


Urzędnicy obejrzeli rzecz uważnie. Ktoś w nią uderzył. Brąz odpowiedział tonem czystym i przeciągłym, na tyle pięknym, że dworski pisarz odnotował tuszem: dźwięk zgodny ze skalą, kształt niezwykły, jakiego nie znano. Nie napisał, co to jest. Nie umiał. Nikt na dworze, gdzie czytano chińskie księgi i buddyjskie sutry, nie potrafił nazwać przedmiotu. Odłożono go do skarbca, między rzeczy cenne i niezrozumiałe.

To najstarszy zachowany zapis, w którym pada słowo czytane dziś jako „dōtaku". 銅鐸 – dosłownie „miedziany dzwon” – nic więcej, bo nic więcej nie wiemy. Tu zresztą kolejna niedokładność – dzwon był z brązu. Przedmiot wszedł do historii jako zagadka i zagadką pozostał. Wykopano go od tamtej pory w setkach egzemplarzy porozrzucanych po Archipelagu Japońskim, zważono co do grama, prześwietlono, ustawiono w równym szeregu od najstarszego do najmłodszego. Wiemy o nim niemal wszystko prócz jednego: po co powstał. Trzynaście wieków po tamtym dniu na polu Nagaoka pytanie tamtego rolnika i tamtego pisarza wciąż wisi w powietrzu, niezmienione, czyste jak ton uderzonego brązu. Po co?

Na jedno pytanie milknie. Na to jedyne, które naprawdę nas interesuje: po co? Za pewną linią nauka już nie odpowiada, tylko stawia hipotezy, waży je i uczciwie przyznaje, że nie wie.
Teza tego eseju jest prosta. Dōtaku to lustro naszej niewiedzy. Im piękniejszy się stawał, tym mniej był użyteczny – aż przestał być dzwonem, a stał się czystym znakiem, którego treści nie umiemy odczytać. Zastanowimy się dziś nad tą niezwykłą historią, choć raczej tej zagadki rozwiązać nie zdołamy.
Trzeba od razu powiedzieć rzecz podstawową. Okres Yayoi to prehistoria. Ludzie tej epoki nie zostawili ani jednego zdania pisma, ani jednego imienia, ani jednego cytatu. Nie ma bohatera, za którym można by tę opowieść poprowadzić, bo nie znamy żadnego. Niosą ją więc dwie rzeczy: sam przedmiot i moment, w którym po wiekach wraca on z ziemi pod czyjąś łopatą.

Brąz to stop miedzi z cyną i odrobiną ołowiu. Miedź topi się dopiero w 1084 stopniach Celsjusza i żeby ją rozlać, trzeba przekroczyć tysiąc sto stopni. Cyna i ołów, topliwe znacznie niżej, obniżały tę barierę i ułatwiały odlew. Dziś dōtaku są zielonkawe od patyny, pokryte szlachetną śniedzią wieków. Kiedy wychodziły z formy, lśniły złotem. Trzeba o tym pamiętać przy muzealnej gablocie: oglądamy zgaszony, postarzały cień przedmiotu, który dla ludzi Yayoi rozbłyskiwał w słońcu jak coś z innego świata.

Znamy dziś około pięciuset egzemplarzy. To dużo i mało zarazem – dużo, bo każdy wymagał ognia, kruszcu i mistrza; mało, bo rozłożone na cztery wieki i setki wspólnot dają obraz niepełny. Skupiają się w zachodniej części Honshu, w okolicach Morza Wewnętrznego, na Shikoku i w Kansai, choć pojedyncze trafiały daleko na wschód, aż w góry dzisiejszego Nagano. W późnej fazie pojawiają się wyraźne style regionalne. Najokazalsze, smukłe i bogato zdobione, wiążą się z regionem Kinki; inne, o odmiennym uchu i wzorze, rozwijały się nad zatoką Ise i w dolinie Nōbi.





Trzeba tu zaznaczyć pewną szczelinę w naszej wiedzy, której nauka nie zasypała jeszcze dotąd. Odstęp między prostym koreańskim dzwonkiem a najstarszym ozdobnym dōtaku jest spory. Część badaczy widzi prostą linię, część woli mówić o wspólnym przodku obu form.
Niejasne jest nawet to, gdzie zrobiono pierwszy japoński dōtaku. Długo spierano się między Kyushu a Kinai, a w grudniu 2004 roku w Nagoi wykopano jedną z najstarszych znanych form odlewniczych i pytanie o miejsce narodzin odżyło na nowo. Im głębiej się kopie, tym mniej oczywiste robi się to, co wydawało się już ustalone. Zagadka nie chce się domknąć od samego początku.

Po wystudzeniu i rozbiciu formy wychodzi przedmiot lśniący jak złoto. Mistrz oczyszcza krawędzie, wygładza boczne płetwy, czyli hire (鰭), sprawdza ucho do zawieszenia, czyli chū (鈕). Do środka trafia zetsu (舌, „język”) – serce dzwonu, podłużny pręt z brązu, kamienia albo rogu, zawieszony tak, by przy kołysaniu uderzał o ścianki.


Jest jeszcze coś, co brąz zdradza chemikowi i geologowi. Ani miedzi, ani cyny, ani ołowiu nie wydobywano wówczas na Wyspach. Cały kruszec na dōtaku przypłynął z kontynentu. Analiza składu izotopowego ołowiu, przeprowadzona na tysiącach japońskich brązów, pokazała wyraźne przesunięcie: wczesne dōtaku odlewano z ołowiu z Półwyspu Koreańskiego, późniejsze z ołowiu północnochińskiego. Granica tej zmiany przypada mniej więcej na schyłek drugiego wieku przed naszą erą, w czasie, gdy chińska dynastia Han zakładała na Półwyspie komandorię Lelang i nowy strumień surowca popłynął ku Japonii. Wniosek jest zdumiewający. Najświętszy bodaj przedmiot wspólnoty Yayoi, składany w rodzimej ziemi, od pierwszego do ostatniego grama zrobiono z importu.

Najstarsze dzwoniły naprawdę. W środku wisiał zetsu, a na wewnętrznej ściance, w miejscu, gdzie uderzał, widać starte, wygładzone pasmo – ślad tysięcy uderzeń. Najmocniejszego dowodu dostarczył przypadek z 2015 roku. Na wyspie Awaji, w hałdzie piasku przy żwirowni, robotnicy natrafili na siedem dōtaku zwanych dziś Matsuho (松帆 – dosł. „sosnowy żagiel”). Jeden należał do najstarszego typu, znanego z zaledwie kilkunastu egzemplarzy w całym kraju. Przy wszystkich zachowały się serca, a w kilku – co bezcenne – resztki sznura. Pleciony, dwa, trzy milimetry grubości, owinięty wielokrotnie. Po raz pierwszy dało się dowieść, że dzwon, serce i sznur szły razem: rzecz wieszano i wprawiano w ruch, nie trzymano w dłoni.


Potem zaczęło się odchodzenie od dźwięku. Dōtaku rosły, ścianki cieniały, ucho z funkcjonalnego uchwytu zmieniało się w płaską, ozdobną „blachę”, czasem z bocznymi skrzydłami. Klasyfikuje się tę drogę po kształcie ucha w cztery typy, od ryōkan-chū (菱環鈕), o uchu w przekroju rombu, przez gaien-tsuki-chū (外縁付鈕), z dodanym zewnętrznym obrzeżem, i henpei-chū (扁平鈕) o uchu spłaszczonym, po najmłodszy tossen-chū (突線鈕), pokryty wypukłymi grzbietami. W najpóźniejszych okazach starte pasmo wewnątrz znika. Nie ma już śladów uderzeń, bo nie było uderzeń.
Rekord robi wrażenie. Największy zachowany dōtaku, ze skarbu Ōiwayama w Yasu nad jeziorem Biwa, ma 134,7 centymetra wysokości i waży 45,47 kilograma. Nikt nie zawiesił tej bryły na sznurze, nikt nią nie poruszył. Była do patrzenia, nie do słuchania.
I tu jest jądro całej zagadki. Im był wspanialszy, tym mniej dzwonił. Forma przerosła funkcję i pożarła ją w całości. Dzwon przestał być dzwonem.

To właśnie owe dōtaku, których powierzchnię dzieli krata, znana z układu pól. Wzór ten ma osobną nazwę – kesadasukimon (袈裟襷文), bo siatką ukośnych pasów przypomina sposób, w jaki mnich przewiązuje szatę. W każde pole wpisano scenkę. Człowiek z łukiem i pies gonią zwierzynę. Ktoś ubija ziarno w stępie drewnianym tłuczkiem. Na palach stoi spichlerz. Czapla łapie rybę. Są żółw, ważka, modliszka, jaszczurka. Postaci z okrągłą głową czyta się jako mężczyzn, z trójkątną jako kobiety.

Jest w tej ikonografii prawidłowość, która sama w sobie coś podpowiada. W miarę jak dōtaku rosły i przestawały dzwonić, obrazki na nich ubożały i upraszczały się, aż w najpóźniejszych, największych okazach z bogatej niegdyś galerii scen zostały właściwie tylko dwa motywy: jeleń i ptak. Na rekordowym dzwonie z Ōiwayamy wzór jest już niemal czysto geometryczny, a u dołu przetrwała para ptaków oddana cienką, drżącą kreską. Tak jakby wraz z dźwiękiem dzwon tracił też mowę obrazu, schodząc do kilku znaków, których sensu i tak nie umiemy już przeczytać.

Patrzymy na te obrazy z czułością i z bezradnością naraz. Widzimy spichlerz i wiemy, że to spichlerz. Nie wiemy, czy ubijanie ryżu jest tu pracą, czy modlitwą. Okno jest, ale szyba mętna.

Rok później sonda magnetyczna wskazała, że obok leży jeszcze coś. W jednym dole, ułożone równo, spoczywało sześć dōtaku i szesnaście brązowych grotów włóczni. Dōtaku były małe, należały do najstarszych znanych typów, jakby z innego świata niż okoliczne miecze; włócznie miały na liściu jodełkowy wzór typowy dla wyrobów północnego Kyushu. Trzy rodzaje brązu z trzech tradycji w jednej jamie. Datowania nie udało się doprecyzować, ale analiza typologiczna sytuuje złożenie obu skarbów mniej więcej między I wiekiem p.n.e. a I wiekiem n.e. Cały zespół ogłoszono skarbem narodowym w 1998 roku.


Schemat powtarza się w całej Japonii. Dōtaku zakopywano na zboczach wzgórz, z dala od osad, równo ułożone, czasem z grotami broni na przemian, bez ciał, bez budynków, bez grobu. Nie chowano ich z człowiekiem, jak chowa się własność. Należały do wspólnoty, nie do osoby. Dramat odkrycia jest za każdym razem ten sam: ziemia oddaje skarb w jednej chwili, a pytanie „dlaczego tu i dlaczego tak” zostaje pod łopatą.
Dwie strefy brązu i spór, który się rozsypał
Przez długie dekady w japońskich podręcznikach królował zgrabny obraz. Zachodnia Japonia miała dzielić się na dwie strefy brązu. W Kinki panował dōtaku – brązowy dzwon. Na północy Kyushu panowała broń: brązowe miecze dōken (銅剣), groty dōhoko (銅矛), halabardy dōka (銅戈). Dwie strefy, dwa kulty, dwa różne sposoby rozmowy z niewidzialnym. Mapa czysta jak schludny rysunek w atlasie.

Wniosek jest ważny. Granice rysowaliśmy my. My dopowiadaliśmy historie, nazwy, znaczenia. Brąz ich nie czytał. Porządek, który wydawał się zapisany w ziemi, okazał się porządkiem naszych głów rzutowanym na ziemię. Archeologia uczy pokory.
Hipotez o przeznaczeniu dōtaku jest kilka i warto je rozważyć po kolei, ważąc, a nie rozstrzygając.

Druga widzi w dōtaku symbol prestiżu i jedności wspólnoty. Skoro zakopywano je gromadnie i nigdy w grobie pojedynczego człowieka, mogły scalać ród albo sojusz rodów – wspólny skarb, nie własność wodza. Stanowisko Ōiwayama nad jeziorem Biwa, skąd pochodzi rekordowy okaz, dało łącznie dwadzieścia cztery dzwony, wykopane w dwóch turach, w 1881 i 1962 roku; takie nagromadzenie w jednym miejscu uchodzi za jeden z mocniejszych argumentów właśnie za odczytaniem dōtaku jako znaku jedności gromady.

Czwarta, ostrożna i ładna, godzi je w czasie. Dōtaku trzymano w ziemi, a wydobywano tylko na święta – by zadzwonić, odprawić obrzęd i znów zakopać.
Piąta jest najsmutniejsza: część skarbów to być może depozyty z chwili zagrożenia, ukryte w pośpiechu i nigdy nieodebrane, bo właściciele nie wrócili.


Najczęściej tłumaczy się to przemianą układu sił. Drobne wspólnoty Yayoi scalały się w większe układy pod jednym władcą, a obrzęd wspólnotowy – dzwon należący do gromady – ustępował kultowi skupionemu wokół osoby pana. W tym ujęciu masowe zakopanie dōtaku byłoby gestem zamknięcia dawnego porządku: chowano w ziemi to, co przestało być potrzebne nowej władzy. Bywa, że dōtaku trafiały do dołu połamane albo rozbite. Dla części badaczy to ślad świadomego unieważnienia przedmiotu, rytualnego uśmiercenia rzeczy, która straciła rację bytu.

Dlatego zapis z 713 roku jest tak przejmujący. Człowiek, który złożył dōtaku na dworze cesarzowej, nazywał się Murakimi no Azumahito, a kronika „Shoku Nihongi” (続日本紀) odnotowała o przedmiocie tylko tyle, że kształt ma niezwykły, a dźwięk zgodny ze skalą. Niespełna pięćset lat po tym, jak ostatni dōtaku zniknął w ziemi, jego własny kraj nie umiał go już rozpoznać.
A potem zaczęło się dopowiadanie. W 821 roku w prowincji Harima wykopano kolejny dzwon i nazwano go „dzwonem ze stupy króla Aśoki” – Aiku-ō (阿育王) to japońskie imię wielkiego władcy buddyjskiego Indii. Przedmiot starszy od buddyzmu na Wyspach o pół tysiąca lat dostał buddyjską metrykę, bo akurat taką wiarę miano pod ręką. Pusty znak zapełniono treścią z najbliższej półki.
Wróćmy na dwór z roku 713. Urzędnik dotyka i ogląda zielony, milczący przedmiot, notuje, że ładnie brzmi, że dziwnie wygląda, i każe go zabezpieczyć i schować.
Archeologia poda nam skład stopu, rodzaj formy, wysokość zbocza, głębokość dołu, kierunek ułożenia grotów. Doprowadzi nas dokładnie do tej linii, za którą zaczyna się cisza. I tam się zatrzyma – uczciwie, bo dalej nie ma już śladów, tylko nasza potrzeba, żeby coś usłyszeć.
Dōtaku przeżył swój sens. Najpierw przestał dzwonić, potem przestał cokolwiek znaczyć, a w końcu został wykopany przez ludzi, dla których był już tylko zagadką do rozwiązania. Uczciwa odpowiedź nie polega na rozwiązaniu tej zagadki. Polega na tym, żeby stanąć na jej granicy i nie zaglądać siłą za zasłonę, której się odsłonić nie da.
Dzwon, który nie może zabrzmieć, wciąż jednak dźwięczy – w nas, jako potrzeba zrozumienia. To jedyny ton, jaki naprawdę słychać.
Brąz milczy. Resztę dopowiadamy my.
Źródła
1. Sahara Makoto 佐原真, Dōtaku no e o yomitoku (銅鐸の絵を読み解く, „Odczytując obrazy na dōtaku”), 1997.
2. Kokuritsu Rekishi Minzoku Hakubutsukan 国立歴史民俗博物館 (Narodowe Muzeum Historii Ludowej), Rekihaku nr 121, numer tematyczny „Dōtaku no sekai” (銅鐸の世界, „Świat dōtaku”).
3. Yasu-shi 野洲市 (miasto Yasu, prefektura Shiga), serwis „Dōtaku no nazo o saguru” (銅鐸の謎を探る, „W poszukiwaniu zagadki dōtaku”) – zapisy odkryć z lat 668, 713 i 821 oraz dane o stopie i odlewie.
4. Kōbe Shiritsu Hakubutsukan 神戸市立博物館 (Muzeum Miejskie w Kobe), opisy zespołu skarbu narodowego „Sakuragaoka dōtaku, dōka” (桜ヶ丘銅鐸・銅戈群).
5. Shimane-kenritsu Kodai Izumo Rekishi Hakubutsukan 島根県立古代出雲歴史博物館 (Muzeum Historii Dawnego Izumo), materiały o stanowiskach Kōjindani (荒神谷) i Kamoiwakura (加茂岩倉).
6. Minami-Awaji-shi 南あわじ市 oraz Hyōgo-kenritsu Kōko Hakubutsukan (Muzeum Archeologiczne Prefektury Hyōgo), dokumentacja skarbu Matsuho (松帆銅鐸) odkrytego w 2015 roku.
7. Jolanta Tubielewicz, „Historia Japonii”, 1984 – polskie opracowanie obejmujące epokę Yayoi.
>> PODOBNE ARTYKUŁY:
Emishi – zapomniany lud Wysp Japońskich sprzed czasów Yamato i Ainu
Jōmon – 14 000 lat pierwszej japońskiej cywilizacji, której nie zauważyliśmy
Spacer po pradawnym japońskim grodzie Yoshinogari – jak wyglądało życie w Japonii okresu Yayoi?
Tōrō – kamienne latarnie Japonii, w których płonie cisza i pamięć wieków
Shikinen Sengū, czyli jak Japończycy od setek lat burzą jedną świątynię?
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!