
Mit posłusznego samuraja jest młodszy niż często myślimy
Dziś ponownie spróbujemy wejść w świat samurajskich wojen – tym razem znacznie wcześniej. Opuszczamy krwawe pola Sengoku i cofamy się w czasie. Mijamy dwory Ashikagów w Kioto, kamakurskich konnych łuczników strzelających pod Hakatą do mongolskich żagli, pierwszego shōguna Yoritomo zakładającego bakufu nad zatoką Sagami. Schodzimy jeszcze głębiej – w epokę, gdy dwór cesarski w Kioto pisał wiersze, a wojowników z prowincji uważał za barbarzyńców. Koniec XII wieku.
Wczesny ranek, gdzieś nad doliną w prowincji Settsu. Mgła leży w fałdach pola, konie parskają. Po obu stronach oddziały wojowników szykują się. Z pierwszego z nich wyjeżdża samotny jeździec. Podjeżdża pod obcy szyk na odległość dobrego strzału z łuku, zatrzymuje konia, podnosi się w strzemionach. Nie wyciąga miecza. Nie krzyczy ani wyzwisk, ani rozkazów. Wypowiada własne imię. Imię ojca. Imię dziadka. Listę zwycięstw, bitew, świątyń, pod którymi krew jego rodu wsiąkała w ziemię. Mówi długo, głośno, wyraźnie, żeby kronikarz po drugiej stronie zdążył wszystko zapisać. Czeka, aż ktoś o równej randze odpowie tym samym. I wtedy wyjedzie do pojedynku.
Tak wyglądała japońska bitwa w XII wieku. Nie szyk, nie dyscyplina, nie posłuszny ruch ku wrogowi. Najpierw wymiana imion. Rytuał ten nazywał się nanori (名乗り) – dosłownie „nazwanie siebie". Jego sens nie był taktyczny ani militarny. Był społeczny, psychologiczny, teatralny. Wojownik wyjeżdżał sam, żeby znaleźć równego sobie przeciwnika i żeby jego nazwisko – w razie zwycięstwa lub w razie śmierci – trafiło do kronik. Wynik bitwy obchodził go mniej niż to, czy zostanie zapamiętany.
Obraz, który zwykle nosimy w głowie – samuraj jako milczący, posłuszny sługa, wpisany w hierarchię jak zębatka, gotowy umrzeć za pana bez wahania – jest produktem znacznie późniejszym niż nam się wydaje. Powstał w XX wieku, dla potrzeb militarystycznego cesarstwa oraz na eksport. Słowo „bushidō" w obecnym, szlachetnym znaczeniu wprowadził dopiero w 1899 roku Japończyk piszący po angielsku, dla amerykańskich wydawców z Filadelfii.
Słynne otwarcie „Droga wojownika to umieranie” (武士道といふは死ぬ事と見つけたり) jest zdaniem człowieka, który nigdy nie był na wojnie. Najsłynniejsza księga samurajskiego ducha, „Hagakure", powstała w biurze urzędnika, nie na polu bitwy. A tymczasem prawdziwy bushi minionych epok, jeśli pan nie zauważył jego zasług, sprzedawał konie i siodła, jechał do stolicy shōgunatu i tam dobijał się o nagrodę w kancelarii bakufu. Pan był stroną kontraktu, nie bóstwem. Lojalność – walutą, nie kultem. Honor – własnym imieniem wywyższanym odważnymi czynami, które musiały mieć świadków. Zobaczmy, jak to wyglądało naprawdę – z błotem pod kopytami, krwią na hełmach i racjonalną kalkulacją w głowie.


Łuk i koń
Zacznijmy od pojęcia, którego sami wojownicy używali na określenie własnego rzemiosła. Nie bushidō – to słowo pojawia się w obiegu rzadko, dopiero pod koniec XVI wieku, a swoje obecne, podniosłe znaczenie zyskuje dopiero w XX. W średniowieczu mówiło się kyūba no michi (弓馬の道), „droga łuku i konia”. Albo jeszcze prościej – yumiya no michi, „droga łuku i strzały”. Nazwa precyzyjna, bo zawodem tych ludzi było strzelanie z konia. Pierwszą bronią japońskiego wojownika nie był miecz, ani nawet piki lecz łuk – długi, asymetryczny, trzymany od dołu, używany z grzbietu niewielkiego, krępego konia o wysokości raczej kuca niż współczesnego wierzchowca. Miecz przyda się dopiero w starciu z bliska, gdy strzały przestaną mieć znaczenie.
Klasa, która w XII wieku zaczęła rozsadzać porządek arystokratycznego dworu w Kioto, wywodziła się z prowincji. Z dalekich włości na wschodzie, nad jeziorem Biwa, w górach Kantō, w dolinach Mutsu. To byli ludzie ziemi – właściciele pól, którzy nauczyli się utrzymywać swoje posiadłości zbrojnie, bo dwór w Kioto przestał wysyłać wojska, kiedy kogoś trzeba było uspokoić. Karl Friday, jeden z najlepszych współczesnych historyków japońskiego „rycerstwa”, w pracy „Hired Swords” pokazuje, jak ta klasa powstała: nie z dekretu cesarskiego, lecz z biznesu. Dwór wynajmował lokalnych zbrojnych do zadań, na które sam nie miał już zasobów. Z biegiem dekad zbrojni przestali być narzędziem dworu i stali się jego kontrahentami. Na końcu, w przededniu rozpoczęcia ery samurajów - jego konkurentami.
Stosunek między panem a wasalem oparty był na konkretnej wymianie. Nazwę ją po japońsku, bo ma swoją kanoniczną formułę: go-on to hōkō (御恩と奉公), „łaska i służba”. Pan dawał ziemię, prawo do dziedziczenia, miejsce w hierarchii. Wasal walczył, kiedy go wezwano. Klucz tkwi w tym pierwszym członie. Bez ziemi nie ma lojalności. Bez nagrody za przelaną krew wasal odchodzi i nikt go nie ściga. Gdyby średniowieczny samuraj usłyszał, że ma „kochać pana”, patrzyłby z niezrozumieniem. Pan był stroną kontraktu, nie ojcem, nie cesarzem, nie bóstwem.
Z tej kontraktowej, ziemskiej, prowincjonalnej klasy wykluł się też nawyk, który, jak zobaczymy, stanie się kluczowy – nawyk publicznej dbałości o własne imię. Skoro ziemię dostawało się za zasługi, a zasługi musiały być widziane i zapisane, to wojownik nie walczył dla samej walki. Walczył tak, żeby ktoś o tym opowiadał. A jeśli pan tego nie zauważył – wojownik sam jechał do stolicy bakufu (gdy mówimy już o czasach Kamakury) i przypominał o sobie. Nikt go w tym nie wyręczał. Zaraz to zobaczymy.

Zachód słońca pod Ichi-no-tani
7 dzień 2 miesiąca, 3 rok ery Juei (20 marca 1184 roku), plaża Suma na zachód od dzisiejszego Kobe. Wojska Minamoto pod dowództwem Yoshitsune zaszły ród Taira od strony, której nikt się nie spodziewał – z gór, schodząc po stromej skarpie (o tym i innych manewrach, których genialny generał Yoshitsune nauczył się, według legendy, od tengu piszę tutaj: Tengu – japoński archetyp mistrza, który zawiódł, lecz uczył dalej). Taira łamią się, biegną do łodzi, próbują wypłynąć w morze. Po plaży przesuwa się weteran Minamoto: Kumagai no Jirō Naozane. Czterdzieści trzy lata. Konny łucznik, syn lokalnego rodu z prowincji Musashi. Szuka kogoś znaczącego do ścięcia, bo z głową dostojnika wraca się z bitwy z prawem do ziemi.
Widzi w wodzie jeźdźca w lakierowanym pancerzu i białym jedwabiu, który skierował konia ku łodzi pełnej uciekinierów Taira. Naozane wyciąga wachlarz, macha nim i krzyczy. „Wracaj! Tchórzostwem jest pokazywać plecy wrogowi!” To także rytuał – nie da się ściąć przeciwnika, który ucieka tyłem, bez utraty własnej twarzy. Trzeba go zawrócić. Trzeba, żeby się odwrócił, koniecznie. Inaczej nici z ziemi.
Jeździec zawraca. Nazywa się Taira no Atsumori, ma piętnaście lat, jest wnukiem wuja cesarza. Naozane zrzuca go z konia w wodzie, ściska kolanami, zdejmuje hełm. I zatrzymuje się. Patrzy w twarz piętnastolatka z poczernionymi zębami i pudrowanym makijażem dworu – w wieku jego własnego syna Naoie, który też walczy gdzieś tu, po tej stronie plaży. To nie jest twarz dziecka, ale zdecydowanie też nie twarz hardego wojownika. To twarz młodego, niedoświadczonego dworzanina, który nigdy nie miał walczyć. Ręka ze sztyletem zawisła w powietrzu.
Tę scenę „Heike Monogatari” („Opowieść o rodzie Taira”), wielki epos o wojnie Genpei powstały w XIII wieku, opisuje z bezwzględną precyzją psychologiczną. Naozane mówi do chłopca: „Choćbym chciał cię oszczędzić, w pobliżu są moi towarzysze. Ucieczka i tak nie da ci życia. Lepiej, żeby twoja głowa należała do mnie, bo wtedy będę mógł odprawić za ciebie modlitwy”. Łapie chłopca za włosy. Płacze. Tnie. Potem przeszuka jego pas i znajdzie flet zwany Saeda, „Mała Gałązka” – ten sam, który poprzedniego ranka słyszał, gdy ktoś po stronie Taira gra na nim w obozie. Mała gałązka cesarskiego dziedzictwa. Kumagai schowa go pod pancerzem i będzie go nosił przy sobie do końca życia.
Oryginalny tekst wkłada w usta Naozanego krótką lamentację, którą historyk Paul Varley uznał za najsilniejszy w „Heike” wyraz buntu przeciw rzezi: nic nie jest tak gorzkie jak narodzić się w rodzinie wojownika. Wkrótce potem, jeszcze przed końcem wojny, Kumagai porzuci miecz, ogoli głowę, zostanie mnichem-uczniem Hōnena, twórcy japońskiego buddyzmu Czystej Krainy. Umrze pod koniec pierwszego dziesięciolecia XIII wieku jako zwykły wędrowny mnich Renshō.
Dlaczego ta scena jest dla nas ważna? Bo Naozane nie zawiódł pana. Nie złamał kontraktu, nie zdezerterował, nikt mu nie zarzucił nielojalności. Naozane nie stracił twarzy społecznie. Ściął wroga w pojedynczej walce, dopełnił rytuału, wrócił z głową i nagrodą. Z punktu widzenia kontraktu z panem, z punktu widzenia świadków, z punktu widzenia kroniki – nie ma skazy. Heike opisuje go jako bohatera. A jednak coś go rozsadziło od środka tak, że nie dokończył kariery wojownika. Porzucił miecz, ogolił głowę, został mnichem Renshō. Co go pokonało? Nie hańba, lecz wstrząs.
Pierwszy raz w życiu zobaczył twarz dziecka pod hełmem swojego wroga. Twarz, która powinna była być w pałacu, nie na piaskach skąpanych w bitewnej krwi. Pamiętajmy, że Naozane nie był samurajem-poetą, lecz prowincjonalnym konnym łucznikiem, który zabijał wcześniej dziesiątki ludzi bez wahania. To nie sumienie zrobiło z niego mnicha. To zderzenie świata, w którym żył – świata pól i krwi – ze światem dworskiej arystokracji Heian, do którego należał piętnastoletni chłopak z poczernionymi zębami. Naozane uświadomił sobie, że nie zabił żołnierza. Zabił dziecko, które nigdy nie miało walczyć. Honor bushi nie znał na to odpowiedzi.

Tę lekcję późniejsi pisarze, autorzy sztuk teatru nō, drzeworytów ukiyo-e, kabuki, powtarzali bezustannie. „Atsumori” Zeamiego z około 1400 roku to jedna z najbardziej wstrząsających sztuk repertuaru – Naozane, już mnich, wraca po latach na plażę Suma i spotyka tam ducha chłopca, którego zabił. Cały dramat polega na tym, że duch nie obwinia mnicha, a mnich nie umie sobie wybaczyć. Lojalność wobec pana nie pojawia się tu nawet jako pojęcie. W ogóle nie ma tego zagadnienia. Liczy się tylko twarz – ta widziana raz, na piasku, pod hełmem.

Suenaga jedzie do Kamakury
Sto lat później, jesień 1274. Z dzwonów świątyń na wybrzeżu Hakaty wybija nowy ton. Na horyzoncie, nad Morzem Japońskim, pojawia się flota o potędze niewidywanej dotychczas przez Japończyków. Mongołowie chana Kubilaja przybyli z Korei z flotą dziewięciuset okrętów i blisko czterdziestoma tysiącami ludzi – wojska mongolskie, koreańskie, chińskie, razem, pod sztandarami, których nikt na Archipelagu nie umiał odczytać. Atak trwa zaledwie dwa dni, potem sztorm rozprasza flotę. Siedem lat później wracają, jeszcze liczniejsi, i znów ich rozprasza tajfun – ten sam, który wieki później dostanie poetycką nazwę „boskiego wiatru” (więcej o tych wydarzeniach pisze tu: Kamikaze – dwa boskie tajfuny życia, jeden ponury wiatr śmierci).

Wśród obrońców Kyūshū, na bagnistych polach pod Hakatą, walczy dwudziestodziewięcioletni wojownik z prowincji Higo. Nazywa się Takezaki Suenaga. Pochodzi z drobnego rodu, ma czterech towarzyszy, jednego konia, dwóch krewnych po linii żony. Jest gokeninem – bezpośrednim wasalem shōgunatu Kamakury. Pod ostrzałem mongolskich łuków traci konia, spada w błoto, ratuje go inna jednostka, która szarżuje na czas. To wszystko jest udokumentowane, bo Suenaga zachował się dla nas w sposób bezprecedensowy. Po wojnie zamówił w Kioto serię ilustrowanych zwojów, w których każdą scenę namalowano z jego centralnym udziałem. Zwoje noszą tytuł Mōko Shūrai Ekotoba (蒙古襲来絵詞, „Ilustrowana opowieść o najeździe mongolskim”), są datowane na 1293 rok, i są jednym z najdroższych pojedynczych źródeł o średniowiecznej Japonii.
Po pierwszym najeździe Suenagę dopadła zwykła frustracja epoki. Walczył, przeżył, zasługi miał, świadków miał, ale bakufu Kamakury nie wynagrodziło go nawet spłachetkiem ziemi. Ziemi nie było – nie zdobyto żadnej, bo to była wojna obronna. A bez nagrody wojownik z Higo nie miał za co utrzymać rodu. Suenaga zrobił rzecz dla nas dziwną, ale w jego epoce normalną – sprzedał konie i siodła, pojechał do Kamakury i zaczął chodzić od urzędu do urzędu. Domagał się audiencji. Przedstawiał swoich świadków. Wszystkich kolejno odprawiano: za mało dowodów, za późno, nie zna go nikt z sekretariatu.
Thomas Conlan, historyk z Princeton, który przełożył zwoje na angielski w pracy „In Little Need of Divine Intervention” (Cornell 2001), wskazuje moment przełomowy. Suenaga uzyskał w końcu osobistą audiencję u magistrata ds. nagród Adachi Yasumoriego, jednego z najpotężniejszych ludzi shōgunatu. Pokazał świadków, opowiedział o stratach. Adachi go wysłuchał, sprawdził, zatwierdził. Suenaga dostał wreszcie konia i działkę w Higo. W kolofonie zwoju Suenaga zapisał o sobie zdanie, które nie wymaga komentarza:
弓矢の道は、進みて取る名こそ大切なれ
(yumiya no michi wa, susumite toru na koso taisetsu nare)
“Na drodze łuku i strzały tylko jedno jest cenne –
imię, które się buduje ruchem do przodu”
(dosłowniej mogłoby brzmieć: “Co się tyczy drogi łuku i strzały – imię brane przez posuwanie się naprzód, właśnie ono jest cenne.”)
Tak mówi człowiek, którego byśmy raczej sklasyfikowali jako pełnokrwistego średniowiecznego rycerza - niezależnie od narzuconej wieki później, w czasach czołgów i karabinów, ideologii bushidō. A jednak. Bez urzędu, bez polecenia z góry, bez stronnictwa za plecami – sam zorganizował własną kampanię reklamową przed wymiarem sprawiedliwości. Sprzedał konie, żeby kupić biurokrację. Zamówił najdroższy ze znanych zwojów ilustrowanych, żeby utrwalić własne imię. Każda scena pokazuje Suenagę. Przy opisie strzały trafiającej jego konia autor pisze imię Suenagi, nie nazwę armii. Przy opisie ratującej go szarży pisze imię Suenagi, nie swojego pana. Honor osobisty z dokumentem urzędowym w ręku, z rachunkiem za malarstwo, z historiografią na własne zlecenie.
To nie jest obraz wojownika kolektywnego. To obraz człowieka, który traktuje siebie jako osobny projekt historyczny i gotów jest zainwestować w niego cały majątek.

Wąż z Mino, brama Honnō-ji, wzgórze Matsuo
Sengoku jidai, era wielopokoleniowej, krwawej wojny, lata 1467–1600. Jest to serce większości współczesnych produkcji o samurajach. Właśnie wtedy honor osobisty osiągnął punkt, w którym nikt już nie udawał, że istnieje jakaś inna lojalność. Po wojnie Ōnin (1467–1477) państwo Ashikagów rozsypało się jak źle związany pakunek; shōgunat istniał formalnie, ale prowincje wymykały się jego kontroli jedna po drugiej. W historiografii japońskiej cała ta epoka nazywana jest jednym słowem: gekokujō (下剋上), „dolny obala górnego”. Wasal może zabić pana i zająć jego miejsce. Daimyō może zmienić stronę w przeddzień bitwy. Bracia zabijają braci. Synowie wypędzają ojców. Gdy prawo się kończy – kto nie kalkuluje, ten ginie.
Pierwsza twarz tej epoki to Saitō Dōsan, „wąż z Mino” (zmarł 1556). Tradycja japońska przez wieki opowiadała o nim jako o wzorcowym przykładzie gekokujō – były mnich, sprzedawca oleju do lampionów, dorobił się fortuny, kupił dwór, potem wszedł do polityki swojej prowincji jako doradca, pozbywał się rywali, aż wreszcie sam został daimyō Mino. Najnowsze badania, oparte na odnalezionym w latach 60. XX wieku „Rokkaku jōtei jōsho”, pokazują, że ta droga zajęła w rzeczywistości dwa pokolenia – ojciec Dōsana, Nagai Shinzaemonnojō, zaczął proces, syn go dokończył. Ale sam fakt, że taka legenda mogła zaistnieć i przez czterysta lat funkcjonować jako kanoniczny portret epoki, mówi tyle samo, co historyczna prawda. Sengoku było epoką, w której każdy w to wierzył: zaczynasz jako mnich, kończysz jako daimyō. Albo zaczynasz jako daimyō, kończysz w błocie z głową na drzewcu.
Dōsan zakończył tym drugim wariantem. W 1556 roku jego syn (lub adoptowany syn, nie wiemy) Yoshitatsu wypowiedział mu wojnę nad rzeką Nagara. Ojciec musiał stawić czoła dwunastu tysiącom ludzi przeciw swoim trzem tysiącom. Walczył zaciekle, ale krótko. Głowa „węża z Mino” trafiła na drzewcu do obozu syna. Syn też zresztą nie żył długo - Mino przeszło dalej w ręce Ody Nobunagi, który był zięciem Dōsana – ten znów dał Mino w dziedzictwie zięciowi, bo wiedział, że własny syn go zabije. Logika rodzinna Sengoku w pełnej krasie.
Druga twarz, jeszcze sławniejsza: Akechi Mitsuhide. Wieczór 20 czerwca 1582 roku, Mitsuhide robi wymarsz z zamku Sakamoto z trzynastoma tysiącami ludzi, oficjalnie ku zachodowi, na pomoc Hideyoshiemu, który oblega zamek Takamatsu w prowincji Bitchū. Mitsuhide jest jednym z najbardziej zaufanych generałów Ody Nobunagi, najpotężniejszego człowieka w Japonii, który po raz pierwszy od bardzo dawna ma realną szansę na zjednoczenie Japonii. Oda przebywa tej nocy w świątyni Honnō-ji w Kioto, przy zaledwie stu pięćdziesięciu ludziach przyboczu. Zaufał, że Mitsuhide idzie tam, gdzie kazano mu iść.

Mitsuhide skręca przy rzece Katsura. Skręca na wschód. O świcie 21 czerwca otacza świątynię Honnō-ji od wszystkich stron. Nobunaga budzi się od strzałów. Próbuje walczyć, potem wycofuje się do głównej sali, popełnia seppuku, świątynia płonie. Najpotężniejszy człowiek Japonii nie żyje.
Późniejsza tradycja japońska, począwszy od „Oda Nobunaga-fu” Hayashiego Razana z pierwszej połowy XVII wieku, wkłada Mitsuhidemu w usta krótką, sławną formułę: „Teki wa Honnō-ji ni ari” – „wróg jest w Honnō-ji”. Tym zdaniem miał wyjawić cel pochodu swoim ludziom przy rzece Katsura. Współczesna historiografia (Luís Fróis w „Historii Japonii”, memoriał Honjō Sōemona, ostatnie monografie Owady Tetsuo i Goza Yūichi) wykazała, że to literacka kreacja, nie autentyczny cytat. Według świadków-żołnierzy Mitsuhide nie zdradził celu wyprawy nikomu poniżej szczebla oficerskiego aż do ostatniej chwili – zwykli żołnierze wchodzący do świątyni byli przekonani, że atakują obóz Tokugawy Ieyasu na rozkaz Nobunagi.
Tu jednak zaczyna się rzecz dla nas najważniejsza. Mitsuhide wjechał do Kioto z trzynastoma tysiącami ludzi. Ci ludzie poszli za nim. Nie zatrzymali się przy bramie. Nie zażądali wyjaśnień. Nie zaczęli kalkulować. Ruszyli na świątynię swojego najwyższego pana, Ody Nobunagi, bez oporu wewnętrznego. Reżyseria zdrady działała, ponieważ była w tej epoce zjawiskiem znanym. Mitsuhide nie był wyjątkiem. Był regułą, która tym razem trafiła na największe nazwisko. Trzynaście dni później, w bitwie pod Yamazaki, sam zginął, zabity przez chłopów-bandytów podczas ucieczki. Trzynastodniowy shōgunat, jak go ironicznie nazywano. Jego głowę dostarczono Hideyoshiemu w worku.
Trzecia twarz, przyprawiająca o dreszcze. 21 października 1600 roku, dolina Sekigahara w prowincji Mino. Po nocy ulewnego deszczu mgła wisi nad polem, jak zły omen. Naprzeciw siebie stoją dwie armie liczące razem ponad sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Z jednej strony Tokugawa Ieyasu i jego Wschód. Z drugiej Ishida Mitsunari i Zachód, broniący prawa młodego syna Toyotomi Hideyoshiego do dziedziczenia.

Na wzgórzu Matsuoyama, na południowym skrzydle Zachodu, siedzi z piętnastoma tysiącami ludzi (źródła podają od piętnastu do siedemnastu tysięcy) wojownik o nazwisku Kobayakawa Hideaki. Bratanek żony Hideyoshiego. Adoptowany kolejno przez Hideyoshiego, potem oddany rodowi Kobayakawa, dziedzic potężnej domeny, weteran wojny w Korei, znany z tego, że tam pod Ulsanem wjechał z włócznią w pierwszą linię i nawet wziął jeńca, za co od własnego stryja-Hideyoshiego dostał reprymendę (i redukcję majątku).
Hideaki ma jechać po stronie Zachodu. Tak jest formalnie ustalone, tak obiecano Mitsunariemu, tak Hideaki przed bitwą wspomagał oblężenie zamku Fushimi. W rzeczywistości dawno już negocjuje sekretnie z Tokugawą. Tokugawa obiecał mu domeny. Mitsunari obiecał mu domeny i tytuł kanclerza. Obaj obiecywali. Hideaki też obu obiecywał w odpowiedzi.
Bitwa zaczyna się o godzinie smoka (ósmej rano). Mgła powoli się rozpływa. Zachód spisuje się dobrze, Wschód przeważa miejscami, miejscami się cofa. Mitsunari puszcza sygnał dymny (狼煙, noroshi, „wilczy dym"), próbując ściągnąć Hideakiego z góry zgodnie z umową. Hideaki nie reaguje. Otani Yoshitsugu, dotknięty trądem weteran broniący skrzydła Mitsunariego, instynktownie przesuwa część swoich ludzi tak, by stawić czoła wzgórzu – widzi, co Hideaki zrobi, zanim sam Hideaki to widzi. Mija godzina. Mija druga.
Tokugawa traci cierpliwość. Nakazuje swoim arkebuzom otworzyć ogień w pozycję Hideakiego, krótkie salwy, ot, z odległości dziewięciuset metrów (część współczesnych historyków japońskich, między innymi Jun Shiramine, kwestionuje ten epizod – pojawia się on dopiero w późniejszych źródłach edońskich). Cokolwiek było bezpośrednim bodźcem, około południa Hideaki podnosi się, podejmuje decyzję i schodzi z góry. Schodzi nie na Tokugawę, lecz na własne skrzydło – na Otaniego Yoshitsugu. Otani miał sześciuset ludzi w pierwszym rzucie. Hideaki miał piętnaście tysięcy. Otani, widząc, jak jego pozycja łamie się, każe odciąć swoją głowę jednemu z wasali i ukryć ją przed wrogiem. Wasal wykonał polecenie. Głowa Otaniego Yoshitsugu nigdy nie została znaleziona.
Po Hideakim po stronie Zachodu zdezerterowało jeszcze czterech innych dowódców. Linia Mitsunariego rozpadła się jak rozdarte sito. Bitwa, którą Edo przez stulecia opisywało jako sześciogodzinną, w rzeczywistości – jak wynika z odnalezionego niedawno listu samego Tokugawy z 21 października – trwała około dwóch godzin. O czternastej Tokugawa ogłosił zwycięstwo. Sekigahara była zakładem, w którym jeden młody wojownik, kalkulując przez cały poranek, postawił na właściwą stronę. Tym ruchem przesądził historię Japonii na dwieście sześćdziesiąt osiem lat.
Zakończenie historii Hideakiego ma w sobie coś, co trudno nazwać sprawiedliwością, ale kojarzy się z poetycką ironią. Tokugawa nadał mu domenę o wartości pięciuset dwudziestu tysięcy koku ryżu. Dwa lata później, jesienią 1602, Hideaki zaczął tracić rozum. Pił ponad miarę, halucynował, mówił do nieobecnych. Według późniejszej tradycji widział co noc ducha Otaniego Yoshitsugu, który wracał odebrać mu głowę. 1 grudnia 1602 zmarł młodo, bez męskiego potomka. Ród Kobayakawa wygasł w jednym pokoleniu, ich domeny przeszły w ręce klanu Ikeda. Tokugawa przyjął tę wiadomość bez komentarza.
To, co wydaje się tu kluczowe, nie jest moralne. Hideaki nie jest postacią potępianą ani podziwianą. On jest postacią, której zachowanie w Sengoku było całkowicie zwykłe. Praktycznie każda wielka bitwa tej epoki miała moment, gdy ktoś po jednej ze stron przechodził gdzie indziej. Pod Anegawą (1570) zdezerterowali sojusznicy Asaiów. Pod Mikatagaharą (1572) Tokugawa został opuszczony przez sojuszników. Pod Nagashino (1575) klan Takeda spodziewał się, a nie doczekał, posiłków od Mōri. Lojalność była walutą, nie kodeksem. Walutą, którą wojownik wydawał z największą uwagą – ale właśnie wydawał, nie deponował.

Klatka z laki
21 października 1600 roku, kiedy Otani Yoshitsugu prosił o ścięcie sobie głowy, kończyła się epoka. Tokugawa Ieyasu wygrał Sekigahara, w 1603 zostanie shōgunem, w 1615 wygasi ostatecznie ród Toyotomi w Osace. Zaczyna się okres Edo – dwa i pół wieku pokoju, gdy klasa wojowników, której tożsamość była wojną, zostaje przemieszczona do biura administracji (zobacz więcej tu: Shogunat to nie monarchia. Jak działała precyzyjna machina samurajskiej administracji?).
Tokugawowie nie byli głupi. Wiedzieli, czym jest samuraj epoki Sengoku. Sami właśnie stąd pochodzili. Wiedzieli też, że społeczeństwo, w którym dwa miliony ludzi noszą po dwa miecze i mają zwyczaj rozstrzygać drobne spory na ulicy, nie utrzyma pokoju nawet przez dekadę. Wprowadzili więc system, który Eiko Ikegami, socjolog z New School for Social Research, nazwała w monografii „The Taming of the Samurai” (Harvard 1995) długim, cichym oswajaniem wojownika. Klasa zostaje zamknięta w mieście-zamku każdego daimyō. Samuraj nie może już bezkarnie zmieniać swojego klanu. Każdy daimyō spędza co drugi rok w stolicy shōgunatu jako zakładnik, a jego rodzina pozostaje tam na stałe (system sankin-kōtai, „naprzemienna obecność” – patrz więcej tu: Dziesięć ri dziennie i ani chwili ciszy: życie zwykłych ludzi w pochodach daimyō za shogunatu Edo). Wszelka prywatna zemsta między samurajami zostaje uregulowana (o prawie zemsty w Edo tutaj: Katakiuchi – licencja na samurajską zemstę rodową w czasach rządów shogunatu Japonii Edo). Pojedynki stają się przestępstwem, jeśli nie odbywają się według procedury zatwierdzonej przez zamek. Honor pozostaje – ale zostaje zinstytucjonalizowany.
Pojawia się literatura próbująca opisać tożsamość ery Sengoku już z perspektywy tęsknoty. „Hagakure” Yamamoto Tsunetomo z roku 1716 – księga, na której Mishima zbudował swój własny mit – jest dziełem starszego samuraja przekonanego, że dawnych samurajów już nie ma.
Słynne otwarcie „Droga wojownika to umieranie” („bushidō to wa shinu koto to mitsuketari”, 武士道といふは死ぬ事と見つけたり) jest zdaniem człowieka, który nigdy nie był na wojnie.
Tsunetomo był urzędnikiem księgowym w domenie Saga, gdzie zwyczaj zabronił mu popełnić seppuku za zmarłym panem. Pisał z nostalgią, nie z doświadczenia. „Hagakure” jest dla okresu Edo tym, czym dla XX wieku byłaby księga „Jak naprawdę żyli rycerze Okrągłego Stołu” napisana w urzędzie skarbowym. Tęsknota za czymś nieznanym, co już zniknęło – niemniej zostaje kanonem. Bo żywych samurajów Sengoku już nie ma. Są ich biurokratyczni następcy.
W tym samym okresie pojawia się też wielki spór, który najlepiej pokazuje, w którą stronę honor osobisty zaczyna się przesuwać pod ciężarem nowego systemu. Sprawa czterdziestu siedmiu rōninów z Akō, lata 1701–1703. Pan domeny Akō, Asano Naganori, dobył w pałacu shōguna miecz na inspektora protokołu Kira Yoshinakę. Za to, że wyciągnął ostrze w pałacu, Asano został tego samego dnia zmuszony do popełnienia seppuku, jego domena została skonfiskowana, jego wasale uznani za rōninów – wojowników bez pana.
Czterdziestu siedmiu z nich, pod wodzą Ōishiego Kuranosuke, przez dwa lata udawało wzorowych rōninów: pijaków, kupców, leniuchów. Wieczorem 30 stycznia 1703 weszli do domu Kiry, zabili go, zanieśli głowę na grób swojego pana w świątyni Sengaku-ji, a potem zgłosili się do władz. Ogyū Sorai, najwybitniejszy konfucjanista epoki, doradził shōgunowi rozwiązanie pozornie sprzeczne z tym, czego chciał lud: rōninowie powinni dostać prawo godnej śmierci, nie szubienicę – ale zostali skazani za prywatną zemstę wbrew prawu publicznemu, nie nagrodzeni za lojalność. Zginęli przez seppuku jeden po drugim. Wszyscy.
Sorai widział tę sprawę dokładnie tak, jak wymagała tego nowa logika państwa: czterdziestu siedmiu nie zachowało się jak wzorowi wasale. Zachowali się jak średniowieczni samurajowie. Zemsta za pana była w tej epoce już nie cnotą, lecz formą egoizmu, prywatnym kultem własnego honoru pod pretekstem lojalności. Państwo Tokugawów nie mogło tego tolerować. Lud uwielbiał czterdziestu siedmiu jako bohaterów. Ogyū Sorai widział w nich anachronizm.
Ta sprawa pokazuje, że honor osobisty samuraja wcale nie umarł w 1600 roku. Zszedł pod ziemię. Pojawiał się jeszcze przez pokolenia jako kontrabanda. Japonia Tokugawów była wielopokoleniowym życiem klasy wojowników w klatce z laki – pięknej, lakierowanej, ze złotymi okuciami, ale klatce.

Twarz wymyślona
Filadelfia w Pensylwanii, grudzień 1899. Drobny Japończyk w surducie pisze przedmowę do swojej książki, w języku angielskim – nie dla Japończyków, tylko dla zachodniego odbiorcy. Nazywa się Inazō Nitobe. Jest synem samuraja niskiej rangi z dalekiego północnego Mutsu, ale samurajem nie był nigdy – w wieku dziewięciu lat klasa, w której się urodził, została przez dekret cesarski zlikwidowana. Studiował w Sapporo pod kierunkiem Williama Clarka, był protestantem, kwakrem, ożenił się z amerykańską kwakierką, doktoryzował w Niemczech. Jest agronomem. Pisze o roli, o spółdzielczości, o uprawie ryżu. I oto teraz pisze drobną książkę po angielsku, która ma odpowiedzieć na pytanie zadane mu kiedyś przez belgijskiego prawnika: „Czy w Japonii nie uczy się religii w szkołach? – więc skąd się bierze wasza moralność?” Książka ma tytuł „Bushido: The Soul of Japan”. Krótki esej, ozdobny, z cytatami z Biblii i Konfucjusza.
Karl Friday w słynnym artykule „Bushidō or Bull?” („The History Teacher”) zauważa rzecz, która powinna zatrzymać każdego czytelnika na sekundę. Nitobe pisał o słowie bushidō tak, jakby był przekonany, że właśnie je wymyślił. Tak rzadko go używano w japońskiej literaturze przed epoką Meiji, że Nitobe musiał uznać je za własną nowość. Słowo istniało wcześniej, ale w marginesie, w księgach buddyjskich i militarnych z XVII–XVIII wieku, w „Kōyō gunkan” o klanie Takeda, w „Hagakure”, w paru tekstach konfucjańskich. W obiegu codziennym i w samoświadomości samurajów go praktycznie nie było. Klasyczny średniowieczny wojownik mówił o kyūba no michi, o musha no narai („obyczaju wojownika”), o yumiya no michi. Słowa bushidō w zachowanych dokumentach średniowiecznych nikt nie używał.
Nitobe wziął więc rzadki termin techniczny i wyposażył go w nową treść. Dyscyplina moralna „szlachcica” japońskiego przefiltrowana przez wiktoriański ideał angielskiego dżentelmena, doprawiona Konfucjuszem i kawałkiem kwakierskiej etyki samodyscypliny. Dla zachodniej publiczności końca XIX wieku „Bushido” był sukcesem. Czyta się lekko, brzmi szlachetnie, mówi to, co zachodni czytelnik chciał słyszeć: że Japonia ma własną moralność, równie głęboką jak chrześcijaństwo, że samuraje to japońscy rycerze, że Wschód i Zachód mogą się spotkać na poziomie wspólnych cnót.
Jeszcze ważniejsza była recepcja w samej Japonii. Książka została przetłumaczona na japoński w 1908 roku, dziewięć lat po angielskim oryginale. W tym czasie Cesarstwo Japonii już od dwóch dekad budowało nową armię – nowoczesną, poborową, na wzór pruski – i potrzebowało ideologii, która związałaby chłopskiego rekruta z mitem samuraja, którego ten chłop przedtem znał głównie jako tego, kto zabierał mu ryż. Bushido Nitobego trafił idealnie. Lojalność absolutna wobec pana, a w nowej epoce – lojalność absolutna wobec cesarza. Śmierć za pana jako szczyt cnoty. Posłuszeństwo, samodyscyplina, pogarda dla własnego życia.
W instrukcjach Ministerstwa Wojny dla nowej armii poborowej, wydanych już w grudniu 1871, znalazło się zdanie cytowane przez Fridaya jako kluczowe: „ten duch składa się na esencję dawnego bushidō”. W roku 1937 Ministerstwo Edukacji wydało „Kokutai no hongi” („Fundamenty naszej narodowej polityki”) – swego rodzaju nowoczesne pismo święte cesarstwa – w którym bushidō zostało ogłoszone centralną zasadą moralną Japonii, wyższą od konfucjanizmu i buddyzmu. W 1944 roku, kiedy nad Pacyfikiem rozbijały się samoloty młodych chłopców z opaskami hachimaki na czołach, propagandyści cesarstwa tłumaczyli matkom, że ich synowie zginęli „po samurajsku”, w tradycji liczącej tysiąc lat. To była nieprawda. Tradycja przeze mnie tu opisana nie polegała na anonimowej ofierze za państwo. Polegała na tym, że Naozane szukał na plaży kogoś, kto mu odpowie z imienia, i Suenaga jechał osobiście do Kamakury sprzedać konia za honorarium.
Ironia historii domyka się postacią, którą wszyscy znamy z filmu z Tomem Cruisem. Saigō Takamori (1828–1877). Wielki samuraj z Satsumy, jeden z architektów restauracji Meiji w 1868. Człowiek, który osobiście pomógł zniszczyć shōgunat Tokugawów, postawić cesarza na nowo na tronie i zbudować nowoczesną Japonię. A potem – rok 1873 – nie zgodził się z resztą rządu w sprawie Korei. Wycofał się. Wrócił do Kagoshimy. Zaczął prowadzić tam prywatne szkoły wojskowe. Kiedy w 1877 roku jego dawni uczniowie zaatakowali rządowy arsenał, Saigō nie miał wyjścia – stanął na ich czele.
Powstanie Satsuma trwało osiem miesięcy. Nowoczesna armia cesarska, którą Saigō pomógł stworzyć, gnała powstańców przez całą Kyūshū. 24 września 1877 roku, na wzgórzu Shiroyama tuż za Kagoshimą, raniony pociskiem w biodro i brzuch Saigō nie może już chodzić. Jego zaufany wasal Beppu Shinsuke znosi go ze stoku i sadza w spokojnym miejscu. „Shinsuke, to miejsce wystarczy. Bądź moim drugim". Saigō zwraca twarz na wschód, w stronę Tokio i cesarskiego pałacu, pochyla głowę. Beppu jednym cięciem katany ścina mu głowę i ukrywa ją przed wojskami cesarskimi, żeby nie trafiła w ich ręce jako trofeum. Sam Beppu jeszcze tego samego dnia rzuca się z ostatnimi towarzyszami w samobójczą szarżę i ginie. Powstanie się kończy. Dwanaście lat później, 22 lutego 1889, w dniu ogłoszenia konstytucji Meiji, cesarz wydaje pośmiertne ułaskawienie. Jeszcze dziewięć lat później, 18 grudnia 1898, w parku Ueno w Tokio odsłonięto brązowy pomnik Saigō dłuta Takamury Kōuna – nie w mundurze, lecz w stroju myśliwskim, z psem Tsun u nogi. Stoi tam do dziś.
Ostatni samuraj – we wszystkich wersjach językowych, we wszystkich filmach, we wszystkich podręcznikach historii Japonii pisanych dla zagranicy – był buntownikiem. Zginął, podnosząc miecz przeciw państwu, dla którego sam zbudował wojsko. Przez dekady narastała tradycja, która kazała mówić o samuraju jako o wzorcu posłuszeństwa. Saigō Takamori demonstruje, że ostatni z tej linii umarł, robiąc dokładnie to, co robili pierwsi – stawiał własną twarz wyżej niż słowo zwierzchnika.


Mieć twarz

Honor osobisty samuraja nie jest tym samym, co indywidualizm zachodni. Tu kończy się ten esej, ale tutaj zaczyna się też pytanie, na które nie umiem odpowiedzieć.
Zachodni indywidualista, dziedzic Locke’a, Milla i Kanta, mówi: mam prawo. Prawo do życia, do własności, do swobody myśli. Prawo wynika z mojej osoby, jest moje, niezależnie od tego, czy ktoś je rozpoznaje. Mogę żyć na bezludnej wyspie i nadal mieć prawo. Tak rozumie się indywidualizm w tradycji od Hobbesa do współczesnej deklaracji praw człowieka.
Samuraj mówił coś radykalnie innego. Mówił: mam twarz. „Twarz” – po japońsku kao (顔), albo, ostrzej, mentsu (面子) – jest pojęciem, którego nie da się umieścić w bezludnej wyspie. „Twarz” istnieje tylko w oczach innych. Powstaje wtedy, kiedy ktoś patrzy. Jest lustrem, które ktoś trzyma w ramach świadków – rówieśników, sąsiadów, kronikarzy, wojowników po drugiej stronie pola bitwy. Honor osobisty samuraja był skrajnym indywidualizmem i skrajnym uspołecznieniem jednocześnie. Walczył sam, ale dla świadków. Mówił własne imię, ale po to, żeby ktoś inny je usłyszał i zapamiętał.
Takezaki Suenaga sprzedaje konia, jedzie do Kamakury, przedstawia świadków przed Adachim. Sam – ale wobec wymiaru sprawiedliwości. Kumagai Naozane ścina Atsumoriego, bo tego wymaga zwyczaj – a wszyscy patrzą. Mitsuhide otacza Honnō-ji, bo chce, żeby świat zapamiętał, kto to zrobił. Kobayakawa Hideaki schodzi z góry – ale schodzi przed całą Japonią naraz. „Twarz” jest publiczna, zawsze.
To dlatego współczesna Japonia, którą widzimy z zewnątrz jako kraj kolektywny, harmonijny, hierarchiczny, posłuszny – nie jest, być może, tym, czym nam się wydaje. Honne i tatemae, „prawdziwe ja” wobec „ja na zewnątrz”, nie znika. Przesuwa się. Strach przed utratą twarzy, obsesja na punkcie tego, jak inni widzą, kalkulacja własnej pozycji w siatce relacji – to ten sam silnik, który jeździec Heian uruchamiał przed atakiem na obcy oddział.
Nie wiem, czy „kolektywna" Japonia, widziana z zewnątrz, nie jest po prostu kontynuacją honorowego indywidualizmu. Powierzchnia obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, silnik został ten sam. To pytanie zostawiam czytelnikowi. Sam wiem tylko jedno – obraz wojownika japońskiego jako milczącej zębatki w machinie hierarchii nie ma poparcia w sześciuset latach źródeł. Czytam te źródła i widzę kogoś innego. Widzę człowieka, który podjeżdża pod obcy oddział, podnosi się w strzemionach i krzyczy własne imię. Krzyczy długo, głośno, wyraźnie. Czeka, aż ktoś usłyszy. I dopiero wtedy walczy.
Źródła
1. Eiko Ikegami, The Taming of the Samurai: Honorific Individualism and the Making of Modern Japan, 1995.
2. Karl F. Friday, Hired Swords: The Rise of Private Warrior Power in Early Japan, 1992.
3. Karl F. Friday, Samurai, Warfare and the State in Early Medieval Japan, 2004.
4. Karl F. Friday, „Bushidō or Bull? A Medieval Historian’s Perspective on the Imperial Army and the Japanese Warrior Tradition”, The History Teacher
5. Thomas D. Conlan, State of War: The Violent Order of Fourteenth-Century Japan, 2003.
6. Thomas D. Conlan, In Little Need of Divine Intervention: Takezaki Suenaga’s Scrolls of the Mongol Invasions of Japan, 2001.
7. 笹間良彦, 武家戦陣作法集成 (Sasama Yoshihiko, „Buke senjin sahō shūsei” – „Zbiór samurajskich obyczajów bitewnych”), 2003.
8. 藤木久志, 戦国の作法 (Fujiki Hisashi, „Sengoku no sahō” – „Obyczaje epoki Sengoku”), 2008.
9. 笠谷和比古, 武士道の思想 (Kasaya Kazuhiko, „Bushidō no shisō” – „Myśl bushidō”), Chikuma Shobō, 2012.
