„Megumi no kenka” to słynna bójka strażaków i zapaśników sumo w Edo — opowieść o dumie dzielnic, miejskim honorze, kabuki i popkulturowym życiu dawnej awantury.
2026/06/23

Dokidoki, niyaniya – w japońskim nawet uczucia, ruch i cisza mają swoje onomatopeje

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

 

Co słychać, gdy nic nie słychać

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.W japońskiej mandze cisza ma swój dźwięk. Kiedy w kadrze nikt się nie odzywa, a powietrze gęstnieje od niezręczności albo grozy, rysownik nie zostawia pustego pola. Wpisuje w nie słowo: shiiin (しーん). To jest dźwięk ciszy, a im cisza cięższa, tym większymi i bardziej kanciastymi znakami bywa wymalowany. Brzmi jak żart, ale dla japońskiego czytelnika jest czymś tak oczywistym, że nikt się nad tym nie zastanawia. Cisza w Japonii nie jest brakiem dźwięku. Jest dźwiękiem, który zostaje, gdy umilkną wszystkie inne, i Japończyk naprawdę zdaje się go słyszeć.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.To nie kaprys jednego rysownika ani sztuczka komiksu. Język japoński zbudował całą warstwę słów, których jedynym zadaniem jest naśladować świat. Tutaj onomatopeje to nie tylko szczekanie psa i grzmot burzy, ale też lśnienie gwiazd (kirakira), drżenie zakochanego serca (dokidoki), irytację powoli podnosząca człowiekowi ciśnienie (mukamuka), gładkość jedwabiu pod palcami (sawasawa) i tę szczególną ciągliwość, z jaką kleisty ryż opiera się zębom (mochimochi). Jest ich kilka tysięcy. Co ważniejsze, mają osobne słowa na rzeczy zupełnie nieme: na to, jak coś błyszczy, jak ktoś się waha, jak wygląda zmęczenie lub zgubienie drogi. W językach europejskich, nawet jeśli takie pojedyncze słowa istnieją, żyją na marginesie, w kąciku dla dzieci i autorów komiksów, gdzieś między miau a bęc. W japońskim siedzą w samym środku dorosłego języka. Lekarz wypytuje nimi o dolegliwości pacjenta, krytyk kulinarny opisuje nimi konsystencję dania, sprzedawca chwali nimi towar, a poeta dworski sięgał po nie już tysiąc lat temu.

 

Najstarsza zachowana japońska księga, kronika spisana ponad trzynaście wieków temu, opisuje sam moment stworzenia świata właśnie takim słowem: こをろこをろ (koworo-koworo – dźwięk powolnego mieszania pramaterii w kotle chaosu). A najsłynniejsza żółta mysz naszych czasów nosi imię złożone z dwóch „dźwięków”: pisku i błyszczenia - i nie umie powiedzieć nic poza nim. Między jednym a drugim rozciąga się coś, co mówi o japońskim sposobie myślenia więcej niż niejeden uczony traktat. Przejdziemy więc całą tę drogę: od bogów tworzących świat, przez mangowe wygibasy aż po subtelne sytuacje psychologiczne – również nazywane onomatopejami. Po drodze okaże się, że to, co braliśmy za niepoważną zabawę dla najmłodszych, bywa jednym z najcelniejszych narzędzi, jakie język daje człowiekowi. A na koniec dorzucam mikrosłowniczek ciekawych japońskich onomatopei. Zapraszam!Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

 

Pięć sposobów udawania świata

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Zacznijmy od nazwy. Sami Japończycy mówią na te słowa z francuska onomatope (オノマトペ), czyli nasza onomatopeja. Tyle że ich onomatopeja jest znacznie pojemniejsza i dzieli się na rodziny, które warto rozróżnić, bo to właśnie w tym podziale siedzi cała osobliwość.

 

Pierwsza rodzina to dźwięki, które naprawdę słychać. Głosy żywych stworzeń to giseigo (擬声語). Mieszka tu cały zwierzyniec, tyle że mówi po japońsku: pies nie szczeka „hau hau”, lecz wanwan (ワンワン), kot robi nyā (ニャー), a kogut pieje kokekokkō – zupełnie inaczej niż polskie „kukuryku”, choć ptak ten sam. Dźwięki rzeczy i natury to giongo (擬音語): ulewa pada zāzā (ザーザー), coś twardego stuka gatagata. To wszystko mamy i my. Bęc, chlup, trzask – nasza onomatopeja kończy się mniej więcej w tym miejscu.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Japońska dopiero się rozpędza. Jest bowiem druga, większa rodzina: słowa udające rzeczy, które nie wydają żadnego dźwięku. Nazywa się je gitaigo (擬態語) i to one są sednem sprawy. Gwiazdy lśnią kirakira (キラキラ). Gładka powierzchnia jest tsurutsuru (つるつる). Z tej rodziny wyrastają jeszcze dwie gałęzie: giyōgo (擬容語) dla sposobu poruszania się – np. gdy ktoś maszeruje raźno sutasuta albo wlecze się yotayota, oraz gijōgo (擬情語) dla stanów ducha. Serce wali z emocji dokidoki (ドキドキ), z radosnego wyczekiwania robi się człowiekowi wakuwaku (ワクワク), a gdy coś go uwiera, narasta w nim iraira (イライラ).

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Uczciwie trzeba dodać, że sami językoznawcy spierają się o ten podział. Jedni stawiają pięć równorzędnych rodzin, inni widzą prostszą hierarchię: to, co słychać, i to, czego nie słychać. Granice bywają zresztą płynne, bo gorogoro potrafi być i grzmotem, i leniwym wylegiwaniem się na kanapie, zależnie od zdania. Kierunek jest jednak jasny i to on się liczy. Języki europejskie mają słowa na szczekanie psa. Nie mają słowa-dźwięku na lśnienie, na wahanie, na irytację. Japoński ma ich na to dziesiątki. Różnica nie polega na tym, że jednych jest po prostu więcej. Polega na tym, że tamten język uznał, iż rzeczy nieme też mają swoje brzmienie.

 

Ile ich w sumie? Szacunki rozjeżdżają się mocno, od jakiegoś tysiąca po kilka tysięcy, zależnie od tego, co liczyć. Popularny słownik onomatopej notuje około czterech i pół tysiąca haseł. Dla porównania, zestawienia angielskie obejmują ledwie kilkaset.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

 

Dlaczego korokoro jest lekkie, a gorogoro ciężkie

 

Skoro tych słów są tysiące, musi panować w nich jakiś porządek, inaczej nikt by ich nie spamiętał. I panuje – zaskakująco regularny.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Najpierw budowa. Większość japońskich onomatopej to podwojenie: pikapika, dokidoki, kirakira. Powtórzenie sylaby znaczy, że coś trwa albo się powtarza: błyska raz po raz, wali rytmicznie, migocze bez końca. To pierwszy puzel naszej układanki.

 

Drugi jest ciekawszy i w nim siedzi prawdziwa magia. Weźmy korokoro (ころころ). Toczy się coś małego i lekkiego: groszek, koralik, piłeczka. A teraz jeden ruch – dorzućmy do pierwszej sylaby dwie kreseczki, znak dźwięczności zwany dakuten, i z korokoro zrobi się gorogoro (ゴロゴロ). Nagle obraz się zmienia - toczy się głaz, przetacza grzmot, basem mruczy wielki kot. Ta sama sylaba, jedna drobna zmiana w zapisie, a świat spuchł i zrobił się ciężki.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.To nie przypadek, lecz reguła obejmująca cały system. Głoski bezdźwięczne, wymawiane bez udziału strun głosowych – k, t, s, p – ciągną ku temu, co małe, lekkie, czyste, delikatne. Ich dźwięczne odpowiedniki – g, d, z, b – ku temu, co duże, ciężkie, mętne, czasem wręcz brudne. Kirakira to czysty blask brylantu, a giragira (ギラギラ) to już lśnienie tłuste i natrętne, słońce w upale albo oczy szaleńca. Językoznawczyni Shōko Hamano opisała ten system w pracy z 1998 roku („The Sound-Symbolic System of Japanese”), ale przeciętny Japończyk wyczuwa go bez żadnego wysiłku, odkąd skończył trzy lata.

 

Reguł jest więcej. Połączenie głoski k lub g z r niesie ideę obracania i toczenia – stąd korokoro, stąd też mityczne mieszanie pramaterii. Małe, ucięte tsu, zapisywane podwojeniem spółgłoski, dodaje wrażenia nagłego uderzenia, a końcowe n zostawia po dźwięku rezonans i pogłos. To nie poezja, to działający mechanizm.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.I tu coś, co powinno dać do myślenia każdemu, kto uważa to wszystko za egzotyczną fanaberię. Związek dźwięku z kształtem czują wszyscy ludzie, nie tylko Japończycy. Niemiecki psycholog Wolfgang Köhler pokazał to już w 1929 roku, a współczesna wersja jego eksperymentu, spopularyzowana na początku tego stulecia, wygląda tak: rysuje się dwa kształty, jeden kanciasty i kolczasty, drugi obły i miękki, po czym pyta się ludzi, który z nich nazywa się kiki, a który bouba. Niezależnie od języka i kultury odpowiedź pada niemal zawsze ta sama. Kolczasty to kiki, obły to bouba. Twarde, ostre głoski pasują nam do ostrych kształtów, miękkie do miękkich. Słyszymy formę w samym brzmieniu.

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

Europejskie językoznawstwo zbudowano na założeniu odwrotnym. Ferdinand de Saussure, jego ojciec założyciel, ogłosił sto lat temu, że znak językowy jest arbitralny: między brzmieniem słowa a jego znaczeniem nie ma żadnego naturalnego związku. „Pies”, „dog”, inu (犬) – trzy zupełnie różne dźwięki na to samo kudłate zwierzę i żaden nie jest bardziej psi od pozostałych. W większości języka ta zasada się broni. Japoński (i nie tylko) zachował jednak wielką, żywą wyspę, gdzie ona nie obowiązuje. Wyspę, gdzie słowo naprawdę brzmi jak rzecz, którą nazywa.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

 

Świat zaczyna się od koworo-koworo

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Cofnijmy się aż na sam początek. Rok 712, dwór cesarski spisuje „Kojiki”, „Księgę dawnych wydarzeń”, najstarszą zachowaną japońską księgę, kronikę mitów o powstaniu wysp i bogów. Scena otwierająca świat: bóg Izanagi i bogini Izanami stoją na pływającym moście niebios, zanurzają wysadzaną klejnotami włócznię w bezkształtnej brei pod sobą i mieszają. Tekst zapisuje dźwięk tego mieszania: koworo-koworo (こをろこをろ).

 

Niech to wybrzmi. Pierwsza czynność w japońskim micie stworzenia ma swój dźwięk. I to dźwięk z dokładnie tej samej rodziny co dzisiejsze korokoro: kręcenie, mieszanie, obracanie. Bogowie nie stworzyli świata w ciszy ani jednym słowem rozkazu. Stworzyli go, mieszając, a kronikarz uznał, że tego mieszania trzeba dać czytelnikowi posłuchać.

 

Jeden ten fakt rozbraja przekonanie, że onomatopeja jest błyskotką współczesnej popkultury, czymś, co przyszło wraz z anime i reklamą. Ona leży w fundamencie, w pierwszym zdaniu pierwszej księgi.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

 

Cisza, którą trzeba narysować

 

Wróćmy do tej rysowanej ciszy ze wstępu, bo zasługuje na wyjaśnienie. Dlaczego akurat manga aż kipi od onomatopej? Z powodu nad wyraz prozaicznego: nie może zagrać ani jednego dźwięku. Film ma ścieżkę dźwiękową, anime ma aktorów głosowych, a manga ma papier i tusz. Skoro dźwięku nie sposób usłyszeć, trzeba go narysować, i japońscy rysownicy zamienili tę konieczność w osobną sztukę. Onomatopeja w mandze nie stoi obok obrazka jak podpis. Wpleciona w kreskę, rozedrgana albo wykrzywiona, sama staje się obrazem.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Najpiękniejszy jest właśnie ów dźwięk ciszy, shīn (しーん). Kto go wymyślił? Tradycja chętnie przypisuje to Osamu Tezuce, mistrzowi mangi i twórcy „Astro Boya”. Tyle że dokumentacja każe być ostrożnym: rysownik i krytyk Fusanosuke Natsume, który prześledził historię komiksowych dźwięków, wskazuje udokumentowany przykład u Shōtarō Ishinomoriego z 1961 roku. Pewne jest jedno: ktoś w powojennej mandze uznał, że pustka też potrzebuje napisu, i miał rację, bo „shīn” został z japońszczyzną na dobre.

 

Drugi popis to słynne gogogogo (ゴゴゴゴ) z serii „JoJo. Niesamowite przygody JoJo” Hirohiko Arakiego, rysowanej nieprzerwanie od 1987 roku. Te znaki wzbijają się w powietrze zawsze, gdy nadciąga groźny przeciwnik albo gęstnieje napięcie. I tu uwaga: żadna postać w komiksie żadnego „gogogogo” nie słyszy. To nie hałas. To groźba wisząca w powietrzu, ciężar chwili, lęk, zapisany tak, jakby miał dźwięk, choć go nie ma. Czysty gitaigo, dźwięk rzeczy niemej. Zachód pokochał ten chwyt tak bardzo, że „menacing”, jak go tłumaczą fani, stał się internetowym memem oderwanym od samej mangi.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Araki potrafi też uderzyć onomatopeją jak obuchem. Gdy w pierwszym tomie jego serii nikczemny Dio wykrada pierwszy pocałunek narzeczonej bohatera, towarzyszy temu zukyūn (ズキュウウウン) – dźwięk, który japoński czytelnik odbiera jak wystrzał z pistoletu. Pocałunek brzmi jak strzał, bo to nie pocałunek czuły, lecz zaborczy. Sam rysunek by tego nie udźwignął. Udźwignęło słowo udające huk.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

 

Pika, chū i pan, który żre

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Skoro już popkultura, czas na rzecz, którą znają wszyscy, nie wiedząc, że ją znają. Pikachu. Najsłynniejsza onomatopeja świata, choć nikt jej tak nie nazywa. Imię żółtego stworka to po prostu dwa dźwięki sklejone razem: pika (ピカ), błysk i iskra, oraz chū (チュウ), pisk myszy. Elektryczna mysz, dosłownie. I właśnie dlatego ten stworek w kreskówce mówi tylko jedno słowo, własne imię, bo jego imię jest już zrobione z gotowych dźwięków i nie trzeba go na nic tłumaczyć.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Z grami jest tego więcej. Pac-Man, ta żółta kulka pożerająca kropki w labiryncie, narodził się w 1980 roku w głowie projektanta Tōru Iwataniego z firmy Namco. Iwatani chciał gry o jedzeniu, nie o strzelaniu do kosmitów, więc bohatera nazwał od tego, jak się je: paku-paku (パクパク), mlask szczęki otwierającej się i zamykającej („pakupaku taberu” znaczy „jeść łapczywie”). Wyszło Pakkuman. Na rynek zachodni miała jechać jako „Puck Man”, dopóki ktoś przytomnie nie zauważył, że wandalom wystarczy domazać kreskę przy literze P, by wyszło słowo niecenzuralne. Stąd ostrożne „Pac-Man”. Najukochańsza postać ery automatów nazywa się, mówiąc wprost, „Pan, Który Żre”.

 

Onomatopeja sprzedaje też przekąski. Patyczki Pocky firmy Glico, znane od 1966 roku, wzięły nazwę od pokkiri (ポッキリ), dźwięku patyczka pękającego na pół. Zjadasz więc onomatopeję pęknięcia. Te wszechobecne automaty z plastikowymi kapsułami, gachapon, też są dźwiękiem: gacha (ガチャ) to zgrzyt kręconej korbki, pon (ポン) to plaśnięcie wypadającej kapsuły. A że los zamknięty w kapsule bywa cenny, z tej zabawy wyrósł cały model dzisiejszych gier, „gacha games”, wart miliardy: płacisz, kręcisz, dostajesz losową nagrodę. Branża nazwana od dwóch dźwięków blaszanego pudła.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Jeszcze dwa przykłady, żeby domknąć sprawę. Największy przez lata japoński serwis video, Niconico Douga, to dosłownie „filmy z uśmiechem”: niko niko (ニコニコ), miękki, promienny uśmiech, plus dōga, „film”. Z tego uśmiechu anime „Love Live!” zrobiło popisowe zawołanie swojej bohaterki, „Nico Nico Nii”, i bawi się nim do dziś pół (japońskiego) internetu. I rzecz ostatnia: jedna z głośniejszych zachodnich gier minionych lat nazywa się „Doki Doki Literature Club”. Jej twórca, Amerykanin, wziął do tytułu japońskie dokidoki, bicie serca, bo to już międzynarodowy skrót na „serce wali z emocji”. Dźwięk wyemigrował z języka, w którym się urodził.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

 

Kirikiri czy zukizuki, gdy ból szuka słowa

 

Dość zabawy, bo onomatopeja potrafi też ratować. Przychodzisz do lekarza w Tokio z bólem brzucha. Lekarz nie pyta wyłącznie, gdzie boli. Pyta, jak boli: kirikiri czy shikushiku? I nie jest to uprzejma pogawędka, bo od twojej odpowiedzi zależy, którym tropem ruszy.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Ból ma bowiem w japońskim cały własny słownik dźwięków. Kirikiri (キリキリ) to ból ostry, skręcający, jakby ktoś wkręcał w trzewia świder. Zukizuki (ズキズキ) pulsuje rytmicznie, w takt tętna, jak chory ząb albo ropień. Shikushiku (シクシク) jest tępy, ciągnący, typowy dla żołądka. Gangan (ガンガン) rozsadza, ale tylko w głowie, jak młot. Chikuchiku (チクチク) kłuje drobno, jak garść igieł. I to system z gramatyką: gangan należy do głowy, shikushiku do brzucha. Powiedzieć po japońsku, że głowa boli shikushiku, brzmi mniej więcej tak, jak gdyby ktoś po polsku poskarżył się, że boli go na słodko. Słychać zgrzyt.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Tu jednak trzeba uważać, bo łatwo wpaść w zachwyt, a sprawa wcale nie jest oczywista i właśnie to jest w niej najciekawsze. Wśród specjalistów trwa spór. Część podręczników dla personelu medycznego, jak ten Yamauchiego z 2005 roku („Przewodnik badania fizykalnego”, フィジカルアセスメント・ガイドブック), przestrzega: unikać onomatopej, są zbyt subiektywne, jeden pacjent rozumie przez kirikiri co innego niż drugi. Z drugiej strony badanie ogłoszone w 2025 roku na łamach „Language and Cognition” wykazało, że te dźwięki bólu bywają stabilniejsze i pewniejsze niż rozbudowane metafory, którymi pacjenci próbują opisać to samo. A urzędowe wytyczne „łatwego japońskiego”, wydane w 2022 roku z myślą o cudzoziemcach, radzą wręcz onomatopej w takiej rozmowie unikać, bo dla kogoś spoza kultury są kompletnie nieczytelne.Zwykły dzień w Edo - zbiór esejów o japońskiej kulturze i historii z ukiyo-japan.pl autorstwa Michała Sobieraja.

 

W tym sporze widać sedno całej rzeczy. Onomatopeja sięga tam, gdzie zwykły język się poddaje: do doznań cielesnych, subiektywnych, takich, które czujemy aż nazbyt wyraźnie, a nazwać ich nie potrafimy. Daje słowo na to, co dotąd było tylko grymasem i bezradnym machaniem rękami. Ale dokładnie to, co czyni ją tak celną od środka, dla kogoś z zewnątrz zmienia ją w mur trudny do przeskoczenia (choć, ku pocieszeniu tych, którzy próbują poznać ten język - wcale nie niemożliwy!).

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

 

Mochimochi, czyli dźwięki smaku

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Zejdźmy z powrotem na grunt przyjemniejszy, czyli do jedzenia, bo tu Japończycy doprowadzili onomatopeję do mistrzostwa. Mają obsesję nie tyle na punkcie smaku, ile tekstury, czyli tego, co jedzenie wyprawia w ustach. I do opisania tego sięgają przede wszystkim po dźwięki.

 

Liczba robi wrażenie. W badaniu opublikowanym w 2020 roku w „Journal of Texture Studies” Mitsuhiko Hanada policzył japońskie określenia konsystencji potraw i z 446 słów aż 312 okazało się onomatopejami. Większość tego, co Japończyk mówi o jedzeniu, to dźwięki. Sakusaku (サクサク) to kruche, lekkie chrupnięcie świeżej tempury albo francuskiego ciasta. Fuwafuwa (ふわふわ) to puszystość biszkoptu i obłoku. Mochimochi (もちもち), od kleistego ciastka mochi (餅), to ta miękka, gumowata ciągliwość, którą u nas trudno nawet nazwać („krówka ciągutka”?). Shikoshiko (シコシコ) to sprężysty opór dobrego makaronu udon. Torori (とろり) to konsystencja rozpływająca się, jak ciekłe żółtko albo roztopiony ser.

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

Tam, gdzie zazwyczaj powiemy „chrupiące” i uznamy temat za zamknięty, Japończyk dopiero zaczyna rozmowę. Odróżni sakusaku od poripori i od zakuzaku: trzy różne chrupnięcia, lekkie, ciche i grube, każde o innym charakterze. Tekstura jest dla niego osobnym zmysłem, a ten zmysł ma własny, dźwiękowy język.Książka "Ścieżki" od autora ukiyo-japan.pl:  Michałą Sobieraja

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

 

Wan-wan, zanim powiesz „pies”

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Zostaje pytanie, skąd się to wszystko w człowieku bierze. Odpowiedź jest rozbrajająca: od samego początku. Japońskie dziecko, zanim nauczy się słowa inu (犬), pies, mówi wanwan. Samochód to dla niego nie kuruma (車), tylko buubuu. I, co istotne, dorośli mówią do dzieci tak celowo, podają im świat najpierw w wersji dźwiękonaśladowczej, do czego sam się przyznaję, jako ojciec dwu i pół latka i rocznego brzdąca, do których zdarza mi się mówić: „mniaj mniaj to szybko”, albo „zrobimy brum brum do cioci”.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Długo uchodziło to za zubożały język dla maluchów, do porzucenia z wiekiem. Psychologowie Mutsumi Imai i Sotaro Kita zaproponowali w 2014 roku coś przeciwnego. Według ich hipotezy słowa ikoniczne pomagają dziecku w ogóle wejść do języka: skoro brzmienie słowa podpowiada jego znaczenie, łatwiej zgadnąć, o co chodzi, i zrobić pierwszy krok od bełkotu ku mowie. Onomatopeja byłaby więc mostem, pierwszym uchwytem, za który mały człowiek łapie świat i podciąga się do słów.

 

A jeśli tak, wszystko ustawia się inaczej. Onomatopeja nie jest warstwą dziecinną, porzucaną jak buty, z których wyrośliśmy. Jest fundamentem, od którego język się zaczyna.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

 

Na początku był dźwięk

 

Zbierzmy tę drogę w garść. „Kojiki” otwiera stworzenie świata dźwiękiem mieszanej pramaterii. Japońskie dziecko zaczyna mówić od wanwan. Rysownik mangi maluje ciszę. Pacjent nazywa ból, którego inaczej nie umiałby opisać. Branża gier warta miliardy bierze imię od zgrzytu blaszanej korbki.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.To wszystko jedna i ta sama rzecz: język, który nie chce opisywać świata z bezpiecznego dystansu, tylko nim zabrzmieć. Stanąć tak blisko rzeczy, żeby udać jej głos, nawet wtedy, gdy rzecz milczy, gdy to tylko blask, drżenie albo groźba w powietrzu. Europa odruchowo zsyła takie słowa do kącika dla najmłodszych, bo wmówiliśmy sobie, że poważny język musi być chłodny i abstrakcyjny, a słowo nie powinno przypominać tego, co nazywa. Japoński poszedł w drugą stronę i z czystego naśladownictwa zbudował narzędzie dorosłe, chłodne, miejscami wręcz klinicznie precyzyjne. Może właśnie dlatego mieści w jednym słowie to, co my musimy rozpisywać na całe zdania, albo czego nie umiemy nazwać wcale.

 

A żółta mysz, która podbiła planetę i nie potrafi powiedzieć nic poza własnym imieniem? To nie tylko maskotka koncernu zabawkowego. To ostatnie, najgłośniejsze ogniwo łańcucha ciągnącego się od dnia, gdy dwoje bogów zamieszało włócznią chaos i usłyszało: koworo-koworo.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

 

Mikrosłowniczek japońskich onomatopej

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.Onomatopej jest w japońskim tyle, że żaden esej ich nie pomieści, a szkoda byłoby rozstać się z tym językiem, zostawiając czytelnika wyłącznie przy tej garstce słów, które trafiły do opowieści. Poniżej garść kolejnych, dobrana tak, by pokazać rozpiętość tej warstwy mowy: od szelestu niepokoju, przez fakturę rzeczy pod palcami, po sposób, w jaki ktoś wlecze się przez ulicę. Wszystkie prowadzą do tego samego, o czym był cały tekst, czyli do świata, który Japończyk słyszy nawet wtedy, gdy nic nie wydaje dźwięku. Można to czytać jak słownik albo jak zbiór miniatur. Każde słowo to osobny, malutki obrazek.

 

 

zawazawa  (ざわざわ)

Szmer tłumu, który zaczyna szeptać, ale też niepokój podnoszący włoski na karku, gdy jeszcze nic się nie wydarzyło. Bywa dźwiękiem nie z zewnątrz, lecz z wnętrza, jak ścisk w piersi przed czymś złym. Na dobre rozsławił go rysownik Nobuyuki Fukumoto w hazardowej serii „Kaiji”, gdzie ざわ… ざわ… wisi w powietrzu w najbardziej napiętych chwilach, choć nikt go nie wydaje.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.mukamuka  (ムカムカ)

Mdłości podchodzące do gardła, czyli obrzydzenie czysto fizyczne. Tym samym słowem opisuje się gniew, który zbiera się w środku i zaraz wybuchnie. Jedno brzmienie na dwa rodzaje wzbierania, bo człowiek czuje je w ciele podobnie.

 

hiyahiya  (ひやひや)

Zimny dreszcz strachu, gdy zaledwie o włos uniknęliśmy nieszczęścia. To uczucie serca podchodzącego do gardła na widok dziecka biegnącego ku jezdni, ale samochód się zatrzymał w ostatniej chwili. Słowo niesie chłód nieprzypadkowo, bo hiya to także to, co zimne w dotyku.

 

kusukusu  (クスクス)

Cichy chichot tłumiony dłonią, śmiech, którego nie wypada pokazać na głos. Tak śmieją się dzieci za plecami nauczyciela albo dziewczyny z sekretu, którego nam nie zdradzą. Nie ma w nim gardłowego rechotu, jest za to porozumiewawcza tajemnica.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.niyaniya  (ニヤニヤ)

Uśmieszek bez słowa, powoli rozlewający się po twarzy. Czasem zadowolony, częściej szyderczy albo dwuznaczny, ten, który aż prosi się, żeby komuś go zetrzeć. Postać w mandze robi niyaniya wtedy, gdy wie coś, czego ty jeszcze nie wiesz.

 

mesomeso  (めそめそ)

Ciche, przeciągłe pochlipywanie, mazanie się bez końca. Nie głośny szloch, tylko skomlenie pod nosem i użalanie się nad sobą. Mówi się tak z nutą zniecierpliwienia komuś, kto dawno powinien się już pozbierać.

 

pekopeko  (ぺこぺこ)

Burczenie w pustym brzuchu: „onaka ga pekopeko” znaczy tyle co „umieram z głodu”. To samo słowo opisuje przesadne, służalcze kłanianie się w pas. Pusty żołądek i zginanie grzbietu przed szefem dostały jedno brzmienie. Myślę, że można stąd wyciągnąć pewne wnioski.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.kyorokyoro  (きょろきょろ)

Nerwowe rozglądanie się na wszystkie strony, gdy ktoś zgubił drogę albo kogoś wypatruje. Oczy biegają, głowa się obraca, cała postać zdradza zagubienie. Turysta na ogromnym dworcu w Tokio robi kyorokyoro jak nikt inny.

 

jirojiro  (じろじろ)

Wpatrywanie się w kogoś natarczywie, bez skrępowania, aż tamtemu robi się nieswojo. „Jirojiro miru” to gapić się tak, że druga osoba fizycznie czuje na sobie wzrok. Po japońsku to wyraźnie nieuprzejme, więc samo słowo niesie cień nagany.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.utouto  (うとうと)

Przysypianie wbrew sobie, kiwanie głową nad książką albo w pociągu. Jeszcze nie sen, już nie czuwanie, ta miękka strefa, z której wyrywa nagłe szarpnięcie głowy. Każdy, kto walczył z drzemką na nudnym meetingu, zna utouto dobrze.

 

gussuri  (ぐっすり)

Sen głęboki i mocny, taki, z którego wstaje się naprawdę wypoczętym. „Gussuri nemuru” znaczy spać kamiennym snem, bez przewracania się z boku na bok. Dokładne przeciwieństwo utouto: tutaj już nic cię nie obudzi.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.tobotobo  (とぼとぼ)

Człapanie powolne i przygnębione, ze spuszczoną głową. Tak wraca się do domu po przegranej, gdy z ramion zwisa cały ciężar dnia. Słowo samo brzmi ociężale, jakby noga z trudem odrywała się od ziemi.

 

kunekune  (くねくね)

Wicie się i wyginanie w esy-floresy: tak płynie kręta rzeka, pełznie wąż, kołysze się roztańczone ciało. Nie ma w tym ruchu ani jednej prostej linii, sama miękka krzywizna.

 

guruguru  (ぐるぐる)

Kręcenie się w kółko bez końca: owijanie bandażem, wir wody, rozpędzona karuzela. Tym samym słowem opisuje się zawroty głowy, gdy świat wiruje przed oczami. Gdy myśli „chodzą guruguru”, krążą wokół jednej sprawy i nie potrafią się zatrzymać.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.mofumofu  (もふもふ)

Gęste, miękkie futro, w którym chce się zanurzyć twarz. Słowo na puszystego kota, psi kark, lisi ogon, na wszystko, co aż prosi się o przytulenie. W japońskim internecie to niemal okrzyk zachwytu na widok czegoś futrzastego.

 

nurunuru  (ぬるぬる)

Oślizgłość, której nie sposób złapać: węgorz, glony na kamieniu, dłoń w mydle. Słowo wywołuje lekki dreszcz, bo coś nurunuru wymyka się z palców.

 

sarasara  (さらさら)

Lekkość sucha i gładka zarazem: świeżo umyte i wysuszone włosy, piasek przesypujący się przez palce, bystry górski strumień. Nic się nie klei i nic nie cmoka, wszystko płynie i prześlizguje się. Japońskie reklamy szamponów żyją tym słowem.

 

zarazara  (ザラザラ)

Szorstkość pod palcami: papier ścierny, spierzchnięta skóra, język kota. Dokładne przeciwieństwo gładkości, faktura, która stawia opór.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.betabeta  (べたべた)

Lepkość, która zostaje na rękach: miód, rozlana cola, upał oblepiający skórę. Tym samym słowem nazywa się parę nadmiernie do siebie przyklejoną na widoku publicznym (co samo w sobie jest zachowaniem w Japonii bardzo nagannym). I klej, i przesłodzona czułość są tu odrobinę nie do zniesienia.

 

kachikachi  (カチカチ)

Twarde jak kamień: zamarznięta ziemia, wczorajsza bułka, mochi, które przeleżało noc. Słowo niesie też napięcie, bo kachikachi bywa ktoś sztywny ze stresu tuż przed wystąpieniem. Twardość rzeczy i spięcie człowieka dzielą jedno brzmienie.

 

mojamoja  (もじゃもじゃ)

Włosy zmierzwione, splątane, sterczące we wszystkie strony. Tak wygląda głowa zaraz po przebudzeniu i broda, której od dawna nie tknęła brzytwa. W mandze mojamoja to graficzny skrót na roztrzepanego dziwaka albo szalonego naukowca.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.hirahira  (ひらひら)

Lekkie trzepotanie i opadanie: płatki wiśni, motyl, skraj sukni na wietrze. Ruch powolny i kapryśny, schodzący ku ziemi zygzakiem. To jedno z ulubionych słów japońskiej poezji przyrody, bo opadające hirahira płatki sakury są niemal jej godłem.

 

tekateka  (テカテカ)

Połysk powierzchni, czasem ładny, czasem wcale: wypastowane buty, ale i przetłuszczone czoło w upalny dzień. Inaczej niż czysty blask, tekateka bywa tłustawe, odbijające światło zbyt nachalnie. Stara skórzana kurtka wytarta do połysku jest tekateka jak należy.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.shitoshito  (しとしと)

Cicha, drobna mżawka, która pada godzinami bez ustanku. Przeciwieństwo bębniącej ulewy: tutaj deszcz raczej szepcze, niż uderza. To pogoda japońskiej pory deszczowej i melancholijnych scen, w których ktoś stoi w oknie i wpatruje się w szarość.

 

pachipachi  (パチパチ)

Trzask i pstryk naraz: iskry strzelającego ognia, brawa rozgrzanej widowni, mruganie powiekami. Krótkie, rytmiczne. Gdy „pachipachi” robi publiczność, to oklaski, a gdy ognisko, to strzelające iskry.

 

don  (ドン)

Głuchy, ciężki huk: uderzenie pięścią w stół, wystrzał, łomot upadku. W mandze ten ogromny znak ドーン pojawia się wtedy, gdy kadr ma uderzyć czytelnika z całej siły, nawet jeśli scena jest zupełnie cicha.

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.bishobisho  (びしょびしょ)

Przemoczony do suchej nitki, ociekający wodą. Tak wraca się do domu, gdy ulewa złapie bez parasola, i tak wygląda ręcznik wyjęty z wiadra. Słowo jest cięższe i bardziej beznadziejne niż zwykłe „mokry”.

 

perapera  (ペラペラ)

Płynna, swobodna mowa w obcym języku: „eigo ga perapera” znaczy, że ktoś sypie angielszczyzną jak z rękawa. To samo słowo opisuje papier albo materiał cienki i tani, który się łatwo zgina. Komplement i lekceważenie mieszkają tu, zależnie od tego, o czym mowa.

 

pittari  (ぴったり)

Idealne dopasowanie: ubranie w sam raz, pokrywka trafiająca na garnek, dwoje ludzi dobranych jak ulał. Coś wskakuje na swoje miejsce bez luzu i bez szpary. Mówi się tak również o celnej odpowiedzi na pytanie.

 

kotsukotsu  (コツコツ)

Stukot twardych obcasów o posadzkę, równy i samotny w pustym korytarzu. Częściej jednak słyszy się to słowo w innym sensie: robić coś kotsukotsu znaczy mozolnie i wytrwale, mały krok po małym kroku. Cierpliwy człowiek, który dzień po dniu odkłada po trochu, pracuje właśnie kotsukotsu.

Ukiyo-japan.pl - Michał Sobieraj, notka od autora

 

Źródła:

1. 小野正弘 編『擬音語・擬態語4500 日本語オノマトペ辞典』(Ono Masahiro red., Giongo gitaigo 4500: Nihongo onomatope jiten, „Onomatopeje dźwięko- i obrazonaśladowcze 4500. Słownik japońskiej onomatopei"), 2007.

2. Hamano, Shoko, The Sound-Symbolic System of Japanese, Kurosio Publishers / CSLI Publications, 1998.

3. Hanada, Mitsuhiko, „Food-texture dimensions expressed by Japanese onomatopoeic words", Journal of Texture Studies.

4. Akita, Kimi, „Ideophones are more reliable than metaphors in Japanese pain descriptions", Language and Cognition 17, 2025.

5. Ramachandran, Vilayanur S., Hubbard, Edward M., „Synaesthesia – A Window Into Perception, Thought and Language", Journal of Consciousness Studies 8(12), 2001.Ukiyo-japan.pl - Michał Sobieraj, notka od autora

 

Pies robi wanwan, gwiazdy lśnią kirakira, a cisza brzmi shiiin. O języku, w którym nawet to, co nieme, ma swój dźwięk.

  

    未開    ソビエライ

Postaw mi kawę na buycoffee.to

  Mike Soray

   (Michał Sobieraj)

Zdjęcie Mike Soray (aka Michał Sobieraj)
Tom II - "100 widków sławnych miejsc Edo" Hiroshige - interpretcje i analiza Michała Sobieraja
Tom I - "100 aspektów księżyca Yoshitoshiego" - analizy i interpretacje ukiyo-e Michała Sobieraja
Książka o historii kobiet w dawnej Japonii - "Silne kobiety Japonii" autorstwa Michała Sobieraj - twórcy ukiyo-japan.pl
"Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz" - książka Michała Sobieraja (ukiyo-japan.pl) o japońskiej wrażliwości w polskiej codzienności. Mushin, wabi-sabi i yūgen jako praktyka widzenia „tu i teraz”.

A może chciałbyś zamiast czytać, posłuchać artykułów?

Zobacz książki autora strony:

Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Postaw mi kawę na buycoffee.to

  

   

 

 

未開    ソビエライ

 

Logo Gain Skill Plus - serii aplikacji na Androida, których celem jest budowanie wiedzy i umiejętności na rózne tematy.
Logo Soray Apps - appdev, aplikacja na Androida, apki edukacyjne
Logo Ikigai Manga Dive - strony o Japonii, historii i kulturze japońskiej, mandze i anime

 Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".

 

Osobiste motto:

"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany.- Albert Einstein (prawdopodobnie)

Mike Soray

  (Michał Sobieraj)

Zdjęcie Mike Soray (aka Michał Sobieraj)

Napisz do nas...

Przeczytaj więcej

o nas...

Twój e-mail:
Twoja wiadomość:
WYŚLIJ
WYŚLIJ
Twoja wiadomość została wysłana - dzięki!
Uzupełnij wszystkie obowiązkowe pola!

Przasnysz, Polska

m.sobieraj@inarismart.pl

dr.imyon@gmail.com

___________________

inari.smart

Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!