
Groźny strażnik drogi
W dawnej japońszczyźnie te same dwie sylaby znaczyły „wilk" i „wielki bóg" ōkami: 狼 lub 大神. To nie była gra słów ani przypadek. Zanim ktokolwiek wzniósł wilkowi świątynię, samo jego imię już orzekało: to jest bóstwo. A nie było to bóstwo ani łagodne, ani koniecznie złe. Groźne, ale potrafiące opiekować się ludźmi - łączyło szczególny, boski rodzaj dwoistości. Wierzono, że nocą wilk idzie za samotnym wędrowcem przez górską ciemność, krok w krok. Jeśli szedłeś spokojnie, z godnością i odwagą – odprowadzał cię całego aż do progu domu i bronił przed innymi bestiami gór. Potknąłeś się, okazałeś strach – rozszarpywał cię na miejscu. Sam byłeś swoim wyrokiem. Widywano go przy tym rzadko: umiał zniknąć za jednym źdźbłem trzciny, a czuło się go raczej dreszczem na karku niż widziało na oczy. Tak rodził się kult nie z zachwytu nad pięknym zwierzęciem, lecz ze strachu przed mocą, która patrzy na ciebie z ciemności i osądza.
Uderza to tym mocniej, że ten sam gatunek na drugim krańcu Eurazji stał się wcieleniem zła. Europejski wilk pożera babcię i Czerwonego Kapturka, dmucha na domki, wyje pod oknem jako zwiastun nieszczęścia; pasterz tępił go bez litości, a Kościół widział w nim sługę szatana. Dlaczego to samo zwierzę, o tych samych zębach, na jednym końcu świata zostało diabłem, a na drugim bogiem? Odpowiedź nie kryje się w wilku, bo wilk wszędzie jest podobny, lecz w ludzkiej spiżarni. Europa pasła owce i krowy, a dla stada nie ma gorszego wroga niż wilk. Japonia przez wieki niemal nie jadała mięsa i bydła nie hodowała, żyła z ryżu, a ryż niszczyły nie kły, lecz kopyta: jeleń i dzik. Kto poluje na jelenia i dzika? Wilk. W kraju bez stad owiec nie był rywalem chłopa, był jego sprzymierzeńcem. Decyzję, czy zostanie diabłem czy bogiem rozstrzygnęła więc zawartość garnka.
Dzisiejsza opowieść ma drugie dno, mroczniejsze niż samo ubóstwienie zwierzęcia. Bo bogowie też umierają, a tego Japończycy zabili własnymi rękami, w niespełna cztery dekady. Wilk, którego czczono od epoki kamienia, zniknął z gór za życia jednego pokolenia, ostatni raz widziano go 23 stycznia 1905 roku. Spojrzymy na historię trzech tysiącleci, w których wilk stał na progu między tym, co oswojone, a tym, co dzikie. A także – co z tym progiem, gdy strażnika już zabrakło?

Imię, które jest wyznaniem wiary
Zacznijmy od słowa, bo w nim ukryty jest początek historii. Japońskie ōkami (狼) znaczy „wilk”. Ale wystarczy zapisać te same dwie sylaby innymi znakami, 大神, by otrzymać „wielkie bóstwo”. Homofonia nie jest tu przypadkiem. Językoznawcy wywodzą słowo „wilk” (ōkami) właśnie od staro-japońskiego ōpō-kamï, gdzie ōpō to „wielki”, a kamï to ten sam kamï, którym Japończycy nazywają bogów. Zanim ktokolwiek wzniósł wilkowi świątynię, zanim wyrzeźbił mu posąg, samo jego imię już orzekało: to jest bóg.
Dawne teksty znają go pod jeszcze dobitniejszym mianem. Makami (真神) to „prawdziwy bóg”, bóg rzeczywisty, nie figura mowy. A pełna, najstarsza forma brzmi Ōkuchi-no-makami (大口真神) - „wielkousty prawdziwy bóg”. W tym imieniu czai się otwarta paszcza, rząd zębów, śmiertelne narzędzie. Wielkie usta nie były metaforą dobroci. Czczono moc, która mogła zabić, a postanowiła chronić, i ta dwoistość ciągnie się przez całe tysiąclecie japońskiej wyobraźni.
Słownik z epoki Kamakura, Myōgoki, próbując objaśnić słowo, zbłądzi wśród skojarzeń, ale wszystkie krążą wokół tej samej osi: wielkości i grozy. Tysiąc lat temu, podobnie jak dziś, ludzie nie byli pewni, skąd wzięła się nazwa. Pewne było jedno: kryła się w niej cześć podszyta strachem. Trzeba w tym miejscu być uczciwym co do granic dowodu. Etymologia ōkami od ōpō-kamï to najczęściej powtarzana hipoteza, lecz nie jedyna. Część badaczy widzi w nazwie raczej „wielkiego psa” albo „wielką paszczę” (ōkuchi, ōkame). To znaczące, że nawet sceptyczne odczytania kręcą się wokół tej samej dwoistości: wielkości, zębów i grozy zmieszanej z czcią. Niezależnie od tego, która wersja jest prawdziwa, słowo niesie w sobie respekt podszyty lękiem.
Ta dwoistość jest ważniejsza, niż się z początku wydaje, bo ustawia całą resztę. Zachód odziedziczył wilka rozdartego na dwie figury, które się wykluczają: z jednej strony bestia z czerwonym kapturkiem w zębach, wcielenie głodu i zła, z drugiej wilczyca karmiąca Romulusa i Remusa, matka założycielka (nie wspominając o szczególnej roli wilka wśród ludów nordyckich jeszcze). Albo opiekuńczy. Albo zły. Jedno albo drugie. Japoński wilk nie musiał wybierać. Był groźny i opiekuńczy w tym samym oddechu, i właśnie z napięcia między tymi biegunami czerpał boskość. Bóg nie jest tym, co tylko dobre. Bóg jest tym, co przerasta, co może i zniszczyć, i ocalić, a o tym, co zrobi, rozstrzyga ludzka postawa wobec niego.

Zanim było pismo, wilk na ciele
Kult wilka jest starszy niż jakikolwiek japoński tekst. Sięga w głąb epoki Jōmon (o pierwszych osadach na Archipelagu przeczytasz tu: Jōmon – 14 000 lat pierwszej japońskiej cywilizacji, której nie zauważyliśmy), tysiące lat przed pierwszą zapisaną kroniką. Na stanowisku Kaidori w prefekturze Iwate archeolodzy znaleźli wisior z rogu jelenia, na którego końcu wyrzeźbiono głowę wilka, a obok przekłute kły i fragmenty żuchwy noszone jako ozdoby. Na stanowiskach Kōzuka i Shimogato w prefekturze Chiba leżały wisiory wykonane z wilczych kłów górnej szczęki i z żuchw. Człowiek Jōmon nosił wilka na piersi. Kieł zwierzęcia, które mogło go zabić, wisiał mu przy sercu jak amulet, jak coś, czego moc chce się mieć przy sobie.

Pies był wtedy kimś innym niż wilk. Psy Jōmon, niewielkie i krępe, towarzyszyły ludziom na polowaniach, a grzebano je starannie, czasem w jednym grobie z człowiekiem, jak druha. Najstarsze takie pochówki, z jaskini Kamikuroiwa w prefekturze Ehime, mają ponad siedem tysięcy lat. Pies leżał w ziemi cały, ułożony, opłakany. Wilk istniał w zupełnie innym porządku: nie grzebano go, lecz rozbierano na części i noszono. Pies należał do świata wioski, sato. Wilk należał do gór, yama. Jednego chowano jak swojego, drugiego noszono jak relikwię obcej, groźnej potęgi. Między nimi przebiegała granica, która okaże się osią całej tej opowieści.
Zatrzymajmy się przy tej granicy, bo z biegiem epok zaczęła się ona zacierać w sposób, który dużo mówi o ludziach. Genetycy są dziś zgodni: japoński wilk nie został oswojony w obrębie Wysp. Pies przyszedł z zewnątrz, najpewniej z południa wraz z ludem Jōmon, jako gotowy towarzysz, nie jako miejscowy wilk wzięty na smycz. A jednak w ludzkiej wyobraźni pies i wilk się czasem mieszały. To samo słowo, inu, znaczyło psa, a yamainu, „pies górski”, oznaczało wilka. Wilk bywał psem dzikim, psem gór, lustrzanym odbiciem psa z podwórka. Ta językowa bliskość okaże się brzemienna, bo to dzięki niej groźny bóg dał się w końcu odrobinę oswoić.
W epoce Yayoi, gdy na Wyspy przyszła uprawa ryżu, relacja człowieka z wilkiem zyskała nowy, twardy fundament: wspólnego wroga. Na stanowisku Karako w prefekturze Nara znaleziono wilczą żuchwę noszącą ślady użycia w rytuale. Najdawniejszy zalążek kultu pojawia się więc dokładnie wtedy, gdy pojawia się pole ryżowe, które trzeba chronić. To nie zbieg okoliczności. Wilk poluje na jelenie i dziki, a jeleń i dzik tratują oraz pożerają plony. Interes wilka i interes rolnika nagle się pokryły.
Yayoi przyniosło zresztą jeszcze jedną, ponurą zmianę w statusie samego psa. W warstwach z tej epoki coraz częściej trafiają się psie kości noszące ślady ludzkich zębów. Pies, którego Jōmon grzebał jak towarzysza, w epoce ryżu bywał już zjadany. Świat się przestawiał, hierarchie zwierząt były płynne w czasie, a wilk w tym ruchu piął się w górę: ku królestwu bogów. Im bardziej człowiek brał naturę w karby pola i miedzy, tym bardziej potrzebował kogoś, kto pilnował granicy z drugiej strony.

Góra jako inny świat
Żeby zrozumieć, dlaczego wilk został bogiem właśnie w Japonii, trzeba zrozumieć, czym dla dawnego mieszkańca tych wysp była góra. Japońscy etnografowie, od Yanagity Kunio po współczesnych badaczy, opisują świat wsi jako zbudowany na ostrym podziale. Z jednej strony sato, świat ludzki: wioska, pola, oswojona przestrzeń, w której obowiązują ludzkie reguły. Z drugiej yama, góra, las, dzicz, świat rządzony przez własną etykę, do której człowiek nie ma wstępu na własnych prawach.
Góra była miejscem śmierci. Tam grzebano zmarłych, tam mieszkały ich dusze, tam roiło się od duchów i yōkaiów, których lepiej nie spotkać. Była, jak pisze antropolog John Knight badający półwysep Kii, kurai i ussō, ciemna i gęsta, z definicji nieprzyjazna. Należała do yama-no-kami, bóstwa gór. Wejść w nią znaczyło naruszyć cudze terytorium. Drwal czy myśliwy, zanim ściął drzewo albo zabił zwierzę, winien był odprawić rytuał, rodzaj przeprosin, wabi, za to, że w ogóle ośmielił się tam być. W górach obowiązywały zakazy: pewnych słów nie wolno było wymawiać, nie wolno było śpiewać na głos, nie wolno było używać ręcznika. Człowiek był tam gościem na cudzych prawach.

W tym świecie wilk nie był zwykłym drapieżnikiem. Był otsukai (御使い), posłańcem, albo kenzoku (眷属), sługą bóstwa gór. Jego wycie w ciemności było głosem samej yama. I tu pojawia się pytanie, które dla mnie jest najciekawsze w całej tej historii: dlaczego akurat wilk, a nie niedźwiedź? Niedźwiedź jest większy, silniejszy, równie groźny. A jednak to wilk zdobył aurę boskości.
Odpowiedź kryje się w starym przysłowiu z gór:
犬山黙れ、熊山騒げ
(inuyama damare, kumayama sawage)
„W wilczej górze bądź cicho, w niedźwiedziej hałasuj”
Niedźwiedź jest płochliwy. Narób hałasu, a ucieknie. Wilk nie ucieka. Jeśli zobaczy człowieka za dnia, najczęściej się ukryje, ale po zmroku potrafi stanąć i wpatrywać się w przechodnia bez ruchu, bez lęku, patrząc mu prosto w oczy. To spojrzenie, ta odmowa ucieczki, budowały respekt, jakiego płochliwy niedźwiedź nigdy nie wzbudził na Wyspach. Wilk traktował człowieka jak pełnoprawnego mieszkańca gór. A z mieszkańcem, który ma takie zęby, trzeba się układać.
Do tego dochodziła jego niewidzialność. Europejski wilk z legend zmienia postać, staje się wilkołakiem, czai się pod ludzką skórą. W Japonii podobnie, choć z mniejszymi efektami specjalnymi - ukrywa go samo środowisko. Mówiono, że schowa się nawet tam, gdzie rośnie jedno źdźbło trzciny. Yanagita zanotował wierzenie z okolic Tōno, że wilcza sierść zmienia barwę z porami roku, dzięki czemu jest w lesie niewidoczna. Lis i tanuki muszą przybrać ludzką postać, żeby zwieść człowieka. Wilkowi wystarczy, że jest sobą. Jest blisko, słyszysz go, czujesz, a nie widzisz. Istota, która patrzy na ciebie, gdy ty jej nie widzisz - to już bardzo blisko definicji bóstwa.

Stąd brała się szczególna rola słuchu w tej religii. Wilka się nie oglądało, wilka się słyszało. Jego obecność u boku wędrowca zdradzał czasem nie widok, lecz ćwierkanie okuri-suzume, „wróbla odprowadzającego”, drobnego ptaka, za którym, jak wierzono, krył się sam wilk. Człowiek szedł przez ciemność i po dźwięku, po szeleście, po niepokoju zwierząt domyślał się, że nie jest sam. Wiara w wilka była wiarą w obecność, której się nie widzi, a tylko przeczuwa, i to czyni ją zdumiewająco bliską samej istocie religijnego doświadczenia. Bóstwo jest tym, czego przeczucie masz nie poprzez wzrok, lecz przez dreszcz na karku.

Pierwsze słowa pisane
Gdy Japonia nauczyła się pisać, wilk wszedł na karty najstarszych ksiąg. W „Man'yōshū”, antologii poezji z VIII wieku, znajdujemy wiersz dworki Toneri no Otome (tom ósmy, numer 1636):
大口の 真神の原に 降る雪は
いたくな降りそ 家もあらなくに
(Ōkuchi no / makami no hara ni / furu yuki wa / itaku na furi so / ie mo aranaku ni)
„Śniegu, co prószysz nad Równiną Wielkoustego Boga – nie syp tak gęsto, błagam, bo nie czeka tu na mnie żaden dom.”
Makami-ga-hara, „Równina Wielkoustego/Prawdziwego Boga”, to nie poetycka fikcja. Tak nazywano realne pola na południe od świątyni Asuka-dera, w samym sercu kolebki państwa Yamato. W VIII wieku, gdy dwór budował już swoją cywilizację, tuż obok rozciągała się dzika równina nosząca imię wilka-boga, miejsce, gdzie po zmroku rozlegało się wycie. Cywilizacja i dzicz leżały o miedzę od siebie, i dzicz miała boskie imię. Co ciekawe, „wielkousty” (ōkuchi no) działa tu jako stały poetycki epitet wilka-boga, makura-kotoba. Skojarzenie paszczy z bóstwem było tak utrwalone, że stało się gotowym budulcem wiersza.
Według dawnego przekazu, zachowanego we fragmentach kroniki ziemskiej prowincji Yamato, nazwa wzięła się stąd, że na owej równinie żył niegdyś stary wilk, pożeracz ludzi, i to właśnie z powodu grozy, jaką budził, uznano go za boga. To nie jest budujące podanie. Bóstwo narodziło się nie z wdzięczności, lecz ze strachu, z czystego przerażenia mocą, która zabija. Wczesny kult wilka nie był sielanką rolnika i jego obrońcy. Był układem ze śmiercią.
Z tego samego pnia wyrasta najsłynniejsza legenda. Kronika „Nihon shoki” opowiada o Yamato-takeru, wojowniczym księciu wysłanym na podbój wschodu. W górach zaskoczyła go gęsta mgła i stracił drogę. Wedle podania zjawił się wtedy biały wilk i poprowadził go bezpiecznie przez przełęcz. Wdzięczny książę miał ogłosić zwierzę Ōkuchi-no-makami i zostawić je w tych górach jako strażnika. Na tej legendzie wsparły się później dwie najważniejsze świątynie kultu wilka, Mitsumine i Musashi Mitake, o których za chwilę. Biały wilk nie jest tu zresztą zwykłym przewodnikiem. Biel czyni go istotą z innego porządku, posłańcem, którego zsyła góra, gdy uzna, że człowiek zasłużył na ocalenie.
W epoce Heian i w wiekach następnych folklor wilka rozrósł się w gęstą sieć opowieści, a w ich centrum stoi postać, od której zacząłem: okuri-ōkami, wilk odprowadzający. Dawne encyklopedie i zielniki, jak „Wakan sansai zue” (和漢三才図会) czy „Honchō shokkan” (本朝食鑑), notowały reguły postępowania z nim niczym praktyczne porady podróżne. Nie walcz. Nie uciekaj. Nie pokazuj strachu — a wilk nie tylko cię oszczędzi, lecz i obroni przed tym, co czyha w ciemności wyżej w górach. Niektóre okolice odróżniały okuri-inu, „psa odprowadzającego”, strażnika, od mukae-inu, „psa witającego”, napastnika. Ten sam gatunek, ta sama noc, a dwie role rozdzielone cienką granicą ludzkiej perspektywy.
Folklor szedł dalej i bywał zaskakująco czuły. Opowiadano o człowieku, którego wilk, zamiast pożreć, obdarował włosem ze swojej brwi; z tym włosem nieszczęśnik wrócił do ludzi i odtąd wiodło mu się dostatnio. Wilk bywał też prorokiem. W górach Tamaki na północ od Hongū rósł olbrzymi cyprys zwany „cyprysem psiego wycia”, inuhoe no hinoki (犬吠えの檜). Wilki miały wyć tam bez ustanku w przeddzień wielkiej powodzi 1889 roku, która zabrała wielu ludzi w okolicy. Folklorysta Nomoto Kan'ichi widział w tym wilka ostrzegającego człowieka przed katastrofami naturalnymi, pełniącego w dzikich górach tę samą rolę, co pies stróżujący, ban'ken, na wiejskim podwórku. Wilk był psem stróżującym dziczy.

Bywał też po prostu potworną, budzącą zachwyt siłą. Edońska księga „Tani no hibiki” (谷の響, „echo doliny”) notuje opowieść o wilku, który chwycił w pysk truchło konia i przeniósł je samotnie przez górską grań, tę samą drogą, na której sześciu mężczyzn ledwie radziło sobie z saniami. W tych relacjach nie ma sentymentu. Jest podziw zmieszany z grozą wobec mocy, która przerasta ludzką miarę i właśnie dlatego należy do porządku bogów, nie zwierząt.
W tym wszystkim kryje się rdzeń japońskiego myślenia o wilku. To nie było bóstwo bezwarunkowo dobre ani bezwarunkowo złe. Było warunkowe. Jego wyrok zależał od ciebie, od twojej godności, spokoju, braku pychy i braku paniki. Wilk był lustrem. Pokazywał ci, kim jesteś w chwili próby.

Naukowe imię, które utrwaliło legendę
Jest w tej historii fakt, który zawsze mnie zachwyca, bo pokazuje, jak głęboko folklor potrafi wniknąć w miejsca pozornie mu obce. Gdy zachodnia nauka w XIX wieku nadawała japońskiemu wilkowi łacińską nazwę gatunkową, holenderski przyrodnik Coenraad Temminck, opierając się na okazach przywiezionych przez Philippa von Siebolda, ochrzcił go Canis lupus hodophilax.
Hodophilax pochodzi z greki. Hodos znaczy „droga”, phylax znaczy „strażnik”. Strażnik drogi. Ludzie, którzy wymyślili tę nazwę, niemal na pewno nie znali zawiłości japońskiego folkloru, a mimo to wpisali jego sedno wprost w międzynarodową nomenklaturę zoologiczną. Wilk, który odprowadza wędrowca przez ciemne góry, na zawsze utrwalił się w łacińskim mianie gatunku. Folklor okuri-ōkami przeżył samego wilka.

Wilk schodzi do wsi
Przez długie wieki kult wilka był rozproszony, lokalny, związany z konkretnymi górami i wioskami. Dopiero w epoce Edo, między XVII a XIX wiekiem, eksplodował i objął całe połacie wschodniej Japonii. Stało się to za sprawą dwóch świątyń w górach Chichibu i Okutama: Mitsumine oraz Musashi Mitake.
Przełom przyniósł rok 1720. Do Mitsumine przybył wtedy mnich znany jako Nikkō Hōin i, jak głosi tradycja świątyni, ujrzawszy, że okoliczne góry pełne są wilków, uznał to za boski znak. Zaczął rozdawać wiernym ofuda, papierowe talizmany z wizerunkiem wilka, w ramach praktyki zwanej gokenzoku haishaku (御眷属拝借), „wypożyczeniem boskiego posłańca”. Nad tym pojęciem trzeba się zatrzymać, bo kryje się w nim cała logika tego kultu. Wierny nie kupował obrazka. Wypożyczał samego wilka-boga, brał go do domu na rok jako żywego strażnika i gościa, a po roku wracał, by talizman odnowić, czym przedłużał opiekę. Bóstwa nie posiadano. Bóstwo się gościło. Wierni zrzeszali się w bractwa pielgrzymkowe, kō, organizowali wspólne wędrówki na świętą górę, i imię Mitsumine rozeszło się po całym kraju, aż po dalekie Tōhoku, gdzie do dziś stoją świątynie odwołujące się do tego rodowodu.
Z Musashi Mitake kult rozprowadzali oshi, niżsi kapłani i zarazem przewodnicy. Mieszkali u stóp góry, prowadzili zajazdy dla pielgrzymów, a poza sezonem schodzili w doliny i nizinne wsie z talizmanami w tobołku, objeżdżając stałe rejony niczym wędrowni akwizytorzy świętości. To oni zanieśli wiarę w o-inu-sama, „dostojnego psa”, daleko od gór. I tu kryje się ciekawy szczegół językowy: na nizinach, gdzie żywego wilka nikt już nie oglądał, mówiono o nim pieszczotliwie „pies”, o-inu-sama albo yama-inu-sama, oswajając grozę „zdrobnieniem”. Ta sama bliskość psa i wilka, która tkwiła w języku od epoki kamienia, pozwoliła teraz zamienić groźnego boga gór w domowego, niemal rodzinnego opiekuna progu. W rolniczych domach wokół dzisiejszej Kawasaki, niegdyś słynącej z bambusowych pędów, jeszcze niedawno na drzwiach spichlerzy i stodół wisiały wilcze talizmany z Mitake, strzegące dobytku.
Czego strzegł wilk z Edo? Najpierw, jak od tysięcy lat, pól przed dzikami i jeleniami. Ale w miarę jak oddalał się od żywego zwierzęcia, jego moc rosła i rozlewała się na wszystko. Chronił przed pożarem. Przed złodziejem. Przed klęską i nieszczęściem. Sprowadzał płodność na bezdzietne małżeństwa. Gdy w późnym Edo i wczesnym Meiji przez kraj przetaczały się epidemie cholery i tyfusu, wilka czczono jako pogromcę zarazy. W świątyni Kinoyama w prowincji Bitchū ludzie dniem i nocą modlili się do wilczego bóstwa o ocalenie przed cholerą. Im słabiej pamiętano, jak wygląda prawdziwy wilk, tym potężniejszy stawał się wilk wyobrażony. Bóstwo rosło w odwrotnej proporcji do zwierzęcia.

Bóstwo, którego nikt nie widział
I tu dochodzimy do rzeczy, która jest sednem całej tej opowieści. Jeśli obejdziesz japońskie świątynie kultu wilka i przyjrzysz się kamiennym posągom o-inu-sama, które stoją tam zamiast zwykłych lwów-psów komainu, uderzy cię jedno: każdy jest inny. Jeden przypomina chudego charta, inny zwalistego mastifa, jeszcze inny lisa albo wręcz fantastycznego smoka o najeżonym grzbiecie. Nie ma dwóch jednakowych. Dlaczego?
Bo kamieniarze, którzy je kuli, nigdy nie widzieli żywego wilka. Wilk był nieuchwytny już za życia, a do tego mieszkał w odległych górach, z dala od warsztatów, w których obrabiano kamień. Rzeźbiarz dostawał garść słów: „wielka paszcza”, „coś jak pies, ale dziksze”, „strażnik”. I z tych słów lepił stwora własnej wyobraźni. Posąg był nie portretem zwierzęcia, lecz odciskiem ludzkiego wyobrażenia o nim. Paradoksalnie właśnie w tym tkwi ich siła. Skoro nie krępował ich rzeczywisty pierwowzór, kamieniarze wykuwali czystą emocję: grozę, tajemnicę, moc. Posągi o-inu-sama są tak sugestywne nie mimo tego, że fałszują anatomię, lecz dlatego, że ją porzucają na rzecz uczucia.
To skłania mnie do postawienia pewnej hipotezy. Mianowicie, być może Japończycy nigdy tak naprawdę nie czcili zwierzęcia Canis lupus hodophilax. Czcili o-inu-sama, istotę wyobrażoną, w którą wlali własny lęk przed dziczą i własną tęsknotę za jej opieką. Biologiczny wilk i boski wilk to dwie różne istoty, które przypadkiem nosiły to samo imię. Jedna biegała po górach Honshū i polowała na jelenie. Druga mieszkała w ludzkiej głowie i strzegła progu między tym, co oswojone, a tym, co dzikie. Choć w zasadzie można tak powiedzieć i o innych zwierzętach chętnie pojawiających się w folklorze, jak choćby lis czy tanuki – to jednak w przypadku wilka hipoteza ta wydaje się silniejsza – choćby przez to, że rzadko kto miał okazję dobrze się mu przyjrzeć.
Był uosobieniem dzikości, którą człowiek chciał mieć po swojej stronie, dzikości na uwięzi, groźnej mocy obróconej ku obronie. Czcić wilka znaczyło zawrzeć z dziczą cichy pakt: zostaw mi moje pola i moją drogę przez noc, a ja uznam twoje góry i twoją w nich władzę. Dopóki obie strony dotrzymywały umowy, wilk był bogiem. Wystarczyło, by człowiek złamał warunki, a bóg znikał, i zostawało samo zwierzę, głodne i obce.

Cztery dekady
A potem, w niespełna cztery dekady, bóg stał się szkodnikiem i zniknął.
Najprostsze wyjaśnienie głosiłoby, że to wilk się zmienił, zrobił się groźny, zaczął napadać. Ale prawda, którą wydobywa amerykański historyk Brett Walker w monografii „Zaginione wilki Japonii”, jest inna i znacznie bardziej niepokojąca. Wilk się nie zmienił. Zmienił się człowiek, a ściślej zmieniła się ekonomia, poprzez którą człowiek na wilka patrzył.
Dopóki Japonia żyła z ryżu, interes wilka pokrywał się z interesem rolnika, bo obaj chcieli śmierci jelenia i dzika. Wilk był sprzymierzeńcem, więc był bogiem. Gdy rząd Meiji, zapatrzony w Zachód, postanowił zbudować nowoczesne rolnictwo z hodowlą bydła i owiec na amerykańską modłę, równanie przestało się zgadzać. Krowa i owca to nie ryż. Dla wilka to po prostu łatwa zdobycz, a dla hodowcy wilk z sojusznika stał się nagle wrogiem numer jeden. To samo zwierzę, ta sama natura, a jego „moralny charakter”, jak ujmuje to John Knight, był od początku uwarunkowany środowiskowo. Bóstwo i szkodnik to ta sama istota oglądana przez dwie różne ekonomie.
Reszta potoczyła się szybko i bezlitośnie. Na Hokkaido, gdzie najpierw ruszyła hodowla w wielkim stylu, rząd zatrudnił amerykańskiego hodowcę Edwina Duna. Recepta była amerykańska: nagrody za zabite wilki i trucizna. Strychninę sypano do padliny rozkładanej w górach. Wilk z Ezo (Hokkaido) zniknął już około 1889 roku. Do tego doszły wścieklizna i nosówka, przywleczone z psami z zagranicy, oraz masowe wylesianie, które odbierało wilkowi i jego zwierzynie dom. Dawne shintō świątynne, z wilkiem jako bogiem wsi, ustępowało państwowemu shintō, scentralizowanemu wokół cesarza, gdzie lokalne, wiejskie bóstwo nic już nie znaczyło. Boga przestano czcić, więc można go było zabić.
Koniec ma datę i miejsce. 23 stycznia 1905 roku. Tego dnia do wioski drwali Washikaguchi w prowincji Nara, dziś części miejscowości Higashi-Yoshino, trzej myśliwi przynieśli sztywne truchło młodego wilka. Czekał tam na nie dwudziestopięcioletni amerykański zoolog Malcolm Anderson, który zbierał okazy japońskiej fauny dla Muzeum Brytyjskiego z ramienia księcia Bedford. Potargowali się o cenę. Anderson kupił zwłoki, a skórę i czaszkę wysłał do Londynu. Tam leżą do dziś, w zbiorach londyńskiego muzeum historii naturalnej, nie na wystawie, lecz w magazynie. Ostatni okaz wielkoustego prawdziwego boga skończył jako numer inwentarzowy w obcym kraju, kilka tysięcy kilometrów od gór, które był posłany strzec. Nigdy więcej nie widziano wilka japońskiego.
W ciągu życia jednego pokolenia bóg, którego czczono od epoki kamienia, zmienił się w szkodnika, potem w trofeum, a na końcu w eksponat.

Cisza, w której wciąż słychać wycie
A jednak ta historia nie kończy się tylko pustką.
Wielu Japończyków z gór nigdy nie uznało wilka za wymarłego. Yanagita Kunio, ojciec japońskiej folklorystyki, w tomie poświęconym wilkowi otwarcie odmawiał wiary w jego śmierć. Do dziś chodzą po górach ludzie, którzy słyszeli wycie albo widzieli „psowatego kształtu bestię”, i nie chcą przyjąć orzeczenia nauki. Najsłynniejszy z nich, Yagi Hiroshi, poświęcił dekady życia na szukanie wilka, w 1996 roku zrobił w górach Chichibu zdjęcia psowatego zwierzęcia, o które do dziś toczą się spory, i jako siedemdziesięciolatek wciąż prowadzi swoje fotopułapki. Knight, który badał to zjawisko, ujął je celnie: jeśli wilk jest wymarły, to nie znaczy, że stał się zbędny. Upieranie się przy jego istnieniu jest tęsknotą za górami, jakie były kiedyś, zanim człowiek je przemielił. Wilk stał się miarą tego, ile dzikości straciliśmy. Dopóki ktoś wierzy, że gdzieś tam jeszcze ostatni wilk wyje, dopóty góry nie są do końca martwe.
Bóstwo zresztą przeżyło zwierzę dosłownie. W Mitsumine i Musashi Mitake do dziś można wziąć ofuda z wizerunkiem wilka, choć dziś bierze się je raczej jako talizman „mocy” i pomyślności niż jako obronę pól przed dzikiem. Zwierzę zniknęło sto dwadzieścia lat temu, a jego kult trwa, oderwany od swojego martwego nosiciela. Czcimy wyobrażenie, którego oryginał sami zgładziliśmy. To logiczne, choć bolesne domknięcie całej tej historii: skoro od początku czczono nie zwierzę, lecz jego obraz w ludzkiej głowie, śmierć zwierzęcia niczego w tym obrazie zmienić nie musiała.
Jest w tym jeszcze gorzki cień, ukryty, jak zwykle, w słowie. Spytaj dziś młodego Japończyka, co znaczy okuri-ōkami, a nie opowie ci o boskim strażniku nocnych dróg. Powie, że to mężczyzna, który pod pozorem grzeczności odprowadza dziewczynę do domu, żeby się do niej dobrać. Słowo, które niegdyś oznaczało opiekuna prowadzącego samotnego człowieka bezpiecznie przez ciemność, zdegenerowało się do określenia seksualnego drapieżcy w ludzkiej skórze, przed którym ostrzega się naiwne dziewczęta. Strażnik drogi stał się natrętem. W tej jednej semantycznej degradacji mieści się cała historia: tak jak słowo, tak i sam bóg osunął się z opiekuna w zagrożenie, by w końcu zniknąć.
Puentę zostawił nam też poeta Mihashi Toshio, dla którego świątynia Mitake była rodzinnym sanktuarium. Tom swoich wierszy zatytułował po prostu „Makami”, „Prawdziwy bóg”, a w jednym z nich napisał: „prowadzę za sobą tego wymarłego wilka”. Odwrócił odwieczny obraz. Przez tysiące lat to wilk szedł za człowiekiem nocą, odprowadzając go do domu. Teraz to człowiek prowadzi za sobą wilka, lecz już tylko jego widmo, nieobecność w kształcie zwierzęcia. Wybiliśmy strażnika dróg i odtąd to my musimy nosić go ze sobą.
Pod Chichibu, w tych samych górach, gdzie niegdyś wypożyczano wilczego boga, by strzegł pól przed dzikami, dziś stoją na polach wilki robotyczne, najeżone czujnikami maszyny, które rykiem i błyskiem światła odstraszają dziki od upraw. Zabiliśmy boga, który za darmo robił tę robotę przez tysiąc lat, a potem zbudowaliśmy jego mechaniczną podróbkę. Strażnik wrócił na pole, tyle że teraz trzeba go ładować z gniazdka.
Uwagi o pewnej grze
Jeśli folklor wilka zblakł w pamięci współczesnych Japończyków, to przetrwał tam, gdzie nikt by go nie szukał: w grze video. W 2006 roku studio Clover wydało Ōkami, a sam tytuł jest dokładnie tą samą grą znaczeń, od której zacząłem ten esej. 大神 czyta się identycznie jak 狼 i znaczy „wielki bóg" - twórcy świadomie wzięli tę homofonię za fundament. Bohaterką jest Amaterasu, najwyższe bóstwo shintō, bogini słońca, która zstępuje na ziemię nie w ludzkiej postaci, lecz jako biała wilczyca. To dokładnie ten sam biały wilk, który u nas wyprowadził Yamato-takeru z górskiej mgły, ta sama biel, która czyni zwierzę istotą z innego porządku, posłańcem zsyłanym z góry. Wieśniacy w grze widzą zwykłego białego wilka i nie poznają w nim bóstwa - co jest niemal dosłownym powtórzeniem prawdy o kamiennych posągach o-inu-sama.
Głębsza jest jednak sama rola wilczycy. Amaterasu nie zdobywa świata mieczem - przywraca go do życia: tam, gdzie stąpa, więdnięcie ustępuje, drzewa znów kwitną, skażenie cofa się przed nią jak przed czystą siłą. Robi pędzlem to, co japoński wilk robił przez trzy tysiące lat: pilnuje, by granica między dziczą a ładem się trzymała, by świat nie osunął się w chaos. Jej narzędziem jest fude, pędzel do tuszu, a cała gra wygląda jak ożywione sumi-e - dzikość i kultura splecione w jedno, dokładnie tak, jak wilk-bóg stał na progu między yama a sato.
A gdyby kogoś z Was zaciekawił temat ukrytych japońskich motywów i wierzeń w tej grze - dajcie znać w komentarzu pod postem na Facebooku. Jeśli będą chętni czytelnicy, w przyszłości z chęcią poświęcę grze Ōkami osobny artykuł i rozłożę na czynniki pierwsze cały folklor, mitologię i sztukę, które twórcy w niej ukryli.

Źródła:
1. Brett L. Walker, The Lost Wolves of Japan, University of Washington Press, Seattle 2005.
2. John Knight, „On the Extinction of the Japanese Wolf", Asian Folklore Studies, t. 56, 1997.
3. 平岩米吉 [Hiraiwa Yonekichi], 狼―その生態と歴史 [Ōkami: sono seitai to rekishi — Wilk: jego życie i historia], Tsukiji Shokan, Tokio 1992.
4. 千葉徳爾 [Chiba Tokuji], prace o relacji człowiek–góra–zwierzę w japońskim ludoznawstwie (yama no kami, kult zwierząt górskich).
5. 菱川晶子 [Hishikawa Akiko], 狼の民俗学 [Ōkami no minzokugaku — Folklorystyka wilka], Tōkyōdō Shuppan, 2009.
6. 直良信夫 [Naora Nobuo], 日本産狼の研究 [Nihon-san ōkami no kenkyū — Studium wilka japońskiego], 1965.
