
Spójrzmy na śnieg u Hasuiego: nie jest tu pogodą, tylko metodą widzenia. Śnieg wybiela świat nie po to, by uciec od prawdy, lecz by ją wyostrzyć – stworzyć dystans, w którym Tokyo lat 20. i 30. można zobaczyć jak wspomnienie: prostsze, cichsze, mniej hałaśliwe, a przez to bardziej przenikliwe. I wtedy wydarza się coś, od czego trudno oderwać wzrok: „Wielka Brama w Shibie” stoi jak ciężar tradycji, a w ten kadr, zbyt piękny jak na czysty sentyment, wjeżdża samochód z szoferem w mundurze; pasażer ma fedorę.

「芝大門の雪」
- Kawase Hasui (川瀬巴水), 1936 (Shōwa 11),
Shiba, okolice Zōjōji i bramy Daimon,
Seria „新東京百景” („Sto widoków Nowego Tokio”)

Zacznijmy od faktów, bo one nas poprowadzą. Hasui był najgłośniejszym – i najbardziej konsekwentnym – poetą pejzażu w obrębie shin-hanga, ruchem współorganizowanym i napędzanym przez wydawcę Watanabe Shōzaburō. Hasui wszedł z nim w długą współpracę, która przyniosła setki projektów; w jego sztuce powracała nie tyle „geografia”, co atmosfera: deszcz, mgła, śnieg, nocne światło, czyli wszystko to, co jest bliższe pamięci niż reportażowi. Praca, którą omawiamy to: barwny drzeworyt, tusz i kolor na papierze, format około 32 × 22,7 cm.

Samo to już ustawia ton: oglądamy nie dekorację, ale bramę, która niesie ciężar dawnej Japonii – tej, którą Zachód w czasach Hasui chciał kolekcjonować jak emaliowaną miniaturę świata.


To nie jest przypadkowa „współczesność” – to współczesność klasowa, ucywilizowana, zachodnia w geście, w elegancji, w samej idei prywatnej mobilności. Co więcej, samochód nie pędzi. „Zdaje się ostrożnie nawigować” w obrębie dawnego kompleksu.
To słowo – ostrożnie – jest kluczem. Modernizacja w Japonii tej epoki często nie wygląda jak barbarzyńskie wtargnięcie, tylko jak dyskretne przechodzenie przez próg: dziś brama, jutro metro, pojutrze radio, a za tydzień nowy rodzaj samotności.
I teraz przychodzi to, co w shin-hanga jest najlepsze: warstwa ironii, ale ironii nie szyderczej – raczej smutnej lub tragicznej. Otóż czerwona brama, która wydaje się symbolem trwałości, jest w rzeczywistości betonową reprodukcją. Poprzednią, drewnianą konstrukcję przeniesiono do innej świątyni po tym, jak brama uległa uszkodzeniom podczas trzęsienia ziemi w 1923 roku.

W tym jednym szczególe widać także, jak shin-hanga – często oskarżane o „ładność” i eksportową cukierkowość – potrafi być dzieckiem swojej epoki w sposób bardzo prawdziwy. Trzęsienie Kantō nie było tylko wydarzeniem geologicznym; było przerwaniem narracji miasta. W obrazach Hasui wielokrotnie wraca motyw zniszczonych i odbudowanych budowli, pracowni, miejsc: Hasui stracił dom w 1923 i ponownie podczas bombardowań w czasie wojny, a jego drzeworyt oddawał ten stan niepewności. A przecież równocześnie Tokyo „podnosiło się” nowymi konstrukcjami: choćby most Kiyosu, wzorowany na europejskim moście wiszącym, jeden z wielu elementów odbudowy po 1923.
W takim świecie betonowa brama nie jest skandalem – jest normalnością: nowoczesność naprawia przeszłość własnymi materiałami.
Ale shin-hanga idzie jeszcze dalej. Ten obraz pokazuje, że „dawna Japonia” w latach 30. nie była już tylko dziedziczona – ona była także wytwarzana. Watanabe, wydawca i inspirator, miał wyczucie rynku i wyczucie nostalgii: rozumiał zachodnią tęsknotę za „minioną Japonią” i potrafił sprawić, by była ona dostępna, względnie przystępna i cudownie materialna – w formie odbitek powstających dzięki odświeżeniu cechowego modelu produkcji.

W tym sensie „Wielka Brama w Shibie w śniegu” jest kwintesencją shin-hanga jako projektu cywilizacyjnego: zachowujemy dawną technologię, zachowujemy dawny temat (świątynia, brama, śnieg), ale wkładamy do niego nowy nerw. Tym nerwem jest nowoczesność, która nie musi być opisana billboardem czy tłumem, bo wystarczy fedora i samochód. Wystarczy fakt, że brama jest betonowa.

To jest dokładnie to samo, co dzieje się w Shibie: śnieg działa jak miękka żarówka pamięci.

Dlatego właśnie ten drzeworyt wybrałem na początek dzisiejszego artykułu. To nie jest ładna kartka z dawnej Japonii. To jest elegancko ukryty „esej” o kraju, który – po katastrofie 1923, w cieniu kolejnych napięć epoki – buduje sobie bramy z betonu, ale wciąż maluje je na czerwono, żeby pamiętać, kim był.
Historia stylu shin-hanga

W tym okresie pojawia się też ważny prekursor nastroju: Kobayashi Kiyochika. To on ustawia nową wrażliwość, która później stanie się jednym z najpiękniejszych języków shin-hanga: noc, światło elektryczne, kontrasty, „mgiełka” atmosfery. Kiyochika – szkolony także jako fotograf – nie tyle naśladuje aparat, ile próbuje go „przewyższyć” w tym, co dla fotografii najtrudniejsze: w oddaniu psychologii światła i ciemności, tego, jak miasto zaczyna świecić „od środka”.

Watanabe wskrzesza logikę dawnego hanmoto: kontroluje jakość, organizuje warsztat, łączy projektanta, rytownika i drukarza w precyzyjny mechanizm, ale czyni to z ambicją nowoczesną. Nie chce wyłącznie odgrzewać dawnych wzorów – chce stworzyć nowe ukiyo-e: piękne kobiety, pejzaże, teatr kabuki, świat zwierząt, lecz filtrowane przez wrażliwość XX wieku.
Watanabe mówi o sobie niemal jak o ideowcu, nie tylko przedsiębiorcy. Przyznaje: techniki rzeźbienia i druku są te same co dawniej, ale „duch artystów jest całkowicie inny”*; rzemieślnicy mają współpracować, by tworzyć indywidualne dzieła sztuki, a nie by mieć związane ręce prototypem i wzorami. To brzmi jak program: tradycyjny aparat produkcji ma wycisnąć z siebie nową wrażliwość – nowoczesną, a jednocześnie „japońską” w emocji.
*tu i wiele innych w artykule za: 渡邊庄三郎「川瀬巴水創作版画解説」 (Watanabe Shōzaburō, „Objaśnienia do twórczych drzeworytów Kawase Hasuiego”)

Z tej wczesnej fazy warto pamiętać szczegół, który mówi bardzo dużo o logice ruchu: Hasui debiutuje u Watanabe w 1918 zestawem trzech pionowych pejzaży Shiobary – miejsca, które nosił w pamięci od dzieciństwa i nazywał wręcz swoim „miejscem narodzin”. To scena otwarcia: shin-hanga startuje od „krajobrazu jako wspomnienia”, a nie od reportażu.

Ta historia ma piękny i gorzki ciąg dalszy: Yoshida – szczególnie przywiązany do jednego z ujęć – odtwarza projekt w 1926 roku i publikuje nowe odbitki, tym razem z własnej pracowni. W 1927 ta seria staje się pierwszymi drzeworytami przyjętymi do prestiżowego salonu Teiten, co jest wydarzeniem niemal „ustrojowym” dla medium długo postrzeganego jako plebejskie: dotąd salon uznawał malarstwo i rzeźbę, nie drzeworyt. Widzimy tu cały dramat shin-hanga: katastrofa niszczy materialne podstawy pracy, ale równocześnie wymusza profesjonalizację i walkę o rangę.



Zresztą widać, jak bardzo po 1923 rośnie potrzeba „zapisu chwili” – nie po to, by ją opisać, ale by uchronić przed kolejnym zniszczeniem. W 1928 powstają projekty wielkich serii widokowych Nowego Tokyo; mówi się wręcz o tzw. „memory hedge”, zabezpieczeniu pamięci na wypadek przyszłej katastrofy, której nikt nie może przewidzieć… a która, jak teraz wiemy, nadejdzie rychło w postaci wojennych nalotów i bombardowań.

Hasui, Shinsui, Goyō, Yoshida – każdy inaczej – próbują „przełożyć malarstwo na drzeworyt”: gęstość pigmentu, gradacje, czasem tłoczenia i efekty powierzchni. We wczesnych Hasuich pojawia się nawet ambicja uzyskania faktury przypominającej olej – wrażenie masy farby, nie tylko czystej plamy barwy.
Ten język pozwala shin-hanga robić rzecz pozornie sprzeczną: pokazywać nowoczesność, ale ją „usypiać” atmosferą. Wiele prac shin-hanga przekazuje wrażenie ponadczasowej, niezmiennej tradycji, jednocześnie czasem romantyzując „wtargnięcie nowoczesności”. I jako przykład można dać właśnie obraz omawiany na początku Hasuiego – „Wielka brama Shiba w śniegu” z 1936 roku. To jest sedno. Nowoczesność jest w kadrze, ale zwykle stoi jak gość: w postaci mostu z żelaza, samochodu, światła elektrycznego, nie w postaci krzyku przemysłu.

* William H. Edmunds, „Modern Japanese Artists: Kawase Hasui: an Appreciation”
Shin-hanga żyje więc w napięciu: ma być nowa, ale nie „hybrydowa”; ma być zachodnio czytelna, ale nie do końca zachodnia.

Artyści tworzący „widoki Nowego Tokyo” po 1923 robili je także jako zabezpieczenie pamięci na wypadek przyszłej katastrofy; nikt nie mógł przewidzieć, że niecałe dwie dekady później miasto znów stanie się rumowiskiem, tym razem przez wojenne naloty i podpalania.
Shin-hanga, w swojej najpiękniejszej wersji, okazuje się więc sztuką przedwczesnej żałoby: obrazem świata, który już wtedy – choć wyglądał na spokojny – stał na krawędzi.

To brzmi jak sygnał, że „stary sen” już nie wystarcza; że Japonia nie może na zawsze udawać, iż czas stoi w śniegu.

A potem przychodzi rzecz najcichsza, a najprostsza: starzeją się ludzie, zamykają się pracownie, odchodzą wydawcy. Watanabe umiera w 1962, Hasui kilka lat wcześniej. I shin-hanga – jako żywy projekt historyczny – wygasa, pozostawiając po sobie coś, co paradoksalnie brzmi dziś mocniej niż wtedy: wizję Japonii, która w najbardziej burzliwym stuleciu próbowała ocalić swój pejzaż nie przez dokument, lecz przez nastrój.
Shin-hanga była sztuką kraju, który modernizował się gwałtownie, a jednocześnie potrzebował obrazów pozwalających uwierzyć, że ma w sobie jakąś ciągłość – nawet jeśli regularnie trzeba ją było… odbudować. I dlatego w tych pracach tak często pada śnieg, świeci nocne światło, a nowoczesność wchodzi nie z hukiem fabryk, lecz z cichym połyskiem reflektorów.


I tu pojawia się Kiyochika – wielki prekursor, który ustawia program: noc w mieście staje się nowym krajobrazem dopiero wtedy, gdy pojawia się elektryczność. Kiyochika potrafił opowiadać o modernizacji bez fajerwerków, samą dramaturgią źródeł światła: naturalnych i sztucznych, rozpiętych na ciemnym tle jak nuty na pięciolinii. Widać, dlaczego to było tak ważne: fotografia coraz lepiej „przejmuje” świat dzienny, ale w nocy – w miękkich przejściach, w świetle, które nie jest ostre, lecz „czujące” – drzeworyt może odpowiedzieć czymś, czego aparat długo nie będzie umieć oddać: emocją światła, nie jego zapisem.

A potem przychodzi śnieg – i śnieg w shin-hanga nie jest pogodą, tylko filozofią. Hasui przez całe życie eksperymentował z tym, jak „opowiedzieć” opad: wczesne prace mają płatki duże, wyraźne, osobne; późniejsze robią ze śniegu zasłonę, która staje się środowiskiem, nie detalem. Ta zmiana jest ważna psychologicznie: duży płatek to konkret, wydarzenie; zasłona śniegu to stan – coś, co nie tyle się dzieje, co trwa i zmienia sposób postrzegania. W „Zōjōji w śniegu” (1922) śnieg staje się pretekstem do zderzenia dwóch absolutów barwy: bogatej czerwieni architektury i jasnej bieli, która nie jest tylko bielą, lecz ciszą papieru.

Właśnie dlatego scena taka jak omówiona na początku „Wielka Brama w Shibie” (1936) działa tak mocno: ciche spotkanie tradycji i nowoczesności – brama dawnego kompleksu Zōjōji i samochód z szoferem w mundurze oraz pasażerem w fedorze – odbywa się w śniegu, który spowalnia nowoczesność, jakby kazał jej wejść na palcach. A jednocześnie praca wbija szpilkę w serce nostalgii: brama jest betonową reprodukcją, bo wcześniejsza została przeniesiona po zniszczeniach z 1923 roku. Czyli „starość” bywa już rekonstrukcją, „dawność” bywa już nowoczesnym materiałem. I to jest shin-hanga w pigułce: obraz, który spełnia pragnienie „tradycyjnej Japonii”, ale zostawia w nim ledwo słyszalny zgrzyt prawdy.

W tym samym duchu działa temat kobiety. Bijin-ga w shin-hanga nie jest mechanicznym powtórzeniem dawnego wzoru; to pole, na którym ruch uczy się, jak „zachować tradycję i jednocześnie ją przesterować”. Shinsui potrafił wziąć klasyczny motyw kobiety przy lusterku toaletki i uczynić z niego coś, co wprost łączy się z europejską wrażliwością – ale z ironiczną pętlą: impresjoniści pokochali takie ujęcia pod wpływem dawnych ukiyo-e, a Shinsui dokonuje „re-japonizacji” tematu, prowadząc bijin-ga jakby z powrotem do źródła. Jednocześnie, kiedy patrzysz na jego „Painting the eyebrows” (1928), widzisz, jak daleko odchodzi od stereotypu „kobiecej zadumy”: to jest profesjonalizm gestu, skupienie na budowaniu własnego wizerunku; nawet tło – głęboka czerwień – przywołuje język dzielnic rozkoszy, ale użyty jest jak czysta, nowoczesna plama.

To świetny dowód, że shin-hanga nie jest tylko „nostalgią”: potrafi przełączać się na współczesność, kiedy sama epoka przestaje wierzyć w dawny sen.
Temat teatru – yakusha-e – jest natomiast miejscem, gdzie shin-hanga dotyka rywalizacji z nowymi mediami wprost. Kabuki, reformowane od końca XIX wieku i promowane jako sztuka narodowa zdolna „reprezentować Japonię światu”, potrzebowało też nowego wizerunku. A wizerunek aktora w XX wieku konkuruje już nie tylko z tradycyjnym drzeworytem, lecz z fotografią i filmem. Dlatego w portretach aktorów pojawia się coś, co można nazwać „realizmem godności”: twarze są mniej schematyczne, bardziej indywidualne, nabierają modelunku i objętości; artyści próbują pokazać osobowość pod makijażem, nie tylko maskę. A jednocześnie – i to bardzo w stylu shin-hanga – teatr pozostaje „stabilny” w treści: w świecie, gdzie kino zabiera uwagę, kabuki staje się wyspą ciągłości. Drzeworyt lubi takie wyspy.

To bokashi pozwala „malować” noc, mgłę, miękkość nieba, przejścia na wodzie. Shin-hanga lubi też efekty „materialności”: u Goyō pojawia się tłoczenie/embossing – nie tusz, lecz suchy klocek, który odciska relief w papierze, by nadać szacie objętość i fakturę. To jest technika, która sprawia, że drzeworyt przestaje być płaski. Zaczyna „oddychać” w palcach.

W skrócie: tematy shin-hanga są tradycyjne, bo mają działać jak wspólny alfabet. Techniki są tradycyjne, bo tylko one potrafią dać tę szczególną miękkość światła, tę mgłę, ten śnieg, który jest bardziej stanem ducha niż zjawiskiem meteorologicznym. A cała nowoczesność ruchu polega na tym, że tym alfabetem opowiada się o świecie już nowym – świecie, w którym noc świeci elektrycznością, mosty mówią stalą, kobieta buduje swój wizerunek jak projekt, a tradycja czasem okazuje się betonem pomalowanym na czerwono.
>> PODOBNE ARTYKUŁY:
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!