
Oni (鬼) przekory – i wcale nie siedzi tylko w małych dzieciach
Powiedz dwulatkowi, żeby nie dotykał kubka z gorącą herbatą. Popatrz, co robi jego ręka. Palce, przed chwilą zajęte czymś zupełnie innym, jakby prowadzone osobną wolą, ruszają dokładnie w tamtą stronę. Dziecko patrzy ci przy tym prosto w oczy, powoli, żeby mieć pewność, że widzisz. Nie chce herbaty. Nie chce się poparzyć. Nie ma nawet pojęcia, co znaczy się poparzyć. Chce jednej jedynej rzeczy: żeby to ono decydowało, dokąd powędruje jego dłoń.
Z tego się podobno wyrasta. Podobno, bo ten sam ruch wraca później w subtelniejszych przebraniach, tyle że przestajemy go rozpoznawać. Ktoś życzliwy daje ci radę tak celną, że nie da się jej zbić, i właśnie dlatego zaczynasz w duchu szukać w niej dziury. Lekarz każe rzucić palenie, a papieros po wyjściu z przychodni smakuje lepiej niż przez cały miniony rok. W kłótni z góry przegranej, bo od początku wiesz, że druga strona ma rację, brniesz dalej tylko po to, żeby nie musieć tego przyznać. Nie o herbatę tu idzie ani o pierwotny powód kłótni, którego i tak już nikt nie pamięta. Idzie o to drobne, twarde „a właśnie że nie”, które podnosi łeb dokładnie w chwili, gdy ktoś obok ewidentnie wie lepiej.
Dawno temu na japońskich wyspach ktoś dał temu głosowi ciało. Ulepił z niego małego demona, złośliwego i przebiegłego yōkaia, wielkości dziecka. Wpisał go w baśnie o tkaczkach i weselnych orszakach, wyrzeźbił pod stopami świętych posągów, zostawił w jednym słowie, którego Japończyk używa po dziś dzień, gdy mówi o kimś przekornym. Ten demon nie namawia cię po prostu do złego, to byłoby zbyt oczywiste. Robi coś sprytniejszego. Najpierw czyta, czego naprawdę pragniesz. A potem podsuwa ci dokładną odwrotność i przygląda się z boku, jak własnymi rękami sobie szkodzisz. Dobrze go poznać, bo mieszka bliżej niż zwykle nam się wydaje. Amanojaku (天邪鬼 – „demon skrzywionego nieba”) – powstał w Japonii, ale widywałem go przynajmniej równie często w Polsce. Poznajmy go dziś bliżej.

Demon pod stopami
W półmroku japońskiej świątyni, u stóp posągu Bishamonten – wojownika w zbroi, jednego z czterech niebiańskich królów pilnujących stron świata – kuli się coś małego. Wykrzywiona twarz, ciało skręcone pod ciężarem pancernego buta. Bóstwo depcze je całym swoim majestatem, a demon nie ginie. Wierci się, przygnieciony, z miną kogoś, kto za moment spróbuje jeszcze raz. To jaki (邪鬼), demonek namiętności, którego buddyzm kazał deptać, bo inaczej deptałby nas. W tym wykręconym karku dawni rzeźbiarze zamknęli wszystko, co w człowieku nie chce słuchać: pychę, ślepy gniew, upór dla samego uporu. Przeszkody wewnątrz naszego umysłu, ciągnące z powrotem w krąg cierpienia, mają w buddyzmie własne słowo – bonnō (煩悩), żądze i złudzenia.
Ten wojownik nie stoi tam sam. Bishamonten należy do czwórki niebiańskich strażników, shitennō (四天王), rozstawionych po czterech stronach świata u wejścia do świątyni, i każdy z nich depcze podobnego demona. Rzeźbiarze z epok Nara i Heian rozumieli, że siła bóstwa nie robi wrażenia, dopóki nie widać, co ono trzyma w ryzach. Dlatego „chochlik” pod stopą nie jest martwy ani nawet spokojny. Ma napięte mięśnie, wykrzywioną twarz, czasem podniesioną rękę, jakby chciał odepchnąć z odrazą stopę boga. Namiętności, które ucieleśnia, nie da się zabić raz na zawsze. Można je tylko trzymać przygniecione, dzień po dniu, całym ciężarem uwagi. Kto próbował rzucić nałóg albo utrzymać cierpliwość wobec własnego dziecka po nieprzespanej nocy, wie o tym więcej niż niejeden mnich lub teolog.
Ten sam demon nosi imię, które przetrwało w mowie potocznej do dziś. Amanojaku (天邪鬼). Trzy znaki. 天 to niebo, 邪 – skrzywienie, przewrotność, zło, 鬼 – oni, demon. Czytane razem bywają tłumaczone jako „demon mieszający szyki niebu”, i taką wykładnię podają słowniki. Rzecz w tym, że znaki dopasowano wtórnie, do słowa krążącego już w mowie znacznie wcześniej. Ten demon nie urodził się w świątyni. Przywędrował do niej ze starszej, rodzimej opowieści, a mnisi po prostu przykleili jego imię do postaci, jaką mieli już pod ręką – do przygniecionego stopą chochlika.
Zlanie dwóch tradycji poszło gładko dzięki fonetycznemu przypadkowi. W Chinach istniał wodny demon zapisywany 海若 (chin. Hǎiruò). Gdy jednak te same znaki odczytać po japońsku, wychodzi z nich amanojaku – i to brzmieniowe echo wystarczyło, żeby rodzimy psotnik i importowana zmora zrosły się w jedno. Ten drugi, rodzimy trop prowadzi w ciekawsze rejony, bo tam demon nie jest jeszcze chochlikiem pod czyjąś stopą. Bywa potężną siłą.
W
folklorze japońskiej prowincji amanojaku nieraz urasta do rozmiarów olbrzyma, a jego przekora zyskuje rozmach geologiczny. Na półwyspie Izu i w okolicach Hakone opowiadano, że próbował zburzyć górę Fuji; ziemia, którą przy tym rozsypał, utworzyła wyspę Izu Ōshima. W dawnej krainie na terenie dzisiejszej Okayamy układał nocą kamienie, żeby podwyższyć górę, ale świt zaskoczył go tuż przed końcem i porzucił robotę. W stronach należących dziś do Hyōgo zabrał się do budowy mostu między szczytami i przerwał w pół drogi. Wszędzie ten sam wzór: wielki zryw i nagłe zaniechanie tuż przed metą. Gdziekolwiek na grani leżał samotny głaz nieznanego pochodzenia albo stał mur, który nie wiadomo kto postawił, tłumaczono to jego robotą. Demona, co zaczyna z ogromną siłą i nigdy nie kończy. Coś w tym obrazie zapowiada już całą resztę tej opowieści.

Nie zawsze budził grozę. W wielu opowieściach amanojaku jest raczej błaznem niż potworem, drobnym utrapieńcem robiącym ludziom na złość z czystej uciechy z psoty. Taki los spotyka niejednego demona, gdy przestajemy się go bać: groźny duch schodzi do roli domowego straszydła, którym matki straszą dzieci, a na końcu do roli błazna. W tej podwójności mieści się cała prawda o przekorze. Bywa niszczycielska i bywa śmieszna, czasem jednocześnie, bo z boku upór dla samego uporu wygląda pociesznie, a od środka odczuwa się go niczym sprawę najwyższego honoru.

Demon czyta serce
W rodzimych opowieściach amanojaku nie jest brutalem. Jego bronią jest to, że wie. Podsłuchuje ludzkie serce, wyławia z niego skryte pragnienie, wstydliwą nadzieję, nienazwany lęk, i zaczyna grać przeciw właścicielowi. Przedrzeźnia, podpuszcza, przeinacza każde słowo. Echo, które w górach odbija się od zboczy i wraca zniekształcone, w kilku japońskich regionach nazywano właśnie jego imieniem; ten głos, yamabiko (山彦), to podobno amanojaku powtarzający cudze słowa. Zawsze odpowiada. Nigdy tak, jak trzeba. Jest tobą, odbitym w krzywym zwierciadle.
Gdyby ten demon usiadł naprzeciw psychologa, tamten rozpoznałby go bez trudu i nadał mu nudniejsze imię: reaktancja. W 1966 roku amerykański badacz Jack Brehm opisał w pracy „A Theory of Psychological Reactance” zjawisko, które każdy zna z własnej skóry, choć rzadko je nazywa. Kiedy człowiek czuje, że ktoś odbiera mu swobodę wyboru, budzi się w nim popęd, żeby tę swobodę odzyskać. Najprostszy sposób jest zarazem najgłupszy: zrobić dokładnie to, czego zakazano. Owoc zakazany nie dlatego staje się słodszy, że jest lepszy, tylko dlatego, że ktoś go zakazał.
Jedną z wersji tej sceny opowiada kultura Bliskiego Wschodu. W ogrodzie było mnóstwo drzew, a człowiek sięgnął akurat po ten jeden owoc z tego jednego drzewa, którego zakazano mu tknąć. Nie znamy nawet gatunku, bo to bez znaczenia, choć przedstawiany jest współcześnie na Zachodzie głównie jako jabłko; liczy się wyłącznie zakaz. Gdyby nikt nie wskazał tamtego drzewa palcem i nie powiedział „tylko nie stąd”, cała historia potoczyłaby się inaczej, a może w ogóle by jej nie było. Ktokolwiek ułożył tę opowieść, rozumiał ludzką przekorę na długo przedtem, nim ktokolwiek zdołał ją zmierzyć w laboratorium.
Brehm zmierzył ją na dzieciach i słodyczach, co ma pewien wdzięk, zważywszy, o czym mówimy. W eksperymencie przeprowadzonym z Thomasem Hammockiem dzieci miały wybrać jeden z kilku batoników. Gdy prowadzący znienacka oznajmiał, że akurat tego jednego wybierać nie wypada, właśnie po niego sięgały najczęściej. Zakaz nie zniechęcał. Zakaz robił z batonika trofeum.
Tu tkwi rzecz, którą łatwo przeoczyć, choć wywraca całą sprawę. Reaktancja nie dotyczy batonika. Dotyczy tego, kto o batoniku mówi. Ten sam papieros, ta sama butelka, ta sama rada brzmią inaczej w zależności od tego, czy sam do nich dochodzisz, czy ktoś ci je wciska. Dlatego kampanie zdrowotne potrafią przynosić skutek odwrotny do zamierzonego; zbyt natarczywe „nie pij”, „nie pal”, „musisz przestać” u części odbiorców nasila dokładnie to, co miało wygasić. Badacze komunikacji nazywają to efektem bumerangu i wiedzą swoje: im mocniej naciskasz, tym mocniej rzecz wraca. Demon czytał serce po to, żeby je 邪 - „przekręcić”. Reaktancja robi to samo. Nie obchodzi jej, co jest dobre. Obchodzi ją, kto tak twierdzi.
Historia zna kosztowne dowody tej przekory. Amerykański program profilaktyki narkotykowej D.A.R.E., przez dekady wprowadzany do szkół, w którym policjanci tłumaczyli dzieciom, dlaczego mają nie brać, w wielu badaniach okazał się nieskuteczny, a bywało, że młodzież po nim sięgała po używki nie rzadziej, lecz częściej. Hasło „po prostu powiedz nie”, sztandar tej krucjaty z lat osiemdziesiątych, dla nastolatka wyczulonego na każde narzucenie brzmiało jak zaproszenie. Bo nastolatek słyszy w rozkazie nie troskę, lecz rękę na swojej wolności, i odruchowo tę rękę odtrąca.
Późniejsi badacze rozłożyli tę reakcję na czynniki pierwsze. James Dillard i Lijiang Shen pokazali w 2005 roku, że reaktancja to splot dwóch rzeczy naraz: gniewu i gorączkowego szukania kontrargumentów. Najpierw robi ci się gorąco, że ktoś próbuje cię urabiać, a zaraz potem głowa sama zaczyna produkować powody, dla których tamten się myli. Jedno napędza drugie, aż rośnie przekonanie, że miało się rację od początku. Psychologia potrzeb dokłada do tego jeszcze jedno. Edward Deci i Richard Ryan, twórcy teorii autodeterminacji, umieścili autonomię, poczucie, że sam kieruję swoim życiem, wśród podstawowych potrzeb człowieka, tuż obok więzi z innymi i poczucia własnej sprawności. Zabierz komuś to poczucie, a zareaguje jak na głód albo ból. Demon przekory nie jest więc kaprysem. Jest strażnikiem czegoś, bez czego trudno znieść własne życie.
Brehm nie był naiwny i nie twierdził, że działa to zawsze. Postawił warunki. Naruszana swoboda musi być odczuwana jako twoja i musi być dla ciebie ważna, a sam nacisk musi wydać się bezprawny. Nikt nie buntuje się przeciw temu, że nie wolno przechodzić przez ruchliwą jezdnię na czerwonym, bo tej swobody nigdy nie uważał za swoją. Ale powiedz dorosłemu, jak ma wychowywać własnego syna, jak prowadzić własną firmę, kogo ma kochać, a dotkniesz wolności, o którą będzie się bił, choćby miał bić się przeciw własnemu dobru.
Skoro zakaz podnosi cenę rzeczy, przekorą da się sterować, i ludzie robią to od dawna. Rodzic, chcąc, żeby dziecko zjadło warzywa, oznajmia z powagą, że brokuły są tylko dla dorosłych. Sprzedawca dokleja na metce „ostatnie sztuki”, bo niedostępność podkręca pożądanie skuteczniej niż każda pochwała towaru. Najgłośniejszy przykład psychologia ochrzciła efektem Romea i Julii: w badaniu z 1972 roku troje amerykańskich socjologów zauważyło, że im mocniej rodzice sprzeciwiali się związkowi, tym silniej para lgnęła do siebie. Późniejsze próby powtórzenia tego wyniku wypadały różnie i sam efekt bywa dziś podważany, ale intuicja, co za nim stoi, trzyma się mocno, bo każdy zna kogoś, kto pokochał niewłaściwą osobę tym goręcej, im głośniej wszyscy dokoła odradzali.
Internet dorobił się nawet osobnej nazwy na tę prawidłowość. Mówi się o efekcie Streisand, odkąd pewna aktorka próbowała sądownie usunąć z sieci zdjęcie swojej nadmorskiej posiadłości, a w rezultacie obejrzały je miliony ludzi, którzy wcześniej nie mieli pojęcia o jej istnieniu. Próba ukrycia czegoś działa jak reflektor. Zakaz publikacji rozgłasza, cenzura reklamuje, a im usilniej ktoś każe nie patrzeć, tym trudniej oderwać wzrok. To reaktancja w skali tłumu, ten sam demon, tyle że powielony w milionach głów naraz.

Upadek bogini, która czytała niebo
Skąd wziął się demon czytający serca? Najstarszy trop prowadzi nie do potwora, ale do bogini.
W kronikach „Kojiki” i „Nihon Shoki”, spisanych na początku VIII wieku, pojawia się Amanosagume (天探女). Jej imię mówi, kim była: znawczynią rzeczy skrytych – ruchu nieba, przyszłości, cudzych myśli. Wieszczka, szamanka wśród bogów. W micie o schodzeniu bóstw na ziemię towarzyszy młodemu Ame-no-wakahiko, który dostał od niebios łuk i strzały wraz z zadaniem spacyfikowania krainy śmiertelników, ale zamiast wrócić z misji, ożenił się z córką ziemskiego pana i przez osiem lat milczał. Niebo wysłało po niego bażanta. Gdy ptak przysiadł przed domem i zaczął dopominać się wyjaśnień, to Amanosagume wychwyciła w jego głosie coś złowieszczego i podszepnęła panu: zabij go. Ame-no-wakahiko sięgnął po niebiańską strzałę i przeszył bażanta na wylot. Strzała nie zatrzymała się w ptaku. Poleciała dalej, aż pod samo niebo, skąd ciśnięto ją z powrotem. Trafiła śpiącego łucznika prosto w pierś.
Ta scena nie jest przypadkową awanturą, i trzeba wiedzieć, w jakim momencie się rozgrywa. Bogowie z Równiny Wysokiego Nieba postanowili odebrać ziemię jej dotychczasowym władcom i słali kolejnych posłańców, żeby przygotowali grunt. Ame-no-wakahiko był jednym z nich i sprzeniewierzył się zadaniu. Bażant posłany na zwiady nosił imię Nakime, „płacząca”. Usiadł na drzewie przed domem odszczepieńca i wyśpiewał w głos pytanie, dlaczego tamten milczy od ośmiu lat. Wtedy odezwała się Amanosagume: ten ptak źle wróży, zabij go. Nie skłamała nawet. Ptak faktycznie przynosił złą nowinę dla kogoś, kto zdradził.
W tej scenie jest zwięzła, okrutna sprawiedliwość, a Japończycy wyprowadzili z niej nawet przysłowie o strzale, co wraca do tego, kto ją wypuścił. Kroniki zapamiętały Amanosagume źle. Inne bóstwa dostają w tekście tytuły czci; ją woła się po imieniu, nago, bez żadnego dostojeństwa, jak kogoś napiętnowanego. Z czasem badacze japońskiego folkloru uznali, że słowo amanojaku to zniekształcone echo właśnie jej imienia. Bogini umiejąca czytać wolę nieba spadła do rangi chochlika, co czyta ludzkie serca wyłącznie po to, żeby je przekręcać. Dar się nie zmienił. Zmienił się jego kierunek.
Językoznawcy nazywają taki proces zniekształceniem fonetycznym, tenka (転訛): słowo obsuwa się w wymowie z pokolenia na pokolenie, aż traci związek ze swoim źródłem. Wielki słownik języka japońskiego wywodzi amanojaku od imienia Amanosagume, przez formy pośrednie, w których „sagume” stopniało do „jaku”. Znaczy to, że zanim demon dostał swoje trzy złowieszcze znaki, był zniekształconym echem imienia zapomnianej bogini. Nawet jego nazwa jest przekorna.
Druga nić rodowodu jest jeszcze dziwniejsza i tu muszę być uczciwy co do źródła. W okresie Edo uczeni wygrzebali ją z tekstu zwanego „Sendai Kuji Hongi”, który już wtedy uchodził za apokryf, za późną podróbkę udającą pradawną kronikę. Encyklopedysta Terajima Ryōan wpisał ją około 1712 roku do wielkiego kompendium „Wakan Sansai Zue” (和漢三才図会), a rysownik Toriyama Sekien uwiecznił w 1779 roku w swoim atlasie demonów. Mowa o Amanozako (天逆毎). Miała narodzić się z gniewu, z mōki (猛気) – dzikiej energii nagromadzonej w trzewiach boga burzy Susanoo i wyplutej przez niego, aż przybrała kształt bogini. Ciało niemal ludzkie, głowa zwierzęca, nos wysoki, uszy długie, kły twarde na tyle, że przegryzały miecz. Nie znosiła, gdy coś działo się nie po jej myśli, a całą jej naturę streszcza jedno zdanie z dawnych ksiąg: co po lewej, nazywała prawym, co z przodu – tyłem.
Ta genealogia coś mówi. Amanozako rodzi się nie z rozmysłu, tylko z gniewu, z nadmiaru dzikiej energii, której bóg nie umiał w sobie utrzymać. Przekora ma w micie tę samą temperaturę co wściekłość. Nie jest chłodną kalkulacją, tylko wybuchem, odruchem ciała szybszym od myśli. Jej potomstwo, długonose tengu (天狗), przez wieki straszyło w japońskich górach jako duchy pychy (więcej o nich piszę tu: Tengu – japoński archetyp mistrza, który zawiódł, lecz uczył dalej): mnisi, co zadarli nosa, kapłani zżarci próżnością, wojownicy zakochani we własnej sile mieli po śmierci odradzać się właśnie jako te leśne demony z czerwoną twarzą. Pycha i przekora wyrastają z jednego korzenia. Oba mówią „ja wiem lepiej”, tyle że przekora dodaje: „a już na pewno lepiej niż ty”.
Zestaw te dwie postacie obok siebie, a zobaczysz cały łuk upadku. Amanosagume czyta niebo. Amanozako odwraca każdy jego wyrok. Między jedną a drugą rozgrywa się to, co reaktancja robi z ludzką wolnością. Sprzeciw ma sens, dopóki czemuś służy: broni granicy, chroni godność, mówi „nie” tam, gdzie „tak” byłoby zdradą siebie. W Amanozako sprzeciw przestał służyć czemukolwiek prócz samego sprzeciwiania się. Przekora bez przedmiotu. „Nie”, które niczego już nie broni, tylko przeczy, bo przeczenie stało się jedynym sposobem czucia, że się w ogóle istnieje.

Skóra dziewczyny z melona
Najokrutniejszą lekcję o tym demonie zostawiła baśń dla dzieci.
Opowieść o Uriko-hime (瓜子姫), dziewczynce z melona, znano w całej Japonii w dziesiątkach wariantów. Bezdzietne starsze małżeństwo znajduje w rzece melona, a w środku maleńką dziewczynkę. Wychowują ją jak własną. Wyrasta na cichą, piękną tkaczkę, która śpiewa przy krośnie. Pewnego dnia staruszkowie wychodzą do miasta, zostawiają ją samą i przestrzegają: nie otwieraj nikomu. Wtedy przychodzi amanojaku. Prosi, żeby uchyliła drzwi na szparę, tylko na moment, tylko odrobinę. Jest tak natrętny, że w końcu ustępuje. To wystarcza.
Ta opowieść należała do żelaznego repertuaru japońskich bajek ludowych, mukashibanashi (昔話), przekazywanych ustnie przy palenisku długo przedtem, nim ktokolwiek je spisał. Krążyła w setkach wersji, region po regionie, i w każdej demon robił coś nieco innego, lecz rdzeń trzymał się ten sam: zakaz, jego złamanie i podszycie się pod ofiarę. Folkloryści tacy jak Kunio Yanagita, ojciec japońskich badań nad podaniami, i jego uczeń Kizen Sasaki, spisujący historie z ubogiej, chłodnej krainy Tōhoku, ocalili te opowieści w chwili, gdy telegraf i kolej zaczynały je wypierać z pamięci. Dzięki nim wiemy, jak brutalne potrafiły być bajki, którymi usypiano dzieci.
W łagodnych wersjach z zachodu Japonii demon wywabia dziewczynkę, wiąże ją albo sadza na drzewie i sam podszywa się pod nią, ale na końcu ktoś ją ratuje. Wersje z północnego wschodu nie mają litości, i to je zapamiętano najlepiej. Tam amanojaku prowadzi Uriko-hime pod drzewo persymony, namawia, żeby weszła wysoko po owoc, a gdy dziewczynka jest już u szczytu, potrząsa pniem tak długo, aż spada i ginie. Ale to nie koniec. Zdziera z martwej twarzy skórę, naciąga ją na siebie, wkłada jej kimono i wraca do domu jako Uriko-hime. Starzy rodzice niczego nie widzą. Demon w skórze ich córki zasiada w weselnej lektyce i rusza w orszaku, żeby w jej miejsce, pod jej imieniem, wyjść za mąż. W najczarniejszych odmianach z ciała dziewczynki gotuje się potrawę i podaje staruszkom, a tam, gdzie porzucono zwłoki demona, jego krew zabarwiła łodygi gryki na czerwono – ślad bardzo starego wyobrażenia, że z rozczłonkowanego ciała rodzą się rośliny.
Motyw podmienionej dziewczyny, w której skórze chodzi ktoś obcy, nie jest wyłącznie japoński. Baśń o Uriko-hime bywa zestawiana z rozsianą po Europie, Turcji i Indiach opowieścią o trzech owocach, skąd wychodzą panny, i o fałszywej narzeczonej zajmującej miejsce prawdziwej. Wyobraźnia wielu ludów krążyła wokół tego samego lęku: że na weselu, przy stole, we własnym łóżku zasiądzie ktoś, kto nosi znajomą twarz, a jest kimś zupełnie innym. Japoński demon dopowiada do tego lęku rzecz mroczniejszą. Ów obcy w znajomej skórze nie musi przychodzić z zewnątrz. Czasem sami go w sobie hodujemy, a on wychodzi na świat pod naszym imieniem, robi w naszym życiu porządki po swojemu i długo uchodzi za nas.
Zastanawia, dlaczego akurat twarz. Demon mógłby przywdziać samo kimono i skończyć na tym, ale baśń każe mu zedrzeć skórę z twarzy zabitej i naciągnąć ją na siebie. Twarz to najbliższy znak tego, kim jesteśmy; po niej rozpoznają nas bliscy, po niej sami rozpoznajemy siebie w odbiciu wody. Kiedy przekora bierze górę, zabiera nam coś w środku, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Zostają nasze gesty, nasz głos, nasze imię, nawet twarz, ale decyduje już coś pod spodem, co tylko udaje, że to my. Dlatego starzy rodzice Uriko-hime niczego nie widzą. My też czasem nie dostrzegamy, gdy przy stole naszego życia zasiada ktoś inny w naszej twarzy.
Zauważ, że demon nie mógłby wejść, gdyby nie zakaz. Zdanie „nie otwieraj nikomu” jest zaproszeniem równie mocnym jak klucz zostawiony w zamku. Bez tego jednego ostrzeżenia staruszków nie byłoby dramatu; dziewczynka siedziałaby przy krośnie, a natrętny głos zza drzwi nie miałby czego przekręcać. Przekora potrzebuje granicy tak samo jak ogień potrzebuje powietrza. Musi istnieć jakieś „tak”, żeby dało się rzucić w nie swoje „nie”. Dlatego najciężej z tym demonem tym, którzy żyją wśród samych nakazów: w domu o sztywnych zasadach, w twardej instytucji, pod okiem kogoś wiecznie mówiącego, jak ma być. Im więcej zamkniętych drzwi, tym więcej pokus, by spróbować któreś otworzyć.
Zdejmij z tej sceny kostium grozy, a zostanie precyzyjny opis czegoś, co robimy sobie sami. Psychologia ma na to termin: autosabotaż, a w węższej, dobrze zbadanej odmianie – samoutrudnianie. W 1978 roku Steven Berglas i Edward Jones opisali ludzi, którzy przed ważną próbą sami podkładają sobie nogę. Nie uczą się przed egzaminem. Piją noc przed rozmową o pracę. Wszczynają awanturę w przeddzień czegoś, na czym naprawdę im zależy. Robią to, bo porażka z własnej ręki mniej boli niż porażka mimo szczerych starań. Jeśli sam się potkniesz, ocalisz przynajmniej mit o tym, kim mógłbyś być, gdybyś się przyłożył.
W samym badaniu Berglasa i Jonesa kryła się przewrotność jeszcze większa. Badani, którym wcześniej dano poczuć niezasłużony sukces, przed kolejnym testem chętniej wybierali pigułkę rzekomo pogarszającą wyniki niż tę mającą pomóc. Woleli z góry mieć wymówkę. Skoro raz udało się przez przypadek, druga próba groziła obnażeniem, że za sukcesem nie stało nic prócz szczęścia, więc lepiej było osłabić się samemu i zachować wątpliwość. Ta sama logika stoi za studentem zarywającym noc na grze zamiast na nauce, za sportowcem tłumaczącym porażkę kontuzją przemilczaną do chwili przegranej, za każdym „i tak by mi nie wyszło” wypowiedzianym, zanim się spróbowało. Przekora podsuwa gotową kwestię: nie chciałem, więc się nie liczy. Wygodne kłamstwo skrojone na miarę demona.
Bo od środka czuje się to zupełnie inaczej. Kiedy odrzucasz dobrą radę, nie myślisz „sabotuję się”. Myślisz „nie dam sobą sterować”. Kiedy rzucasz w kłótni zdanie, po którym nie da się już wrócić do tego, co było, udajesz, że wcale ci na tym nigdy nie zależało. Czujesz, że wreszcie postawiłeś na swoim. Przekora jest znakomitym przebierańcem. Umie założyć skórę godności, dumy, niezależności, i w tym przebraniu przeprowadzić cię przez decyzje, których możesz żałować przez lata. W baśni prawdę wyśpiewuje na koniec ptak; dusza zabitej dziewczynki wraca jako mały ptak i wobec całego orszaku oznajmia, kto naprawdę siedzi w lektyce. W życiu rzadko mamy takiego ptaka. Najczęściej demon dojeżdża do celu w naszej skórze, a my orientujemy się dużo, dużo później, że wcale nie tędy chcieliśmy iść.

Na przekór, dziś
Nie trzeba japońskiej baśni, żeby zobaczyć tego demona. Wystarczy dom z małym dzieckiem.
Około drugiego roku życia dziecko odkrywa słowo, które przewraca porządek domu: „nie”. Mówi je na wszystko, także na to, czego samo pragnie. Chce ciastka i mówi „nie”, gdy mu je podajesz, a chwilę później płacze, że go nie dostało. Rodzice nazywają ten czas rozmaicie, zwykle z rozpaczą w głosie. Erik Erikson, psycholog rozpisujący ludzkie życie na kolejne fazy, widział w tym coś innego niż złośliwość. Widział pierwszą wielką pracę nad autonomią. Dziecko właśnie odkryło, że jest osobnym człowiekiem, że ma własną wolę, i sprawdza jej zasięg jedynym narzędziem, jakie ma: sprzeciwem. Jego „nie” nie znaczy „nie chcę ciastka”. Znaczy „to ja tu decyduję o ciastku”. Brzmi znajomo, bo to ten sam ruch, co ręka dwulatka sunąca do zakazanego kubka. Tyle że teraz dostał słowa.
U dorosłego demon nauczył się kamuflażu, ale mechanizm nie drgnął. Im lepszą radę dostajesz, tym mocniej uwiera, że sam na nią nie wpadłeś, więc szukasz w niej rysy. Im pewniej ktoś mówi ci, co masz zrobić, tym większa pokusa, żeby zrobić odwrotnie, choćbyś miał na tym stracić. Nie ma co udawać, że tego nie znamy. Bywają wybory, przy których najsilniejszym argumentem za jedną opcją okazuje się to, że ktoś zbyt natarczywie pchał nas w stronę drugiej. Z wolnością nie ma to nic wspólnego. To jej marna podróbka, bo człowiek naprawdę wolny wybiera to, co dla niego dobre, obojętnie, kto akurat mu to doradza. Przekora daje złudzenie autonomii, a odbiera możliwość podjęcia racjonalnej decyzji.

Ten sam mechanizm, uroczy u dwulatka, u nastolatka bywa polem wojny. Rodzic zakazuje towarzystwa, muzyki, dziewczyny, i patrzy, jak zakaz zamienia zakazane w świętość. Im twardszy nacisk, tym głębszy okop. Mądrzejsi rodzice uczą się tego na własnych błędach, że czasem, żeby nastolatek czegoś nie zrobił, najgorzej jest mu tego wprost zabronić. Wiedzą o tym również ci, którzy chcą nami sterować. Cała gałąź perswazji żeruje na reaktancji, podsuwając rzecz w opakowaniu „to nie dla ciebie”, „pewnie i tak się nie zdecydujesz”, „tylko dla wtajemniczonych”. Demon, który miał bronić naszej wolności, staje się wtedy najłatwiejszą do pociągnięcia dźwignią. Kto zna twoje „a właśnie że nie”, nie musi cię przekonywać. Wystarczy, że ci czegoś odradzi.
Sprytniejsi od sprzedawców obrócili tę samą przekorę tak, żeby ludziom pomagać. W psychoterapii istnieje chwyt zwany intencją paradoksalną: pacjentowi, który nie może zasnąć, terapeuta każe leżeć z otwartymi oczami i za wszelką cenę nie zasypiać. Człowiekowi w panice, że w czasie przemówienia obleje go pot, poleca się, żeby spróbował spocić się jak najobficiej, na pokaz. Wiktor Frankl, wiedeński psychiatra i więzień obozów, wyszedł z nich z przekonaniem, że sensu trzeba szukać nawet w cierpieniu, i opisał tę metodę, widząc, jak lęk topnieje, gdy przestaje się z nim walczyć. Bo objaw karmi się oporem.
Tu przychodzi ważne rozróżnienie. Nie każde „nie” to demon. Zdolność do sprzeciwu bywa najzdrowszym, co w nas siedzi. Kto nie umie powiedzieć „nie”, daje się doić i urabiać, kończy jako wygodne narzędzie w cudzych rękach. Ten sam popęd, który każe dwulatkowi sięgać po zakazany kubek, każe też dorosłemu odmówić udziału w czymś podłym, gdy wszyscy wokół naciskają, żeby się dołączył. Sprzeciw bywa strażnikiem. Chroni to, kim jesteś, przed rozpuszczeniem w cudzej woli.
Różnicę między zdrowym „nie” a demonem łatwo nazwać, patrząc z dystansu, ale trudno wyczuć na gorąco. Zdrowe „nie” broni czegoś, na czym ci naprawdę zależy. Demon broni samego mówienia „nie”. Pierwsze pyta: czego chcę? Drugie pyta jedynie: kto mi każe? Stoicy, których czytam chętniej niż baśnie, powiedzieliby, że wolny nie jest ten, kto robi na przekór, tylko ten, kogo cudza rada ani nie popycha, ani nie odpycha, bo sąd o rzeczy wydaje sam. Kiedy odrzucasz radę, bo ją przemyślałeś i uznałeś za złą, jesteś wolny. Kiedy odrzucasz ją dlatego, że nie znosisz, by w ogóle ci ją tak podawano, demon amanojaku już siedzi w twojej skórze i to on kręci twoją głową.

Głos, który wraca
Wróćmy w góry, gdzie zaczęła się część tej opowieści. Krzyknij w japońskiej dolinie, a usłyszysz, jak twój głos wraca odbity od zbocza. Dawni mieszkańcy tych stron powiedzą, że to amanojaku cię przedrzeźnia; siedzi gdzieś w skałach i powtarza cudze słowa, nigdy wiernie, zawsze z tym drobnym przesunięciem, po którym poznać, że to już nie ty.
Trafna metafora, bo przekora działa tak samo. Nie nachodzi z zewnątrz jak obcy najeźdźca. Jest echem, twoim własnym głosem, który wrócił odwrócony. Nie da się jej zabić, podobnie jak nie sposób zabić chochlika przygniecionego stopą Bishamona; on się tylko wierci i czeka. Można go najwyżej rozpoznać. Usłyszeć w swoim „a właśnie że nie” ten fałszywy ton, to krzywe przesunięcie, i przez jedno uderzenie serca, zanim ręka ruszy do zakazanego kubka, zadać sobie jedno pytanie. Czy naprawdę tego chcę, czy tylko nie znoszę, by ktoś mi zakazywał?
Źródła
1. Jack W. Brehm, A Theory of Psychological Reactance, Academic Press, Nowy Jork 1966.
2. Sharon S. Brehm, Jack W. Brehm, Psychological Reactance: A Theory of Freedom and Control, Academic Press, Nowy Jork 1981.
3. James Price Dillard, Lijiang Shen, „On the Nature of Reactance and its Role in Persuasive Health Communication”, Communication Monographs 72 (2005), s. 144–168.
4. Steven Berglas, Edward E. Jones, „Drug Choice as a Self-Handicapping Strategy in Response to Noncontingent Success”, Journal of Personality and Social Psychology 36 (1978), s. 405–417.
5. Robert Cialdini, Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka, przeł. Bogdan Wojciszke, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne (rozdz. o regule niedostępności).
6. Erik H. Erikson, Dzieciństwo i społeczeństwo (Childhood and Society), Dom Wydawniczy Rebis, Poznań.
7. 村上健司『日本妖怪大事典』角川書店 2005.
8. 寺島良安『和漢三才図会』巻四十四(島田勇雄ほか訳、平凡社・東洋文庫 1987).
9. 佐々木喜善『聴耳草紙』(「瓜子姫」の段).
