapce czeka na następnym kamieniu, aż zrobię jej miejsce. Nikt nikogo nie pogania.
Z tego miejsca widać obie rzeki naraz. Z lewej, od wschodu, przychodzi Takano, z prawej Kamo, spotykają się kilkadziesiąt metrów niżej, tworząc trójkątny cypel i dalej płyną już jako jedna, pod tym samym imieniem Kamo, choć inaczej pisanym: Kamo 賀茂 (nazwa rodu, dosłownie „bujna pomyślność”) zmienia się w Kamo 鴨 („kaczka”, więc to rzeka kaczek). Na cyplu trawa, kilka drzew, kamienne schodki i ludzie. Ludzie siedzą wzdłuż wody: para, potem przerwa, potem mężczyzna z książką, przerwa, dwie dziewczyny z plecakami, przerwa, starszy pan, przerwa. Odstępy wyglądają, jakby ktoś je odmierzył. Nikt ich nie odmierzał. Widziałem, jak się ustawiały, jedna po drugiej, przez ostatnią godzinę, i za każdym razem ktoś przystawał na moment z torbą w ręku, patrzył w lewo, patrzył w prawo, po czym siadał tam, gdzie było najbardziej pusto.
Studenci w Kioto mają na to nazwę. Nazwę żartobliwą - Kamogawa tōkankaku no hōsoku – „prawo równych odstępów nad Kamogawą”. Mówi ona, że pary nad tą rzeką siadają w równych odstępach. Przez 40 lat ktoś to mierzył, ktoś sprawdzał, ktoś zrobił z tego referaty na zjazdach psychologów, ktoś inny wpuścił licealistów z taśmą mierniczą. Wynik jest inny, niż mówi nazwa, i ciekawszy. Ale jeszcze nie teraz. Teraz jest czwarta po południu pod koniec sierpnia, 32 stopnie w cieniu, a cienia nie ma, i ja stoję na ciepłym żółwiu pośrodku rzeki; nikt mnie stąd nie wygania i nie mam żadnego powodu, żeby zejść. Po prostu lubię tu być.

Stąd zaczyna się stolica
Przyszedłem od strony stacji, jak wszyscy. Keihan wychodzi tu spod ziemi, dosłownie: perony leżą dwa poziomy niżej, a linię dociągnięto do Demachiyanagi dopiero w październiku 1989 roku, po dziesięcioleciach kończenia się na Sanjō. 30 tysięcy ludzi dziennie wsiada tu do Keihanu i kolejne 14 tysięcy do wąskotorowego Eizanu, jadącego stąd na północ, do Kuramy i pod Hiei, w dwóch wagonikach, czasem w jednym. Nazwa stacji to dwie dzielnice połączone w jedno słowo: Demachi na zachodnim brzegu, „miasto wyjścia”, i Yanagi, „wierzba”, od skrzyżowania na wschodnim brzegu, gdzie wierzba stała, aż powalił ją tajfun w 1934 roku.
„Miasto wyjścia” znaczyło kiedyś coś konkretnego. Tędy wchodziło się do stolicy od północy, od morza. Z Obamy nad Morzem Japońskim, przez góry, szła droga makreli, sabakaidō (鯖街道), którą tragarze nieśli solone ryby do stolicy przez noc i dzień, tak by dotarły akurat dojrzałe do jedzenia. Na zachodnim przyczółku mostu Demachi stoi kamień z 2001 roku, postawiony przez związek kupców, z napisem „stąd zaczyna się Rakuchū”, czyli śródmieście. Sto metrów dalej, w arkadzie handlowej Masugata, długiej na 164 metry, z czterdziestoma czterema sklepami, wisi pod sufitem wielka makrela z tworzywa, a w chodniku są kafelki z rybami i krabami. Miasto pamięta, którędy przychodziło jego jedzenie.

Kolejka do Futaby zaczyna się przed narożnikiem i skręca. Cukiernia stoi tu od 1899 roku i robi jedną rzecz lepiej niż ktokolwiek w mieście: mame-mochi (豆餅), kulkę z ciasta ryżowego z całymi czerwonymi grochami wtopionymi w powierzchnię i pastą z fasoli w środku, słoną i słodką naraz, za niecałe 300 jenów, czyli mniej więcej 7 złotych. W dzień powszedni czeka się kwadrans, w weekend półtorej godziny. Papierowa torebka z Futaby to standardowy bagaż na delcie; widać ją w rękach co drugiej osoby, jak bilet wstępu, którego nikt nie sprawdza.

83 kamienie
Kamienie pod moimi stopami nie służą do przechodzenia. Tak przynajmniej mówi prefektura, ich właściciel. Formalnie to obiekt hydrotechniczny o nazwie obikō (帯工), betonowy próg wpuszczony w dno w poprzek koryta, żeby dno nie uciekało w dół z każdą powodzią. Bloki na wierzchu, grubości pół metra, są ozdobą progu, a chodzenie po nich jest funkcją „wtórną”, jak pisze urzędowy blog Biura Robót Publicznych, z ostrożnością urzędu, który nie chce za coś odpowiadać, ale też nie zamierza tego zabraniać.
Ułożono je w latach 1991-93; delta dostała swoje w 1993 roku, 83 bloki, żółwie i chidori (siewki) na przemian, w dwóch rzędach: jeden przez Kamo, drugi przez Takano, każdy zaczynając się kilkadziesiąt metrów przed miejscem, gdzie rzeki się spotykają. Pomysł miał Yoshimi Shigenori, inżynier z prefekturalnego biura, człowiek, którego nazwisko nie zachowało się w przewodnikach turystycznych, i który przez pierwsze lata zbierał za niego cięgi: pisano, że betonowe zwierzątka psują krajobraz, że to zabawka w rzece poważnej od tysiąca lat. Dziś stoją w każdym przewodniku i w kilku anime, a nazwisko projektanta trzeba wyszukać w archiwum dziennika „Nikkei”. Siewki nie są przypadkowe. Kilkanaście metrów dalej stoi kamień z 1968 roku z wierszem o tym, że kiedyś, dawno temu, było tu słynne miejsce siewek:
その昔 ここら千鳥の 名所かな
sono mukashi / kokora chidori no / meisho kana
“Za dawnych czasów
te brzegi sieweczkami
słynęły, ach, jak”
Kamienie mają rozstaw na krok dorosłego, więc dziecko musi skakać, a starszy człowiek zatrzymać się i dobrze przekalkulować kolejny ruch. Na środku nie ma miejsca, żeby się wyminąć, dlatego zanim wejdzie się na pierwszego żółwia, patrzy się na drugi brzeg. Jeśli ktoś tam już stoi z zamiarem, czeka się. Jeśli oboje wejdą, gdzieś w połowie jedno zejdzie na sąsiedni kamień, boczny, i przepuści. Przez godzinę patrzenia nie widziałem ani jednej rozmowy na ten temat, ani jednego gestu ręką. Ma'ai, dystans z dōjō (więcej tu: Gdy sztuki walki uczą nas psychologii relacji – japońska kontrola dystansu Ma’ai i sztuka życia razem) działa na środku rzeki bez mieczy i kopnięć: obie strony wiedzą, kto ma pierwszeństwo, zanim którakolwiek zrobi krok. Turysta z aparatem, stojący na żółwiu przez 3 minuty w poszukiwaniu kadru, jest w tym systemie jedynym elementem nieprzewidzianym przez reguły. Ludzie omijają go bokiem, po wodzie, w sandałach. Wiem, że wielu moich pobratymców z Zachodu czyta takie ominięcie jako cichy wyraz wyższości lub pogardy: nikt nie powie „przepraszam", nikt nie poprosi o przejście, wszyscy udają, że go nie ma. Bywają w tym przekonujący. Ale tu, w tej szczególnej atmosferze Kamogawy, dziwnie mam ochotę wziąć stronę tych w sandałach.

Scena na piasku
Cypel nie zawsze był trawą. Stare imię tego miejsca to Tadasu-gawara (糺河原), gdzie kawara znaczy kamienisty brzeg rzeki, a Tadasu jest nazwą świętego lasu zaczynającego się sto metrów na północ i prowadzącego do chramu Shimogamo. Co znaczy samo Tadasu, nie wiadomo na pewno. Znak 糺 czyta się „prostować, dochodzić prawdy" i stąd legenda o lesie, w którym bogowie rozstrzygają spory; ale jedna z hipotez wywodzi nazwę od 只州 (tadasu), „tylko piaszczysko", czyli ławica piasku między dwiema rzekami, do której dopiero potem ktoś dopisał sąd i prawdę.

W średniowieczu była to arena: zapasy sumo, wyścigi konne, a wiosną 1464 roku, w trzy dni przedstawień, największe przedstawienie nō w dziejach tego miasta, kanjin sarugaku na rzecz odbudowy świątyni Kurama, z aktorem On'amim, bratankiem Zeamiego, na czele trupy Kanze. Postawiono trybuny długości 63 ken, czyli około 114 metrów, i zasiadł na nich shōgun Ashikaga Yoshimasa z żoną Hino Tomiko, 3 lata przed wojną Ōnin i spaleniem miasta. Zachował się plan trybun. Publiczność siedziała na nich tak, jak dziś siedzi na stopniu: rzędem, wzdłuż, twarzą do jednego punktu.
W 1923 roku, po trzęsieniu ziemi w Kantō, wytwórnia Shōchiku przeniosła się z Tokio i otworzyła tuż obok, przy lesie Tadasu, studio filmowe; działało do 1974 roku, przez pół wieku najbliższym plenerem był ten brzeg. Kino nie odeszło. W „Pacchigi!” Izutsu Kazuyukiego z 2005 roku, filmie o Kioto z 1968 roku, na delcie rozgrywa się bójka między uczniami szkoły koreańskiej i japońskiej; w 2016 roku NHK postawiło tu kamerę na trzy doby w cyklu „Dokument 72 godziny” i nagrało robotnika dniówkowego o świcie, rodziców filmujących skaczącą po kamieniach córkę i studentkę filmującą ten sam brzeg przez cztery lata studiów.

A samo słowo „delta” jest młode. Do lat 90. mówiło się „trójkąt”, sankakusu (三角州), i tylko studenci w okolicy Kyōdai zaczęli mówić „delta”; Morimi Tomihiko, absolwent, użył go w powieści „Yojōhan shinwa taikei” z 2005 roku, o studencie, który cztery razy od nowa zaczyna te same studia, a kiedy w 2010 roku Yuasa Masaaki zrobił z niej serial, słowo poszło w kraj. Sam Morimi mówi o nim „bardzo lokalne”. Miasto przyjęło nazwę od fikcji, jak wiele rzeczy w całej historii Kioto.

Gdzie usiąść
Schodzę z kamieni na cypel i mam przed sobą to samo zadanie, co każdy przede mną: gdzie usiąść. Brzeg jest jedną długą krawędzią, kamienny stopień nad wodą, wyżej trawa, jeszcze wyżej ścieżka. Ludzie siedzą na stopniu, twarzą do rzeki, plecami do miasta. Nikt nie siedzi twarzą do kogokolwiek. Psychiatra Humphry Osmond, projektując w latach 50. oddziały szpitalne w kanadyjskim Weyburn, nazwał takie układy socjofugalnymi: przestrzeń, gdzie ludzie siedzą obok, ale nie ze sobą, jak w poczekalni na lotnisku. Jego asystent, młody psycholog Robert Sommer, spędził następne dziesięć lat na obserwowaniu, gdzie siadają ludzie w stołówkach i bibliotekach, i w 1959 roku opublikował pracę, odrzuconą najpierw przez redakcję jako niemającą nic wspólnego z psychologią społeczną. Dał tej rzeczy nazwę: przestrzeń osobista.
Siadam. Wybrałem miejsce w ten sam sposób, co wszyscy, choć złapałem się na tym dopiero po fakcie: spojrzałem w lewo, spojrzałem w prawo, znalazłem najdłuższą pustą przerwę i usiadłem w jej środku. Nie na skraju przerwy, blisko kogoś, bo to wyglądałoby na zaczepkę. W środku. Saitō Hikaru, socjolog z Uniwersytetu Seika w Kioto, badał to ze studentami w 1993 roku i użył obrazu, do którego nie umiem nic dodać: bardzo długiej ławki w pociągu. Pierwszy pasażer siada na końcu. Drugi na przeciwnym końcu. Trzeci w środku. Czwarty w środku jednej z dwóch przerw. I tak dalej, aż wagon jest pełny i ludzie siedzą ramię w ramię, wciąż nie patrząc na siebie. Nikt tego nie planuje. Każdy tylko wybiera najdłuższą przerwę.
Jan Gehl, duński architekt, opisał w „Życiu między budynkami” plażę, na której grupy kąpiących się rozkładają się co około sto metrów, dopóki starcza miejsca: na granicy tego, co nazwał społecznym polem widzenia, sto metrów, w zasięgu jeszcze widać, że tam jest człowiek. Na dwadzieścia, dwadzieścia pięć metrów widać już nastrój. Brzeg delty ma może sto pięćdziesiąt metrów po każdej stronie, więc nikt tu nie ma stu metrów dla siebie i nikt się tego nie spodziewa; ludzie zadowalają się czterema, pięcioma, i widzą nastrój sąsiada, ale nie słyszą, co mówi. Gehl dodaje jeszcze jedno: ludzie siadają na krawędziach. Ściany, schody, brzegi, wszystko, co daje plecom osłonę, a oczom widok. Cypel jest jedną wielką krawędzią, z wodą z trzech stron. Nie da się tu usiąść inaczej niż dobrze.
Ile ma ta przerwa? Edward T. Hall, antropolog, którego „Ukryty wymiar” wyszedł po polsku w 1976 roku, podzielił dystanse na cztery strefy, mierzone na Amerykanach z klasy średniej i z zastrzeżeniem, że inne kultury mierzą inaczej: intymna do 45 centymetrów, osobista do 120, społeczna do 3,6 metra, publiczna dalej. Odstępy na brzegu mieszczą się w strefie społecznej, w jej dalszej części, tam gdzie już nie trzeba rozmawiać, ale jeszcze widać twarz, przynajmniej z perspektywy amerykańskich badań.
Czy Japończycy naturalnie utrzymują większy dystans? Wszyscy tak mówią, ale czy to zmierzyli? Najlepsze, co mamy, to praca z 2019 roku: Maurizio Sicorello i współautorzy z Moguncji i Kioto posadzili 42 studentów Uniwersytetu Kioto i 40 z Moguncji przed ekranem z twarzą naturalnej wielkości i kazali im ustawić ją na wygodnej dla siebie odległości. Japończycy zatrzymywali się średnio na 134,6 centymetra, Niemcy na 110,5. Różnica duża, statystycznie twarda. Tylko że to 82 studentów, laboratorium, twarz na ekranie, a nie człowiek na brzegu, i ta sama praca obaliła najpopularniejsze wyjaśnienie: kierunek spojrzenia twarzy nie miał żadnego wpływu. Japończycy nie odsuwają się dlatego, że unikają wzroku. Odsuwają się i nie wiadomo dlaczego. Rozpowszechniane w sieci „japońskie 100 centymetrów” z wielkiego porównania 42 krajów (Sorokowska i inni, 2017, prawie 9 000 badanych) jest zmyśleniem: Japonii w tym badaniu nie było wcale.
Sąsiedzi po lewej: para, ona z głową na jego ramieniu, on z telefonem trzymanym tak, żeby ona też widziała. Odległość do mnie: jakieś pięć metrów. Po prawej mężczyzna, sam, w koszuli z długim rękawem mimo upału, z papierową torebką z Futaby na kolanach, nieotwartą. Sześć metrów. Mógłbym z każdym z nich rozmawiać, gdybym podniósł głos. Nie podniosę. Choć w Polsce mogłem uchodzić za dość głośnego człowieka, Japonia ma coś w sobie, co wymusza na człowieku naturalne zachowywanie ciszy.

Widok z mostu
Stąd, gdzie siedzę, widać most Kamo Ōhashi (賀茂大橋), dwieście metrów w dół rzeki. Zamyka trójkąt od południa: 141 metrów granitowych balustrad z 1931 roku, najdłuższy most na całej rzece, projekt Takedy Goichiego, ojca nowoczesnej architektury Kansai. Prawo równych odstępów, jak mówią wszyscy, widać tylko z mostów, więc chcę to sprawdzić. Wstaję, idę brzegiem w dół, wzdłuż siedzących, mijając ich od tyłu, w tej samej odległości, w jakiej siedzieli ode mnie, potem po schodach na Imadegawę, w hałas i spaliny, i wchodzę na most od wschodu. Opieram się o balustradę w połowie. Z góry brzeg wygląda inaczej. Z dołu byli sąsiedzi, lewy i prawy, każdy w innej odległości. Z góry jest sznur paciorków. Para, przerwa, człowiek, przerwa, dwie osoby, przerwa. Odstępy wyglądają na równe. Nie są równe, wiem, bo przed chwilą siedziałem w jednym z nich. Ale stąd tego nie widać.
Tu można pomyśleć o Hondzie Masanao. W 1992 roku był młodym zoologiem na Uniwersytecie Kioto, w instytucie, gdzie od pokoleń bada się terytoria ryb, i postanowił zastosować statystykę rozproszenia zwierząt do par na brzegu Kamogawy. Od czerwca 1992 do listopada 1994 chodził prawym brzegiem między mostami Oike i Donguri, w centrum, z punktami orientacyjnymi co 8 do 12 metrów, i krokami mierzył pozycję każdej siedzącej grupy. 10 331 grup. 7 908 par męsko-damskich. 525 pięć par kobiet, 209 par mężczyzn, 385 samotnych mężczyzn i tylko 90 samotnych kobiet, co samo w sobie jest zdaniem o tym mieście. Wyniki referował co rok na zjazdach Japońskiego Towarzystwa Psychologii Społecznej, pod tytułami niegodnymi powagi zjazdu: „Ona z lewej, on z prawej”, „Torba przeszkadza!”, „Co wy wyprawiacie”, „Nie cierpię statystyki”.
Wyniki. Po pierwsze, korelacja między odległością do lewego i do prawego sąsiada wyniosła 0,13. To znaczy: prawie żadna. Grupa, od której do lewej pary są trzy metry, ma do prawej równie dobrze dwa, jak osiem. Po drugie, w 1998 roku Honda policzył to porządnie, wskaźnikiem zagęszczenia Lloyda, na odcinkach po 20 metrów, w 190 obserwacjach między Sanjō a Shijō, w samym sercu legendy. Rozkład losowy: 116 razy. Równomierny: 69. Skupiony: 5. Prawo równych odstępów działa w mniej niż połowie przypadków, i to na najsłynniejszym odcinku. Honda napisał to wprost, ostrożnym językiem referatu: nazywanie tego zjawiska „równymi odstępami” jest wątpliwe. I dodał wyjaśnienie, dlaczego wszyscy je widzą. Bo patrzą z mostów. Z Sanjō i z Shijō, na najgęstszy fragment brzegu, tuż przy wejściach, gdzie ludzi jest najwięcej i gdzie każda przerwa jest podobnie krótka. Z góry losowość wygląda jak porządek, jeśli tylko jest dostatecznie gęsta.
Po trzecie, i to Honda lubił najbardziej: w parach mężczyzna siedzi z prawej, kobieta z lewej, patrząc od tyłu, w 4 292 przypadkach wobec 3 616, a wśród par całujących się jeszcze wyraźniej. Nie wiadomo dlaczego. Może praworęczność, może lalki hina, na których cesarz stoi po lewej stronie cesarzowej, może nic.
Po czwarte, w czerwcu 1993 roku para współpracowników Hondy siadała metr od losowo wybranych par, po stronie mężczyzny, i czekała. W dzień z dziewięciu par odeszły dwie. W nocy z dziewiętnastu siedem. Statystycznie nic. Japończycy, konkluduje zoolog, tolerują zachowanie dużo mniejszego dystansu niż się spodziewaliśmy. Średni pobyt pary nad rzeką: 21 minut w dzień, 38 w nocy.
Skąd więc prawo? Honda podaje źródło: książkę „Ekologia uprzedzeń” Kawanabe Hiroyi z 1987 roku. Kawanabe był ekologiem z tego samego instytutu, wychowankiem Miyajiego Denzaburō, i od 1955 roku przez 30 lat, w rzece Ukawa na północy prefektury, liczył terytoria ayu (鮎), srebrnej ryby, przedmiotu sporów wszystkich wędkarzy Japonii. Ayu broni na dnie kwadratu glonów wielkości metra. Kiedy zagęszczenie przekracza trzy ryby na metr kwadratowy, ryby przestają bronić czegokolwiek i zbijają się w ławicę; przy 0,7 ryby na metr terytoria trzymają się stabilnie. Człowiek, który wpisał pary znad Kamogawy do książki jako przykład równych odstępów, całe życie mierzył odstępy między rybami. Nie sądzę, żeby to był przypadek. Ludzie widzą prawo tam, gdzie ich zawód nauczył ich patrzeć. Ja widzę je z mostu, bo stoję na moście.
Zanim ktokolwiek to zmierzył, rzeka miała już z tym kłopot. Blog prefektury wygrzebał w 2014 roku artykuł z gazety z lat 60.: zachodni brzeg między Marutamachi a Imadegawą, tuż poniżej miejsca, w którym siedziałem, był w nocy tak ciemny, że zyskał złą sławę jako „raj zakochanych”, abekku tengoku, więc Biuro Robót Publicznych zbudowało tam park i zainstalowało dwanaście lamp rtęciowych po 250 watów. Autor bloga, sam urzędnik, pyta pół żartem, czy chodziło o to, żeby światłem wypłoszyć pary. Nie wypłoszyło. Pary przesunęły się o kilkaset metrów w dół.

Rzeka, która nie słuchała

Z mostu widać, dlaczego. Rzeka jest dziś szeroka na kilkadziesiąt metrów i płytka na kilkanaście centymetrów, z niskimi progami co paręset metrów, gdzie woda przelewa się z szumem. Na najbliższym progu stoi czapla siwa, nieruchoma, z szyją złożoną w literę S, i patrzy w spienioną wodę, bo progi to jej stołówka: ryba idąca pod prąd musi tam na moment stanąć. Wygląda na spokojną. Jedenastowieczny cesarz Shirakawa, władca, po którym zostało jedno słynne zdanie japońskiego średniowiecza, miał powiedzieć:
賀茂川の水、双六の賽、山法師、これぞ我が御心に叶はぬ物
(Kamogawa no mizu, sugoroku no sai, yamabōshi, kore zo waga mikokoro ni kanawanu mono)
„Mej woli nie poddają się:
woda rzeki Kamo,
kości do gry w sugoroku
i górscy mnisi.”
- „Heike monogatari", księga I, rozdział „Gandate" („Ślubowanie"), 1371;
słowa przypisywane cesarzowi Shirakawie (1053–1129).
Sens się zgadza. Rzeka przez tysiąc lat robiła, co chciała.
Co chciała, zobaczono ostatni raz 29 czerwca 1935 roku. Padało od dwóch dni, do drugiej po południu spadło 281 milimetrów, i o 3:40 nad ranem rzeka zaczęła zabierać mosty. W ciągu pięciu godzin poszły, jeden po drugim, Kamigamo, Misono, Donguri, Matsubara, Ebisugawa, Gojō, Nijō, Sanjō częściowo; drewno z mostów zaklinowało się pod Shijō i cofnęło wodę na dzielnicę Pontochō. W całym mieście zalało 50 140 domów, 590 domów zniszczyło albo zabrało, zginęło lub zostało rannych 164 ludzi, a liczba zerwanych mostów zależy od tego, kto liczy i które rzeki: od kilkunastu na samej Kamo do 56 w mieście. Historyk Uemura Yoshihiro, autor monografii o tej powodzi z 2015 roku, mówi o 18 zabitych. Tu, gdzie siedziałem, lewy brzeg nie miał wtedy w ogóle wału. Był pas bambusów szeroki na dwieście metrów. Woda zabrała go razem z drogą.
Potem przez 11 lat, od 1936 do 1947, w środku wojny i tuż po niej, obniżono dno rzeki o półtora do dwóch metrów, poszerzono koryto do 40, 70 metrów i wstawiono w nie dziesiątki niskich progów, żeby woda nie nabierała pędu. To jest ta płytka, spokojna rzeka pod moimi nogami. Została zbudowana. Kamienie z 1993 roku, żółwie i siewki, są ostatnim aktem tej samej regulacji: jeszcze jeden próg w dnie, tylko że z zaproszeniem. Miasto przez tysiąc lat próbowało rzece zakazać, a oswoiło ją dopiero, gdy ją obniżyło i oddało ludziom do siedzenia. Prefektura liczy dziś około trzech milionów użytkowników przestrzeni rzecznej rocznie. Jeszcze w latach 60. mówiono o niej „jasne góry, fioletowa woda”, odwracając stary poetycki epitet Kioto o fioletowych górach i jasnej wodzie, bo farbiarnie spuszczały do niej barwniki, a płukanie jedwabiu w nurcie, słynne yūzen-nagashi z widokówek, skończyło się w latach 70. z powodu brudu, nie postępu. Dziś na rzece Takano, po prawej ode mnie, wskaźnik zanieczyszczenia BOD wynosi poniżej pół miligrama na litr, klasa najwyższa.
Oswojenie nie jest ostateczne. 16 września 2013 roku tajfun numer 18 przyniósł 218 milimetrów w dobę i o 7:40 rano woda na moście Kōjin, kilometr poniżej, stanęła na 2,54 metra, 4 centymetry nad poziomem alarmowym; Japońska Agencja Meteorologiczna wydała tego ranka pierwsze w swojej historii „specjalne ostrzeżenie” przed ulewą, a miasto zaleciło ewakuację 425 698 osobom. Żółwie zniknęły pod wodą na cały dzień. Tabliczka przy schodkach mówi to samo co blog prefektury: po deszczu nie przechodzić, dopóki poziom nie opadnie do końca. Rzeka, nad którą tak łatwo siedzieć, ma w pamięci trzymetrowe doły w dnie i cesarza bez władzy nad nią.

Dym w oknach
Wracam na brzeg i siadam z powrotem, w innej przerwie, bo moja została zajęta. Przez godzinę zmieniło się światło i publiczność. Przyszli studenci, w grupach po sześć, osiem osób, z reklamówkami z konbini, i zajęli trawę wyżej, nie stopień. Delta leży między Uniwersytetem Kioto, 10 minut na wschód, a Dōshishą, 10 minut na zachód, w mieście, gdzie na 1,44 miliona mieszkańców przypada 154 422 studentów, jedna dziesiąta. Ktoś w 2022 roku narysował na SNS „mapę stref” delty, z „osadą studentów”, „ludem muzyki”, „parami” w rogu trójkąta, „fotografami” na moście, „globalną popijawą” przy kamieniach, i uaktualnił ją w marcu 2025 z jedną zmianą: strefa przy kamieniach przeszła w ręce turystów zagranicznych, popijawa musiała się przenieść. Mapa jest żartem. Taki żart z Kioto. Edończycy już dwieście lat temu mieli na to słowo: ikezu (いけず), złośliwość podana tak grzecznie, że ofiara orientuje się dopiero w drodze do domu. Nawet gdy Kioto śmieje się z siebie, nigdy do końca nie wiesz, czy to nie o ciebie chodziło.
Nie wszyscy są nad deltą Kamogawy mile widziani. W 2007 roku prefektura uchwaliła osobną ustawę o rzece Kamo, w mocy od kwietnia 2008, i w jej uzasadnieniu można przeczytać, co się działo na tym brzegu przez poprzednie lata: grille w weekendy „na 200 do 300 osób”, 600 porzuconych rowerów przy stacjach, fajerwerki wpadające do mieszkań, graffiti na murach. Mieszkańcy pisali: „dym taki, że nie da się otworzyć okna”, „pranie śmierdzi”. Ustawa zakazała grilla na odcinku dokładnie obejmującym deltę, od 50 metrów powyżej mostu Aoi do 50 poniżej Kamo Ōhashi i na całej Takano od mostu Kawai w dół, wystrzeliwanych fajerwerków na całej rzece i wjazdu motocyklami na wał; za zignorowanie zakazu grozi do 50 000 jenów, czyli około 1 200 złotych. Hałasu ustawa nie reguluje. Hałas załatwia „rada obywatelska ds. rzeki”, zbierająca się 4 razy w roku i apelując o zachowanie ciszy.
Są też rzeczy, o których delta nie mówi wcale. 13 maja 1995 roku 19-letni student pierwszego roku Dōshishy, na powitalnej popijawie klubu tenisowego, po tym jak powiedział, że nie umie pływać, został wepchnięty do wezbranej po deszczu rzeki w ramach corocznego „wejścia do wody”. Utonął w półtorametrowej wodzie, znaleziono go dwa kilometry niżej. Sąd w Kioto zakończył sprawę ugodą w 1997 roku na 5 milionów jenów, około 120 000 złotych. W 2003 roku miasto naliczyło 624 osoby śpiące pod gołym niebem, z czego 260 nad rzekami, w niebieskich namiotach z plandeki pod mostami; pięć lat później 383, z czego nad rzekami 171. Statystyka nie mówi, dokąd poszli pozostali. Kanie, wielkie brązowe ptaki krążące teraz nade mną w trójkę, nauczyły się, że papierowa torebka w ręku człowieka to posiłek, i spadają na nią z góry, z pazurami; park ostrzega o tym na oficjalnej tablicy, obok prośby, żeby nie karmić kaczek. Mężczyzna po prawej ode mnie, ten w długim rękawie, wciąż nie otworzył swojej torebki z Futaby. Może dlatego. Wygląda na zmartwionego. Upominam się, by nie przyglądać się zbytnio.
I jest samotność, trudna do opisania nad rzeką pełną ludzi. Rządowe badanie z grudnia 2024 roku, na 10 876 respondentach, pyta Japończyków, jak często czują się samotni. „Często lub zawsze” odpowiada 4,3%, a „czasem” 39,3%, czyli dwie osoby z pięciu. Najwyższy odsetek tych, co czują to często, przypada na dwudziestolatków: 7,4%. To ten sam rocznik, siedzący teraz na trawie wyżej, w grupach po osiem. Nie wiem, ile z nich przyszło tu, żeby być z kimś, a ile, żeby być obok kogoś. Z brzegu tego nie widać. Z mostu również. Możliwe, że z bliska też nie.

Miyakodori
Z delty nie widać samego zachodu słońca, bo zachodni brzeg jest wyższy, domy i drzewa zasłaniają. Widać za to, jak światło opuszcza wodę: najpierw z Takano po prawej, potem z Kamo po lewej, potem z czubka trójkąta, gdzie woda obu rzek miesza się w jeden kolor i przez kilka minut jest jaśniejsza od nieba. Czapla, siwa, ze swoją zgiętą szyją, stoi na progu w dole rzeki od godziny i nie zmieniła pozycji. Nad nią przelatuje pliszka, w dół, w górę, w dół, jakby ktoś ją ciągnął za sznurek. Ayu, srebrnych ryb Kawanabe, nie widać, bo w takie popołudnia chowają się w chłodnych, zasilanych źródłami zatokach.
Na wprost, na wschodzie, nad dachami, widać zbocze Daimonji z wielkim znakiem 大 (dai) wyciętym w lesie, a w osi Takano, w prawo, znak 法 (hō). Szesnastego sierpnia na obu płoną ognie; delta jest wtedy pełna do ostatniego metra kwadratowego, z policją kierującą ruchem na mostach. Prawo równych odstępów zawieszone jest na jedną noc, zastąpione tłokiem. Honda mierzył to samo w lipcu, w czasie Gion matsuri, i zanotował odstępy pół metra. Prawo działa, dopóki jest miejsce.
Mew nie ma. Nie ma ich od kwietnia. Yurikamome (ユリカモメ), mewa śmieszka, przyleciała do Kioto po raz pierwszy w styczniu 1974 roku, 200 sztuk, i miasto to zapamiętało, bo w literaturze dworskiej sprzed tysiąca lat „ptak ze stolicy” (都鳥, miyakodori) był ptakiem, którego w stolicy nikt nie widział.
名にし負はば いざ言問はむ 都鳥 わが思ふ人は ありやなしやと
(na ni shi owaba / iza kototowamu / miyakodori / waga omou hito wa / ari ya nashi ya to)
„Skoro nosisz to imię,
zapytam cię,
ptaku stolicy:
ta, o której myślę,
żyje jeszcze czy nie?”
- „Ise monogatari", epizod 9
W 1990 roku doliczono się 7 792 sztuk. Nocują na jeziorze Biwa, po drugiej stronie gór, i codziennie rano przelatują nad Hiei do miasta, a wieczorem wracają, wznosząc się nad rzeką w spiralnych słupach, żeby nabrać wysokości ponad grzbietami gór. Dziś jest ich około 400. Ornitolodzy podają dwa powody: prace w korycie i to, że ludzie przestali je karmić. Jeden z obserwatorów, Sugawa Hisashi, prowadził rejestr przez 42 lata, od pierwszego zimowania. Dowiedział się z obrączek, że mewy znad Kamo lęgną się na Kamczatce. Na deltę wrócą w listopadzie, na te same żółwie, w tych samych odstępach.
Studenci na trawie zapalili coś, co po chwili okazuje się kadzidełkiem przeciw komarom, a nie grillem. Ktoś na czubku cypla gra na gitarze, cicho, dla dwóch osób. Po prawej mężczyzna w długim rękawie w końcu otwiera torebkę, wyjmuje mochi. Para po lewej wstaje; on zbiera puszki, ona otrzepuje sukienkę, oboje patrzą w lewo i w prawo, jakby chcieli sprawdzić, czy przerwa po nich domknie się prawidłowo. Trójka dziewczyn z plecakami siedzi ciasno, ramię w ramię, i cicho rozmawia. Nowe słowo w Kioto, studenckie, sprzed kilku lat, to kamochiru (鴨チル), Kamo-chill - „chillować nad Kamo”: w dzień z kubkiem ze Starbucksa, w nocy z puszką.
Schodzę raz jeszcze na żółwie, w połowie drogi ustępuję dziewczynce w żółtej czapce, wracającej na drugą stronę, i staję na brzegu Takano, twarzą do cypla. Stąd, z niskiego brzegu, nie ma żadnego sznura paciorków. Jest kilkanaście osób nad wodą, każda w innej odległości od następnej, każda sama albo z kimś, każda twarzą do rzeki. Rzeka szumi delikatnie i leniwie. Woda, kości do gry i mnisi z Hiei; Oda Nobunaga udowodnił, że co do Hiei cesarz nie miał do końca racji, co do wody miał. Tylko że nie przewidział, że kiedyś obniżą jej dno i posadzą nad nią miasto z betonu i asfaltu. Wracam do stacji przez most, gdzie z góry wszystko znowu wygląda równo.

Źródła
1. 本多正尚, 「鴨川の「等間隔」カップル (I)–(IV)」, 日本社会心理学会大会発表論文集, 1995–1998.
2. 斎藤光・橋爪紳也・風俗研究ネットワーク, 『Kyoto恋愛空間 現代カップル考』, 学芸出版社, 京都 1994.
3. 川那部浩哉, 『偏見の生態学』, 農山漁村文化協会, 東京 1987.
4. 森田孝夫, 「京都・鴨川河川敷に坐る人々の空間占有に関する研究」, 日本建築学会大会学術講演梗概集 E, 1987
5. 植村善博, 『京都の治水と昭和大水害』, 文理閣, 京都 2015.
6. 中川光・三品達平・竹門康弘, 「京都鴨川下流域におけるアユの生息場所利用と成育状況」, 応用生態工学 18(1), 2015
7. 京都府, 「鴨川河川整備計画」 (2010); 「京都府鴨川条例」 (平成19年京都府条例第40号, 2007); 「鴨川真発見記」, blog 京都土木事務所, 2012–2014; materiały 鴨川流域懇談会 o tajfunie nr 18 (2013).
8. 内閣府, 「孤独・孤立の実態把握に関する全国調査 (令和6年)」, 2025.
9. Sicorello M., Stevanov J., Ashida H., Hecht H., „Effect of Gaze on Personal Space: A Japanese–German Cross-Cultural Study”, „Journal of Cross-Cultural Psychology” 50(1), 2019
10. Sussman N. M., Rosenfeld H. M., „Influence of culture, language, and sex on conversational distance”, „Journal of Personality and Social Psychology” 42(1), 1982
11. Sommer R., „Studies in Personal Space”, „Sociometry” 22(3), 1959, s. 247–260.
Hall E. T., „Ukryty wymiar”, przeł. Teresa Hołówka, PIW, 1976.
12. Gehl J., „Życie między budynkami. Użytkowanie przestrzeni publicznych”, przeł. Marta A. Urbańska, Wydawnictwo RAM, Kraków 2009.

