2026/03/31

Klify samobójców Tōjinbō - i pewien emeryt, który przez ostatnie 20 lat uratował już 750 osób

Na klifach Tōjinbō w prefekturze Fukui, od ośmiuset lat naznaczonych legendą o zamordowanym mnichu, emerytowany komisarz policji Shige Yukio od 2004 roku ratuje ludzi przed skokiem. Uratował ponad 750 osób — z lornetką, miseczką mochi i dwoma słowami: „poczekaj chwilę".

 

Na krawędzi japońskich klifów, gdzie morze i rozpacz wydają się grać tę samą pieśń, stoi osiemdziesięcioletni emeryt z lornetką i miseczką mochi. Od dwudziestu lat powtarza jedno zdanie: chotto matte!

 

Wiatr na Tōjinbō nie wieje — on naciska. Uderza płasko w twarz, wdziera się pod kurtkę, wciska między żebra. Jest słony, zimny i tak intensywny, że po kilku minutach zapominasz, po co tu przyszedłeś. Turyści z Osaki i Tokio robią zdjęcia nad krawędzią — pochyleni do przodu jak żaglówki, z telefonami wyciągniętymi na długość ręki. Za ich plecami rozciąga się pasaż handlowy, w którym można kupić oroshi-mochi, lokalnego kraba zuwaigani i T-shirt z napisem „Wiszę na krawędzi klifu”. A dwadzieścia metrów niżej Morze Japońskie rozbija się o kolumny z andezytowej skały tak stare, że na ich tle cała ludzka cywilizacja jest zaledwie mgnieniem oka. Trzynaście milionów lat temu tutejsza magma powoli stygnąc, ułożyła się w pięcio- i sześciokątne słupy — strukturę geologiczną tak rzadką, że na całym świecie istnieją tylko trzy takie miejsca: tutaj na Tōjinbō, w górach Keumgang na Półwyspie Koreańskim i na zachodnim wybrzeżu Skandynawii. Tōjinbō jest pomnikiem przyrody, krajobrazem o statusie meishō (名勝) — oficjalnie jednym z najpiękniejszych widoków Japonii. Ale, niestety, to nie dlatego ludzie przyjeżdżają tu z całego kraju.

 

Przyjeżdżają, bo tu łatwo umrzeć. Klify mają dwadzieścia pięć metrów wysokości, nie ma żadnych barierek, a na dole czekają ostre skały i prąd, który poniesie ciało dziesiątki kilometrów stąd – lub nigdy nie odda. Przez trzydzieści lat — od końca lat siedemdziesiątych do roku 2009 — u podnóża tych klifów znaleziono sześćset czterdzieści trzy ciała. W najczarniejszych latach umierało tu ponad dwudziestu pięciu ludzi rocznie. Nie przez przypadek: osiemdziesiąt do dziewięćdziesięciu procent osób, które policja zatrzymywała na krawędzi, pochodziło spoza prefektury Fukui. Jechali tu godzinami — z Tokio, z Osaki, z Nagoi — bo Tōjinbō jest miejscem, które Japonia zna. Zna z telewizyjnych dramatów sasupensu, w których detektyw przypiera zbrodniarza do klifowej ściany. Zna z gazet. Zna z legend. I to właśnie jest najciemniejszy paradoks tych klifów: ich sława zabija.

 

Ale jest ktoś, kto tu czeka. Codziennie, od świtu do zmierzchu, od dwudziestu lat. Z lornetką na szyi, w wiatrówce, z twarzą człowieka, który widział zbyt wiele i dlatego nie potrafi odwrócić wzroku. Shige Yukio ma osiemdziesiąt dwa lata. Jest emerytowanym komisarzem policji, założycielem małej organizacji non-profit i właścicielem herbaciarni, w której serwuje kluskę ryżową z tartą rzodkwią. Przez dwie dekady uratował ponad siedemset pięćdziesiąt osób. Nie robi tego z lornetką jako bronią — robi to z jednym zdaniem, które powtarza każdemu, kogo zobaczy siedzącego nieruchomo na krawędzi: chotto matte (ちょっと待て). „Poczekaj chwilę”. I okazuje się, że większość z nich na to właśnie czekała.

 

Na klifach Tōjinbō w prefekturze Fukui, od ośmiuset lat naznaczonych legendą o zamordowanym mnichu, emerytowany komisarz policji Shige Yukio od 2004 roku ratuje ludzi przed skokiem. Uratował ponad 750 osób — z lornetką, miseczką mochi i dwoma słowami: „poczekaj chwilę".

 

Kamień, woda, czas

 

Kiedy widzisz Tōjinbō po raz pierwszy, nie widzisz klifów. Widzisz katedrę. Stalowo-szare kolumny wyrastają z morza jak organy — niektóre pionowe, inne pochylone, jeszcze inne połamane i rozrzucone w wodzie jak gruzy po trzęsieniu ziemi. Fale biją o nie od trzynastu milionów lat i nie wygrały. Erozja rzeźbiła tu powoli, cierpliwie, z precyzją japońskiego ogrodnika: stworzyła Rōsoku-iwa (ローソク岩) — Skałę-Świecę, samotny obelisk sterczący z piany; Raion-iwa (ライオン岩) — Skałę-Lwa, której profil rzeczywiście przypomina drzemiące zwierzę; Senjōjiki (千畳敷) — „Tysiąc Mat”, płaski taras skalny, na którym można stać i patrzeć, jak horyzont roztapia się w szarości nieba i wody. Ta formacja — chūjō setsuri (柱状節理), kolumnowe spękanie — powstaje, gdy lawa wulkaniczna stygnie powoli pod ziemią, kurczy się równomiernie i pęka w geometryczne słupy. Na całym świecie zachowały się w tej skali zaledwie trzy takie miejsca. Tōjinbō zostało wpisane na listę pomników przyrody i włączone do Parku Krajobrazowego Wybrzeża Echizen-Kaga. Geolodzy przyjeżdżają tu z całego świata. Nie jestem w żadnym wypadku ekspertem z geologii (praktycznie nic o niej nie wiem) – ale na miejscu jest dużo ulotek, które przekazują te informacje. Tak czy inaczej — to nie geolodzy nadali temu miejscu jego imię.

 

Tōjinbō to imię człowieka. Mnicha, który został z nich zepchnięty ponad osiem wieków temu. I to właśnie od tego upadku zaczyna się wszystko.

 

Na klifach Tōjinbō w prefekturze Fukui, od ośmiuset lat naznaczonych legendą o zamordowanym mnichu, emerytowany komisarz policji Shige Yukio od 2004 roku ratuje ludzi przed skokiem. Uratował ponad 750 osób — z lornetką, miseczką mochi i dwoma słowami: „poczekaj chwilę".

 

Mnich, który runął w dół

 

W dwunastym wieku świątynia Heisen-ji (平泉寺) w dzisiejszym mieście Katsuyama, czterdzieści trzy kilometry w głąb lądu od klifów, była religijnym imperium. Centrum kultu góry Hakusan, z tysiącami mnichów i mnichów-wojowników — sōhei (僧兵) — zamieszkujących kompleks kilku tysięcy budynków. Siła militarna porównywalna z klasztorami góry Hiei (o militarnym aspekcie buddyzmu piszę więcej tu: Mnich z naginatą: militarne oblicze buddyzmu w Japonii Kamakury). To w tym świecie żył człowiek, którego pamiętamy jako Tōjinbō.

 

 

Według najpopularniejszej wersji legendy — zapisanej na tablicach informacyjnych przy samych klifach i powtarzanej w Kigan-ki (帰雁記), osiemnastowiecznej kronice zabytków prowincji Echizen — Tōjinbō był mnichem o nadludzkiej sile fizycznej i brutalnym usposobieniu. Terroryzował okolicznych mieszkańców, łamał reguły klasztorne, a gdy się zakochał w pięknej kobiecie z okolicy, popadł w zaciekłą rywalizację z innym mnichem, Magara Kakunenem (真柄覚念). Piątego dnia czwartego miesiąca pierwszego roku ery Juei — czyli piątego kwietnia 1182 roku — współbracia postanowili rozwiązać problem po swojemu. Zaprosili Tōjinbō na piknik nad morzem. Rozsiedli się na skałach, otworzyli beczki sake, pili, śpiewali, tańczyli. Gdy Tōjinbō upił się i zdrzemnął, Kakunen — albo, według innej wersji, kilku mnichów jednocześnie — zepchnął go z krawędzi klifu w dół. Na wpół przebudzony Tōjinbō zdążył pociągnąć za sobą kilku z tych, którzy stali najbliżej.

 

A potem, mówi legenda, niebo pociemniało. Czarne chmury zasnuły horyzont, morze zaczęło huczeć, pioruny biły w skały, ziemia się trzęsła. Gniew zamordowanego mnicha wciągnął Kakunena w otchłań — rywal zginął tej samej nocy. Burza trwała czterdzieści dziewięć dni. Odtąd co roku piątego kwietnia morze przy klifach szalało, a grzmoty ciągnęły na wschód, ku Heisen-ji — jakby duch Tōjinbō szukał drogi do tych, którzy go zabili. Rybacy z wioski Antō (安島) nie wypływali tego dnia w morze. Przez wieki.

 

Ale jest też inna opowieść — zapisana w kronikach wioski Okaho i w zbiorze Wakasa Echizen no densetsu (若狭・越前の伝説). Według niej mnich nosił imię Tōnin-bō (当仁坊) i nie był żadnym tyranem. Pochodził z rodziny wiernych świątyni Shōen-ji (勝縁寺) w Fukui, w młodości trafił na górę Hiei, potem do Heisen-ji. Był silny fizycznie, ale prawy i oddany studiom. Kiedy grupa skorumpowanych mnichów zaczęła prywatyzować ziemie świątynne, Tōnin-bō sprzeciwił się im publicznie. Za to nienawidzili go — i spreparowali piknik, identyczny jak w pierwszej wersji, z identycznym finałem. A potem, żeby zatrzeć ślady, ogłosili go zbrodniarzem. Historię napisali zwycięzcy.

 

Z jakiegoś powodu ta druga wersja wydaje się znacznie ciekawsza — i, trzeba przyznać, znacznie bardziej prawdopodobna. Klątwę tworzy nie gniew — klątwę tworzy wyrzut sumienia. Ktoś, kto patrzy na szalejące morze piątego kwietnia i mówi „to Tōjinbō”, mówi tak naprawdę: „zabiliśmy kogoś, kto na to nie zasługiwał”. W kompleksie Heisen-ji Hakusan-jinja, w cieniu potężnych kryptomerii, do dziś stoi kamień z napisem „ruiny siedziby Tōjinbō” i studnia, o której mówią, że po morderstwie jej woda zmieniła kolor na czerwony. Według legendy, jeśli wsypiesz do niej ryżowe otręby, wypłyną w morzu pod klifami — czterdzieści trzy kilometry dalej. Tōjinbō i Heisen-ji są połączone podziemnym kanałem krwi i pamięci.

 

Klątwę miał ostatecznie uciszyć mnich Zuiun z Tōkō-ji, który napisał wiersz w klasycznym chińskim i zanurzył go w morzu.

 

好図見性到心清 迷則平泉不太平 北海漫々風浪静 東尋何敢碍舟行

 

“Kto widzi swą naturę, temu serce jest czyste.

W złudzeniu nawet Spokojne Źródło (Heisen) nie zna spokoju.

Północne morze rozciąga się bez granic — wiatr i fale milkną.

Tōjinbō, czyż ośmielisz się jeszcze tamować drogę łodziom?”

 

 

Według innej tradycji — wędrowny mnich (anonim, według źródeł w Ōminato-jinja w Antō), który zostawił na dnie wiersz tanka:

 

しつむ身のうき名をかへよ法の道 西をたつねて浮へ後の世

(shizumu mi no / uki na wo kaeyo / nori no michi / nishi wo tazunete / ukabe nochi no yo)

 

„Niech toń, co niesie złą sławę,

zamieni swój los

szukając drogi na zachód,

niech wypłynie w przyszłe życie”.

 

Jeszcze inna wersja mówi, że dopiero Shinran albo Rennyo — a więc trzynasty, może piętnasty wiek — zdołali uspokoić ducha. Co by oznaczało, że morze szalało trzysta, może pięćset lat. Tak czy inaczej — imię mnicha przetrwało. Klify noszą je do dziś. I do dziś, choć już nie czterdzieści dziewięć dni w roku, morze przy Tōjinbō potrafi huczeć tak, jakby ktoś na dole wciąż czekał na sprawiedliwość.

 

Na klifach Tōjinbō w prefekturze Fukui, od ośmiuset lat naznaczonych legendą o zamordowanym mnichu, emerytowany komisarz policji Shige Yukio od 2004 roku ratuje ludzi przed skokiem. Uratował ponad 750 osób — z lornetką, miseczką mochi i dwoma słowami: „poczekaj chwilę".

 

Kiedy klify zaczęły zabijać

 

Nikt nie wie dokładnie, kiedy Tōjinbō stało się „miejscem samobójstw”. Można podejrzewać, że sporadyczne przypadki zdarzały się od dawna — wysoki, otwarty klif nad zimnym morzem to krajobraz, który przyciąga rozpacz jak magnes. Ale prawdziwa zmiana nastąpiła w drugiej połowie dwudziestego wieku, a katalizatorem okazała się telewizja.

 

W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych Tōjinbō stało się ulubioną lokacją japońskich dwugodzinnych dramatów kryminalnych — gatunku zwanego nichiyō sasupensu. Scena była zawsze podobna: detektyw przypiera zbrodniarza do krawędzi, wiatr szarpie płaszczami, zbrodniarz wyznaje winę i skacze — albo nie skacze, ale klif i tak wygrywa jako metafora ostateczności. Japońska aktorka Momiji Yamamura, „królowa suspensu”, wymieniała Tōjinbō jako jedno z miejsc, które odwiedzała najczęściej w swojej karierze. To była fikcja, ale fikcja ma moc kreowania rzeczywistości. Ludzie, którzy nigdy nie słyszeli o Tōjinbō jako o formacji geologicznej, znali je doskonale jako „te klify z kryminałów”. A kiedy szukali miejsca, w którym mogliby zakończyć życie, ich podświadomość podpowiadała im gotową scenografię.

 

Dane policji prefektury Fukui mówią jasno: w trzydziestoleciu 1979–2009 u podnóża klifów znaleziono sześćset czterdzieści trzy ciała — średnio ponad dwadzieścia jeden rocznie. W dekadzie poprzedzającej rok 2004 — dwieście pięćdziesiąt sześć osób, co daje średnią ponad dwadzieścia pięć. Po Aokigaharze (tzw. „las samobójców”) — lesie u stóp Fuji — Tōjinbō było najsłynniejszym miejscem samobójstw w Japonii.

 

Lokalna społeczność reagowała z typowo japońską mieszanką troski i pragmatyzmu. Przy krawędzi klifów pojawiła się budka telefoniczna z napisem 救いの電話 (Sukui no denwa) — „Telefon ratunkowy”. W środku leżały monety dziesięcio-jenowe (ok. 30 groszy), tomik poezji i papierosy. Na tabliczkach wyryto wiersze o wartości życia. Jednocześnie w pasażu handlowym — sto metrów od krawędzi — sprzedawano pamiątki eksploatujące mroczną sławę miejsca. T-shirty z napisami w rodzaju „Wiszę na krawędzi”. Figurki przedstawiające turystę balansującego na skale. Lokalni politycy — jak później publicznie przyznał Shige Yukio — wyrażali obawy, że jeśli samobójstwa się skończą, Tōjinbō straci swoją „atrakcyjność turystyczną”. Ten cytat powinien zapaść w pamięć: wybrani przez społeczeństwo przedstawiciele traktowali ludzką śmierć jako element strategii marketingowej regionu.

 

Na klifach Tōjinbō w prefekturze Fukui, od ośmiuset lat naznaczonych legendą o zamordowanym mnichu, emerytowany komisarz policji Shige Yukio od 2004 roku ratuje ludzi przed skokiem. Uratował ponad 750 osób — z lornetką, miseczką mochi i dwoma słowami: „poczekaj chwilę".

 

Japonia, która zabija cicho

 

Żeby zrozumieć Tōjinbō, trzeba zrozumieć kontekst. Japonia od dekad zmaga się z jednym z najwyższych wskaźników samobójstw wśród państw rozwiniętych. W 2024 roku wskaźnik wynosił 15,3 na sto tysięcy mieszkańców — ponad dwukrotność europejskiej średniej. Wśród krajów OECD Japonia konsekwentnie plasuje się w czołówce, obok Korei Południowej, Litwy i Belgii. W roku 2003 — rekordowym — odebrało sobie życie 34,427 osób. Każdego dnia tamtego roku umierało samobójczą śmiercią dziewięćdziesięciu czterech Japończyków. To jest więcej niż ginie w wielu wojnach współczesnych.

 

Przyczyny są złożone, ale kilka wątków powtarza się w badaniach. Pęknięcie bańki spekulacyjnej w 1991 roku i azjatycki kryzys finansowy z 1997 roku wyrzuciły na bruk setki tysięcy ludzi i zniszczyły japoński model „pracy na całe życie” — shūshin koyō (終身雇用). W 1998 roku liczba samobójstw skoczyła o trzydzieści pięć procent w ciągu jednego roku — z dwudziestu czterech do trzydziestu dwóch tysięcy — i przez piętnaście lat nie spadła poniżej trzydziestu tysięcy. Kryzys z 2008 roku przyniósł kolejną falę: Shige opowiadał dziennikarzom, że nagle zaczął spotykać na klifach młodych mężczyzn, którzy stracili pracę w fabrykach jako pracownicy tymczasowi — haken rōdōsha (派遣労働者) — a potem wyrzucono ich z firmowych akademików, więc nie mieli ani pracy, ani dachu nad głową, ani adresu, pod który mogliby złożyć wniosek o pomoc społeczną.

 

Jest też jeszcze ciemniejsza warstwa — kulturowa. Japonia ma długą tradycję traktowania samobójstwa z pewnego rodzaju akceptacją, niekiedy wręcz szacunkiem. Seppuku (切腹) samurajów — demonstracja honoru silniejsza niż śmierć. Kamikaze — śmierć jako najwyższy patriotyzm. Shinjū (心中) — podwójne samobójstwo z miłości, temat niezliczonych sztuk teatru jōruri i dramatu kabuki. Ta tradycja nie oznacza oczywiście, że Japończycy chcą umierać — ale oznacza, że kulturowy język, którym dysponują, nie zawiera wystarczająco wielu słów na powiedzenie: „potrzebuję pomocy”.

 

Wstyd — haji (恥) — jest potężniejszy niż ból (więcej o haji tutaj: Haji 恥. Wstyd. Co leży na samym dnie japońskiej duszy?). A rozmowa o emocjach, o depresji, o kruchości — była przez pokolenia postrzegana jako słabość niegodna dorosłego człowieka. Dopiero w 2006 roku Japonia uchwaliła pierwszą ustawę o przeciwdziałaniu samobójstwom — Jisatsu Taisaku Kihon-hō (自殺対策基本法). W 2021 roku rząd powołał pierwszego w historii Ministra ds. Samotności. Liczby powoli spadają — w 2025 roku po raz pierwszy od początku ewidencji w 1978 roku zeszły poniżej dwudziestu tysięcy, do 19,097. Ale jednocześnie rośnie wskaźnik samobójstw wśród uczniów — w 2025 roku osiągnął rekordowe pięćset trzydzieści dwa przypadki. „Problem pierwszego września” — fala samobójstw dzieci po wakacjach letnich — pozostaje jednym z najmroczniejszych fenomenów japońskiej szkoły.

 

Na klifach Tōjinbō w prefekturze Fukui, od ośmiuset lat naznaczonych legendą o zamordowanym mnichu, emerytowany komisarz policji Shige Yukio od 2004 roku ratuje ludzi przed skokiem. Uratował ponad 750 osób — z lornetką, miseczką mochi i dwoma słowami: „poczekaj chwilę".

 

Para z Tokio

 

Trzeciego września 2003 roku, w ostatnim roku służby w policji prefektury Fukui, komisarz Shige Yukio patrolował okolice Tōjinbō. Zbliżał się zachód słońca — ta pora, o której klify nabierają koloru miedzi i cień zaczyna się wydłużać tak, że człowiek stojący na krawędzi wygląda jak cienka linia rysowana ołówkiem na tle nieba. W altance tuż przy klifie siedziała starsza para. Mężczyzna i kobieta, oboje po sześćdziesiątce, z twarzami, na których nie było już nic — ani strachu, ani smutku, ani nadziei. Tylko cisza. Shige podszedł.

 

Byli z Tokio. Prowadzili pub — małą knajpkę gdzieś w gąszczu bocznych uliczek stolicy. Popadli w długi. Nie mogli spłacić wierzycieli. Nie mieli rodziny, która mogłaby pomóc. Przyjechali tu, żeby przy zachodzie słońca skoczyć razem. Shige rozmawiał z nimi długo — przekonywał, pocieszał, tłumaczył, że istnieją prawne mechanizmy oddłużenia, że prawo chroni nawet tych, którzy stracili wszystko. W końcu udało mu się. Para nie skoczyła. Shige wezwał radiowóz i przekazał ich lokalnym władzom opieki społecznej — bo tego wymagała procedura. Urzędnicy przyjęli parę, wysłuchali i dali im pieniądze na bilet autobusowy do sąsiedniego miasta. Nic więcej. Żadnego schronienia, żadnej pomocy prawnej, żadnego ludzkiego gestu. Kup bilet i jedź dalej.

 

Pięć dni później Shige dostał list. Był pisany drżącą ręką, na papierze hotelowym, gdzieś w prefekturze Niigata. Para dziękowała mu za próbę i przepraszała, że nie potrafi już dłużej. Kiedy list dotarł do Fukui, oboje już nie żyli.

 

Shige nigdy nie opowiadał tej historii lekko. W dziesiątkach wywiadów — japońskich, kanadyjskich, francuskich, niemieckich — wracał do niej jak do rany, która nie chce się zabliźnić. Nie obwiniał pary. Obwiniał system. „Policja ma ograniczony czas na jednego zatrzymanego” — mówił. „Ma zakaz ingerencji w sprawy prywatne. Ma regulaminy, przepisy, biurokrację. A ci ludzie potrzebowali jednego: żeby ktoś usiadł obok nich i pomógł im rozwiązać ich problem. Nie pouczył. Nie przekierował. Nie dał biletu autobusowego. Pomógł”. I dodawał: „Policjant tego nie może. Ale cywil — może.” Miesiąc później przeszedł na emeryturę. A siedem miesięcy po tym — dwudziestego siódmego kwietnia 2004 roku — założył organizację, która miała zmienić Tōjinbō.

 

Na klifach Tōjinbō w prefekturze Fukui, od ośmiuset lat naznaczonych legendą o zamordowanym mnichu, emerytowany komisarz policji Shige Yukio od 2004 roku ratuje ludzi przed skokiem. Uratował ponad 750 osób — z lornetką, miseczką mochi i dwoma słowami: „poczekaj chwilę".

 

„Chotto matte” — człowiek z lornetką

 

Shige Yukio urodził się w lutym 1944 roku w Fukui. Wstąpił do policji prefekturalnej w 1962 roku — miał osiemnaście lat. Przez następne czterdzieści dwa lata służby nie był typowym policjantem patrolowym. Dwadzieścia siedem lat spędził w wydziałach zajmujących się przestępczością gospodarczą: sarakin (サラ金) — lichwiarskie pożyczki, piramidy finansowe, handel narkotykami, przestępstwa przeciwko nieletnim. Był śledczym — człowiekiem, który grzebał w dokumentach, przesłuchiwał, szukał schematów. Kiedy w ostatnim roku kariery trafił na stanowisko wicekomendanta posterunku Mikuni — posterunku, który nadzorował Tōjinbō — zobaczył coś, do czego jego dwudziestosiedmioletnie doświadczenie w wydziale gospodarczym go nie przygotowało: ciała. Wyciągane z morza, połamane o skały, często nierozpoznawalne. I listy pożegnalne — pełne przeprosin, które nikt nigdy nie przeczytał na czas.

 

Fundacja Kokoro ni Hibiku Bunshū Henshūkyoku (心に響く文集・編集局) — „Wydawnictwo Zbiorów Tekstów Trafiających do Serca” — zaczęło działać z herbaciarni na skraju pasażu handlowego przy klifach. Shige nazwał ją Kokoro ni Hibiku Oroshi-mochi. Serwuje tam do dziś tradycyjne kluski ryżowe z tartą rzodkwią daikon — lokalne danie regionu Echizen. Kanadyjski reżyser Yung Chang, który nakręcił o Shige film dokumentalny, powiedział o tym jedzeniu coś, co warto zapamiętać: „Tradycyjne jedzenie jako nostalgiczny wyzwalacz, który przywraca powód do życia”. Ludzie, którzy przyjechali tu umierać, siedzą przy stoliku w herbaciarni, jedzą ciepłe mochi, piją herbatę — i nagle mają przed sobą coś, co jest prawdziwe, proste i dobre. I czasem to wystarczy, żeby postanowić zostać na jeszcze jedną noc.

 

Metoda Shige jest prosta — i właśnie dlatego działa. Codziennie, przez osiem i więcej godzin dziennie — trzydzieści dni w miesiącu, niezależnie od pogody — Shige i jego wolontariusze patrolują klify. Szukają osób pasujących do wzorca: kogoś, kto nie fotografuje, nie spaceruje, nie podziwia krajobrazu. Kogoś, kto siedzi nieruchomo. Kogoś, kto zostawił buty. Kogoś, kto pisze na kartce. Wtedy Shige podchodzi. Nie pyta: „Czy chcesz skoczyć?”. Zaczyna rozmowę — o pogodzie, o widoku, o czymkolwiek. A potem słucha. „Wszyscy, których spotkałem na tych klifach” — mówił w wywiadzie dla Fukui Shimbun — „krzyczeli to samo: „Mada shinitakunai! Dareka, tasukete! Dekiru mono nara, mō ichido jinsei wo yarinaoshitai!” — „Jeszcze nie chcę umierać! Niech ktoś mi pomoże! Gdybym mógł, chciałbym zacząć życie od nowa!” (wzięte ze strony fundacji).

 

Na pytanie, dlaczego ludzie jadą setki kilometrów do odległego klifu nad Morzem Japońskim, skoro — jak zauważył reżyser Chang — „łatwiej zabić się w domu”, Shige odpowiadał konsekwentnie: „Bo nie jadą tu umierać. Jadą, żeby ktoś ich zatrzymał.” To jest kluczowe spostrzeżenie, które zmienia optykę: Tōjinbō nie jest miejscem, do którego przyjeżdża się z pewną decyzją. Tōjinbō jest progiem — miejscem, w którym decyzja jeszcze nie zapadła, w którym człowiek zawiesza się między życiem a śmiercią, patrząc na piękny krajobraz, czekając na bodziec, który przechyli szalę w jedną lub drugą stronę. Shige postawił się po stronie życia. I okazało się, że to często wystarczy.

 

Na klifach Tōjinbō w prefekturze Fukui, od ośmiuset lat naznaczonych legendą o zamordowanym mnichu, emerytowany komisarz policji Shige Yukio od 2004 roku ratuje ludzi przed skokiem. Uratował ponad 750 osób — z lornetką, miseczką mochi i dwoma słowami: „poczekaj chwilę".

 

Jak wygląda ratowanie

 

Przez dwadzieścia lat obserwacji Shige zebrał dane, których próżno szukać w podręcznikach psychiatrii. Samobójstwa przy Tōjinbō zdarzają się wyłącznie między wschodem a zachodem słońca — nigdy w nocy. Najczęstsze dni to poniedziałki i wtorki — po weekendzie, który nie przyniósł ulgi. W czwartki, piątki i weekendy prawie nic się nie dzieje. W środy — dzień wolny herbaciarni — statystyka spada do zera. Jakby samo istnienie otwartego lokalu przy klifach, sama obecność ludzi z miseczkami mochi, wystarczała jako bariera. Shige wiedział o tym. „Herbaciarnia pracuje od dziewiątej do siedemnastej” — mówił. „Ludzie umierają w godzinach pracy.”

 

Ale zatrzymanie kogoś na krawędzi to dopiero początek. Shige bardzo wcześnie zrozumiał, że sama rozmowa nie wystarczy — że jeśli odesłać człowieka z powrotem do problemu, który go tu przywiódł, to wróci tu albo znajdzie inne miejsce. Dlatego jego fundacja robi coś, czego żaden system państwowy w Japonii nie potrafił wtedy robić: idzie z człowiekiem do źródła problemu. Jeśli ktoś jest zadłużony — Shige towarzyszy mu do biura pomocy prawnej. Bezrobotny — do urzędu pracy. Bezdomny — zabiera do jednego z sześciu mieszkań-schronisk, które organizacja utrzymuje na własny koszt. Ktoś ma problem z rodziną — Shige jedzie z nim do domu, do szkoły, do firmy, do urzędu. Był na Hokkaido, w Tokio, w Chiba, w Aichi — gdziekolwiek trzeba było jechać, jechał. „Jeśli nie usuniesz ciężaru, który pcha kogoś na krawędź” — powtarzał — „to dałeś mu dzisiejszy dzień, ale nie jutrzejszy”.

 

Liczby mówią same za siebie. Przed rozpoczęciem działalności Shige, w dekadzie 1994–2003, w Tōjinbō ginęło średnio dwadzieścia pięć osób rocznie. Po roku 2004 liczba spadła o połowę. W 2021 roku osiągnęła historyczne minimum — osiem. Do listopada 2021 roku Shige i jego wolontariusze — szesnaście osób, w większości emerytowani policjanci i nauczyciele — zatrzymali na krawędzi siedemset czterdzieści pięć osób. Dane z 2022 roku podniosły tę liczbę do siedmiuset pięćdziesięciu pięciu. Przez pierwsze cztery lata działalności Shige nie otrzymał od nikogo ani jena — wszystko finansował z emerytury i oszczędności, około miliona jenów rocznie (ok. 30 tysięcy złotych). Potem doszły dotacje z miasta Sakai, granty od Ministerstwa Zdrowia, a także — co brzmi jak żart, ale nim nie jest — wsparcie finansowe od Goldman Sachs, Pfizera i firmy Citizen Watch.

 

Shige nie jest świętym. Nie jest buddyjskim mnichem ani mistykiem. Jest byłym śledczym od piramid finansowych, który pije za dużo (sam tak mówi o sobie), pali za dużo i ma PTSD po dekadach pracy z ludźmi zrujnowanymi przez lichwiarzy. Reżyser Yung Chang, który spędził z nim miesiąc przy klifach, opowiadał, że Shige słyszy głosy — krzyk kobiety o zachodzie słońca, płacz dzieci w nocy. Biegnie szukać, nikogo nie ma. Twierdzi, że Tōjinbō jest nawiedzone. „To mówi pragmatyczny były detektyw” — zauważył Chang. „Ale po dwudziestu latach na tych klifach trudno byłoby nie słyszeć”. Belgijska reżyserka Vanja D’Alcantara, która spotkała się z Shige podczas pracy nad filmem fabularnym inspirowanym jego postacią, opisała go jednym zdaniem, które mówi więcej niż cały życiorys:

 

„Wbrew oczekiwaniom, to człowiek raczej szorstki. Nic z wizerunku buddyjskiego mnicha. To pragmatyk, który robi to, co trzeba, z poczucia obowiązku.”

 

Na klifach Tōjinbō w prefekturze Fukui, od ośmiuset lat naznaczonych legendą o zamordowanym mnichu, emerytowany komisarz policji Shige Yukio od 2004 roku ratuje ludzi przed skokiem. Uratował ponad 750 osób — z lornetką, miseczką mochi i dwoma słowami: „poczekaj chwilę".

 

Tōjinbō w oczach świata

 

Historia Shige przekroczyła granice Japonii dawno temu. W 2010 roku francuski pisarz Olivier Adam, zainspirowany artykułem w dzienniku Libération, napisał powieść Le Cœur régulier — „Spokojne serce” — w której bohaterka przyjeżdża do japońskiej wioski pod klifami i spotyka emerytowanego detektywa ratującego samobójców. Postać nosi imię Natsume Domburi, ale Adam nigdy nie ukrywał, że wzorował ją na Shige. Powieść doczekała się adaptacji filmowej w reżyserii Belgijki Vanji D’Alcantara, z Isabelle Carré i Junem Kunimurą w rolach głównych. Film wszedł do kin w 2016 roku pod tytułem „Kokoro” (serce). W tym samym roku chińsko-kanadyjski reżyser Yung Chang nakręcił krótki dokument „The Gatekeeper” — „Strażnik bramy” — wyprodukowany przez Field of Vision i dostępny za darmo na YouTube. W 2018 roku francuski reżyser Blaise Perrin dołożył kolejny dokument: „La Ronde”. Filmy powstawały w Niemczech, Korei, Islandii. Shige był „przesłuchiwany” przez media z piętnastu krajów.

 

„Na całym świecie ludzie czują to samo wobec życia” — powiedział Shige dziennikarzowi Japan Today. „Mam nadzieję, że ten film przekroczy granice narodowe i skłoni ludzi do myślenia o życiu”. To zdanie — proste, pozbawione patosu, wypowiedziane przez człowieka, który sam zmaga się z własnymi demonami — jest kwintesencją tego, kim Shige jest. Nie filozofem. Nie terapeutą. Nie guru. Byłym policjantem, który uznał, że system jest zbyt bezduszny by w ogóle być w stanie podjąć próbę ratowania ludzi — i postanowił robić to sam, z lornetką, herbaciarnią i zdaniem „poczekaj chwilę”.

 

Na klifach Tōjinbō w prefekturze Fukui, od ośmiuset lat naznaczonych legendą o zamordowanym mnichu, emerytowany komisarz policji Shige Yukio od 2004 roku ratuje ludzi przed skokiem. Uratował ponad 750 osób — z lornetką, miseczką mochi i dwoma słowami: „poczekaj chwilę".

 

Klify, z których wcale nie trzeba skakać

 

Pod wieczór, kiedy turyści pakują się do autokarów, a pasaż handlowy zamyka kramy z krabami i pamiątkami, Tōjinbō zmienia się. Światło gęstnieje. Kolumny andezytowe tracą szarość i nabierają barwy starego złota. Morze wciąż bije o skały — ale jakby łagodniej, jakby i ono miało swoje godziny szczytu i godziny odpoczynku. Na ławce przy altance siedzi starszy mężczyzna z lornetką. Patrzy w stronę horyzontu, ale jego wzrok co chwilę wraca do ścieżki prowadzącej od parkingu. Szuka kogoś, kto idzie zbyt wolno. Kogoś, kto nie robi zdjęć. Kogoś, kto szuka nie widoku, lecz końca.

 

Osiemset czterdzieści cztery lata temu z tych klifów spadł mnich, którego imienia nie potrafimy nawet jednoznacznie odczytać — Tōjinbō czy Tōnin-bō, tyran czy prawy człowiek, morderca czy ofiara. Zostawił po sobie imię i klątwę, która była tak naprawdę zbiorowym wyrzutem sumienia. Dwadzieścia lat temu przy tych samych klifach stanął człowiek, który postanowił odpowiedzieć na pytanie, którego nikt wcześniej nie zadał: co by się stało, gdyby na końcu drogi ktoś czekał?

 

Tōjinbō jest klifem, z którego nie trzeba skakać. Jest krajobrazem, który potrafi być jednocześnie piękny i przerażający — jak życie. A na jego krawędzi, pomiędzy pięciokątnymi kolumnami z andezytowej lawy a szumem Morza Japońskiego, stoi osiemdziesięciodwuletni emeryt i powtarza słowa, które w gruncie rzeczy chciałby usłyszeć każdy z nas, gdy staje nad jakąkolwiek przepaścią — dosłowną lub nie: „Chotto matte”. Poczekaj chwilę. Jeszcze nie teraz.

 

 

ŹRÓDŁA:

 

1. 杉原丈夫(編)「若狭・越前の民話」(zbiór podań ludowych regionu Wakasa-Echizen, zawierający alternatywną wersję legendy o mnichu Tōnin-bō)。

2. 福井新聞ONLINE「元警察官、東尋坊で自殺願望の人に声掛けする日々 — NPO法人『心に響く文集・編集局』」福井新聞D刊、2022年。(fukuishimbun.co.jp)

3. 波名城翔「自殺者を減らす! ゲートキーパーとしての生き方」新評論、東京、2024年(fragment z wywiadem z Shige Yukio opublikowany w Diamond Online, 26.04.2024)。

4.    Yung Chang (reż.), The Gatekeeper (film dokumentalny, 39 min.), prod. Field of Vision / Eye Steel Film / Brave River Films, Kanada–USA–Japonia, 2016. Dostępny: fieldofvision.org.

5.   Olivier Adam, Le Cœur régulier, Éditions de l'Olivier, Paryż, 2010 (powieść inspirowana postacią Shige Yukio; adaptacja filmowa: Vanja D'Alcantara, 2016).

6.   OECD, Society at a Glance 2024: OECD Social Indicators, rozdział „Suicides", OECD Publishing, Paryż, 2024.

7.   Masami Okada, Rina Matsumoto, Eishi Motomura, „Suicide mortality rates in Japan before and beyond the COVID-19 pandemic era", Psychiatry and Clinical Neurosciences Reports, vol. 3, nr 2, 2024 (Wiley / Japanese Society of Psychiatry and Neurology).

Na klifach Tōjinbō w prefekturze Fukui, od ośmiuset lat naznaczonych legendą o zamordowanym mnichu, emerytowany komisarz policji Shige Yukio od 2004 roku ratuje ludzi przed skokiem. Uratował ponad 750 osób — z lornetką, miseczką mochi i dwoma słowami: „poczekaj chwilę".

  1. pl
  2. en

  

    未開    ソビエライ

Postaw mi kawę na buycoffee.to

  Mike Soray

   (Michał Sobieraj)

Zdjęcie Mike Soray (aka Michał Sobieraj)
Tom II - "100 widków sławnych miejsc Edo" Hiroshige - interpretcje i analiza Michała Sobieraja
Tom I - "100 aspektów księżyca Yoshitoshiego" - analizy i interpretacje ukiyo-e Michała Sobieraja
Książka o historii kobiet w dawnej Japonii - "Silne kobiety Japonii" autorstwa Michała Sobieraj - twórcy ukiyo-japan.pl
"Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz" - książka Michała Sobieraja (ukiyo-japan.pl) o japońskiej wrażliwości w polskiej codzienności. Mushin, wabi-sabi i yūgen jako praktyka widzenia „tu i teraz”.

A może chciałbyś zamiast czytać, posłuchać artykułów?

Zobacz książki autora strony:

Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Postaw mi kawę na buycoffee.to

  

   

 

 

未開    ソビエライ

 

Logo Gain Skill Plus - serii aplikacji na Androida, których celem jest budowanie wiedzy i umiejętności na rózne tematy.
Logo Soray Apps - appdev, aplikacja na Androida, apki edukacyjne
Logo Ikigai Manga Dive - strony o Japonii, historii i kulturze japońskiej, mandze i anime

 Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".

 

Osobiste motto:

"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany.- Albert Einstein (prawdopodobnie)

Mike Soray

  (Michał Sobieraj)

Zdjęcie Mike Soray (aka Michał Sobieraj)

Napisz do nas...

Przeczytaj więcej

o nas...

Twój e-mail:
Twoja wiadomość:
WYŚLIJ
WYŚLIJ
Twoja wiadomość została wysłana - dzięki!
Uzupełnij wszystkie obowiązkowe pola!

Przasnysz, Polska

m.sobieraj@inarismart.pl

dr.imyon@gmail.com

___________________

inari.smart

Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!