

Przez osiem dni była to sprawa półprywatna, jedna z tych, o jakich mówi się przy straganie i w łaźni. Dziewiątego dnia zagrano ją w teatrze ulicznym. 29 dni po tamtym świcie ta sama historia szła w największym teatrze lalek nad kanałem w południowej części miasta, przy komplecie publiczności, a utarg z tego jednego przedstawienia zmienił życie organizatorów. Kupcy z sąsiednich ulic przychodzili patrzeć, jak dwie drewniane figurki idą tą samą drogą, jaką oni sami przechodzili co wieczór, wracając z dzielnicy uciech. Dekoracji nie stawiano, bo nie było po co. Każdy na widowni znał ten most, wiedział, gdzie kończą się latarnie i kiedy bije dzwon w świątyni po drugiej stronie pola. Sztuka trwała niecałą godzinę i początkowo była dodatkiem po dłuższym dramacie historycznym. Świątynia zyskała po niej nową nazwę, wziętą od imienia zmarłej dziewczyny, i nosi ją do dziś.


Plan wyglądał tak: ożenić chłopaka z siostrzenicą żony, wpisać do rodziny, przekazać firmę. Do umowy dołączono posag, dwa kanme (貫目) czyli 7,5 kg srebra. Macocha Tokubeia przyjęła te pieniądze, nie pytając pasierba o zdanie. Tokubei odmówił, bo od lat chodził do domu Tenmaya po drugiej stronie rzeki, do dziewczyny imieniem Hatsu, pracującej w tym domu uciech jako yūjo (prostytutka) na kontrakcie i wolał nie mieć nic niż mieć wszystko bez niej. Wuj zażądał zwrotu posagu, zapowiedział wygnanie z Osaki i wyznaczył siedem dni. Chłopak pojechał na wieś, odzyskał srebro od macochy z pomocą innych mieszkańców wsi i wrócił do miasta z pieniędzmi.

Ten szczegół z pieczęcią rozstrzyga o całej reszcie. W ciągu jednego popołudnia Tokubei przestał być człowiekiem okradzionym i stał się fałszerzem, bez żadnej drogi odwrotu. W kupieckiej Osace kredyt był reputacją zapisaną w cudzych księgach, a o człowieku, o którym poszło, że podrabia pieczęcie, nie było już nic więcej do powiedzenia. Nie mógł handlować, pożyczać, wrócić do wuja ani wytłumaczyć się przed nikim, bo jedyny dowód jego prawdomówności właśnie unieważniono. Zostało mu ciało jako ostatni argument.





Co się dalej stało? Jak wybrnęli młodzi z tej niemożliwej sytuacji? W nocy z szóstego na siódmy dzień czwartego miesiąca oboje wyszli z domu Tenmaya i poszli na północ. Musieli przejść przez most nad Shijimigawą, bo innej drogi z dzielnicy nie było, a za mostem zaczynały się już pola należące do wsi Sonezaki. Szli może dwadzieścia minut. Zatrzymali się w kępie drzew przy małej świątyni Tsuyu no Tenjin, kilkaset kroków od ostatnich domów. To było ich miejsce śmierci.

Miasto zareagowało natychmiast. Do świątyni, dotąd zaniedbanego przybytku wiejskiego bóstwa na skraju pól, zaczęli ściągać ludzie: najpierw ciekawscy, potem tacy, którzy przynosili kadzidło i modlili się za oboje. Dom Tenmaya postawił zmarłej nagrobek w świątyni Kyūjō-ji, co samo w sobie mówi sporo, bo pracodawca nie miał żadnego obowiązku grzebać kobiety, jaka właśnie zniszczyła jego inwestycję (więcej o nieludzkim traktowaniu kobiet w dzielnicach takich, jak Yoshiwara tutaj: Urodzone w piekle, pochowane w Jōkanji – co uczyniono tysiącom kobiet Yoshiwary?). Świątynię na polach zaczęto nazywać imieniem dziewczyny i nazwa się przyjęła tak mocno, że wyparła oficjalną na trzysta lat. Nikt z tych ludzi nie widział jeszcze żadnego przedstawienia.
To jest moment, na jaki chcę zwrócić uwagę, zanim wejdzie teatr. Zanim ktokolwiek napisał choćby linijkę, dwoje zmarłych zdążyło już obrosnąć kultem, zyskać sobie adres i publiczność. Sztuka nie stworzyła zjawiska. Zastała je i nadała mu kształt.

Napisał ją pięćdziesięciojednoletni Chikamatsu Monzaemon, człowiek z podupadłej rodziny samurajskiej, który poprzednie kilkanaście lat spędził w Kioto, pisząc sztuki dla popularnego aktora. Wrócił do Osaki na prośbę recytatora Takemoto Gidayū, gdyż jego teatr tonął w długach. Premiera odbyła się 20 czerwca 1703 roku i była drugą pozycją wieczoru, po grubym dramacie historycznym. Sztuka trwa niecałą godzinę. To wszystko, co można o niej powiedzieć od strony produkcji: krótki dodatek do dłuższego programu, napisany na kolanie przez człowieka, jaki właśnie zmieniał branżę.


Kronika teatralna z 1727 roku zanotowała, że dochód z tej jednej sztuki spłacił całe zadłużenie trupy. Inna relacja z epoki opisuje to bez ogródek: całe miasto rzuciło się na tę sztukę, ludzie wchodzili i wchodzili, przy kasie i na widowni było jak na jarmarku, a dekoracji nawet nie trzeba było stawiać. Ostatnie zdanie jest najsmutniejsze z całej tej historii. Scenografii nie budowano, bo widzowie znali tę drogę na pamięć. Chodzili nią co wieczór.
Cała sztuka zmierza do jednej sceny, po japońsku michiyuki (道行), czyli do wędrówki. Bohaterowie wychodzą z domu Tenmaya po północy i idą przez most Umeda ku lasowi, a narrator opisuje drogę tak, jak w dawnej poezji opisywano podróż. Rytm jest siedmiozgłoskowo-pięciozgłoskowy, ten sam, w jakim od stuleci pisano pieśni. Fragment otwierający wędrówkę należy w Japonii do tych, jakie cytuje się z pamięci: trafił do szkolnych antologii klasyki, do zbiorów „japońskiego do czytania na głos" i do repertuaru recytatorskiego.
此の世の名残 夜も名残
死にに行く身をたとふれば
あだしが原の道の霜
一足づつに消えて行く
夢の夢こそあはれなれ
Kono yo no nagori, yo mo nagori,
shini ni yuku mi o tatoureba,
adashi ga hara no michi no shimo,
hitoashi zutsu ni kiete yuku,
yume no yume koso aware nare.
Ostatek tego świata, ostatek i nocy.
Jeśli nas, idących umierać, do czegoś przyrównać,
to do szronu na drodze przez pole Adashi,
znikającego z każdym stawianym krokiem.
Sen we śnie, i nic nad to bardziej przejmującego.
- Chikamatsu Monzaemon,
„Sonezaki shinjū”,
akt trzeci, Osaka 1703.

Chikamatsu bierze dwadzieścia minut nocnego marszu przez błotnistą groblę i przerabia je na obrzęd przejścia. Droga otrzymuje etapy, jak pielgrzymka. Czas zostaje odmierzony uderzeniami dzwonu. Gwiazdy nad głowami dwojga bohaterów zamieniają się w parę kochanków z chińskiej legendy, spotykających się raz w roku na moście z ptaków, a most Umeda staje się tamtym mostem. Śmierć otrzymuje adres, godzinę i akompaniament. Historia, która w relacji sądowej zajęłaby cztery linijki, dostaje formę na tyle piękną, że mimo swej długości z łatwością zapada w pamięć.
Jest w tej sztuce drobiazg, na jaki rzadko się zwraca uwagę. Prawdziwa Hatsu miała dwadzieścia jeden lat. Chikamatsu odmłodził ją do dziewiętnastu. Zrobił to dlatego, że dziewiętnaście było dla kobiet rokiem feralnym, tak jak dwadzieścia pięć dla mężczyzn, i para bohaterów mogła wtedy powiedzieć sobie w drodze, że oboje wpadli w pechowy rok jednocześnie, więc widocznie tak miało być. Autor przesunął fakt o dwa lata, żeby wyszła symetria. Rzeczywistość zostaje lekko przycięta, żeby dała się przeczytać jako wzór.
A na końcu Chikamatsu podpisuje wzór własnoręcznie. Ostatnie słowa sztuki mówią, że oboje zostali koi no tehon (恋の手本), czyli wzornikiem miłości. Tehon to karta kaligraficzna, taka, jaką kładzie się dziecku pod rękę, żeby przerysowywało znak po znaku aż do skutku. Trudno o zdanie, jakie bardziej dosłownie zapraszałoby do naśladowania, i trudno uwierzyć, że autor nie wiedział, co robi.

W 1722 roku wydano przepis o postępowaniu ze zwłokami, w roku następnym, w drugim miesiącu, doszło kolejne obwieszczenie zapisane w zbiorze praw pod numerem 2582. Treść jest krótka i zimna. Ciała osób zmarłych z umowy między mężczyzną a kobietą mają zostać wyrzucone bez pochówku i bez obrzędu. Jeśli jedno z dwojga przeżyje, ma być stracone jako sprawca śmierci drugiego. Jeśli przeżyją oboje, mają stać trzy dni pod pręgierzem, a potem zostają przypisani do stanu hinin (非人), czyli wypadają poza społeczeństwo (o ludziach wyjętych z ram społecznych Japonii Edo pisałem tu: Pieśni z eta-mura – życie „nie-ludzi” wymazane z map Japonii shogunatu Edo). Osobny punkt zakazuje przerabiania takich historii na zeszyty obrazkowe i sztuki teatralne.

Zestawmy to z tym, czego władza nie zrobiła. Nie zbudowano żadnej instytucji pomocowej, nie zmieniono zasad terminowania subiektów, nie tknięto systemu kontraktowego w dzielnicach uciech, nie zniesiono odpowiedzialności majątkowej za cudzą pożyczkę. Uderzono w pogrzeb, w obrazek, w scenę i w wyraz. Bakufu nie próbowało zmniejszyć rozpaczy. Próbowało odebrać jej formę.


Urzędowej serii danych dla Osaki lat 1700, dającej się porównać rok do roku, po prostu nie ma. Można natomiast powiedzieć z całą pewnością rzecz inną: fala nie zaczęła się od Chikamatsu. Pierwsze kabuki o podwójnym samobójstwie wystawiono w Osace już w 1683 roku, po śmierci kurtyzany z domu Yamatoya i handlarza tkaninami. Rok później Ihara Saikaku wyliczał w powieści z imienia kobiety z dzielnicy Shinmachi, jakie zginęły w ten sposób. Kiedy Chikamatsu siadał do pisania, zjawisko miało już za sobą co najmniej dwadzieścia lat i własną publiczność.

Kestner był narzeczonym, a wkrótce mężem Charlotty Buff, w której kochał się wtedy dwudziestotrzyletni Johann Wolfgang Goethe. Goethe wrócił do Wetzlaru zaraz po pogrzebie i zebrał wszystko, co dało się zebrać o okolicznościach śmierci kolegi, głównie ze szczegółowej relacji spisanej przez Kestnera. Potem odłożył to na dwa lata. Zabrał się do pisania dopiero na początku 1774 roku, po kolejnym nieszczęśliwym zauroczeniu, i napisał całość w kilka tygodni, zamknąwszy się przed znajomymi. Powieść wyszła anonimowo we wrześniu.

Belinda Jack, która pisała o tym w piśmie „The Lancet Psychiatry”, wskazuje na to jako na przyczynę siły oddziaływania powieści, i wydaje mi się, że ma rację. Osiemnastowieczny czytelnik był przyzwyczajony do narratora z morałem. Tutaj morału nie ma, jest tylko cudzy głos i luka po własnym. Pierwsze wydanie kończy się spojrzeniem lekarza na ciało i suchym zdaniem, że przy grobie nie było duchownego.

Pozwolę sobie na dygresję. Gdyby ta scena wydarzyła się w literaturze japońskiej, wiadomo, co by o niej powiedziano dziś na Zachodzie. Że oto kultura kolektywna, w której pozycja w grupie znaczy więcej niż własne zdanie, a człowiek widzi siebie wyłącznie cudzymi oczami. Rzecz w tym, że wydarzyła się w Niemczech, przydarzyła się bohaterowi uchodzącemu za wzór europejskiego indywidualizmu, i skończyła się tak samo. Werter po salonie hrabiego nie pisze, że przejrzał na oczy i idzie własną drogą, jak europejski mit o indywidualizmie by chciał. Pisze, że nie może pokazać się na ulicy.

Jednocześnie zaczęły się zakazy. Lipsk zabronił sprzedaży powieści w 1775 roku, i przy okazji noszenia tego stroju. Kopenhaga zakazała sprowadzania książki. We Włoszech biskup Mediolanu wykupił, jak głosi tamtejsza tradycja, cały nakład przekładu. Goethe zareagował po swojemu: do drugiego wydania dopisał przed drugą częścią czterowiersz, w którym duch bohatera zwraca się do czytelnika i prosi go, żeby był mężczyzną i za nim nie szedł. W wydaniach późniejszych ten czterowiersz usunął.
Płaczesz po nim i kochasz go, duszo miła,
ratujesz od hańby pamięć o zmarłym.
Patrz, jego duch kiwa ku tobie z pieczary:
„bądź mężczyzną i nie idź moim śladem.”

Zestawmy teraz dwie decyzje administracyjne. Edo zakazuje obrazka, sztuki i słowa. Lipsk zakazuje książki i ubrania. Żadna z tych władz nie tknęła przyczyn, bo przyczyn nie umiała ruszyć ani wtedy, ani później. Obie natomiast, niezależnie od siebie i w zupełnie innych systemach prawnych, uderzyły w to samo miejsce: w rozpoznawalny znak. Urzędnicy zrozumieli mechanizm szybciej niż uczeni.

Metaanaliza opublikowana w „BMJ” w 2020 roku pod kierunkiem Thomasa Niederkrotenthalera zebrała dwadzieścia badań i dała wynik dość mocny: po doniesieniach o samobójstwie osoby znanej liczba samobójstw rośnie średnio o 13%, a jeśli w doniesieniu opisano konkretną metodę, liczba zgonów tą metodą rośnie o 30%. Z drugiej strony największy dotąd przegląd, obejmujący 55 badań i 419 osobnych wyników, pokazuje, że ponad 60% tych wyników w ogóle efektu nie potwierdza. Zjawisko istnieje, jest realne, i jest znacznie bardziej kapryśne niż jego nazwa.

Symetria z Osaką jest tu niemal doskonała i to ona przekonuje mnie bardziej niż jakakolwiek liczba. Po obu stronach mamy: wcześniejszą modę, głośne dzieło, wybuch zbiorowej fascynacji, panikę władz, konkretną liczbę powtarzaną przez trzysta lat i brak twardych danych pod tą liczbą. W Europie fala też zaczęła się przed książką. 30 maja 1770 roku, cztery lata przed Werterem, Gian Faldoni i Marie-Thérèse Lortet odebrali sobie razem życie w kaplicy w Irigny pod Lyonem, a „Journal Encyclopédique” opisał to w czerwcu tego samego roku. Kochankowie z Lyonu obiegli Europę i byli tematem salonowym na długo przed tym, nim Goethe zaczął pisać.

Widać to najlepiej po tym, co naśladowcy kopiowali. W Osace kopiowano procedurę: parę zamiast pojedynczej osoby, konkretną porę, konkretną trasę przez most, drzewo, poranny dzwon, obietnicę wspólnego odrodzenia wypowiedzianą na głos. W Europie kopiowano ekspresję: strój, list, otwartą książkę, wybraną poprzednio okolicę. W żadnym z tych przypadków nie chodziło o technikę. Chodziło o znaki, po jakich świat pozna, co się właśnie stało i dlaczego.
Tu jednak kończy się podobieństwo i zaczyna różnica, którą uważam za sedno całej sprawy. Tokubei umiera po to, żeby mu uwierzono. Jego problemem nie jest nadmiar uczuć, tylko brak dowodu. Powiedziano o nim publicznie, że sfałszował weksel, i nie ma sposobu, żeby to obalić, bo świadka nie ma, a dokument został unieważniony słowem oszusta. W kupieckim świecie, gdzie człowiek jest tyle wart, ile o nim napisano w cudzej księdze, śmierć staje się ostatnią możliwą czynnością dowodową. Nikt nie umiera dla zmyślonego długu, więc jeśli umarł, dług był prawdziwy. Tokubei składa ciało jako podpis.


Stąd dwa różne kształty naśladownictwa. Osaka kopiuje procedurę dowodową, bo tam problemem jest wiarygodność. Europa kopiuje kostium, bo tam problemem jest bycie zauważonym. I stąd, nawiasem, bierze się kwestia, o jakiej niechętnie się mówi: w obu wypadkach naśladowca nie szuka śmierci jako takiej. Szuka statusu, jaki śmierć w tej formie nadaje. Chce zostać przeczytany.


Do tego dochodzi asymetria głębsza. Tamta japońska śmierć jest umową dwojga; ta niemiecka jest samotna aż do końca. Bohater Chikamatsu ma z kim się umówić i to właśnie umowa daje mu formę. Werter nie ma z kim, bo jedyna osoba, o którą chodzi, należy do kogoś innego, a przyjaciel Wilhelm nigdy nie odpisuje.

To znaczy, że wzornik, po jakim Japonia rozpoznaje dziś swoją najsłynniejszą historię miłosną, jest w dużej mierze robotą powojennych rzemieślników. Kopiuje się kopię. Nagrobek Hatsu też zresztą zaginął, w zamęcie XIX-wieecznego rozdzielania buddyzmu od Shintō, i odbudowano go dopiero w 2002 roku, na trzechsetną rocznicę.
Świątynia stoi tam, gdzie stała, tyle że rzeki nie ma; zasypano ją po wielkim pożarze na początku dwudziestego wieku. Dookoła stoją biurowce i świątynia leży dziś na dnie szklanego szybu, z którego z góry widać już tylko jej dachówki. W 2004 roku postawiono na dziedzińcu figurę z brązu przedstawiającą oboje. Chodzą tam pary, kupują amulety na powodzenie w miłości i robią sobie zdjęcia z parą, która przeszła tędy przed trzystu laty przed świtem.
Ciekawe, ile z tych par zna ostatnie zdanie sztuki.
恋の手本となりにけり
Koi no tehon to nari ni keri.
„Stali się wzornikiem miłości.”
1. Chikamatsu Monzaemon, „Sonezaki shinjū” (1703), przekład polski: Beata Kubiak Ho-Chi, w: tejże, „Tragizm w japońskim teatrze lalkowym bunraku”, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2011.
2. 『心中大鑑』 (Shinjū ōkagami), 1704, ks. 3, część poświęcona Osace, rozdz. „Sonezaki no akebono”.
3. Donald Keene, „Major Plays of Chikamatsu”, Columbia University Press, Nowy Jork 1961 (wyd. 1990).
4. Steven Heine, „Tragedy and Salvation in the Floating World: Chikamatsu's Double Suicide Drama as Millenarian Discourse”, „The Journal of Asian Studies” 53 (1994).
5. Michael Brownstein, „The Osaka Kannon Pilgrimage and Chikamatsu's «Love Suicides at Sonezaki»”, „Harvard Journal of Asiatic Studies” 66 (2006), s. 7–41.
6. Belinda Jack, „Goethe's Werther and its effects”, „The Lancet Psychiatry” 1 (2014), s. 18–19.
7. David P. Phillips, „The Influence of Suggestion on Suicide: Substantive and Theoretical Implications of the Werther Effect”, „American Sociological Review” 39 (1974), s. 340–354.
>> PODOBNE ARTYKUŁY:
Państwo bez banków – system monetarny shogunów i kredyt mierzony honorem i wstydem w Japonii Edo
Ryż zamiast złota – waluta samurajów, ryżowa giełda shoguna i święty rytuał cesarzy
Opowieść młodej Takao z Yoshiwary – bezduszna historia pod powierzchnią pięknej legendy
Haji 恥. Wstyd. Co leży na samym dnie japońskiej duszy?
Samurajska poezja śmierci Jisei: zajrzeć w głąb człowieka w jego ostatniej chwili
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!