Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.
2026/03/13

Rozważania z krańca świata — dzień na prowincjonalnej stacji kolejowej eki na Hokkaido

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.

 

Na Otaru-eki

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Siedem sekund. Tyle trwa melodia, która na japońskiej stacji kolejowej oznacza, że pociąg zaraz odjedzie. Siedem sekund miękkiego, elektronicznego dźwięku — i drzwi się zamykają, wagon rusza — ktoś zdążył, a ktoś nie, i ci, którzy nie zdążyli, stoją na peronie ze spokojem, jakiego nie widziałem nigdzie indziej na świecie. Bez irytacji. Bez pośpiechu. Bez gestu rezygnacji. Po prostu — stoją. Jakby wiedzieli coś, czego ja nie wiem. Jakby przegapienie pociągu nie było porażką, lecz okazją do kilkunastu minut z samym sobą, na peronie, pod lampami ze szkła dmuchanego ręcznie, w budynku starszym od naszych dziadków.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Siedzę na ławce na peronie czwartym stacji Otaru-eki, na Hokkaido, i obserwuję. Licealistkę, która wpatruje się w telefon z uśmiechem, którego nie pokazałaby nikomu w klasie. Dalej, dwóch starszych mężczyzn w niebieskich kombinezonach, którzy polerują posadzkę holu z precyzją i oddaniem ludzi wykonujących coś więcej niż pracę — jakby to było ich powołanie. Kobietę z furoshiki na kolanach, starszą, drobną, która siedzi naprzeciwko i najwyraźniej nie czeka na żaden pociąg — odpoczywa? Wspomina? Rozmyśla? I jest w tym jakaś prawda o Japonii, którą zacząłem łapać dopiero tu, po wielu tygodniach powracania na tę stację w różnych godzinach i różnych nastrojach: japońska stacja kolejowa nie jest punktem tranzytowym. Jest mikrokosmosem. Jeśli usiądziesz i popatrzysz wystarczająco długo — zobaczysz w nim całe ludzkie życie. A jeśli popatrzysz jeszcze dłużej — zobaczysz w nim siebie.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Otaru to miasto na północnym wybrzeżu Hokkaido, trzydzieści dwie minuty pociągiem z Sapporo — kiedyś bogatsze od niego, zwane „Wall Street Północy", pełne banków i śledziowych fortun. Dziś ma sto tysięcy mieszkańców, połowę tego co kiedyś, i żyje pamięcią tamtych lat z tą specyficzną japońską godnością. Stacja stoi tu od 1934 roku — pierwszy żelbetowy dworzec na wyspie, z brązowymi kaflami i dokładnie 333 ręcznie dmuchanymi lampami z manufaktury Kitaichi Garasu. Na peronie stoi tekturowa postać aktora Ishihary Yūjirō, a numer „4" na tablicy jest w kształcie żagla jachtu, bo Yūjirō kochał morze. Za oknami, w dół zbocza — Zatoka Ishikari. Kiedyś to morze karmiło Otaru. Potem przestało. Ale stacja została. Tak wiele dni tu spędziłem, na Otaru-eki. Eki (駅) — kanji złożone z radicalu konia i elementu oznaczającego miarę, od czasów, gdy na szlaku pocztowym zmieniano wierzchowce — jest jednym z niewielu miejsc na ziemi, w których widać całe społeczeństwo w pigułce. Od świtu, gdy ekipa sprzątająca oczyszcza perony ze skupieniem mnichów zen, po noc, gdy lampy świecą dla pustych ławek. Melodie odjazdu trwające siedem sekund, rytualne pożegnania miokuri (見送り) na peronach, jedzenie w pudełkach ekiben, które smakują jak miejsce, z którego pochodzą — to wszystko mówi mi o Japonii więcej niż niejedna książka. I mówi mi coś o mnie. O tym, że za rzadko siadam i po prostu patrzę. Dziś chcę opowiedzieć o tym, co zobaczyłem — i zrozumiałem — bywając na tej stacji lata temu, w pewnym okresie życia, który spędziłem na Hokkaido.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.

 

Praca

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Jest piąta rano. Wysiadłem z pierwszego pociągu z Sapporo — trzydzieści dwie minuty jazdy linią Hakodate, przez Asari i Zenibako, z widokiem na morze, które w listopadzie ma kolor ołowiu. Na peronie jest pusto. Na dole, w holu, dwóch mężczyzn w niebieskich kombinezonach myje podłogę maszyną polerującą. Robią to bez słowa, z precyzją, jakby polerowanie posadzki było ich powołaniem — a może jest. W Japonii sprzątanie nie jest czynnością niższą. Jest formą szacunku wobec przestrzeni, wobec ludzi, którzy z niej korzystają, wobec samego porządku rzeczy. W ogóle szacunek do pracy ma tu inny charakter niż tam, skąd pochodzę.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.To nie jest pustosłowie. Japońskie dzieci od pierwszej klasy sprzątają swoje szkoły — nie ma personelu sprzątającego. Każdego dnia po lekcjach uczniowie sprzątają klasę, w wyznaczone dni myją podłogi, wycierają tablice, czyszczą toalety. Nazywa się to sōji (掃除) i nie chodzi o higienę, choć higienę też zapewnia (więcej o tych zwyczajach piszę tu: „Ja” jest szerokie i pomieści wiele - shūdan ishiki i japoński sposób bycia razem). Chodzi o coś głębszego: o poczucie odpowiedzialności za wspólną przestrzeń, o przekonanie, że miejsce, w którym przebywasz, jest lustrem twojego wnętrza.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Szintoistyczna tradycja kiyome (清め) — rytualne oczyszczenie — przenika japońskie życie codzienne głębiej, niż to się może na pierwszy rzut oka wydawać. Kiedy mnich zen zamiata świątynny dziedziniec, nie sprząta — medytuje. Kiedy mężczyzna w niebieskim kombinezonie poleruje posadzkę na stacji Otaru o piątej rano, robi w gruncie rzeczy to samo. Przygotowuje przestrzeń na obecność ludzi. Oczyszcza grunt. Dziwne, może trochę niedorzeczne, ale jak tak patrzę na to, jak ci mężczyźni sprzątają, to mam wrażenie, że oni też medytują.

 

Wychodzę na peron czwarty — ten, który Japończycy nazywają „Peronem Yūjirō” (Yūjirō Hōmu), na cześć aktora Ishihary Yūjirō, który spędził dzieciństwo w Otaru i pewnego dnia przyjechał tu na plan telewizyjny, wysiadł właśnie na tym peronie, a ludzie o tym nie zapomnieli. To bardzo japońska forma pamięci: nie pomnik z brązu, nie tablica pamiątkowa z pięcioma akapitami — tylko numer peronu przyozdobiony cyferką „4” w kształcie żagla jachtu, bo Yūjirō kochał morze. Dyskretnie. Ciepło. Bez patosu. Ciekawe, że tutaj najwyraźniej „4” nie przeszkadza Japończykom jako symbol śmierci, jak w hotelach, windach, czy szpitalach („shi” – „cztery” i „śmierć” brzmią tak samo).

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Stoję przy oknie i patrzę przez szklane lampy na prostą linię ulicy Chūō-dōri, która schodzi w dół ku kanałowi i morzu. Lampy mają kolor bursztynu i błękitu — każda ręcznie dmuchana w pracowni Kitaichi Garasu, lokalnej manufaktury szkła, która w 1987 roku podarowała stacji sto osiem lamp, bo ówczesny naczelnik chciał „dać Otaru charakter”. Dwanaście lat później dołożono kolejne — do trzystu trzydziestu trzech. I teraz te lampy są pierwszą rzeczą, którą widzi każdy, kto tu przyjeżdża. I ostatnią, którą stąd pamięta.

 

A pod tymi lampami, po drugiej stronie torów, w półmroku poranka leży cała historia tego miejsca. Otaru, choć małe i zapomniane, ma swoją historię. A ta stacja kolejowa też nie jest przypadkową stacją. To tu, w 1880 roku, na osiem lat przed otwarciem obecnego budynku, poprowadzono pierwszą linię kolejową na Hokkaido — rządową Kolej Horonai, zbudowaną przez amerykańskiego inżyniera Josepha Crawforda, by wozić węgiel z kopalni w głębi lądu do portu w Otaru.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Lokomotywy sprowadzono z Pensylwanii, wagony z Delaware. To była trzecia linia kolejowa w całej Japonii — po Tokio–Yokohama i Kobe–Osaka. Hokkaido (do niedawna zwana Ezo – „ląd dzikusów” - 蝦夷: dosł. “barbarzyńskie krewetki”), wyspa na końcu świata, którą Japończycy ledwo znali, nagle otrzymało żelazną arterię łączącą je z resztą imperium. Węgiel popłynął z Otaru na południe, napędzając rewolucję przemysłową Meiji. A do Otaru popłynęło wszystko inne: ludzie, pieniądze, ambicje, banki.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.

 

Przerwa

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Godzina siódma. Stacja ożywa. To nie jest gwałtowne przebudzenie — raczej stopniowe napełnianie się jak naczynie pod strumieniem wody. Najpierw pojedynczy ludzie, potem grupy, wreszcie strumień.

 

Przy automatach biletowych stoi mężczyzna w ciemnym garniturze, karta Kitaca w dłoni — jedna z tych bezkontaktowych kart, które w Japonii zastąpiły bilety papierowe niemal wszędzie. Przykłada ją do czytnika z gestem tak automatycznym, że nie patrzy nawet na ekran. Robi to od lat. Jego ciało zna tę stację lepiej niż jego umysł.

 

Pociąg z kierunku Kutchan wjeżdża na peron — to „górska linia”, yama-sen, która kiedyś była główną arterią między Hakodate a Sapporo, a dziś jest lokalną trasą wśród gór i pól ryżowych. Z pociągu wysiadają licealistki w granatowych mundurkach z plecakami, na których wiszą pluszowe zawieszki. Jedno z tych drobnych japońskich szaleństw — dekorowanie przedmiotów codziennego użytku tak, jakby miały duszę (muszę jednak przyznać – dekorowanie wcale nie z umiarem). Zresztą w shintō wszystko ma duszę. Każda rzecz jest potencjalnym kami. Może więc plecak z pluszowym ufoludkiem na suwaku nie jest czystą infantylnością — może jest po prostu formą czułości wobec przedmiotów, z którą Japończycy żyją od tysięcy lat, nawet jeśli nie nazywają jej już shintō.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.I wtedy to słyszę. Kilka sekund przed odjazdem pociągu na Sapporo — melodia. Miękka, elektroniczna, ledwo słyszalna pod szumem głosów i kołysaniem się wagonów. Trwa może siedem sekund. To hassha merodī (発車メロディー) — melodia odjazdu, jedno z lepszych zastosowań dźwięku na świecie. W 1971 roku kolej Keihan na południe od Osaki wprowadziła po raz pierwszy krótkie melodie zamiast tradycyjnych dzwonków odjazdu. Pomysł był prosty: zamienić metaliczny hałas w coś łagodniejszego, co nie budzi lęku, lecz porządkuje przestrzeń emocjonalną dworca. Okazał się strzałem w dziesiątkę. Po prywatyzacji japońskich kolei w 1987 roku — tym samym, w którym Kitaichi Glass podarowało Otaru lampy — firma JR East zamówiła setki oryginalnych melodii u zawodowych kompozytorów.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Najbardziej znany spośród nich to Minoru Mukaiya, były klawiszowiec jazzowego zespołu Casiopea, który skomponował ponad sto siedemdziesiąt melodii odjazdu — po kilka sekund każda. Miliony ludzi słyszą jego muzykę każdego dnia, niemal nikt nie zna jego nazwiska. Ja też nie znałem, sprawdziłem, gdy nudziłem się czekając na pociąg w Otaru. Na stacji Takadanobaba w Tokio melodią odjazdu jest motyw z anime „Tetsuwan Atomu” — bo tam, w fikcyjnym świecie mangi, „urodził się” Astro Boy. Na stacji Ebisu gra melodia z reklamy piwa Yebisu. Na stacji Maihama, najbliższej Tokyo Disneyland, melodie zmieniają się z każdą nową premierą filmu Disneya. Każda stacja ma swój dźwięk — jak każde miasto ma swój zapach, jak każda ulica ma swoje światło. Japończycy potrafią rozpoznać swoją stację po samym dźwięku, nawet z zamkniętymi oczami. I jest w tym coś pięknego: że można zamieszkać w melodii. Że siedem sekund muzyki może stać się adresem.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Ktoś biegnie. Starszy mężczyzna z teczką, krótkie, zdecydowane kroki, twarz bez wyrazu. Melodia gra, drzwi jeszcze otwarte. Wskakuje. Zdążył. Stacja mruczy dalej. A po drugiej stronie peronu stoi kobieta z walizką, która nie zdążyła — albo nawet nie próbowała. Patrzy, jak pociąg rusza, i nie widać na jej twarzy ani irytacji, ani pośpiechu. Następny będzie za trzydzieści minut. To też jest Japonia — ten dziwny spokój ludzi, którzy przegapili pociąg i nie robią z tego tragedii. Być może dlatego, że japońska kultura nauczyła ich czegoś, czego zachodnia ciągle nie umie: że nie każde opóźnienie jest stratą. Że ma (間) — przerwa, pauza, przestrzeń między — ma swoją wartość. Że czasem najważniejsze rzeczy zdarzają się nie w pociągu, lecz na peronie, gdy na ten pociąg nie zdążyłeś. Zauważam to, ale wcale tego nie umiem. Nie, jak Japończycy przynajmniej. A chciałbym się nauczyć.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.

 

Historia

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Wychodzę ze strefy peronów, odwracam się, by spojrzeć z zewnątrz na budynek stacji. Fasada z brązowych kafli, symetryczna jak twarz na portrecie. Budynek został oddany do użytku 25 grudnia 1934 roku — był pierwszym żelbetowym budynkiem dworcowym na całym Hokkaido, wzorowanym na tokijskiej Ueno-eki i zaprojektowanym w duchu architektury, którą dziś nazwalibyśmy art déco. Centralny hol z przeszklonym świetlikiem, dwa piętra po bokach, parterowe skrzydła na krańcach. W 2006 roku budynek wpisano do rejestru Narodowych Dóbr Kultury Materialnej. A w jego wnętrzu — jak w każdym żywym organizmie — bije serce współczesności: jest Burger King, piekarnia Saint-Germain, sklep z lokalnymi przysmakami Tarushe, gdzie można kupić sushi na wynos i świeże bułeczki z krabem.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.To jest coś, czego Zachód często nie rozumie w Japonii: że ochrona przeszłości nie oznacza tu mumifikacji. Japończycy żyją obok swoich zabytków — a nie za szybą, na kolanach, z przewodnikiem. Stacja Otaru jest muzeum i jest dworcem. Jest zabytkiem i jest miejscem, gdzie kupujesz kawę w papierowym kubku, wsiadasz w pociąg i jedziesz do pracy. Nie ma w tym sprzeczności. Jedzenie tu hamburgera nie jest profanacją, tylko dowodem, że historia żyje i dzieje się teraz, nadal, jest połączona z naszym współczesnym życiem, nieoddzielona gablotą. Jest w tym harmonia — ta sama, która pozwala Japończykom stawiać betonowy blok obok pięćsetletniej świątyni i nie czuć dysonansu. Bo w Japonii czas nie jest linią prostą biegnącą od przeszłości do przyszłości. Czas jest warstwowy. Przeszłość nie odchodzi — osadza się jak gleba, i na niej rośnie teraźniejszość.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.

 

Cisza

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Przy wejściu do stacji wisi dzwon. To mukai-gane (むかい鐘) — dzwon powitalny, który od epoki Meiji aż do lat sześćdziesiątych XX wieku bił za każdym razem, gdy nadjeżdżał pociąg. Na jego dźwięk zbiegali się handlarze z drewnianymi tacami pełnymi jedzenia, krewni czekający na bliskich, listonosze z depeszami. Wyobraź sobie ten moment: pociąg wyłaniający się z mgły poranka, dym z komina, metaliczny łoskot hamulców… Dzwon. I tłum, który rusza naprzód jak fala. To nie jest obraz z dalekiej przeszłości. Jeszcze sześćdziesiąt lat temu tak wyglądał poranek na tej stacji. Dziś dzwon wisi cicho. Czasem turysta szarpnie za sznur i po holu nieśmiało rozniesie się głos z innej epoki.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Warto się przy tym dzwonie zatrzymać na chwilę, bo w jego milczeniu słychać coś, co definiuje Otaru jako całość. To było kiedyś miasto-moloch. W szczytowym okresie prosperity — od lat osiemdziesiątych XIX wieku po lata trzydzieste XX — Otaru nazywano „Wall Street Północy”. Miasto finansowało kolonizację Hokkaido. Stały tu oddziały największych japońskich banków: Mitsui, Bank Japonii, Yasuda. Kamienne gmachy w stylu renesansowym, postawione przez architektów, którzy studiowali w Londynie i Berlinie, stoją do dziś na ulicy Nichigin-dōri — Alei Banku Japońskiego — jak wydrążone katedry finansów, w których nie ma już wiernych.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Wcześniej były śledzie. Przez całą drugą połowę XIX wieku i pierwszą XX wody wokół Hokkaido roiły się od milionów śledzi, które co wiosnę podpływały do brzegów na tarło. Morze robiło się białe od mleczu — Japończycy nazywali to gunrai (群来), „nadciąganie stad” — a rybacy z całego Hokkaido zjeżdżali nad morze i ładowali łodzie po burty. Większość ryb nawet nie trafiała na stół — przerabiano je na nawóz dla pól ryżowych na południu kraju. Śledź karmił całą Japonię, choć Japonia o tym nie wiedziała. Na śledziach zbudowano fortuny: rodziny rybackie stawiały potężne drewniane rezydencje zwane nishin goten (鰊御殿) — „śledziowe pałace” — w których pod jednym dachem mieszkali właściciel, jego rodzina i ponad stu robotników sezonowych, yan-shū — brutalni, twardzi mężczyźni z północy, znani z tego, że pili, bili się i śpiewali. Ich pieśń — Sōran Bushi — przetrwała wszystko: śledzie odeszły, pałace popadły w ruinę, rybacy się rozproszyli, ale Sōran Bushi śpiewają do dziś japońskie dzieci na szkolnych festiwalach sportowych, machając rękoma jak rybacy ciągnący sieci. Nie znają historii tej pieśni. Nie muszą. Historia w nich żyje.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.A potem, w latach pięćdziesiątych, śledzie zniknęły. Przełowione, wypchnięte na północ przez zmianę temperatury wody — po prostu przestały przypływać. I Otaru, które żyło z morza, z węgla i z banków, zaczęło się kurczyć. Dziś ma nieco ponad sto tysięcy mieszkańców — o połowę mniej niż w szczytowym okresie. Ale nie umarło. Zamieniło się w coś innego: w miasto pamięci. W miasto, które nie udaje, że nadal jest potęgą, ale które nosi swoją przeszłość z godnością, jak starszy pan nosi dobrze skrojony płaszcz — trochę za luźny, trochę wytarty na łokciach, ale nadal elegancki.Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.

 

Jedzenie

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.W południe schodzę po schodach z holu stacji na ulicę i skręcam w lewo. Dwadzieścia kroków dalej, pod szyldami wypisanymi pędzlem, zaczyna się Sankaku Ichiba — Trójkątny Targ, czynny od wczesnego rana, wciśnięty w wąski trójkąt ziemi między stacją a ulicą. W ciasnych budkach, na stalowych blatach leżą jeżowce, łososie, kraby, małże — wszystko z dzisiejszego poranka, wszystko z Zatoki Ishikari. Wchodzę do jednej z tych knajpek, tak małej, że mieści pięć osób. Zamawiam kaisendon (海鮮丼) — miskę ryżu z surową rybą i owocami morza. Rybak za ladą, mężczyzna po sześćdziesiątce z rękami jak deski, kroi uni (jeżowca) z precyzją, jakby grał na instrumencie. Nigdzie się nie spieszy. Każdy kawałek kładzie osobno, jakby układał kompozycję. I w tym jego geście jest cała filozofia japońskiego rzemiosła, całe shokunin kishitsu (職人気質) — duch rzemieślnika, który traktuje swoją pracę nie jak zarobek, lecz jak powołanie, bez względu na to, czy robi miecze, czy kroi rybę.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Jem na stojąco, patrząc przez brudne okno na przechodniów. I myślę o tym, że Japończycy uczynili z jedzenia w podróży coś specjalnego. Na Zachodzie jedzenie w pociągu to konieczność — tani sandwich, kawa z automatu, baton z kiosku. W Japonii jedzenie w pociągu to ekiben (駅弁) — jedno z najpiękniejszych słów w japońskiej kulturze kulinarnej. Eki — stacja, ben — skrót od bentō. Pudełko z jedzeniem, kupowane na stacji przed podróżą.

 

Pierwsze ekiben w historii Japonii sprzedano prawdopodobnie na stacji Utsunomiya w 1885 roku — dwie kulki ryżu posypane sezamem, zawinięte w liście bambusa. Kosztowały pięć sen — setną część jena. Od tamtej pory ekiben przeszły drogę od prostego posiłku podróżnego po jedną z najbardziej wyrafinowanych form japońskiej sztuki kulinarnej.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Każda stacja w Japonii ma swoje specjalności. Na stacji Mori — zaledwie kilkadziesiąt kilometrów na południe stąd, na trasie do Hakodate — sprzedaje się legendarny ika-meshi (いかめし) — kałamarnicę faszerowaną ryżem gotowanym w sosie sojowym, tak sławną, że ludzie przyjeżdżają na tę stację specjalnie po nią. W Sendai jest gyūtan bentō z wołowym językiem. W Kanazawie — dwupiętrowe pudełeczko jak miniaturowa komoda z szufladkami. Na stacji Arita, w regionie słynnym z ceramiki, pojemnik na ekiben jest zrobiony z prawdziwej porcelany. Są ekiben z podgrzewaczem: ciągniesz za sznurek, reakcja chemiczna wapna z wodą podgrzewa posiłek w ciągu pięciu minut. Japończycy wymyślili mikrofalówkę ukrytą w pudełku z ryżem na dwieście lat przed wynalezieniem mikrofalówki.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Ale nie chodzi o technologię. Chodzi o coś ważniejszego. Ekiben to filozofia smakowania miejsca. Kupujesz pudełko na stacji w Otaru — i w środku jest Otaru: krab, jeżowiec, łosoś z Zatoki Ishikari, ryż z pól Hokkaido. Podróż nie jest przerwą między miejscami — podróż jest sposobem doświadczania miejsc. A jedzenie w pociągu, z pudełkiem na kolanach i krajobrazem za oknem, jest jednym z tych doświadczeń, które Japończycy potrafią uczynić sztuką.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Kiedyś, gdy pociągi parowe zatrzymywały się na stacjach na dłużej, podróżni otwierali okna i kupowali ekiben od handlarzy, którzy chodzili wzdłuż peronu z drewnianymi tacami na szyi. Dziś shinkansen jedzie trzysta kilometrów na godzinę, a ludzie nadal kupują ekiben przed odjazdem. Coś, co było koniecznością, stało się rytuałem. To właśnie robią Japończycy: zamieniają praktyczne potrzeby w formy piękna. Zamieniają funkcję w kulturę.Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.

 

Kuregata

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Czwarta po południu. Stacja się uspokaja. Po porannym szczycie i południowym gwarze — cisza. To jest kuregata (暮れ方, więcej o tym tutaj: Zmierzch w japońskiej literaturze: kuregata — gdy świat traci ostrość, a człowiek złudzenia), japońska godzina zmierzchu, choć do zmierzchu jeszcze daleko. Ale zmierzch nie jest tu kwestią światła — jest kwestią nastroju. Godzina, w której dzień zdejmuje krawat i pozwala sobie westchnąć.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.W poczekalni stacji Otaru, na ławce pod ścianą, śpi mężczyzna w garniturze. Głowa odchylona, teczka na kolanach, buty lśniące. To nie bezdomny — to człowiek, który ma pół godziny do następnego pociągu i wykorzystuje je na uzupełnienie braków, jakie tworzy jego tryb życia: drzemie. Japończycy mają na to słowo: inemuri (居眠り – więcej o tym tu: Inemuri, czyli drzemka na polu bitwy – samurajska technika błyskawicznej regeneracji w korporacyjnych biurach) — dosłownie „być obecnym i spać”. To nie jest sen z wyczerpania ani rezygnacji. To społecznie akceptowana drzemka w miejscu publicznym — w pociągu, na spotkaniu, na stacji. Nie jest oznaką słabości; paradoksalnie, jest oznaką zaangażowania. Ten człowiek pracował tak ciężko, że zasnął w drodze do domu. Szanujemy to. Nie budzimy. Nie kręcimy nosem.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.

 

Trzecie miejsce

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Siadam na ławce obok — nie obok niego, bo zostawiam pusty fotel między nami, jak nakazuje japońska niepisana etykieta, ta subtelna geometria dystansu, którą każdy Japończyk zna, choć nikt jej nie uczy. I patrzę na hol. Za chwilę wrócą uczniowie ze szkoły — w Otaru szkoły kończą się wcześniej niż w Tokio, bo miasto jest mniejsze, mniej jest juku (塾), tych popołudniowych szkół uzupełniających, które w wielkich miastach zjadają dzieciństwo japońskich dzieci.

 

Tu, na prowincji, dzieci mają jeszcze czas po szkole. Wracają pociągiem, kupują w kiosku napój z automatu — a tych jest na stacji Otaru kilkanaście lub kilkadziesiąt, bo japońskie automaty vendingowe są w każdym zakamarku rzeczywistości, jak kami w każdym kamieniu i drzewie — i czekają na peronie, rozmawiając głośniej niż dorośli, bo jeszcze mogą.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.I myślę sobie, siedząc na tej ławce, że japońska stacja kolejowa jest czymś, czego w zachodniej urbanistyce brakuje: trzecim miejscem. Nie domem. Nie pracą. Czymś pomiędzy — przestrzenią, w której można po prostu być, bez uzasadniania swojej obecności. Ray Oldenburg, amerykański socjolog, pisał o „trzecich miejscach” — kawiarniach, bibliotekach, parkach — jako o filarach demokracji i zdrowia psychicznego. Japońska stacja jest trzecim miejscem par excellence. Możesz tu siedzieć godzinami i nikt cię nie zapyta, po co. Możesz tu czekać na kogoś, kto nigdy nie przyjedzie. Możesz tu drzemać, czytać, jeść, patrzeć w okno. Możesz tu być sam — a jednocześnie wśród ludzi. I to jest formuła, której szuka czasem wiele z nas: samotność, ale nie izolacja. Obecność, ale bez zobowiązań.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Na tej właśnie stacji — choć wyglądała wtedy inaczej, bo obecny budynek to trzecia inkarnacja — mieszkał przez pewien czas Ishikawa Takuboku, jeden z najważniejszych japońskich poetów wczesnej nowoczesności. W 1908 roku Takuboku przyjechał do Otaru, by pracować w redakcji gazety Otaru Nippō. Zamieszkał u siostry, której mąż — Yamamoto Senzaburō — był pierwszym naczelnikiem stacji Otaru. Takuboku pisał w małym pokoju w budynku przy stacji, słysząc pociągi przez ścianę, i tworzył tanka — te krótkie, pięciowersowe wiersze, które w japońskiej tradycji są jak oddech: krótsze niż myśl, dłuższe niż westchnienie. Napisał tu wiersze o rozłące — bo wkrótce musiał znów wyjechać, zostawiając żonę i dziecko w Otaru. Rozstanie na stacji. Temat tak stary jak sama kolej.

 

 

ふるさとの訛なつかし

停車場の人ごみの中に

そを聴きにゆく

(furusato no namari natsukashi / teishaba no hitogomi no naka ni / so wo kiki ni yuku)

 

„Za gwarą rodzinnej mowy tęsknię —

w tłum na stacji kolejowej

idę jej posłuchać.”

 

— Ishikawa Takuboku,

ze zbioru „Ichiaku no suna”

(Garść piasku), 1910

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.To oczywiście nie wiersz o stacji, a bardziej o tęsknocie za domem. Takuboku chodził na stację nie po to, by gdzieś jechać, lecz po to, by wsłuchać się w tłum i wyłowić z niego dźwięk prowincji, z której pochodził. Stacja jako radio. Stacja jako nośnik pamięci dźwiękowej. I kiedy myślę o tym, jak sam tu siedzę — na tej samej stacji, ponad sto lat później — i wsłuchuję się w rozmowy dookoła, w melodie odjazdu, w szum automatów vendingowych, wydaje mi się, że zaczynam trochę rozumieć Takuboku…

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.

 

Wieczór

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Szósta. Lampy się zapalają. Stopniowo, jakby ktoś delikatnie podkręcał knot w trzystu trzydziestu trzech lampach jednocześnie. Nie jest to światło elektryczne ani neon. To ciepły, miękki blask ręcznie dmuchanego szkła, bursztynowy i niebieski, i każda lampa jest trochę inna, bo każda została zrobiona osobno, przez ludzkie ręce, z ludzkim niedoskonałym pięknem. W tym blasku stacja Otaru staje się czymś innym niż za dnia. Za dnia to dworzec — funkcjonalny, konkretny, z rozkładem jazdy i automatami biletowymi. Wieczorem to scena. I na tej scenie odgrywa się co wieczór ten sam spektakl: ludzie wracają do domu.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.To jest godzina szczytu powrotnego — taikin russhū — i japońskie stacje zamieniają się wtedy w rzeki ludzi płynące w jednym kierunku: ku wyjściu, ku domowi, ku wieczorowi. Na stacji Otaru ta rzeka jest oczywiście mniejsza i spokojniejsza niż w Tokio czy Osace, gdzie stacje jak Shinjuku (przez którą przechodzi trzy i pół miliona ludzi dziennie) są bardziej jak oceany niż rzeki. Ale nawet tu, na prowincji, widać ten sam wzorzec: ludzie wracają z pracy z twarzami, na których maluje się zmęczenie zmieszane z ulgą. Zdejmują maskę dnia. Rozluźniają krawat — dosłownie i w przenośni. Jeszcze na peronie są kimś — pracownikiem, kolegą, podwładnym. Za chwilę, w pociągu, będą tylko sobą.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Japończycy mają fascynujące słowo: honne (本音) — prawdziwy głos, prawdziwe uczucia, to, co naprawdę myślisz. I drugie słowo: tatemae (建前) — fasada, twarz, którą pokazujesz światu. Każdy Japończyk żyje na granicy tych dwóch pojęć, nieustannie nawigując między tym, co czuje, a tym, co wypada pokazać. Zachodni obserwatorzy często odczytują to jako fałsz lub hipokryzję — można tak to rozumieć, ale to oglądanie cudzej kultury tylko i wyłącznie przez pryzmat swojej. W Azji nie uchodzi to za fałsz, tylko za troskę o innych.

 

Eseje audio o życiu w Japonii EdoTatemae istnieje nie po to, by oszukać — lecz po to, by nie obciążać drugiego człowieka swoim bólem, swoim zmęczeniem, swoją frustracją. To forma empatii — odwrócona, nieintuicyjna dla Europejczyka, ale głęboko ludzka. Pociąg powrotny jest jednym z niewielu miejsc, w których Japończyk może zdjąć tatemae i po prostu zasnąć, zjeść ekiben, napić się piwa z puszki i być zmęczonym publicznie. Pociąg jest strefą buforową między dwoma rolami: rolą społeczną i rolą prywatną. To mobilna śluza powietrzna między kosmosem pracy a planetą domu.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Patrzę na perony z okna holu i widzę coś, co jest jednym z najczulszych obrazów japońskiej codzienności: pożegnania. Mężczyzna w średnim wieku stoi na peronie, kobieta już w wagonie, za szybą. Nie mówią do siebie — bo przez szybę pociągu nie da się rozmawiać. Stoją i patrzą na siebie. On trzyma rękę uniesioną, nie macha, po prostu trzyma ją w powietrzu, jakby mówił: jestem tu. I będę tu stał, dopóki cię widzę.

 

To jest miokuri (見送り) — „odprowadzanie wzrokiem”, jedna z ważnych japońskich praktyk społecznych, choć nikt jej nie nazywa praktyką. Kiedy ktoś odchodzi — opuszcza dom, wyjeżdża pociągiem, wychodzi z restauracji — Japończyk stoi i patrzy za nim tak długo, aż zniknie z pola widzenia. Nie odwraca się pierwszy. Czeka. Kelner w restauracji kłania się do pustej ulicy jeszcze po tym, jak goście skręcili za róg. Matka stoi w drzwiach, dopóki sylwetka dziecka nie rozpuści się w tłumie. I ten mężczyzna na peronie stoi z uniesioną ręką, dopóki pociąg nie stanie się punktem na horyzoncie — a potem jeszcze chwilę.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Dlaczego? Psycholog powiedziałby może: zamknięcie gestaltowe — ludzka potrzeba domknięcia chwili, dokończenia sceny, postawienia kropki na końcu zdania. Japończyk powiedziałby może: shitsureidesu — „byłoby niegrzecznie” odwrócić się, zanim ktoś zniknie. Ale ja myślę, że jest jeszcze coś głębszego. Miokuri jest aktem obecności. Mówi: mój czas jest twój, dopóki cię widzę. Moja uwaga jest przy tobie, dopóki jesteś w zasięgu wzroku. To jest — jeśli się nad tym zastanowić — jedna z najczystszych form miłości. Być obecnym dla kogoś, kto odchodzi. Nie odwracać się pierwszy.

 

Bashō, wędrowny poeta XVII wieku, który rozumiał pożegnania dobrze (o jego drodze przeczytasz tu: Wąska ścieżka, szeroki oddech. Na północ — w głąb kraju i siebie — z mistrzem Bashō) napisał:

 

行く春や

鳥啼き魚の

目は涙

(yuku haru ya / tori naki uo no / me wa namida)

 

„Odchodzi wiosna —

ptaki płaczą, a w oczach ryb

lśnią łzy.”

 

— Matsuo Bashō, z „Oku no hosomichi”

(Wąska ścieżka na Głęboką Północ), 1689

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Ten wiersz otwiera „Oku no hosomichi” — dziennik z wielkiej wędrówki na północ, pisany w momencie, gdy Bashō opuszcza Edo i żegna się z przyjaciółmi. „Nawet ryby płaczą” — bo w Japonii pożegnanie nie jest prywatną sprawą dwojga ludzi. Pożegnanie jest kosmiczne. Cały świat w nim uczestniczy. I stacja kolejowa, z jej peronami, okienkami i torami biegnącymi w dwóch kierunkach, jest idealną sceną dla tego kosmicznego dramatu. Tu się przyjeżdża. Tu się odjeżdża. Tu się wraca. I za każdym razem jest się trochę kimś innym.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.

 

Noc

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Dziesiąta wieczorem. Perony pustoszeją. Ostatni pociąg do Sapporo odjedzie za dwadzieścia minut — i widać po stacji, że to jest czas domykania. Pracownik kiosku zamyka okiennicę. Sprzątaczka przejeżdża mopem po holu po raz ostatni. Konduktor, stojąc na peronie w białych rękawiczkach — bo japońscy kolejarze noszą białe rękawiczki, jak dyrygenci (i ochrona) — wskazuje palcem na zegar, potem na tablicę, potem na pociąg. Ten gest, shisa kanko (指差喚呼) — „wskazanie i przywołanie” — jest wymaganą procedurą bezpieczeństwa w japońskich kolejach od lat dwudziestych XX wieku. Konduktor wskazuje każdy element, który musi skontrolować, i wypowiada głośno jego stan: „Drzwi — zamknięte! Sygnał — zielony! Czas — zgodny!”. To wygląda osobliwie dla zachodnich oczu. Ale zmniejsza liczbę ludzkich błędów o osiemdziesiąt pięć procent. Bo gdy ciało i głos towarzyszą wzrokowi, uwaga się zaostrza. Ciało nie kłamie.

 

Książka "Ścieżki" od autora ukiyo-japan.pl:  Michałą SobierajaPatrzę na dwoje nastolatków na peronie. Stoją blisko siebie, ale nie dotykają się — Japonia to kraj, w którym intymność jest bardzo głęboko ukryta. Jedno jedzie do Sapporo, drugie zostaje. Mówią niewiele. W Japonii pożegnanie nie wymaga słów — wystarczy być. Wystarczy stać obok. Wystarczy, że druga osoba wie, że tu jesteś. Kiedy pociąg rusza, ten, który zostaje, nie macha ręką. Stoi. Patrzy. I to miokuri — to odprowadzanie wzrokiem — trwa aż do ostatniego wagonu, który znika za zakrętem w stronę Minami-Otaru.

 

Pociąg odjechał. Peron jest pusty. 333 lampy świecą dla nikogo — albo dla samych siebie, albo dla idei, że przestrzeń zasługuje na piękno nawet wtedy, gdy nikt nie patrzy.

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Zostaję jeszcze chwilę. Siedzę na ławce na peronie czwartym i słucham ciszy, która nigdy nie jest absolutna — zawsze jest w niej jakiś dźwięk: szum klimatyzacji, odległy klakson, gdzieś kapiąca woda. Myślę o wszystkich ludziach, których dziś widziałem na tej stacji. O mężczyźnie, który biegł na pociąg. O kobiecie, która nie zdążyła. O rybaku, który kroił jeżowca. O licealistkach z pluszowymi zawieszkami. O śpiącym salarymanie. O konduktorze w białych rękawiczkach. O zakochanej parze. I myślę, że stacja kolejowa jest jednym z niewielu miejsc na ziemi, w których widać całe ludzkie życie w jednym ujęciu — od świtu do nocy, od dzieciństwa po starość.

 

露の世は

露の世ながら

さりながら

(tsuyu no yo wa / tsuyu no yo nagara / sari nagara)

 

„Ten świat to rosa —

tak, to świat z rosy tylko —

a jednak, a jednak…”

 

— Kobayashi Issa, 1819, po śmierci córki

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.Issa napisał to haiku po śmierci swojej małej córeczki. „Świat jest rosą” — to buddyjska prawda, mantra przemijalności. Wszystko jest ulotne, wszystko mija, nic nie trwa. Ale „a jednak” — sari nagara — zagłusza w tym wierszu całą buddyjską mądrość.

 

Jest prawie jedenasta. Schodzę po schodach na ulicę Chūō-dōri. Stacja Otaru zostaje za moimi plecami — cicha, oświetlona, czekająca. Jutro o czwartej trzydzieści przyjdzie ekipa sprzątająca. O piątej zapalą się lampy. O piątej dwadzieścia otworzy się okienko kasy. O szóstej osiemnaście przyjedzie pierwszy pociąg z Sapporo. Ktoś wysiądzie. Ktoś wsiądzie. Ktoś będzie biegł, ktoś nie zdąży, ktoś zaśnie na ławce. Dzwon przy wejściu nadal nie zabrzmi — ale to nic. Stacja pamięta jego głos.Ukiyo-japan.pl - Michał Sobieraj, notka od autora

 

Cały dzień na stacji Otaru na Hokkaido — od świtu po ostatni pociąg. 333 lamp, melodie odjazdu, śledziowe fortuny i pożegnania na peronie. Esej o japońskiej stacji kolejowej jako mikrokosmos życia, w którym widać całe japońskie społeczeństwo.

  1. pl
  2. en

  

    未開    ソビエライ

Postaw mi kawę na buycoffee.to

  Mike Soray

   (Michał Sobieraj)

Zdjęcie Mike Soray (aka Michał Sobieraj)
Tom II - "100 widków sławnych miejsc Edo" Hiroshige - interpretcje i analiza Michała Sobieraja
Tom I - "100 aspektów księżyca Yoshitoshiego" - analizy i interpretacje ukiyo-e Michała Sobieraja
Książka o historii kobiet w dawnej Japonii - "Silne kobiety Japonii" autorstwa Michała Sobieraj - twórcy ukiyo-japan.pl
"Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz" - książka Michała Sobieraja (ukiyo-japan.pl) o japońskiej wrażliwości w polskiej codzienności. Mushin, wabi-sabi i yūgen jako praktyka widzenia „tu i teraz”.

A może chciałbyś zamiast czytać, posłuchać artykułów?

Zobacz książki autora strony:

Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Postaw mi kawę na buycoffee.to

  

   

 

 

未開    ソビエライ

 

Logo Gain Skill Plus - serii aplikacji na Androida, których celem jest budowanie wiedzy i umiejętności na rózne tematy.
Logo Soray Apps - appdev, aplikacja na Androida, apki edukacyjne
Logo Ikigai Manga Dive - strony o Japonii, historii i kulturze japońskiej, mandze i anime

 Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".

 

Osobiste motto:

"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany.- Albert Einstein (prawdopodobnie)

Mike Soray

  (Michał Sobieraj)

Zdjęcie Mike Soray (aka Michał Sobieraj)

Napisz do nas...

Przeczytaj więcej

o nas...

Twój e-mail:
Twoja wiadomość:
WYŚLIJ
WYŚLIJ
Twoja wiadomość została wysłana - dzięki!
Uzupełnij wszystkie obowiązkowe pola!

Przasnysz, Polska

m.sobieraj@inarismart.pl

dr.imyon@gmail.com

___________________

inari.smart

Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!