



Z prawej strony, jakieś dwadzieścia metrów ode mnie, mężczyzna w piance neoprenowej co chwilę wynurza się z fali z deską pod pachą. Robi to bez pośpiechu. Liczę z roztargnieniem ile razy upadł, jak ktoś liczy ziarna ryżu w misce, bardziej z nudy, niż ciekawości. Daję sobie spokój. Próbuję posłuchać, co tu się właściwie mówi.

Spodziewałem się, że w pewnym momencie krzyknie. Spodziewałem się wściekłego gestu uderzenia pięścią w wodę, niemego wycedzonego „kurr...”. Nic z tego. Surfer obraca się na plecy, kładzie głowę na desce, zamyka oczy. Trwa tak przez kilka oddechów. Potem wiosłuje z powrotem do brzegu, wychodzi z wody, kładzie deskę na piasku, siada obok niej.
Nie sprawia wrażenia kogoś, kto przegrał. Ani zwyciężył. Wygląda jak ktoś, kto coś zrozumiał. Fala jest większa od niego. Tak jest, koniec sprawy.

Wpatruję się w to dłużej, niż wypada. Surfer wyjmuje z plecaczka mandarynkę, obiera ją powoli, jak ktoś, kto wraca z meczu, którego wynik nie miał znaczenia, bo grało się dla samej gry.

Patrzę na niego z przerwami przez może godzinę. Słońce w tym czasie schodzi zdecydowanie w stronę horyzontu. On nie poruszył się ani razu, jeśli nie liczyć tego, że dwukrotnie podnosi rękę, żeby poprawić żyłkę. Nic nie złowił. Nic nie ciągnęło. Jego czujność nie ma w sobie nic z napięcia – to czujność człowieka niespieszącego się, ale też niczego nieodkładającego.

Nie rozumiem od razu, do kogo był ten ukłon. Dopiero teraz, gdy czytam ten pamiętnik po latach i próbuję przelać jego nieskładne myśli na „papier” Ukiyo-Japan, dociera do mnie, że ukłonił się temu, czego nie złowił. Albo morzu – dziś nic nie chciało dać, ale mu przynajmniej towarzyszyło. Albo godzinie własnego życia, którą wykorzystał tak, jak umiał najlepiej. Albo wszystkim trojgu naraz.

諦め (akirame). Rezygnacja. Pogodzenie się. Pocieszenie. Ale to są tylko trzy zewnętrzne skórki. Pod nimi siedzi coś znacznie starszego.

W chińskiej tradycji buddyjskiej tym samym znakiem zapisywano sanskryckie satya - prawda, to-co-jest, rzeczywistość zobaczona naprawdę. Cztery Szlachetne Prawdy Buddy zapisuje się 四諦 (shitai) - cztery prawdy, cztery jasne wypowiedzenia rzeczywistości, których nie da się obejść. Pierwsza brzmi: istnienie jest cierpieniem. Druga: cierpienie ma swoje źródło w pragnieniu. Trzecia: to źródło może wygasnąć (a wraz z nim cierpienie). Czwarta: jest droga, idąca w stronę tego wygaśnięcia.

Te dwa znaczenia żyją w jednym słowie do dziś. Kiedy mówisz akirameru, możesz odpuścić ze zwieszoną głową albo zobaczyć rzecz taką, jaką jest, i z tym widzeniem żyć dalej. Pierwsze jest porażką. Drugie jest dojrzałością. Język przeplata oba naraz i nie chce wybrać. Surfer odpuścił dziś falę. Rybak odpuścił dziś rybę. Obaj zobaczyli pewną prawdę o sobie.
To, że to słowo żyje dwoma żywotami jednocześnie, nigdzie nie widać tak wyraźnie jak w japońskim sporcie.


Najgłębiej widać to w sumo. Walka trwa kilka sekund, czasem kilkanaście. Przez ten czas żaden z dwóch wielkich mężczyzn nie ma prawa odpuścić nawet na ułamek tchu. Ale w chwili, gdy stopa pierwszego dotyka piasku poza linią, walka się kończy. Przegrany cofa się do swojego rogu. Kłania się przeciwnikowi. Schodzi z dohyō, na którym przed sekundą walczył o swoje miejsce w hierarchii – w całkowitym milczeniu i pozornej obojętności.

Z naszej europejskiej perspektywy może to wyglądać na jakiś zimny rytuał pozbawiony emocji. Ale to nie jest sztywność. To jest precyzja. To jest jeden z najbardziej dojrzałych aktów, jakie człowiek może wykonać publicznie: zobaczyć rzecz taką, jaką się stała, i tę widzianą rzecz uszanować. Przegrałem. Przeciwnik był lepszy.
Stary, dziś rzadziej słyszany zwrot (諺 – kotowaza - przysłowie) brzmi:
何事も諦めが肝心
„nanigoto mo akirame ga kanjin”
„We wszystkim umiejętność odpuszczenia jest najistotniejsza”

Trener krzyczy „akirameru na!” tylko w jednym konkretnym kontekście – w trakcie biegu, w trakcie meczu, w trakcie egzaminu. Po biegu już nie krzyczy. Po biegu siada obok przegranego i mówi cicho: „mō akirameyō”. Już odpuśćmy. To była dobra walka. W przyszłości będą inne.

Otwiera się tak: rzeka płynie nieustannie, ale woda nigdy nie jest ta sama. Piana raz znika, raz się formuje, nigdy nie trwa długo. Tak jest i z ludźmi, i z ich domami, i z ich miastami.
Japoński uczeń w wieku dwunastu lat zna to zdanie na pamięć. Dorosły Japończyk wraca do niego czasem, kiedy mu coś znów odebrano. Sama Japonia wraca do niego co kilkanaście lat, kiedy znów coś przepadło – tsunami, trzęsienie ziemi, krach na giełdzie. Bo „Hōjōki” nie jest narzekaniem. Nie jest też hymnem na cześć cierpienia. Jest lekcją: „jak patrzeć?”.

Pierwszą władzę przemijanie ma od razu, samo z siebie. Drugą dajesz mu sam, kiedy próbujesz je powstrzymać. Pierwszą musisz znieść. Drugiej możesz nie dawać. Cała różnica między człowiekiem nieszczęśliwym a człowiekiem w pokoju leży właśnie tutaj.
Chōmei zbudował sobie chatkę o wielkości dziesięciu stóp, bo wiedział, że większą musiałby zostawiać z większym żalem. Mała chata nie jest aktem ascezy ani manifestacją cnoty. Jest trzeźwym rachunkiem z rzeczywistością – z tym, co naprawdę można utrzymać.

Świątynia Hase-dera jest stara, ma trzynaście wieków, i piękna tym szczególnym rodzajem piękna, jaki ma miejsce, które przeszło wiele. W głównym pawilonie stoi jedenastogłowa Kannon, dziewięciometrowa, ze złoconego drewna kamforowego, najwyższa drewniana statua w Japonii. Ale ja nie po nią dziś przyszedłem.



Kucam przed jedną z figurek. Kapelusik wydziergany na drutach – ktoś go niedawno położył, jeszcze nie zmókł. Na ziemi obok stoi kubek soku jabłkowego. Wybrałem ten posążek przypadkiem, bo był na końcu rzędu, ale w kucnięciu nie ma już przypadku. Zostaję przy nim i nie wiem, co ze sobą zrobić.

Bo w tym tkwi cała trudność rzeczy: można się załamać i przeczekać. Można się usztywnić i zapomnieć. Każde z tych rozwiązań jest porażką akirame. Akirame chce czegoś niemal niemożliwego: żebyś zobaczył jasno, że dziecka nie ma, i żebyś pozostał nadal „naiwnie” otwarty na świat.
Czerwony śliniaczek zawiązany przez matkę na kamieniu jest gestem na granicy tego, co język może powiedzieć. „Wiem, że cię nie ma. Ale jest ci zimno. I muszę ci pomóc”. To jest miłość znająca swoje granice, i mimo to, w tych granicach, robiąca to, co miłość zawsze robiła – ubiera, ogrzewa, podaje sok jabłkowy nie zważając, że to nieracjonalne.
Wstaję, kiedy słyszę, że ktoś idzie ścieżką za mną. Starsza kobieta, przed sześćdziesiątką, z papierową torbą i bukiecikiem polnych kwiatów. Mija mnie bez spojrzenia, kuca przy figurce trzy rzędy ode mnie. Wyjmuje z torby nową czerwoną czapeczkę i delikatnie zsuwa starą. Stara była zmięta przez deszcz. Składa ją ostrożnie, jakby to było ubranko żywego dziecka, i wkłada do papierowej torby. Nową czapeczkę zawiązuje pod brodą posążka. Zostaje w kucnięciu. Nie wiem, czy się modli, czy rozmawia. Schodzę cicho na dół, do strumyka, żeby jej tego nie zabrać.

Siadam przy samej linii fal, blisko miejsca, gdzie morze co kilkanaście sekund liże piasek. I nagle przypomina mi się to, co przeczytałem w pociągu w podręczniku do historii dla gimnazjów, kiedy jechałem tu z Tokio. Czwarty lipca 1333 roku. Wojska Nitty Yoshisady pod murem zachodnim Kamakury. Klan Hōjō, regenci shogunatu, rodzina rządząca krajem od stu lat, przegrywa ostatnią bitwę. Generał Nitta wykorzystał odpływ, obszedł cypel Inamuragasaki – ten sam cypel, nad którym teraz wisi słońce – i wszedł do miasta od strony plaży. W jeden dzień było po wszystkim.


Patrzę na niego – jest wyjątkowo ciemny, a teraz nagle wydał mi się niemal czarny. Nie umiem łatwo pogodzić tego, co tu się stało, z tym, co tu jest dzisiaj. To, co próbuję powiedzieć, brzmi w głowie kanciasto: japońska tradycja akirame ma w sobie szlachetny rdzeń, a jednocześnie ma w sobie ten skrajny gest, w którym jasność widzenia rzeczywistości doprowadza aż do całkowitej rezygnacji z istnienia. Stoi mi to przed oczami i ja tego nie pochwalam, ale też nie potrafię powiedzieć, że się tego brzydzę. Hōjō zobaczyli, jak się rzeczy mają, i z tego widzenia wyciągnęli ostateczny wniosek. Nie spanikowali. Nie próbowali uciekać do Kioto przebrani za mnichów. Stali w prawdzie tak długo, jak długo prawda im pozwoliła – i potem już ich nie było. Nie podoba mi się to. Nie musi mi się to podobać.

Golden wraca z patykiem. Chłopak rzuca go znowu. Pies szczeka. W spokojnym powietrzu wieczornego października ten szczek brzmi jak wezwanie do życia trwającego niezależnie od tego, jakie cienie leżą pod piaskiem.
Coś podobnego przyszło do głowy także ludziom, którzy nigdy nie słyszeli słowa akirame i nie znali sutr.

Albo to: „Przyjmij rzeczy, do których wiąże cię los, i kochaj ludzi, jakich los ci dał – ale czyń to całym sercem”.

Jego mistrz duchowy, Epiktet, niewolnik z Frygii, zaczyna swój „Encheiridion” od jednego rozróżnienia. Pewne rzeczy są od ciebie zależne – twoje sądy, pragnienia, awersje, działania. Inne – nie są. Twoje ciało nie jest. Twoja własność, twoja reputacja, większość zdarzeń wokół ciebie – także nie. Cała mądrość, mówi Epiktet, polega na tym, żeby tych dwóch porządków nie mylić. Człowiek nieszczęśliwy próbuje chwytać to, co nie zależy od niego, a ignoruje to, co może kształtować.
To brzmi jak instrukcja akirame, napisana w grece. Zobacz, co od ciebie zależy. Tego się trzymaj. Reszty nie szarp. Odpuść – w sensie pierwotnym tego słowa, w sensie uczynienia jasnym, w sensie 明らめる.

Nie chcę tu robić tanich kontrastów. Stoicy nie wymyślili akirame, Japończycy nie wymyślili stoicyzmu. Człowiek, gdziekolwiek siądzie i pomyśli o własnym losie spokojnie, prędzej czy później dochodzi do podobnych progów. Życie nie jest twoje. Zdarzenia są większe od twoich planów. Próbować je naginać do swojej woli jest przepisem na cierpienie. Zobaczyć je takimi, jakimi są, i z tego widzenia nie cofnąć się w gorycz – jest dojrzałością.
Różne kultury podchodzą do tego progu z różnych stron. Japończycy z buddyjskiej trzeźwości, że wszystko jest jak rosa. Stoicy z greckiej dyscypliny, że pewne rzeczy są w naszej mocy, a inne nie. Nietzsche z niemieckiej hardości, że wybór musi być aktywny, namiętny, totalny. Ale przez próg przechodzi się zawsze tym samym ciałem, z tymi samymi oczami. Z tym samym pytaniem, którego rybak z pomostu nie zadał słowem, lecz ukłonem.

Siedzę i pamiętam wiersz, który czytałem kiedyś, w Sapporo, w czytelni biblioteki uniwersyteckiej, zmarznięty po zimnej drodze rowerem. Napisał go Kobayashi Issa, wiejski poeta, świecki wyznawca szkoły Czystej Krainy, dwieście lat temu. W roku 1819 zmarła mu córka Sato, miała niewiele ponad rok, zabiła ją ospa. Issa wiedział wszystko, co buddyzm wiedział o nietrwałości, o rosie, o iluzji trzymania.
Był poetą. Był wierzącym. I po śmierci córki napisał jedno z najbardziej znanych haiku w literaturze japońskiej.
露の世は
露の世ながら
さりながら
(tsuyu no yo wa / tsuyu no yo nagara / sari nagara)
Świat rosy
jest światem rosy
a jednak, a jednak…
— Kobayashi Issa (小林一茶),
z pamiętnika Oraga haru („Mój rok”), 1819

To jest najpełniejsza definicja akirame, jaką znalazłem. Akirame nie jest zabiciem serca, nie jest stłumieniem płaczu pod doktryną. Akirame jest zobaczeniem rosy jako rosy. I dalszym kochaniem tego, kogo rosa zabrała. Pierwsza i druga linia to widzenie jasno. Trzecia jest odważnym sercem, które nie wycofuje się z tej jasności w cynizm albo kłamliwe pocieszenia.
To jest japońskie spojrzenie, którego Zachód czasem nie rozumie, bo przyzwyczaił się myśleć kategoriami albo-albo: wierzysz albo nie, akceptujesz albo walczysz, trzymasz albo puszczasz. Sarinagara mówi: można zobaczyć i trzymać dalej. Można odpuścić i nie przestać kochać. Wiedzieć, że nie ma już dla kogo, i robić dla niego czerwony śliniaczek z dzierganej wełny.
Wstaję powoli. Plecak jest cięższy niż był rano, choć nic do niego nie włożyłem. Idę wzdłuż linii fal, w stronę stacji Hase. Enoden przyjedzie za dwadzieścia minut. Odwracam się na samym końcu plaży, żeby spojrzeć jeszcze raz na cypel Inamuragasaki. Słońca już nie zobaczę – woda zabrała je dla siebie. Może jutro rano odda.
>> PODOBNE ARTYKUŁY:
Rozważania z krańca świata — dzień na prowincjonalnej stacji kolejowej eki na Hokkaido
Wieczorne rozmyślania w barze. Yotsuya, Tokyo.
Punkt Moyai na Shibuya Crossing: szalony impet Tokyo a wspólnoty rybackie na Okinawie
Polując na czas. Jesienne spacery momijigari jako lekcja japońskiej uważności.
Jesienny spacer z mistrzami haiku - czuć „po japońsku” wśród polskich brzóz
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!