
Tę samą kobietę, siedemset lat wcześniej, anonimowy poeta opiewał inaczej. Wiersz trafił do pierwszej cesarskiej antologii poezji japońskiej, ułożonej na rozkaz cesarza Daigo w roku 905:
“Na wąskiej macie
ścieląc samotny rękaw
tej nocy znów
zapewne mnie wygląda
panna z mostu Uji?”

Co stało się między tymi dwoma obrazami? Co takiego musiała przeżyć dziewczyna z poematu, żeby siedem stuleci później wracać w wyobraźni Japończyków jako naga, czerwona, oszalała postać niosąca furię, śmierć i grozę? I dlaczego w samym Uji, parę kroków od mostu, do dzisiaj stoi mała, nieco schowana na uboczu świątynia, gdzie ludzie przychodzą, zostawiają monety i szepczą prośbę, żeby ich uwolniła od kogoś niechcianego: od męża, od żony, od kochanka, od relacji, której nie potrafią sami przeciąć? Pójdźmy w głąb tej historii. Kto wie, czego możemy się dowiedzieć?
Pierwsze pojawienie się Hashihime w japońskiej literaturze datuje się dokładnie. Rok 905, pierwsza cesarska antologia poezji japońskiej „Kokin Wakashū” (古今和歌集, „Zbiór wierszy starych i nowych”), zlecona przez cesarza Daigo, redagowana przez Ki no Tsurayuki i trzech innych poetów. Zbiór liczy ponad tysiąc utworów. W księdze czternastej, poświęconej miłości, pod numerem 689, znajduje się tekst bez podpisu. Tekst, który przeszedł przez stulecia jako jeden z bardziej cenionych obrazów heiańskiej tęsknoty.
さむしろに 衣かたしき こよひもや 我をまつらむ うぢのはしひめ
(Samushiro ni / koromo katashiki / koyoi mo ya / ware o matsuran / Uji no Hashihime)
“Na wąskiej macie
ścieląc samotny rękaw
tej nocy znów
zapewne mnie wygląda
panna z mostu Uji?”
- Kokin Wakashū, ks. XIV,
nr 689, autor anonimowy


Wiersz dotyka tego z męskiej perspektywy. „Pewnie znów czeka na mnie”. Nie ma wyrzutu. Nie ma deklaracji, że pójdzie. Jest tylko cicha świadomość, że ktoś tam, za rzeką, w Uji – może po drugiej stronie góry, może w innej dzielnicy – tego wieczora znów rozłożył rękaw. „Pewnie znów”. Beznamiętne, pozbawione współczucia „pewnie znów czeka”.
Wiersz jest anonimowy. Nie wiemy, kto go napisał ani o kim. Nie wiemy nawet, czy panna z mostu Uji była konkretną kobietą, czy figurą poetycką, jakimś bóstwem mostu, jakimś echem starszego folkloru. W Japonii okresu Heian istniała tradycja, że duże, stare mosty miały swoje opiekuńcze bóstwa, parę żeńsko-męską ustawioną jako strażnicy. Hashihime, pani mostu, byłaby jedną z nich. Ale w wierszu już nie jest bóstwem. Jest kobietą. Albo czymś pomiędzy.

Hashihime z poezji i z „Genji” jest figurą piękną. Smutną, ale piękną. Heian kochał taką kobietę. Heian umiał taką kobietę opisać. Nikt wtedy jeszcze nie przewidywał, że za parę stuleci, w czasach kiedy świat się zmieni i miecz stanie się ważniejszy od pędzla do tuszu, ta sama Hashihime wróci. I nie będzie już ani piękna, ani smutna.


I bóstwo jej odpowiada.
To kluczowy moment opowieści. Bóstwo Kifune, działające w ramach w heiańskiej kosmologii, gdzie nie ma ostrego podziału na siły “dobre” i “złe”, gdzie świat jest polem napięć, a nie areną walki światła z ciemnością – Kifune nie odmawia. Daje instrukcję. Wracaj do stolicy, mówi bóstwo. Podziel włosy na pięć ostrych rogów i zwiąż je. Pomaluj twarz cynobrem, ciało ołowianą minią (鉛丹, entan, czerwony tlenek ołowiu). Odwróć żelazny trójnóg do gotowania, postaw go na głowie, na każdej z trzech nóg zapal świecę. W zęby weź pochodnię zapaloną z obu stron. Idź na rzekę Uji. Zanurz się w jej wodzie. Zostań tam dwadzieścia jeden dni. Po tym czasie nie będziesz już człowiekiem.


Co się stało? Skąd ta przemiana – z poetyckiej dziewczyny czekającej na macie do nagiej, czerwonej, biegnącej po nocnych ulicach demonicy?

Może. Ale jest w tym przesunięciu coś bardziej subtelnego. To nie tak, że ktoś wymyślił nową Hashihime. Ktoś usłyszał starą, wsłuchał się w wąską matę i samotny rękaw, i zapytał: a co się dzieje, kiedy taka kobieta w końcu nie wytrzyma?

Wśród około dwustu czterdziestu sztuk, które do dziś tworzą podstawowy repertuar nō, znajduje się jedna o tytule Kanawa (鉄輪, „Żelazny trójnóg”). Autor anonimowy. Datowanie ogólne: piętnasty wiek. Kiedyś próbowano ją przypisać Zeamiemu, najwybitniejszemu z dramaturgów nō, ale obecnie katalogi podają zdecydowane: „autor nieznany”. Tekst nigdy się do nikogo nie przyznał.

W drugiej części (nochi-ba) kobieta wraca, ale już jako demon. Aktor nakłada maskę zwaną hashihime albo namanari (生成り, „półdemon”, dosłownie „w trakcie stawania się”). Tańczy przed Seimeiem, deklaruje prawo do zemsty. Mistrz używa swojej magii, ona musi się wycofać. Ale – i to jest ważne – sztuka nie kończy się jej śmiercią. Sztuka kończy się jej zniknięciem w cieniu. Z deklaracją: jeszcze wrócę.
To finał, który wstrząsa, jeśli się weń wsłucha. Bo nō, w przeciwieństwie do europejskiego dramatu, rzadko karze. Hashihime nie zostaje pokonana w sensie moralnym. Zostaje powstrzymana, wycofana, ale jej racja – jej shūnen, o którym za chwilę – pozostaje nieukojone. Ona nadal jest kobietą, która została zostawiona. Magia mistrza Seimei tymczasowo zatrzymuje skutki, ale nie wymazuje przyczyny.

Trzy wieki po Kanawie, w roku 1779, w Edo – już zupełnie innym świecie, świecie ukiyo-e i mieszczańskiej kultury – artysta Toriyama Sekien wydaje swoją drugą książkę o yōkai: „Konjaku Gazu Zoku Hyakki” (今昔画図続百鬼, „Ilustrowana procesja stu demonów dawnych i obecnych, ciąg dalszy”). Wśród rycin znajduje się też Hashihime. Sekien rysuje ją siedzącą pod mostem Uji, z rozpuszczonymi włosami, z dziwnym, spojrzeniem skierowanym w bok. Krótki podpis: bóstwo Hashihime mieszka pod mostem Uji w prowincji Yamashiro. Oto jej obraz.
To było ostateczne zamknięcie ikonografii. Od Sekiena każdy następny artysta, który będzie rysował Hashihime, będzie cytował tę kompozycję. I tak dziewczyna z wąskiej maty z dziewięćset piątego roku stała się w wyobraźni Japończyków stałym, rozpoznawalnym obrazem demonicznej zazdrości. Tysiąc lat ewolucji jednej postaci, od liryki przez epikę przez teatr do plakatu. I na tym, mówiąc szczerze, powinniśmy się zatrzymać.
Bo to wszystko, co dało się powiedzieć o Hashihime z zewnątrz. A teraz pora wejść w środek.

Hashihime nie zgrzeszyła. Hashihime stała się czymś innym.
To brzmi jak gra słów, ale w buddyjskiej psychologii, na której oparta jest japońska kultura emocji, różnica jest fundamentalna. Buddyzm zna pojęcie shūnen (執念) – dosłownie „lepkiej myśli”, przywiązania, które nie odpuszcza. Pierwszy znak, 執, oznacza „chwytać”, „trzymać kurczowo” – ten sam, który występuje w słowie shūchaku (執着, „obsesja”). Drugi, 念, oznacza myśl, ale myśl świadomą, uważną, wpisaną w obecność umysłu. Razem shūnen to myśl, która chwyta i nie puszcza. Nie tyle obsesja w psychologicznym sensie europejskim, ile pewien stan, w którym świadomość zostaje przyklejona do jednego punktu, a wszystko inne wokół zaczyna z tej perspektywy znikać.

Dlatego „Heike” opisuje ją jako ikiryō (生霊, „żywy duch”), a nie zwykłego demona. Ona nie zmarła i nie odrodziła się. Ona przeszła linię człowieczeństwa za życia, w ciele, którego organiczna materia jeszcze trwa. To jest najbardziej niepokojąca część legendy. Demon, który przyszedł z piekła, jest w pewnym sensie zrozumiały – ma swoje miejsce w kosmologii. Ale demon, który jeszcze parę miesięcy temu leżał na macie i tęsknie czekał – to już jest coś innego.

Ta pozamoralność japońskiej narracji, bardzo różna od europejskiej tradycji, w której nawet historie zemsty muszą się kończyć moralną oceną, nie znaczy, że Japonia jest lepsza albo gorsza. Oznacza tylko, że pracuje innymi narzędziami. Tu przemiana emocjonalna nie jest grzechem. Jest faktem natury, jak deszcz. Można się jej bać, można się przed nią chronić, ale nie można jej ocenić w kategoriach winy. Tak jak nie da się oceniać w kategoriach winy zimy.
To zmienia wszystko, co potem da się o tej historii powiedzieć.

To szczegół, który łatwo przeoczyć, bo wydaje się tylko folklorystycznym detalem. A jest fundamentem kulturowym.
Sięgnijmy po europejskie porównanie. W tragediach greckich kobieta porzucona albo zdradzona zna dwie drogi. Może umrzeć z rozpaczy – jak Dejanira, która z miłości i strachu przed utratą męża wysłała mu zatrutą szatę, a potem zabiła się sama; jak Dydona, która rzuciła się na miecz, kiedy Eneasz odpłynął z Kartaginy. Albo może się zemścić, i wtedy jej zemsta jest aktem hybris, pychy, naruszenia kosmicznego porządku. Klitajmestra zabija Agamemnona i ginie z ręki własnego syna. Medea zabija własne dzieci i ucieka na rydwanie zaprzężonym w smoki, ale ucieka od boskiego porządku, nie z jego błogosławieństwem. Hybris nigdy nie jest bezkarna. Bogowie albo karzą wprost, albo zimnym milczeniem zadają cios.
Skąd ta różnica? Nie z różnicy w poziomie współczucia ani w surowości moralnej. Z różnicy w tym, jak patrzymy na harmonię świata.
W japońskim shintoizmie, z którego pochodzi bóstwo Kifune, świat nie dzieli się na czyste i nieczyste w sensie moralnym. Dzieli się na to, co jest w równowadze, i to, co tę równowagę zaburzyło. Krzywda kobiety, którą mąż zostawił dla innej, jest realnym zaburzeniem, realnym pęknięciem w tkance świata. To pęknięcie domaga się zamknięcia. Nie ma przy tym znaczenia, że zamknięcie będzie się odbywało przez krew, nie ma znaczenia czyją i czy był on czy ona winny. Ważne jest tylko, żeby nieusunięta krzywda nie zaczęła gnić w społeczności, żeby jak najszybciej przywrócić harmonię.


To niewygodna myśl dla kogoś wychowanego w europejskiej tradycji. Ale myśl, która tłumaczy, dlaczego Hashihime jest do dziś bóstwem ze świątynią i można składać do niej modły. Nie jest symbolem zazdrości czy przestrogą. Jest bytem, który został wysłuchany. I dlatego można do niej przyjść po pomoc, kiedy samemu staje się przed podobnym pęknięciem.


Co ona ma teraz zrobić? Nie ma sądu, do którego może się odwołać, bo małżeństwo nie jest aktem prawnym wymagającym rozwiązania. Nie ma instytucji religijnej, która interweniuje, bo świątynie buddyjskie i shintoistyczne nie mieszają się w prywatne sprawy małżeńskie. Nie ma rodzinnej pomocy, jeśli rodzice już nie żyją lub stracili wpływy. Nie ma sąsiedzkiej presji, bo sąsiedzi żyją w swoich własnych dramatach takiej samej natury. Nie ma psychologa, terapeuty, grupy wsparcia, książek samopomocy, mediacji. Nie ma nic.
Kobieta ma tylko swoje ciało. I rytuał. Te dwie rzeczy zostają.

Heian-kyo zamyka okiennice po zmroku, bo Hashihime ma głos. Jej głos jest formą krzyku, którego nikt nie chce słuchać, ale każdy musi słyszeć.
Tu jest centralna obserwacja tej historii i powód, dla którego po tysiącu lat ona wciąż coś znaczy. Hashihime to studium tego, co się dzieje, kiedy emocja nie znajduje żadnej formy społecznej, w której mogłaby zostać wyrażona, wysłuchana, przepracowana. Emocja, która nie ma formy, znajduje sobie formę sama. A forma, którą sobie znajduje, kiedy jest zostawiona do samodzielnej improwizacji, bywa potworna.
Mówię o kobiecie z czasów Heian, ale to nie jest historia tylko o jej epoce. Każda epoka ma swoje grupy ludzi, którym system nie daje języka. Kiedy taki ktoś w końcu krzyknie, bo musi, my słuchający mamy odruch powiedzieć: przesadza, radykalizuje się, traci perspektywę. Łatwo to powiedzieć, kiedy ma się swoje słowa, swoje sądy, swoje zgromadzenia, swoje miejsca, w których można usiąść i zostać wysłuchanym. Ale krzyk pojawia się tam, gdzie nie ma rozmowy.

Hashihime na początku zabija konkretne osoby. Rywalkę, jej rodzinę, rodzinę byłego męża. To jeszcze racjonalne cele zemsty z jej własnej perspektywy. Bo to ludzie, którzy stali między nią a tym, czego chciała.
Ale potem „Heike” opisuje coś dziwnego. Po wyczerpaniu listy uzasadnionych celów Hashihime nie zatrzymuje się. Zaczyna zabijać przypadkowych mieszkańców Heian-kyo. Mężczyzn, kobiety, starców i dzieci. Bez celu. Bez konkretnej krzywdy do wyrównania. Po prostu zabija.

Chce być widziana.

To rzecz, którą piętnastowieczna sztuka nō powiedziała o psychice nieprzepracowanej krzywdy z precyzją, do której psychologia europejska doszła dopiero pod koniec dwudziestego wieku, kiedy zaczęła badać dynamikę traumy niewypowiedzianej. Trauma, która nie znalazła słuchacza, w pewnym momencie przestaje szukać konkretnego sprawcy. Zaczyna szukać samego faktu, że świat dalej toczy się, jakby nigdy nic. I temu faktowi wypowiada wojnę.
To paradoksalnie czyni demonicę Hashihime postacią bardzo ludzką.




Chcą, żeby przecięła jakąś relację. Chcą się rozwieść. Chcą się wydostać z romansu. Chcą zerwać z toksycznym przyjacielem. Chcą skończyć z manipulującym rodzicem. Chcą wyrwać się z pułapki, jaką stała się dla nich praca. Hashihime jako bóstwo enkiri (縁切り, „przecięcie więzi”) wysłuchuje takich próśb od dawna. Kobiety i mężczyźni piszą prośbę na drewnianej tabliczce, wieszają, modlą się, idą.

Mit nie jest tu ostrzeżeniem: nie bądź jak ona. Mit jest modelem: człowiekowi takie coś może się również przydarzyć. Można nie wytrzymać. I to też ma swoje miejsce w porządku świata. Można dotrzeć tak daleko, że się przestanie być sobą. I to też zostanie wysłuchane.

Co byśmy zrobili, gdybyśmy mieli swoją Hashihime? Nie świątynię. Nie folklor. Tylko świadomość, że pewne emocje nie są grzechem ani patologią, tylko reakcją, na którą trzeba mieć w społeczności gotowe miejsce. Co by się zmieniło, gdybyśmy nie szli do niewysłuchanej ze słowami „opamiętaj się”, ale ze słowami „rozumiem, dlaczego doszłaś do miejsca, w którym jesteś”?
Źródła
1. Goff, Janet. Noh Drama and The Tale of Genji: The Art of Allusion in Fifteen Classical Plays, 1991.
2. McCullough, William H. „Japanese Marriage Institutions in the Heian Period”. Harvard Journal of Asiatic Studies 27 (1967)
3. Yoda, Hiroko & Alt, Matt (przekład i red.). Japandemonium Illustrated: The Yokai Encyclopedias of Toriyama Sekien, 2017.
4. 小松和彦. 妖怪学新考 (Komatsu Kazuhiko, Yōkaigaku shinkō, „Nowe rozważania nad badaniami yōkai”). Kōdansha gakujutsu bunko, Tokio 2007.
5. 『謡曲集』 (Yōkyokushū, „Antologia tekstów nō”), Nihon koten bungaku taikei, Iwanami Shoten, Tokio.
6.『新編日本古典文学全集 古今和歌集』 (Shinpen Nihon koten bungaku zenshū: Kokin Wakashū, „Nowa pełna antologia japońskiej literatury klasycznej: Kokin Wakashū”), Shōgakukan, Tokio.
>> PODOBNE ARTYKUŁY:
Chimeryczne maski teatru Noh – forma prawdziwsza od treści
A co, jeśli zdejmiesz maskę… a pod maską nie ma nic? Nopperabō.
Górska wiedźma Yamanba – kobieca dzikość, która przerażała mężczyzn patriarchatu tradycyjnej Japonii
Opowieść młodej Takao z Yoshiwary – bezduszna historia pod powierzchnią pięknej legendy
Urodzone w piekle, pochowane w Jōkanji – co uczyniono tysiącom kobiet Yoshiwary?
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!