
Japończycy mają jedno słowo na to, co czujemy, gdy przegraliśmy, bo po prostu byliśmy zbyt słabi
17 maja 1975 roku na boisku w Kioto skończył się mecz, a jedna z drużyn nie zdobyła w nim ani jednego punktu. Sto dwanaście do zera. Chłopcy z miejskiego liceum technicznego w dzielnicy Fushimi siedzieli potem na trawie w koszulkach, których nie zdążyli nawet porządnie zabrudzić, bo przez większą część spotkania stali i patrzyli, jak ktoś inny biegnie z piłką. Maj w Kioto bywa już duszny. Jeden rozsznurowywał korki i nie podnosił głowy. Drugi patrzył w bok, na siatkę i na drzewa za nią. Z głośnika poszła zapowiedź następnego meczu, ktoś zgarniał chorągiewki, świat wokół nich wracał do swoich spraw z obrzydliwą sprawnością. Nikt nie chciał odezwać się pierwszy.
Trener przyszedł do tej szkoły rok wcześniej, z kariery reprezentanta Japonii, i drużynę objął tej właśnie wiosny. Chłopcy przyjęli go tak, jak przyjmowali wszystko, co przychodziło z zewnątrz: bojkotem. Odmówili wyjazdu na mecze towarzyskie. Chodzili z hasłami wypisanymi na dresach, żeby nikt się nie wtrącał. Teraz siedzieli i czekali na krzyk pełen wyrzutów. Trener nie krzyczał. Usiadł i zapytał spokojnie, czy naprawdę nie jest im gorzko przegrać w ten sposób z rówieśnikami. I wtedy któryś odpowiedział jednym słowem. Potem powiedział je następny, wykrzyczał łamiącym się głosem. Po chwili płakali wszyscy, także rezerwowi, którzy tego dnia nie zagrali ani minuty.
Tego słowa nie da się przełożyć na polski jednym wyrazem. Potrzeba trzech, a i wtedy coś zostaje po drugiej stronie, nieprzeniesione. Rok później ta sama drużyna pokonała tych samych rywali osiemnaście do dwunastu. Pięć lat później była mistrzem kraju. Z tej historii zrobiono serial telewizyjny, z serialu wziął się gag komediowy, na którym pewien komik utrzymywał się kilkanaście lat, a trenera do końca życia nazywano nauczycielem beksą. Umarł w maju tego roku, w wieku 83 lat. To jednak nie jest opowieść o nim. To opowieść o jednym słowie: kuyashii (悔しい). Jest taki rodzaj żalu, w którym nie ma się do kogo zwrócić, bo skrzywdzony i winny okazują się tą samą osobą. Nie boli w nim strata, tylko trwała, niezbywalna wiedza, że można było inaczej. A teraz już za późno i nie ma nikogo winnego poza nami samymi.

Co to znaczy czuć kuyashii?
Zaczyna się w ciele, bo ciało orientuje się pierwsze. Robi się gorąco w twarzy, szczęki zaciskają się bez polecenia, ręce szukają czegoś do ściśnięcia, oddech idzie płytko i wysoko. Człowiek w tym stanie częściej chodzi, bo siedzieć nie sposób, i chodzi szybciej, choć nie ma dokąd. Kiedy przychodzą łzy, nie są to te ciepłe, rozlewające się od żalu, tylko wściekłe, wypychane siłą, ocierane grzbietem dłoni w geście złości nie wiadomo na co – może na same oczy. Japoński ma na nie osobne słowo, kuyashinamida (悔し涙), wrócimy i do nich.
W głowie dzieje się przy tym jedna rzecz: powtórka. Umysł odtwarza ostatnie trzydzieści sekund w kółko i za każdym razem próbuje rozegrać je inaczej. Tam trzeba było przyspieszyć. Tam trzeba było się odezwać. Gdybym nie odpuścił sobie tamtego tygodnia w lutym. Powtórka nie ma końca, bo nie ma czego rozstrzygać, wynik jest już zapisany, ale głowa liczy dalej.
Rdzeń całej sprawy da się zmieścić w jednym zdaniu, i to zdanie jest nieprzyjemne: byłem przy tym, mogłem, ale za słabo się psotarałem. Nie spotkało mnie nieszczęście. Nikt mi niczego nie zabrał. Byłem obecny, miałem narzędzia, uważałem, że jestem w stanie, a potem okazało się, że nie. Wina jest tu miękka, bo nikt nie zaniedbał niczego złośliwie, i właśnie dlatego nie ma jak jej z siebie zdjąć.
Widać to najlepiej przez porównanie z sąsiadami. Smutek jest reakcją na stratę, a strata nie potrzebuje sprawcy: umiera pies, kończy się lato, dziecko wyprowadza się z domu. Smutek się rozlewa i chce leżeć, kuyashii jest twarde i chce wstać. W smutku człowiek pozwala sobie na bezradność, tutaj bezradność jest właśnie tym, czego nie da się znieść. Wstyd z kolei sprawia, że człowiek pragnie zniknąć: zapaść się pod ziemię, wyjść z pokoju, nie odbierać telefonu, żeby nikt nie patrzył, nic nie powiedział. Kuyashii chce wrócić w przeszłość i przy tych samych świadkach wszystko poprawić.
Gniew z kolei ma adresata i ma ulgę. Można nakrzyczeć, trzasnąć drzwiami, napisać ostry mail i poczuć się lżej. W kuyashii jednak oskarżyciel i oskarżony siedzą w jednym ciele, więc żaden wybuch niczego nie rozładowuje. Poczucie winy działa jeszcze inaczej: dotyczy krzywdy wyrządzonej komuś i ma drogę wyjścia, bo można przeprosić, naprawić, zadośćuczynić. W kuyashiii nikt nie ucierpiał poza nami, nie ma komu przynieść kwiatów ani po co. Zazdrość zaś mówi: chciałbym mieć to, co on ma. Kuyashii mówi coś innego: to miało być moje, bo umiałem, spokojnie mogłem po to sięgnąć i na to zapracować, a sam to wypuściłem. Dowodem jest to, że przychodzi także wtedy, gdy rywala w ogóle nie ma. Można je czuć w pustym pokoju, nad własnym testem rozwiązanym na siedemdziesiąt procent, kiedy nikogo innego nie było nawet w budynku.
Ma przy tym dwa nawroty i drugi jest gorszy. Pierwszy uderza w ciągu sekund i jest fizyczny. Drugi wraca po latach, w środku nocy albo pod prysznicem, bez zapowiedzi, i przez pół minuty bywa równie świeży jak wtedy. Człowiek ma czterdzieści lat, dobrą pracę i dwoje dzieci, a przypomina mu się egzamin z 2004 roku i naprawdę czuje to w brzuchu. Takie uczucie starzeje się wolniej od innych, ponieważ nigdy nie zostało zamknięte. Rośnie też odwrotnie do rozmiaru klęski: przegrana o dwadzieścia punktów mija w tydzień, przegrana o jeden punkt zostaje na dziesięć lat, bo umysł bez wysiłku domalowuje sobie inne zakończenie.
W Japonii to uczucie ma swoje stałe adresy i wcale nie wszystkie leżą na boisku. Marzec, tablica z numerami tych, którzy zdali na uniwersytet; chłopak przesuwa palcem po kolumnie, nie znajduje swojego numeru, sprawdza jeszcze raz i jeszcze raz, po czym odchodzi na bok zadzwonić do matki. Kolegom powie potem jedno słowo i to im wystarczy za całą relację. Albo: trzydziestoletnia kobieta wychodzi z rozmowy o pracę i wie dokładnie, w której chwili przestała mówić własnym głosem; w drodze do domu odtwarza tamto zdanie dziesięć razy. Mogła zostać przyjęta, wystarczyło inaczej powiedzieć dwa zdania. Umiała to zrobić i zrobiła źle. Albo: uczeń w kuchni sushi, po trzech latach obierania warzyw, dostaje wreszcie rybę i tnie ją źle, a szef nic nie mówi, tylko bierze nóż i robi to sam, przy nim.
Polszczyzna nie ma na to jednego wyrazu, choć ma wszystkie te sytuacje. Ćwiczyłeś ten utwór osiem miesięcy, grałeś go bezbłędnie na każdej próbie, a na koncercie ręka poszła w bok w takcie, którego nigdy wcześniej nie pomyliłeś, i przez resztę wieczoru grałeś już tylko po to, żeby dojść do końca. Znalazłeś w podsumowaniu miesiąca błąd sprzed pół roku, twój własny, taki, jakiego uczyłeś innych nie robić, i zdążył już przejść przez trzy raporty. Nikt cię nie skrzywdził, nikt nie oszukał, nie było przeciwnika. Za każdym razem trzeba na to zbudować całe zdanie od nowa: „ale mnie to gryzie”, „nie mogę tego przeboleć”, „mam żal do samego siebie”, i za każdym razem czuć, że to nie wyraża w pełni tego, co czujemy.
Coś temu uczuciu trzeba przy tym oddać. Żeby je poczuć, trzeba było wcześniej wziąć na siebie odpowiedzialność, a bierze ją tylko ten, kto uważał, że wynik od niego zależy. Człowiek tłumaczący wszystko pechem, układami i cudzą złą wolą jest od tego bólu wolny. Ale nie patrzyłbym na to jak na przywilej.

Trzy słowa zamiast jednego
Słowo brzmi kuyashii (悔しい). Japońskie słowniki opisują je zgodnie. „Digital Daijisen” podaje: sprawy nie potoczyły się po naszej myśli albo doznaliśmy upokorzenia, nie umiemy się z tym pogodzić i czujemy naraz gniew i żal. Znaczenie drugie, dziś rzadsze: żałuje się własnego czynu.
Angielskie słowniki próbują czterech odpowiedników i każdy odcina coś, bez czego reszta się rozsypuje. Frustrating gubi wstyd. Mortifying gubi gniew. Regrettable gubi ciało, a to uczucie jest cielesne: ściska przeponę, wypycha krew do twarzy, zaciska szczęki. Japońszczyzna ma na łzy tego rodzaju osobne słowo, kuyashinamida (悔し涙), i nie da się ich pomylić z żadnymi innymi, bo tu oczy płaczące są wyraźnie wściekłe.
Po polsku trzeba trzech rzeczowników naraz: żal, wstyd, złość. Ze wskazaniem adresata na siebie.
Najczęstsze nieporozumienie polega na myleniu tego słowa z zannen (残念). Różnica jest ostra i każdy Japończyk ją czuje. Zannen wolno powiedzieć o cudzej sprawie i o zdarzeniu losowym: deszcz popsuł piknik, pociąg odjechał, znajomemu nie wyszła rekrutacja. Zannen dopuszcza los jako sprawcę i dlatego jest bezpieczne, uprzejme, nadaje się do kondolencji. Kuyashii sprawcy się domaga. Kto je wypowiada, kogoś oskarża, a domyślnym oskarżonym jest on sam.
Bywa, że w sieci przeczytamy, iż kuyashii i inne rzekomo nieprzetłumaczalne słowa japońskie dowodzą, że mieszkańcy archipelagu mają dostęp do stanów ducha zamkniętych dla reszty gatunku. Nie dajmy się nabrać. Jest ciekawiej.

Zderzenie dwóch słów
Kuyashii nie jest jednym słowem z prostą historią. To dwa słowa, w których znaczenia zderzyły się i zlały w jedno, a ślad tego zderzenia siedzi w dzisiejszym uczuciu jak odłamek.
Pierwsze to kuyashi, przymiotnikowa forma czasownika kuyu / kuyamu (悔ゆ・悔やむ): żałować własnego czynu, gryźć się tym, co się zrobiło. Najstarsze poświadczenie odnotowane przez „Nihon Kokugo Daijiten”, największy słownik historyczny japońszczyzny, pochodzi z cesarskiego edyktu zapisanego w kronice „Shoku Nihongi” pod datą 22 dnia 2 miesiąca 2 roku ery Hōki, czyli 771. Czasownik pojawia się tam w szeregu czterech: żałować, uważać za szkodę, boleć, smucić się. Cały ten szereg celuje do wewnątrz.
Drugie słowo to kuchioshi (口惜し) i pierwotnie znaczyło coś zupełnie innego. Nota językowa w „Nihon Kokugo Daijiten” jest w tym miejscu precyzyjna: kuchioshi, rozpowszechnione od okresu Heian, wyrażało zawód wobec otoczenia, rozczarowanie, kiedy świat albo inni ludzie nie spełnili oczekiwań. W „Zapiskach spod wezgłowia” Sei Shōnagon (więcej o niej tu: Moja genialna i złośliwa nauczycielka i przyjaciółka: Sei Shōnagon i uważność z pazurem) prowadzi listę rzeczy kuchioshi i notuje między innymi taką: posłałeś po kogoś, a ten ktoś nie przyszedł. To nie jest gniew na siebie. To pretensja do świata, który zawiódł.
Ten sam słownik dorzuca trzecie słowo z tego pola, dziś w tym znaczeniu zapomniane: netashi (妬し). Chodziło o uczucie skierowane na fakt, że ktoś inny jest wyżej. Słownik odgranicza je wprost: netashi to zazdrość o cudzą przewagę, kuyashi ma sens autorefleksyjny.
Mamy więc trzy oddzielne kierunki oskarżenia w trzech oddzielnych słowach. Na siebie, na świat, na rywala. A potem, mniej więcej od początku okresu Edo, rozróżnienie między dwoma pierwszymi zanika i kuyashi przejmuje także znaczenie kuchioshi. Zostaje jedno słowo, w którym siedzą naraz dwa oskarżenia biegnące w przeciwne strony.
Tu jest, jak sądzę, odpowiedź na pytanie, dlaczego to uczucie tak piecze i dlaczego polszczyzna potrzebuje na nie trzech wyrazów. Kuyashii nie jest emocją prostą. To zwarcie. Wina i pretensja jednocześnie, w jednym ciele, bez możliwości rozstrzygnięcia, po której stronie leży racja. Człowiek stoi wtedy w środku własnego procesu sądowego, będąc naraz oskarżycielem, obrońcą i oskarżonym, i żadna z tych trzech ról nie chce ustąpić.
Etymologia samego kuchioshi pozostaje sporna. Jedna hipoteza wyprowadza pierwszy człon od czasownika kuchiru (朽ちる), butwieć, niszczeć, przy czym butwienie oznaczało również to, że sprawy się psują. Druga czyta ten człon dosłownie jako „usta”, czyli aż „szkoda mówić”. Trzecia widzi zniekształcone koto ni oshi, szczególnie żałować. „Nihon Kokugo Daijiten” odnotowuje pierwszą wersję i zaznacza, że od średniowiecza dominuje zapis znakami „usta” i „żal”. Rozstrzygnięcia chyba nie ma.
W klasyce słowo pojawia się często i nie zawsze tak, jak podpowiada dzisiejszy odruch. Kenkō w „Zapiskach dla zabicia czasu” (o których więcej tutaj: Bezczynnością wiedziony, czuję dziwne, szalone uczucie - Tsurezuregusa) nazywa kuchioshi człowieka, któremu akurat się powiodło i który obnosi się z tym powodzeniem: sam uważa się za kogoś ważnego, a patrzącemu z boku wydaje się po prostu żałosny. W „Opowieści o Genjim” słowo bywa oceną człowieka, a nie opisem uczucia: określa kogoś pośledniego, gorszego urodzeniem albo ułożeniem. Najmocniejszą scenę napisał natomiast Mori Ōgai w opowiadaniu „Ród Abe” z 1913 roku. Bohater zostaje napiętnowany za to, że nie popełnił samobójstwa za panem, choć powinien był, i o tym piętnie mówi: raz za razem, kuchioshi. To jest wstyd za niedokonanie, w rejestrze śmiertelnym. Nie zrobiłem czegoś i teraz jestem bezwartościowy.
Najstarszy zapis samego uczucia jest przy tym zaskakująco zwyczajny, wręcz domowy. W dwudziestej księdze „Man'yōshū” zachowała się pieśń strażnika granicznego z prowincji Suruga, człowieka o imieniu Udobe no Ushimaro, oddana do zbioru w 755 roku:
水鳥の立ちの急ぎに父母に物言はず来にて今ぞ悔しき
mizutori no tachi no isogi ni chichi haha ni mono hazu kenite ima zo kuyashiki
„Jak ptactwo wodne
w pośpiechu zrywu do lotu –
wyszedłem,
nie powiedziawszy nic ojcu i matce,
i teraz jest mi gorzko.”
- Udobe no Ushimaro, „Man'yōshū”,
księga XX, pieśń 4337,
zapisana w 755 roku.
Zwróć uwagę, czego dotyczy ten żal. Nie tego, że poszedł, bo wyboru nie miał. Tego, że w pośpiechu nie zdążył się odezwać. Zapamiętaj tę pieśń, wróci za chwilę w danych z ostatnich trzydziestu lat.

Francuz, który przeszedł tę samą drogę
Popularna wersja tej historii kończyłaby się teraz wnioskiem o japońskiej głębi. Kłopot polega na tym, że Europa ma słowo bliźniacze i dotarła do niego niemal identyczną drogą.
Francuskie dépit. Słownik Akademii Francuskiej definiuje je tak: smutek zmieszany z irytacją, po zawodzie albo po zranieniu miłości własnej. Kolokacje podane w tym samym haśle brzmią jak protokół z boiska w Fushimi: pleurer de dépit, płakać z dépit; agir par dépit, działać z dépit; voir avec dépit le succès d'un rival, patrzeć z dépit na sukces rywala.
A teraz etymologia. Słowo pochodzi od łacińskiego despectus, utworzonego od despicere: patrzeć z góry, gardzić. W starofrancuskim despit znaczyło po prostu pogardę. Wyraz, który dziś opisuje gorycz zranionej dumy, zaczynał więc jako spojrzenie z góry skierowane na kogoś innego, i z czasem zawinął się do środka.
Japoński przeszedł tę samą drogę w przeciwnym kierunku. Kuchioshi, pretensja do świata, wsiąkło w kuyashi, żal do siebie. Francuski szedł od pogardy na zewnątrz ku goryczy w środku. Dwa niespokrewnione języki, dwa przeciwne kierunki, ta sama meta. Wygląda to tak, jakby oba potykały się o ten sam kamień: o stan, w którym nie da się rozdzielić, kogo właściwie obwiniasz, i gdzie pogarda dla przeciwnika oraz pogarda dla siebie okazują się tą samą substancją oglądaną z dwóch stron.

Zanim polski czytelnik zdąży się poczuć wykluczony z klubu ludzi z ciekawymi uczuciami: polszczyzna ma własne słowa, których nie da się przełożyć. Anna Wierzbicka, urodzona w Warszawie twórczyni naturalnego metajęzyka semantycznego, poświęciła osobne studium polskiemu „przykro” i wykazała, że ani angielskie hurt, ani sorry go nie oddają. Mary Besemeres pokazała, że polski „żal” bywa w australijskim odbiorze czytany jako szantaż emocjonalny, bo tamta kultura nie ma gotowego miejsca na uczucie o takiej strukturze. Fryderyk Chopin, w relacji Liszta, twierdził, że „żalu” nie ma w żadnym innym języku.
Różnica między Polską a Japonią nie polega zatem na tym, że oni mają słowo, którego brakuje nam. Polega na czymś zupełnie innym i wrócimy do tego pod koniec.

Czy słowo potrafi zrobić uczucie
W tym miejscu zazwyczaj pojawiają się Sapir i Whorf, i pojawiają się w wersji, której obaj by się wyparli.
Teza mocna brzmi: język determinuje, co można pomyśleć i poczuć, a brak słowa oznacza brak dostępu do stanu. Ta wersja jest martwa i zabiła ją nie moda, tylko dane. Gdyby była prawdziwa, nie potrafiłbyś odczuć kuyashii, dopóki nie nauczysz się japońskiego, a Japończyk uczący się polskiego nie mógłby zrozumieć „żalu”.
Wersja słaba mówi coś innego i ma solidne podparcie eksperymentalne: słowa emocji działają jako kontekst kategoryzacji. Pomagają wyostrzyć, rozpoznać i nazwać stan, którego surowe składniki i tak w tobie siedzą. Nie tworzą uczucia. Podnoszą rozdzielczość obserwacji.
Kristen Lindquist z Uniwersytetu Karoliny Północnej badała to metodą satiacji semantycznej. Uczestnik powtarza jedno słowo na głos trzydzieści razy, aż dostęp do znaczenia chwilowo słabnie. Każdy zna ten efekt z dzieciństwa, kiedy powtarzany wyraz rozpada się na bezsensowny dźwięk. Po takim zabiegu badani gorzej rozpoznają emocję na zdjęciach twarzy, i to właśnie tę emocję, której nazwa została wysycona. Efekt jest odwracalny i wąsko wycelowany, co czyni go jednym z czystszych dowodów w całym tym sporze.
Drugi dowód jest smutniejszy i mocniejszy. W 2014 roku Lindquist wraz z Marią Gendron, Lisą Feldman Barrett i Bradfordem Dickersonem opisała pacjentów z otępieniem semantycznym, chorobą neurodegeneracyjną odbierającą pamięć znaczeń. Poproszeni o posortowanie zdjęć twarzy, chorzy przestają układać je według emocji i zaczynają układać według walencji: przyjemne, nieprzyjemne, obojętne. Kiedy odchodzi słowo, nie odchodzi uczucie. Odchodzi ostrość widzenia. Zostaje surowe „dobrze” i „źle”, jak u niemowlęcia albo u psa.
Największe dotąd badanie porównawcze ogłosił w 2019 roku na łamach „Science” zespół Joshui Conrada Jacksona. Objęło 2 474 języki i dwadzieścia rodzin językowych, a badacze przyjrzeli się w nich dwudziestu czterem pojęciom emocjonalnym. Metoda nazywa się koleksyfikacją i sprowadza się do pytania: jakie inne znaczenia mieszczą się w tym samym wyrazie? Polszczyzna daje dobry przykład sama z siebie. Nasz „żal” obejmuje naraz smutek po stracie („czuć żal za utraconą młodością”) i pretensję do kogoś („mam do ciebie żal za to, że”), a angielszczyzna rozdziela te dwie rzeczy na osobne słowa. Zestawiając tysiące takich porównań, da się narysować mapę pokazującą, które emocje dany język uznaje za bliskie sobie.
Wynik wyszedł podwójny. Mapy okazały się wyraźnie różne: w perskim żal po stracie mieści się w jednym słowie z żalem za własnym postępkiem, w dargwińskim z językowej rodziny kaukaskiej to samo słowo łączy żal z lękiem. Rozmieszczenie tych różnic nie jest przy tym przypadkowe. Języki geograficznie sąsiadujące mają mapy bardziej do siebie podobne, co znaczy, że emocjonalna siatka pojęć wędruje razem z handlem, migracją i podbojem. A jednocześnie wszystkie dwadzieścia rodzin, bez wyjątku, porządkuje emocje wzdłuż tych samych dwóch osi: przyjemne wobec nieprzyjemnych oraz pobudzające wobec wyciszających.
Mapy są różne, kartografia wszędzie ta sama. To najrozsądniejsze, co dziś można powiedzieć o związku języka z czuciem, i wygodnie unieważnia obie skrajności naraz.
Sam spór o uniwersalność emocji pozostaje przy tym nierozstrzygnięty, a kto śledzi go z zewnątrz, dostaje obraz spokojniejszy, niż jest naprawdę. W 2019 roku Lisa Feldman Barrett z czworgiem współautorów opublikowała obszerny przegląd podważający założenie, że z ruchów twarzy da się wnioskować o stanie emocjonalnym; w tym samym numerze tego samego pisma Alan Cowen, Disa Sauter, Jessica Tracy i Dacher Keltner argumentowali dokładnie przeciwnie. Nauka o emocjach jest młodsza i bardziej skłócona, niż sugerują nagłówki.

Czego żałujemy najbardziej
Tu wraca strażnik graniczny z 755 roku.
Thomas Gilovich i Victoria Medvec ogłosili w 1995 roku w „Psychological Review” wynik wielokrotnie potem replikowany: w perspektywie krótkiej ludzie żałują raczej tego, co zrobili, ale w perspektywie długiej, kiedy patrzą na całe życie, żałują przede wszystkim tego, czego nie zrobili. Zaniechania mają dłuższy czas połowicznego rozpadu. Partia nierozegrana boli dłużej niż przegrana.
Pieśń Udobe no Ushimaro jest dokładnie tym. Nie żałuje, że poszedł na służbę, bo wyboru nie miał. Żałuje, że się nie odezwał. Trzynaście wieków później Mike Morrison i Neal Roese znaleźli ten sam kształt w reprezentatywnej próbie Amerykanów: żale za zaniechanie trwają dłużej i wiążą się z większym poczuciem straty. W 2023 roku Jennifer Richardson i Gilovich odtworzyli ten wzorzec czasowy na tysiącach anonimowych wyznań zebranych na wystawie muzealnej w Chicago.

Emocja, która ma adres
Shinobu Kitayama, Batja Mesquita i Mayumi Karasawa oparli badanie z 2006 roku na prostym pomyśle: przez czternaście dni z rzędu uczestnicy zapisywali najbardziej emocjonalne wydarzenie dnia i oceniali, jak mocno przeżyli każdą z dwudziestu siedmiu emocji. Emocje podzielono na społecznie angażujące, powstające w relacji do innych, i społecznie rozłączające, powstające w odniesieniu do samego siebie. Japończycy silniej przeżywali pierwsze, Amerykanie drugie. Uczciwość każe dodać, że próba była mała: trzydziestu ośmiu Japończyków i czterdziestu dziewięciu Amerykanów, w dodatku studentów. Na czymś takim nie buduje się teorii narodu, ale kierunek wart odnotowania.
Jeszcze ciekawszy ślad przyniosło badanie ogłoszone w 2025 roku przez zespół Osamu Nomury z uniwersytetu w Gifu. Czterdziestu jeden japońskich studentów medycyny wypełniało skalę emocji przed rozwiązywaniem przypadku klinicznego, w trakcie i po. Analiza czynnikowa dała wynik, jakiego w wersji północnoamerykańskiej tej samej skali nie było: emocje negatywne rozpadły się na dwa osobne czynniki. Pierwszy zbierał gniew, rozczarowanie, frustrację i nudę, i celował w zadanie. Drugi zbierał wstyd, poczucie beznadziei oraz smutek, i celował we własne wykonanie. Autorzy sami wypunktowują ograniczenia: mała próba, uczelnia z wykładowym angielskim, brak bezpośredniego porównania międzykulturowego. Jeśli mimo to szukać w danych czegoś o kształcie kuyashii, to jest nim właśnie ten drugi czynnik. Osobna szuflada na „źle mi z powodu tego, jak wypadłem”.
Emocje tego rodzaju psychologia nazywa samoświadomościowymi. Wymagają, żeby w polu widzenia znajdował się obraz siebie i żeby był z czymś porównywany. Wstyd, poczucie winy, duma i zażenowanie należą do tej samej rodziny. Kuyashii stoi w niej dokładnie w miejscu, którego polszczyzna nie obstawiła osobnym wyrazem: między wstydem a gniewem, ze wskazaniem na siebie jako sprawcę, a jednocześnie z ogólną i nieco nieukierunkowaną pretensją, że świat mógł to urządzić inaczej.

Widać to po tym, z czym słowo chodzi w parze. Gian Marco Farese przeanalizował w 2016 roku dwa terminy z bezpośredniego sąsiedztwa: haji (恥) i hazukashii (恥ずかしい), zwykle tłumaczone jako wstyd i zażenowanie. Wykazał, że angielskie odpowiedniki są nieprecyzyjne, a w znaczeniu haji siedzi komponent, jakiego w dzisiejszym shame nie ma: złe uczucie przechodzi na grupę, do której się należy. Wstyd jednego brudzi wszystkich.
I to jest sedno. Kuyashii nie jest prywatne, bo wypowiada się je przy ludziach i to oni decydują, co z nim dalej.

Ziemia
Gorycz da się przechować, a Japonia ma na to własny obrzęd. Kto oglądał kiedykolwiek transmisję z ogólnokrajowego turnieju licealnego baseballu na stadionie Kōshien, widział, jak przegrani chłopcy klękają na boisku i zgarniają ziemię do woreczków po rękawicach. Zabierają ją do domu. Rozsypują na własnym boisku.
Początek zwyczaju ma co najmniej trzy konkurencyjne wersje. Najczęściej przywoływana mówi o Kawakamim Tetsuharu, późniejszej gwieździe zawodowego baseballu, który w 1937 roku przegrał finał turnieju jeden do trzech i zabrał garść ziemi, żeby rozsypać ją na boisku swojego liceum w Kumamoto. Źródła nie zgadzają się nawet co do tego, czy schował ją do skarpety, czy do kieszeni spodni. Wersja druga mówi o trenerze Sasakim Michio: w 1946 roku kazał zawodnikom zawinąć w ręcznik ziemię z każdej pozycji na boisku, żeby w przyszłym roku wrócić i oddać. Trzecia wskazuje na Fukushimę Kazuo i rok 1949.
Fukushima do końca życia był wobec tego rytuału sceptyczny. Mówił, że to nie pamiątka z wycieczki i że zamiast ziemi lepiej cenić wysiłek włożony w to, żeby na tym boisku w ogóle stanąć.

Gag
Historia drużyny z Fushimi stała się w 1984 roku kanwą serialu telewizyjnego. Nadawano go w sobotnie wieczory, oglądał go cały kraj, a scenarzysta zmienił przegraną ze stu dwunastu do zera na sto dziewięć do zera, co jest samo w sobie zabawne, bo prawda była mocniejsza od fikcji. W serialu jeden z zawodników wykrzykuje po klęsce to jedno słowo.
Dwadzieścia lat później komik Katō Ayumu z duetu Zabungle zbudował na tej scenie numer estradowy: kamienna, wykrzywiona twarz i wykrzyczane kuyashii desu. Numer stał się ogólnokrajowym przebojem pod koniec pierwszej dekady tego wieku i Katō utrzymywał się z niego kilkanaście lat. W jednej z wersji śpiewał przerobioną piosenkę o dniach tygodnia: w poniedziałek nazwali mnie brzydalem, we wtorek też, i tak przez cały tydzień, aż do puenty w niedzielę.
Ten fakt uważam w całym materiale za najmocniejszy. Uczucie sprzedawane w internecie jako nieprzetłumaczalna głębia japońskiej duszy jest na tyle sformalizowane, że dało się z niego zrobić gag i żyć z niego przez dekadę. Nie da się parodiować czegoś, co nie ma ustalonego kształtu. Parodia jest dowodem istnienia formy.
I stąd wniosek, o który mi w tym eseju chodzi. Kuyashii nie jest oknem na wyjątkową japońską duszę. Jest infrastrukturą społeczną.
Uczucie mamy wspólne. Pokazał to Jackson w dwóch i pół tysiąca języków, pokazała Wierzbicka, dowodząc, że słowa nieprzetłumaczalne tłumaczą się bez reszty, tylko nie jednym wyrazem. Różnica polega na tym, że Japończyk ma na ten stan jedno krótkie słowo, które wolno wypowiedzieć publicznie, przed kamerą, płacząc, i zostać za to nagrodzonym aprobatą, albo przynajmniej nie skrytykowanym doszczętnie. My mamy na to samo trzy rzeczowniki i żadnego pozwolenia.

Cena
Każda infrastruktura ma koszt utrzymania i ten koszt trzeba pokazać.
Wróćmy na boisko w Fushimi w maju 1975 roku. Znasz scenę: chłopcy mówią słowo, płaczą, trener też płacze. Opowiedziałem ją w sposób niepełny. W relacji Shimizu Satoru, ucznia, który wstąpił do drużyny w tamtym właśnie roku, po tych słowach nastąpiło coś jeszcze. Trener powiedział: nie zapomnijcie tego uczucia, wygramy na pewno. I uderzył każdego z osobna. Shimizu dodaje zdanie: mnie, choć nie grałem w tym meczu, też uderzył.
W Japonii ta scena jest opowiadana jako budująca. Wraca w artykułach rocznicowych, w nekrologach, w książkach motywacyjnych. Bicie funkcjonuje w niej jako dowód zaangażowania, łzy trenera jako dowód miłości, a chłopcy jako materiał, który wreszcie się otworzył. Nie zamierzam sądzić człowieka z 1975 roku standardami z 2026. Zamierzam natomiast zauważyć, co ta formuła umożliwia. Kiedy uczucie ma gotową nazwę, gotowy moment i gotową wartość społeczną, staje się czymś, co można z człowieka „wydusić”. A od wyduszania do dyscyplinowania jest jeden krok, i to krótki.

Nauczyciel beksa
Yamaguchi Yoshiharu doprowadził drużynę z Fushimi do mistrzostwa kraju i wypuścił z niej ludzi, którzy grali potem w reprezentacji Japonii. Przez trzydzieści lat nazywano go nauczycielem beksą, bo płakał przy każdej okazji, po wygranej i po przegranej, i nigdy nie uznał tego za coś, czego mężczyzna miałby się wstydzić. Umarł 29 maja 2026 roku w szpitalu w Kioto, na udar mózgu, w wieku 83 lat.
Nie wiem, czy chciałbym mieć to słowo w polszczyźnie. Podejrzewam, dlaczego go nie mamy. Żeby powiedzieć publicznie „zawiodłem i wściekam się na siebie”, trzeba mieć wokół ludzi przyjmujących takie zdanie jako obietnicę, a nie jako donos na samego siebie. Japończyk, który wypowiada kuyashii, dostaje oklaski. Polak mówiący to samo trzema słowami dostanie zwykle radę, żeby na siebie tak nie patrzył, i propozycję, żeby dał sobie spokój i postarał się bardziej następnym razem.
Ushimaro w 755 roku nie miał drużyny, kamery ani trenera. Miał trzydzieści jeden sylab i jedno słowo na końcu, a mimo to ktoś uznał, że pieśń szeregowca z Suruga, który nie zdążył pożegnać się z rodzicami, powinna leżeć w antologii cesarskiej obok wierszy dworu. Trzynaście wieków później chłopcy z Fushimi mówią to samo trenerowi na trawie, a Japonia opowiada tę scenę do dziś.
Słowo nie jest tu wynalazkiem. Jest tylko śladem po decyzji, którą ktoś kiedyś podjął: „nie udawajmy, że to uczucie nie istnieje”.
Źródła
1. Gilovich, T., Wang, R. F., Regan, D., Nishina, S., „Regrets of action and inaction across cultures”, Journal of Cross-Cultural Psychology 34 (2003), nr 1, s. 61–71.
2. Komiya, A., Miyamoto, Y., Watabe, M., Kusumi, T., „Cultural grounding of regret: Regret in self and interpersonal contexts”, Cognition & Emotion 25 (2011), nr 6, s. 1121–1130.
3. Jackson, J. C., Watts, J., Henry, T. R. i in., „Emotion semantics show both cultural variation and universal structure”, Science 366 (2019), nr 6472, s. 1517–1522.
4. Lindquist, K. A., Gendron, M., Barrett, L. F., Dickerson, B. C., „Emotion, but not affect perception, is impaired with semantic memory loss”, Emotion 14 (2014), nr 2, s. 375–387.
5. Nomura, O., Sunohara, M., Akatsu, H., Wiseman, J., Lajoie, S. P., „Unraveling »Feeling Bad« in a Non-Western Culture: Achievement Emotions in Japanese Medical Students”, Medical Science Educator 35 (2025), nr 3, s. 1259–1267.
6. Wierzbicka, A., „A culturally salient Polish emotion: Przykro”, w: J. Harkins, A. Wierzbicka (red.), Emotions in Crosslinguistic Perspective, 2001, s. 337–357.
7. 『精選版 日本国語大辞典』, hasła くやしい(悔), くちおしい(口惜), wraz z notami językowymi (語誌); dostęp przez serwis Kotobank.
8. 『万葉集』巻二十, pieśń 4337 (有度部牛麻呂, 天平勝宝七年 / 755).
9. 時事通信「山口良治さん死去 ラグビー元伏見工高監督」, 30 maja 2026.
