


Siedemdziesiąt jeden lat później w niemieckim miasteczku nad Lahnem, gdzie młodzi prawnicy odbywali praktykę przy sądzie Rzeszy, zdarzyło się coś podobnego w odwrotnej kolejności. Najpierw był samobójca, sekretarz poselstwa z Brunszwiku. Potem, po dwóch latach, cienka powieść w listach, wydana anonimowo we wrześniu. Potem młodzi mężczyźni w całej Europie w niebieskich frakach i żółtych kamizelkach, wachlarze z portretem bohatera, perfumy nazwane jego imieniem i rada miejska Lipska zakazująca zarówno książki, jak i stroju. Sto lat później niemieccy uczeni policzą naśladowców i pokłócą się o liczby, a japońscy zrobią to samo ze swoimi, i obie strony zostaną z tym samym problemem: pewność, że coś się stało, i żadnej możliwości udowodnienia, ile. Ludzie umierali z miłości długo przed obiema tymi historiami i nie o tym jest ten esej. Jest o czymś węższym i, jak sądzę, ciekawszym: o tym, czego ludzie uczą się z książek. Nie umierania, tylko formy, w której cudza rozpacz staje się czytelna.

Sama nazwa krąży wcześniej, tylko że równie tajemnicza. Edoński słownik „Rigen shūran” (俚言集覧) kwituje hasło jednym wyrażeniem: obraz potworów Kanō Motonobu. Encyklopedyczne „Kiyū shōran” (嬉遊笑覧) wylicza je wśród stworów z tego samego, dziś zaginionego zwoju. Wygląda to na słowo przyklejone do figurki na papierze i przekazywane dalej razem z kopiami papieru, bez żadnego bagażu opowieści.
W 1776 roku Toriyama Sekien publikuje „Gazu hyakki yagyō” (画図百鬼夜行) i robi coś, przez co japońskie bestiariusze do dziś wyglądają tak, jak wyglądają. Wycina każdego potwora z tłumu i daje mu osobną kartę, jak w atlasie ptaków. Nurarihyon dostaje swoją. Widzimy staruszka wysiadającego z lektyki przed czyjąś bramą, w porze, gdy zapalają się już lampy wieczorne. Opisu brak. Do tego imię wydrukowano błędnie, jako nūrihyon, i badacze zgodnie uznają to za zwykłą pomyłkę zecera.
Sekien był malarzem uznanym, nauczycielem Kitagawy Utamaro (może pamiętasz go stąd: Tworzył czułe piękno, dopadła go kara shōgunatu. Sprawa Kitagawy Utamaro) i Toyoharu, człowiekiem z pozycją, a książki o potworach wydawał w Edo pod koniec życia, w mieście, w którym drzeworytnicze albumy popularne były jak dziś virale na TikToku. Popyt był na obrazki, nie na etnografię. Malarz miał dostarczyć pięćdziesiąt dwie ciekawe figury, a nie pięćdziesiąt dwa udokumentowane wierzenia, i część swoich stworów najpewniej po prostu wymyślał, czerpiąc z chińskich kompendiów, z gier słownych i z własnego dowcipu. Tego się dziś nie ukrywa, przeciwnie, japońscy badacze uważają to za jedną z najciekawszych rzeczy w całej sprawie.
Potem przychodzi zwój Ody Gōchō z 1832 roku, przechowywany w zbiorach rodu Matsui, i znowu ten sam starzec, i znowu bez słowa komentarza. Trzy pokolenia malarzy, blisko sto lat obiegu, ani jedno zdanie prozy. W japońskim folklorze to sytuacja rzadka do tego stopnia, że powinna od razu zapalać czerwoną lampkę. Kappa ma setki zapisów terenowych, spory o pochodzenie i własne ofiary (więcej o ikonie japońskich yōkaiów tu: Kappa - twarz japońskiego folkloru i gwiazda wszystkich yōkaiów). Tengu ma świątynie, własne góry i traktaty. Nurarihyon ma wyłącznie twarz.


W niektórych wersjach idzie o krok dalej i domownicy zaczynają brać go za gospodarza, obsługiwać, słuchać, ustępować mu miejsca. Potem wychodzi, tak samo spokojnie, jak przyszedł. Nie ma finału, nie ma odczynienia, nie ma kary ani nauczki. Cała opowieść kończy się w chwili, gdy ktoś wreszcie zadaje pytanie – „a kto to tak właściwie był?”.

Pada tam zdanie o czymś, co ma kształt nurarihyon: niby sum, ale pozbawiony oczu i ust, i właśnie coś takiego jest duchem kłamstwa. Nazwa działa tutaj jak przysłówek, nie jak imię. Opisuje sposób bycia, a nie stworzenie. Coś, co ma powierzchnię i nie ma twarzy, coś, po czym ręka się zsuwa nie mogąc dobrze złapać.

Zestawmy to z resztą japońskiego bestiariusza, a różnica rzuci się w oczy sama. Oni ma rogi, maczugę i apetyt. Yamauba ma górę, chatę i głód. Kuchisake onna ma nożyce i pytanie. Wszystkie te postacie są konkretnymi zagrożeniami w konkretnym miejscu, a spotkanie z nimi da się opowiedzieć jako zdarzenie z początkiem i końcem. Nurarihyon nie jest zagrożeniem, tylko nieuchwytnością.
Pewne wskazówki jednak pozostały głęboko ukryte w samym imieniu.



Trzecie życie nazwa ma na północy. Sugae Masumi, podróżnik i zapalony dokumentalista prowincji, wymienia nurarihyona w „Yuki no Dewaji” (雪の出羽路) z 1814 roku wśród uczestników nocnego pochodu demonów przy przełęczy Sae no Kamizaka, w okręgu Ogachi, dziś Yuzawa w prefekturze Akita. Jest tam jednym z wielu, statystą w pochodzie. Sam Sugae zasługuje w tej historii na osobne zdanie, bo należy do najbardziej niedocenionych postaci japońskiej humanistyki. Urodzony w Mikawie, wyszedł z domu w wieku trzydziestu lat i przez następne cztery i pół dekady chodził po północy kraju, notując wszystko: potrawy, narzędzia, stroje, pieśni, ceny, kształty słupków przydrożnych. Zostawił tysiące stron rysunków i dzienników, dziś podstawowe źródło wiedzy o życiu codziennym północnej Japonii przed modernizacją. Człowiek tak drobiazgowy nie wymyśliłby pochodu demonów, tylko zapisał to, co usłyszał na przełęczy od kogoś miejscowego. I zapisał nurarihyona jako jedno nazwisko z długiej listy potworów, bez żadnego wyróżnienia.
Czwarte życie znajdziemy w satyrycznym „Ōishi Hyōroku monogatari” z Satsumy, gdzie nurarihyon okazuje się kolejnym przebraniem lisa.
Kula na wodzie, statysta w pochodzie, lisia zjawa z południa i starzec bez podpisu z malarskich zwojów. Cztery rzeczy, między którymi nie ma żadnego związku poza jednym słowem, a słowo to opisuje nie stworzenie, lecz sposób, w jaki coś umyka. Badacze próbują do dziś ustalić coś więcej. Tymczasem, w XX wieku dzieje się coś ciekawego…

Fujisawa nie powołuje się na nic, bo nie ma na co. Patrzy na obrazek, widzi starca wysiadającego z lektyki przed obcą bramą o zmierzchu, i pisze podpis. Zdanie brzmi jak streszczenie legendy, a jest opisem ilustracji. Murakami Kenji i Tada Katsumi, dwaj najbardziej pedantyczni badacze, którzy przeczesali te katalogi najdokładniej ze wszystkich tej dziedziny, wykazali to niezależnie od siebie i ich ustalenie nie jest dziś kwestionowane.
Nie ma w tej pomyłce nic złośliwego, jest za to sporo o naturze podpisów. Podpis pod ilustracją nie ma miejsca na tryb przypuszczający. Nie mieści się w nim „przypuszczalnie”, „materiał niepewny”, „figura bez zaplecza tekstowego”. Mieści się w nim jedno gładkie zdanie oznajmujące, a jedno gładkie zdanie oznajmujące jest w praktyce nieodróżnialne od wiedzy. Ktokolwiek przepisywał to potem, przepisywał zdanie, a nie brakujący przypis.

Komatsu Kazuhiko, dziś najważniejszy badacz tej dziedziny, opisuje narodziny potwora jako trzy stopnie. Najpierw zjawisko: w pustym domu coś stuka. Potem byt: stuka, ponieważ jest tam ktoś, kto stuka, i ten ktoś dostaje imię. Na końcu wizerunek: imię dostaje twarz na zwoju. Ludzie idą tą drogą, żeby oswoić coś, czego nie rozumieją, i droga ta ma sens tylko w jedną stronę, od niepokoju do obrazka.

Innymi słowy: nurarihyon nigdy nie wszedł do żadnego japońskiego domu. Wszedł do encyklopedii. Wszedł do niej dokładnie swoją własną metodą, bo usiadł w porządnym towarzystwie, zachował się jak u siebie, a każdy następny autor założył, że sprawdził go poprzednik. Postać znana nam jako mistrz wchodzenia bez zaproszenia sama jest produktem wejścia bez zaproszenia. Folklor nie ilustruje tu psychologii. Folklor ją wykonuje w praktyce.
Cameron Anderson i jego zespół z Berkeley opublikowali w 2012 roku w „Journal of Personality and Social Psychology” sześć badań nad tym, co dokładnie kupujemy, kupując czyjąś pewność siebie. Wynik jest przykry. Ludzie przeceniający własne kompetencje zyskiwali w grupach wyższy status niezależnie od tego, ile naprawdę umieli, i to zarówno w zespołach zebranych na godzinę, jak i w takich, które pracowały razem tygodniami.
Najciekawszą częścią tamtej pracy jest badanie czwarte. Zastosowano w nim model soczewkowy Brunswika, żeby rozłożyć na czynniki pierwsze zachowanie osoby pewnej siebie. Wyszła krótka lista sygnałów: odzywa się pierwsza, mówi dłużej, ma spokojny głos, stanowczą gestykulację, siedzi w rozluźnionej pozycji. Wszystkie te sygnały silnie wpływały na to, jak oceniano czyjeś kompetencje. Żaden nie korelował z kompetencjami rzeczywistymi.
Rok później Jessica Kennedy z tym samym zespołem sprawdziła rzecz jeszcze mniej przyjemną. Co się dzieje, gdy grupa dowie się, że ktoś umie mniej, niż sądzono? Nic. W trzech badaniach demaskacja nie odbierała statusu, a zdemaskowani nadal byli oceniani pozytywnie. Wykrycie oszustwa nie jest zatem automatyczną karą, tylko informacją, z którą grupa może zrobić, co zechce. Zwykle nie robi nic, bo odebranie komuś pozycji jest kosztowne dla całej reszty.

Do tego dochodzi rekwizyt. Leonard Bickman zatrzymywał w 1974 roku przechodniów na ulicy i wydawał im drobne polecenia, występując raz po cywilnemu, raz jako mleczarz, raz w mundurze strażnika. Mundur podnosił posłuszeństwo drastycznie, z 46% do 83%. Najważniejsza jest w tym badaniu ankieta towarzysząca. Studenci pytani na spokojnie nie przyznawali strażnikowi ani większej władzy, ani większego autorytetu niż mleczarzowi. Ludzie ulegali i szczerze nie wiedzieli, że ulegają.
To, co w japońskim domu naprawdę pomaga staruszkowi, nie jest cechą narodową (choć czasem lubimy to sobie tłumaczyć japońską hierarchią), tylko układem przestrzeni i godziny. Ten układ działa jak dobrze zaprojektowana maszyna i przejdziemy go po kolei.

Dalej jest zashiki (座敷), pokój z matami i wnęką tokonoma (床の間), przeznaczony dla gości i dla rzeczy ważnych. Pomieszczenie to definiuje się przez funkcję, nie przez ściany: gość jest tym, kto siedzi w pokoju gościnnym. Człowiek zajmujący właściwe miejsce jest już w połowie wytłumaczony, bo pomieszczenie tłumaczy go za niego. Gdyby ten sam staruszek usiadł w kuchni albo w spiżarni, wyleciałby w dziesięć sekund.

Czwarty i ostatni element to herbata. Człowiek, przed którym stoi napełniona czarka, wygląda na obsłużonego, a obsłużony wygląda na zaproszonego. Wystarczy, że nalał sobie sam, a cały dom przeczyta to jako dowód, że ktoś mu podał. Dokładnie tak samo działa identyfikator na smyczy w biurowcu, ekspres w firmowej kuchni i kamizelka odblaskowa na klatce schodowej. Rekwizyt nie potwierdza uprawnień. Rekwizyt pozwala je założyć.

W Maryland ginekolog przyjmujący pacjentki i odbierający porody jako doktor Akoda okazał się Nigeryjczykiem posługującym się cudzymi numerami ubezpieczenia od blisko dwudziestu pięciu lat. Pozew zbiorowy złożyło ponad sto kobiet. W obu historiach zwraca uwagę ta sama rzecz: obaj mężczyźni przez lata mieli wokół siebie dziesiątki wykwalifikowanych ludzi, z których każdy zakładał, że papiery sprawdziły kadry.

Japonia ma własną, przemysłową wersję tego samego chwytu. Według Agencji Policji Krajowej w 2025 roku odnotowano tam 27 832 przypadki oszustw z grupy określanej jako tokushu sagi (特殊詐欺 – dosł. „wyłudzenie szczególnego rodzaju”, na odległość), a łączna strata sięgnęła 142,3 mld jenów, czyli mniej więcej trzech miliardów złotych. Oba wskaźniki są rekordowe w historii pomiaru, a suma podwoiła się w ciągu jednego roku. Średnia kwota pojedynczego wyłudzenia to 5,24 mln jenów, w przeliczeniu jakieś sto dwadzieścia tysięcy złotych.

Za tymi liczbami stoi za każdym razem ta sama scena. Dzwoni telefon, w słuchawce odzywa się spokojny męski głos, podaje stopień, wydział i numer sprawy. Mówi, że nie wolno rozmawiać o tym z rodziną, bo trwa śledztwo. Nie krzyczy, nie prosi, nie przekonuje. Wydaje polecenia w tempie człowieka odhaczającego punkty formularza, a rozmówca po drugiej stronie przez czterdzieści minut nie usłyszy ani jednego wahania. Właśnie brak wahania jest tu najważniejszy, bo dokładnie tak brzmi ktoś, komu przysługuje prawo do wydawania poleceń.

Byłoby teraz łatwo i przyjemnie zamknąć rzecz morałem o tym, że pewnym siebie ludziom nie należy wierzyć. Tyle że badania nie pozwalają na taki rachunek.

Podobnie wygląda słynna bierność świadków. Richard Philpot i zespół przejrzeli w 2020 roku w „American Psychologist” nagrania 219 realnych konfliktów ulicznych z monitoringu w Amsterdamie, Kapsztadzie i Lancaster. W 91% zdarzeń ktoś interweniował, a im więcej było świadków, tym większa szansa, że ofiara dostanie pomoc. Ludzie nie są bierni z natury. Reagują, gdy widzą, że dzieje się coś złego, a staruszek pijący herbatę w pokoju gościnnym nie wygląda na nic złego.

Podejrzliwość oczywiście również kosztuje. Dom poddający każdego gościa weryfikacji przestaje być domem i staje się urzędem. Zespół koncentrujący się tylko na swoich uprawnieniach przestaje pracować i zaczyna się pilnować. Wahanie bywa zresztą równie mylącym sygnałem jak pewność, bo waha się uczciwy ekspert świadomy granic swojej wiedzy i waha się oszust zdjęty nagłym strachem. Rezygnacja z heurystyki pewności nie daje w zamian żadnej lepszej heurystyki. Daje samą konieczność sprawdzania, a sprawdzanie kosztuje czas, którego o wpół do siódmej przed kolacją nikt nie ma.

W 2008 roku Shiibashi Hiroshi rozpoczyna w tygodniku „Weekly Shōnen Jump” serię „Nurarihyon no mago”. Nurarihyon jest w niej ojcem chrzestnym klanu potworów zorganizowanego na wzór yakuzy, z młodym następcą, wojną o Kioto i stu podległymi grupami. Dwadzieścia pięć tomów, dwie serie anime, tłumaczenia na kilkanaście języków. Zachodni czytelnik poznaje więc nurarihyona jako bossa, a japońskie strony popularyzatorskie coraz częściej przedstawiają go tak samo, powołując się na tradycję.

Dziś ta pomyłka jest praktycznie nieusuwalna, ponieważ zdążyła się zmaterializować. Stoją brązowe figurki przy ulicy w Sakaiminato, sprzedają się breloczki, chodzą kostiumy na festiwalach, istnieją gry, w których nurarihyon ma najwyższą wartość bojową. Sprostowanie w artykule naukowym waży wobec tego dokładnie tyle, ile waży papier wobec posągu.

Japońscy badacze różnią się w ocenie. Shimura Yūkō pisze, że przekaz oddala się od pierwotnego sensu i ulega sztucznemu wypaczeniu. Kyōgoku Natsuhiko odpowiada, że potwory są żywą kulturą, a żywa kultura ma prawo się zmieniać, i sam zresztą napisał do czwartej serii „Kitarō” odcinek, w którym nurarihyon okazuje się ośmiornicą.

Trzysta lat temu ktoś w Osace szukał obrazu na kłamstwo i wybrał do tego suma bez oczu i bez ust. Nie potwora z kłami, nie demona z rogami, tylko rzecz gładką, po której dłoń się zsuwa, a wzrok nie ma się o co zaczepić. Wszystko, co temu słowu dorobiono później, herszta, wodza, ojca chrzestnego całego bestiariusza, dorobiono na tej samej zasadzie, na jakiej dorabia się cudzemu milczeniu mądrość i wiedzę.
1. Cameron Anderson, Sebastien Brion, Don A. Moore, Jessica A. Kennedy, A Status-Enhancement Account of Overconfidence, „Journal of Personality and Social Psychology" 2012, 103(4), s. 718–735.
2. Paul C. Price, Eric R. Stone, Intuitive Evaluation of Likelihood Judgment Producers. Evidence for a Confidence Heuristic, „Journal of Behavioral Decision Making" 2004, 17(1), s. 39–57.
3. 鳥山石燕『画図百鬼夜行』安永5年(1776); wydanie krytyczne: 稲田篤信・田中直日編、高田衛監修『鳥山石燕 画図百鬼夜行』国書刊行会、1992年.
4. 藤沢衛彦『妖怪画談全集 日本篇 上』中央美術社、1929年、291頁.
5. 村上健司編著『妖怪事典』毎日新聞社、2000年、255–258頁.
6. 小松和彦『妖怪学新考 妖怪からみる日本人の心』小学館、1994年.
7. 警察庁『令和7年における特殊詐欺及びSNS型投資・ロマンス詐欺の認知・検挙状況等について(確定値)』2026年.
>> PODOBNE ARTYKUŁY:
Kobieta z rozciętymi ustami – kuchisake onna czyli yōkai z 1979 roku
Wchłonięcie. Japoński yōkai pajęczycy i wstydliwe pragnienie mężczyzny, by dać się pożreć
Wędrowni mnisi z japońskich gór Kōya — święty, szalony, oszust czy yōkai?
„A właśnie że nie!” Japoński demon Amanojaku, który mówi twoim głosem
Hashihime przy moście Uji – jak kobieta, która nie chciała cicho odejść, stała się demonem
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!