
Pół miliona mieczy, na które nikt nie czekał
Ostatniego dnia oblężenia Osaki, 7. dnia 5. miesiąca roku Keichō 20, czyli 3 czerwca 1615, ziemia przed główną salą Shitennō-ji była rozryta rowami. Wykopali je obrońcy. Fukutomi Monzaemon, człowiek na służbie u Mōriego Katsunagi, dowódcy broniącego miasta, siedział w jednym z tych rowów od świtu, w mokrym od rosy kaftanie pod sfatygowaną zbroją, i słuchał wymiany ognia zapowiadającej to, co i tak musiało nastąpić. Odgłosy kul ucichły. Zapanowała dziwna, nienaturalna cisza. I zaczęła się kotłowanina. Przebili się! Naprzeciw Monzaemona wyrósł ktoś z wojsk shōguna, w czerwonym płaszczu narzuconym na zbroję więc znaczny ktoś, i Monzaemon go zabił. Potem zrobił rzecz, bez której zabicie człowieka nie miało znaczenia: zostawił ciało i pobiegł kilkanaście kroków w bok, do swojego towarzysza Takakiego Sakona, żeby ten popatrzył i zapamiętał. Świadek był ważniejszy niż trup. Bez świadka nie było nagrody, awansu ani wpisu do księgi zasług. Ale na nic to tym razem. Właśnie w tej chwili lewe skrzydło obrońców przestało istnieć.

Reszta oddziałów Mōriego cofnęła się do zamku tak szybko, że Monzaemon i Sakon zostali na polu sami, między porzuconym sprzętem, zakrwawionymi ciałami i luźnymi końmi. Wsiedli na dwa cudze konie. Nazajutrz zamek padł, ich dowódca, Katsunaga, zabił się w środku, a oni dwaj byli już za murami i jechali przez Kawachi, brudni, wycieńczeni, bez pana, bez żołdu i bez żadnego papieru mówiącego, kim są. Po jakimś czasie się rozdzielili. Monzaemon zapisał później jedno zdanie o tym co po rozstaniu: usłyszał, że Sakon osiadł we wsi Obara w prowincji Yamashiro i próbował wielu prac – od górnictwa i pracy na roli po żebractwo. Nigdy więcej go nie zobaczył.
18 lat później Monzaemon siedział w domu Miyaty Jinnojō, potomka starszyzny tego samego rodu, teraz na służbie u wpływowego pana, i pił z ludźmi, którzy przeżyli czas z tamtych rowów. Wspominali dzień, w którym wszystko im się zawaliło, i wspominali go tak, jak wspomina się przygodę. Trzy lata po tej wieczerzy spisał wszystko na prośbę znajomego. Chłop z Obary nie spisał niczego. Nie wiemy nawet, ile lat pożył. Dwaj ludzie, jeden dzień, jedna ucieczka na cudzych koniach, i dwa losy tak różne, jak różny może być pech od szczęścia. A jednak polityka, prawo i mowa potoczna epoki mieściły ich obu w jednym słowie. To słowo brzmiało tak samo określając nauczyciela pisma czy technik walki, mającego własną rodzinę i porządną izbę, i człowieka siedzącego w kurzu przy trakcie z bębenkiem lub miseczką w ręku. Rōnin. Dziś poznamy świat wczesnego Edo jego oczami.

Słowo, którego nie umiano zapisać
Zapisów były dwa i nie znaczyły tego samego, choć czytało się je identycznie. Starszy to 浪人 (rōnin), i on wcale nie dotyczył wojowników. Wziął się ze skrócenia terminu 浮浪人 (furōnin), a ten pojawia się w kronikach już w VII wieku, czyli na długo zanim pojawili się samuraje. W roku 689 zanotowano z ulgą, że sporządzono rejestry rodzinne i uregulowano włóczęgów. Rōnin w tamtym rozumieniu to człowiek, który opuścił miejsce swojego wpisu do ksiąg i wędruje po prowincjach, wymykając się daninom. Nie chodziło o miecz. Chodziło o adres i podatki.
Ta pierwsza warstwa znaczeniowa jest ważniejsza, niż się wydaje, bo pokazuje, o co naprawdę szło państwu przez tysiąc lat. Mediewista Murai Yasuhiko tłumaczy dawne 浪人 (rōnin) po prostu jako obcego, człowieka nie stąd. Ale ci obcy bywali też osadzani i wtedy przestawali być kłopotem: w roku 965 na majątku Sone w prowincji Ise wpisano na ziemię 54 takich ludzi, a w 897 w stolicy debatowano poważnie, czy dopuścić ich do procesji na święcie w Kamo. Ten sam człowiek, w zależności od tego, czy figurował w księdze, był albo problemem podatkowym, albo sąsiadem.
Drugi zapis, 牢人 (rōnin), jest młodszy i to on obowiązywał w epoce, o której mowa. Pochodzi od słowa 牢籠 (rōrō), oznaczającego nędzę i brak zatrudnienia, i opisuje kogoś zupełnie innego: człowieka, który odszedł z domu swojego pana albo, którego pan nie żyje, wskutek czego przepadł żołd. Znak 牢 (rō) niósł jednak nieprzyjemne skojarzenie z więzieniem i współcześni to czuli. Namura Jōhaku, autor poradnika dla rodzin wojowników z drugiej połowy XVII wieku, nazwał go wprost znakiem wstydliwym. W ciągu następnego stulecia zapis zaczął ustępować starszemu, aż w schyłkowym Edo został wyłącznie 浪人 (rōnin), i tak zostało do dziś, gdy słowem tym określa się maturzystę bez indeksu. Filologicznie to nie żart ani metafora. Maturzysta bez indeksu jest dokładnie tym, czym był furōnin: człowiekiem chwilowo nigdzie nie zapisanym.
Historyk Yoshida Sadahiko proponuje rozróżnienie działające w epoce Edo najlepiej i potrzebne tu do samego końca. Zapisany jako 牢人 (rōnin) jest ten, kto przeszedł procedurę i figuruje w księdze. Zapisany jako 浪人 (rōnin), tak samo brzmiący i zupełnie inny, to ten, kto się włóczy i nie ma żadnej udokumentowanej relacji do kogokolwiek. Różnica między jednym a drugim to nie różnica majątku ani talentu. Dzieli ich to, czy ktoś za nich poręczy.

Ile kosztuje jeden zawalony dom
Liczby, od których zwykle zaczyna się ta opowieść, brzmią imponująco, ale tylko połowa z nich jest policzona. Otóż, przez pierwsze 50 lat rządów Tokugawów, za Ieyasu, Hidetady i Iemitsu, konfiskata lub redukcja lenna dotknęła 217 domów panów feudalnych, w sumie ponad 8 750 000 koku (1 koku, 石, to 150 kg ryżu lub ziemia, mogąca obrodzić rocznie 150 kg ryżu). Hidetada odebrał lenna 41 domom. Sama tylko rozprawa po Sekigaharze objęła 88 panów i przetasowała 6 324 194 koku. Te dane pochodzą z kronik i były dokładnie policzone. Konfiskatę 改易 (kaieki) się protokołowało.
Gorzej z liczbą ludzi. W popularnych opisach krąży pół miliona rōninów – ale skąd to się wzięło? Wzięło się z mnożenia. Hozumi Nobushige w 1913 roku, licząc tylko wasali średniego szczebla, wyszedł na 150 tysięcy. Kurita Mototsugu w 1928, po dorzuceniu niższych rang, uzyskał 400 tysięcy. Fujino Tamotsu w 1961, po doliczeniu wasali podległych wasalom, dobił do 500 tysięcy i tę liczbę przejął od niego George Sansom, a od Sansoma cała anglojęzyczna literatura. Żadna z nich nie jest zliczeniem głów. Każda to kokudaka przemnożona przez współczynnik, dobrany w zależności od tego, kogo autor uznał za wojownika. Do tego dochodzi rzecz, o której przypomina Floris van Swet w najobszerniejszej istniejącej pracy o tej grupie: sporą część ludzi wypchniętych z armii po wojnach stanowili wcale nie zawodowi wojownicy, lecz chłopi zaciągani na jedną kampanię jako obsługa i piechota. Po wojnie po prostu wracali do wsi. Nie „przeszli na bezrobocie”, bo nigdy nie mieli etatu.
Skala robi wrażenie, ale niczego nie tłumaczy. Zejdźmy więc do jednego domu, bo dopiero tam widać, co się właściwie stało. Weźmy wasala na 200 koku, czyli dokładnie taki żołd, jaki wedle protokołów sądowych mieli niemal wszyscy główni uczestnicy spisku z roku 1652, o którym za chwilę. 200 koku brzmi jak 200, ale do ręki szło z tego mniej więcej 40%, bo reszta zostawała u tych, co ryż uprawiali. 80 koku. W przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze, jeśli oprzeć rachunek na dniówce prostego robotnika albo na rocznym wyżywieniu jednej osoby, a obie metody wychodzą zbieżnie, daje to jakieś 600 tysięcy złotych rocznie, powiedzmy.
Tylko że to nie jest pensja. Z tego trzeba utrzymać żonę i dzieci, dwóch albo trzech służących, bo bez nich nie da się pełnić służby, konia, zbroję, broń, ubranie odpowiednie do rangi, prezenty, pogrzeby i wesela w rodzinie pana. Taki dom nie ma oszczędności, ma zobowiązania. I kiedy pewnego popołudnia przyjeżdża z zamku człowiek z pismem o śmierci pana i konfiskacie lenna rodu, w ciągu jednego dnia znika nie tylko dochód. Znika ranga, adres, prawo do dwóch mieczy, miejsce w hierarchii, przydatność zawodowa, sens 20 lat ćwiczeń i możliwość wydania córki za kogokolwiek przyzwoitego. Zostaje umiejętność, na jaką właśnie w całym kraju przestał istnieć popyt, bo wojny się skończyły.

Miasto, w którym po zmroku trzeba mieć papiery
Edo lat 40. i 50. XVII wieku było placem budowy z ambicjami stolicy. Kiedy w 1609 roku odwiedził je hiszpański urzędnik Rodrigo de Vivero, oszacował ludność na 150 tysięcy i zanotował, że to najmniejsze z trzech wielkich miast, mniejsze od Osaki i znacznie mniejsze od Kioto. W ciągu czterdziestu lat urosło wielokrotnie, głównie mężczyznami: robotnikami ściąganymi do kopania fos i sypania grobli, kupcami z zachodu i ludźmi bez pana, przyjeżdżającymi tam, gdzie rozdaje się posady. Miasto puchło szybciej, niż władza była w stanie je opisać, a nieopisane miasto to dla państwa Tokugawów sytuacja nie do zniesienia.
W trzecim miesiącu roku Kan'ei 6, czyli wiosną 1629, shōgunat wydał zarządzenie, które wygląda niepozornie, a jest pierwszym śladem paniki. Przy rezydencjach w dzielnicy wojskowej mieli stanąć wartownicy, bo w mieście przybyło ludzi „tnących przechodniów bez powodu”. Tak zaczęły się 辻番 (tsujiban), budki strażnicze na rogach ulic, obsadzane i opłacane przez samych daimyō oraz hatamoto. Kolejne rozporządzenia rozpisały procedurę tak drobiazgowo, że widać ich autorów przy pracy. Kiedy ktoś kogoś zetnie, ludzie z najbliższej rezydencji mają wybiec, gonić bez ustanku, zatrzymać, odebrać oba miecze, wypytać i donieść do urzędu; jeśli tamten broni nie odda i podejmie walkę, wolno go zabić (więcej o tsujigiri piszę tu: Licencja na zabijanie, której nikt nie chciał użyć. Mit kirisute gomen i samuraje, którzy woleli nie dosłyszeć obelg.). A na końcu zdanie o zupełnie innej temperaturze: nieważne, czy to był dzień czy noc, jeśli przed rezydencją zabito człowieka, a jej strażnicy o tym nie wiedzieli, odpowiadają za zaniedbanie.
Regulamin tych posterunków spisano 30 lat później i czyta się go jak rentgen miejskich lęków. Dwóch ludzi na warcie w dzień, czterech w nocy. Nie wolno wystawiać starców, kalek ani takich, co nie mogą chodzić. Obchód co jedno toki, czyli co około dwie godziny. Kto stoi w miejscu bez powodu, tego przesłuchać i przepędzić, podejrzanego odprowadzić do wyznaczonego miejsca. Do budki nie wolno wpuszczać nikogo postronnego, ani mężczyzn, ani kobiet. W budce nie wolno grać w kości. I punkt najbardziej wymowny: strażnikowi nie wolno za nikogo ręczyć. Na wyposażeniu widły do przyszpilania człowieka za szyję, sodegarami (袖搦, drąg z hakami, którym zaczepiało się przestępcę za rękaw i obalało na ziemię), pochodnie, latarnie i sznur do szybkiego wiązania.
Dzielnice mieszczańskie zamykały się osobno. O czwartej godzinie nocnej, czyli mniej więcej o dziesiątej wieczorem, opuszczano bramy 木戸 (kido) na wylotach ulic. Po tej godzinie przechodziło się furtką, ale nie samemu: stróż odprowadzał człowieka do następnej bramy, tam przekazywał go następnemu, i tak dalej, aż do celu. Nazywało się to odprowadzaniem przez dzielnice. Stróż uderzał w drewniane kołatki, dźwięk biegł przed idącym, brama z przodu już wiedziała, że ktoś nadchodzi. Bez pytania przepuszczano tylko lekarzy, akuszerki i strażaków.
W tym mieście człowiek, który o północy nie potrafi powiedzieć, z jakiej jest ulicy i kto go zna, nie będzie przepuszczony dalej. I jeśli w kolejnych budkach i urzędach nikt nie potwierdzi jego tożsamości – marny jego los.

Oficyna w Kanda Renjakuchō
W tym samym mieście, w dzielnicy Kanda, za rzędem domów machiya, w oficynie ura-dana (裏店 – lokal wynajmowany na tyłach parceli, wychodzący na podwórze, a więc tani), działała szkoła nauki wojennej Chōkōdō (張孔堂), której nazwę złożono z pierwszych znaków imion dwóch chińskich strategów: Zhang Lianga, doradcy założyciela dynastii Han, i Zhuge Lianga, znanego w Japonii jako Kōmei, stratega z epoki Trzech Królestw. Prowadził ją człowiek, o którym Arai Hakuseki, uczony i doradca szóstego shōguna, napisał w liście do Sakumy Dōgana, że w mieście uchodził za syna farbiarza indygo z Yui pod Sunpu. Nazywał się Yui Shōsetsu. Uczniów miało być trzy tysiące, co pewnie jest liczbą teatralnie zawyżoną, ale nawet ułamek z tego to tłum jak na oficynę.
Najciekawsze w jego karierze nie jest to, co zrobił na końcu, tylko to, czego nie zrobił na początku. Dostawał propozycje służby, od panów prowincjonalnych i podobno z otoczenia samego shōguna, i wszystkie odrzucał. To go uwiarygodniło. Człowiek, który odmówił, gdy inni bezskutecznie prosili, stał się dla innych ludzi bez pana kimś więcej niż nauczycielem. Jego szkoła była jedynym miejscem w Edo, gdzie odmowa służby uchodziła za postawę, a nie za porażkę. Wykładano tam taktykę oblężniczą, ustawianie oddziałów i klasyczne teksty, ale ludzie przychodzili tam także po to, żeby przez dwie godziny być kimś.
20 dnia czwartego miesiąca Keian 4, czyli 8 czerwca 1651 zmarł Tokugawa Iemitsu, czterdziestoośmioletni, twardy i przewidywalny. Zostawił jedenastoletniego syna i radę starszych, która nie zdążyła jeszcze okrzepnąć. Shōsetsu uznał, że taka szczelina nie powtórzy się drugi raz. Plan zakładał wysadzenie prochowni, podpalenia w kilku punktach miasta, wystrzelanie z broni palnej urzędników zbiegających się do zamku i przejęcie opieki nad dzieckiem Tokugawów. Jego towarzysz Marubashi Chūya, mistrz włóczni z Yamagaty, uczący w Edo stylu świątyni Hōzōin, miał rozpocząć akcję. Nie rozpoczął. Spisek wyszedł na jaw i tu źródła się rozjeżdżają: jedne mówią o donosie wspólnika, inne, że Chūya wygadał się w gorączce lub pijaństwie, jeszcze inne, że wśród uczniów oficyny od dawna siedzieli ludzie starszego rady Matsudairy Nobutsuny. 23. dnia 7. miesiąca aresztowano Chūyę w Edo.
Shōsetsu wyjechał z Edo dzień wcześniej. Dwudziestego piątego dotarł do Sunpu i zatrzymał się w zajeździe prowadzonym przez Umeyę Tarōemona, starszego dzielnicy Umeyachō, czyli człowieka odpowiadającego przed urzędem za wszystkich, kogo u siebie przenocował. Cała grupa podawała się za świtę pana Kishū. Tego samego dnia do zamku w Sunpu dotarł z Edo rozkaz i po mieście poszła fama, że szuka się kogoś ważnego. Umeya policzył sobie, kogo ma pod dachem, i poszedł donieść. Wieczorem zajazd otoczyli ludzie urzędu miejskiego, zażądali, żeby goście stawili się do wyjaśnień, tamci odmówili i tak przegadali całą noc przez ścianę. Kiedy o świcie dwudziestego szóstego wyłamano drzwi, ośmiu ludzi w środku było już martwych z własnej ręki, wliczając w to Shōsetsu, dwóch wzięto żywcem.
Wszystko, co w tej historii malownicze, dopisano potem. Kilkadziesiąt lat później Shōsetsu stał się bohaterem popularnych kronik, przede wszystkim opowieści „Keian taiheiki”, gdzie zrobiono z niego wcielenie Takedy Shingena, dorobiono mu rysy średniowiecznego lojalisty Kusunokiego Masashige, wtrącono historię zemsty dwóch sióstr spod zamku Shiroishi i naukę sztuk magicznych na Amakusie. Stamtąd trafił do kabuki, w 1870 roku, u Kawatake Mokuamiego. Sam shōgunat zniszczył akta jego sprawy, więc zostawił po sobie idealnej wielkości dziurę, którą teatr wypełnił z ochotą. Trzeba to mieć w głowie za każdym razem, gdy ktoś opowiada, jak wyglądał ten spisek. Nie wiemy. Wiemy natomiast, jak wyglądał w teatrze.

Co dało się sprzedać
Człowiek bez pana miał do sprzedania jedną rzecz i wszyscy zgodnie twierdzą, że popytu na nią nie było. To nie do końca prawda. Popyt zniknął na przemoc. Nie zniknął na wiedzę o przemocy, i to okazało się zupełnie innym towarem, bo można nim handlować w nieskończoność, nigdy nie ryzykując użycia.
Rejestr miejski zamkowego miasta Takada, spisany w 1712 roku, wylicza mieszkańców z zawodami. Na siedmiu zapisanych tam rōninów trzech uczy pisania, jeden uczy czytania klasyków literatury, jeden wykłada nauki konfucjańskie. Szósty, Uejima Jurōzaemon, uczy szermierki, i przy jego nazwisku widnieje osobna adnotacja: nie figuruje w rejestrze rōninów. Ktoś uznał za konieczne to dopisać. Skojarzenie było tak automatyczne, że nauczyciel miecza musiał się z niego tłumaczyć.
Rynek edukacyjny rósł szybciej niż liczba kompetentnych. Gdy w 1667 roku pan Okayamy Ikeda Mitsumasa zarządził szkoły we wszystkich okręgach swojej domeny, spis po trzech latach wykazał 123 szkoły, 129 nauczycieli i 2151 uczniów, a wśród uczniów dzieci lekarzy, kapłanów, chłopów i rōninów. W domenie Chōshū w 1739 roku zapisano wprost, że przy przyznawaniu miejsc w internacie pierwszeństwo mają młodsi synowie i dzieci ludzi bez pana. Ktoś zauważył, że dla takiego dziecka nauka jest jedynym majątkiem, jaki może dostać. O terakoya, szkółkach dla dzieci zwykłych ludzi, pisałem osobno w tomie o życiu w Edo tutaj: Życie codzienne w Edo.
Skoro rynek rósł, wchodzili nań ludzie bez kwalifikacji. Osiemnastowieczny uczony Asakawa Zen’an zżymał się na rōninów tłoczących się w Edo w słowach, które możemy przełożyć tak: „ten, kto rok temu był wyrobnikiem, w tym roku jest lekarzem, a wczorajszy handlarz ryb zjawia się dziś jako nauczyciel pisania”. Zachował się też portret takiego nauczyciela, w opowiastce o wiejskiej szkółce. Miał pochodzić z rodziny wojowników z Kioto, „był miękki, tępy, o pochodzeniu znaków nie miał pojęcia, a pędzel szedł mu po papierze jak łódź bez steru”. Autor dodaje jednak istotne zdanie: „człowiek ten zdawał sobie sprawę z własnej bezczelności, tylko nie umiał niczego innego i nie miał za co otworzyć żadnego interesu”.
Poza nauczaniem, lista możliwości była długa i bardzo nierówna. Amenomori Hiroyuki, po wielu latach bez pana, pojechał w 1638 roku pod Shimabarę, gdzie shōgunat tłumił powstanie chłopów i chrześcijan. Pojechał tam po posadę, nie po wiarę. Rōnini bili się w tej wojnie po obu stronach: w literaturze zachodniej pamięta się głównie tych, co przystali do powstańców, ale znaczną część wojsk oblegających twierdzę też stanowili ludzie bez pana, ściągający tam na własną rękę z całego kraju, bo pierwszy raz od dwudziestu lat gdzieś w Japonii potrzebowano ludzi umiejących się bić. Hiroyuki zwrócił na siebie uwagę Matsudairy Yukitaki, a ten przydzielił go do oddziałów Tachibany Muneshige. Trzej wysocy oficerowie z tego wojska wystawili mu potem pisemne świadectwa: 26. dnia jego włócznia była wyśmienita, poprowadził szturm na główną wieżę, nie miał sobie równych. Mimo takiego kompletu papierów i tak nie dostał posady u tych, dla których walczył, bo po stłumieniu powstania prawie nikogo z najętych nie zatrzymano. Dopiero w Osace trafił na innego pana i został przyjęty.
Świadectwo z pola bitwy funkcjonowało dokładnie jak dzisiejsze referencje, z tą samą zawodnością. Inny człowiek, Aibiki Uranosuke, syn rōnina z Takamatsu, w młodości ćwiczył siłę dźwiganiem cegieł, pojechał do Edo i na afiszach zapasów sumō widnieje jako zapaśnik-rōnin. Doszedł do drugiej rangi w hierarchii, wrócił do rodzinnej domeny i umarł jako pełnoprawny wasal z żołdem dziesięciu koku.
Na drugim końcu listy jest utai (謡), śpiew nō. Wojownicy uczyli się go tak, jak w mieszczańskich domach XIX-wiecznej Europy uczono się gry na fortepianie: dla ogłady, dla towarzystwa, jako dowód, że ma się czas i pieniądze na rzeczy niepotrzebne. Im wyższa ranga, tym oczywistsza umiejętność. W księdze ilustrowanej „Ehon Edo ōrai”, wydanej w schyłkowym Edo, jest rycina przedstawiająca człowieka siedzącego pod ścianą domu z bębenkami w rękach, a pod nią podpis:

„śpiew nō to rozrywka wojowników wysokiej rangi, ale niektórzy z nich popadają w nieszczęście i zostają rōninami, i wtedy kończą siedząc w kurzu przy drodze, bijąc w bębenki i prosząc o jałmużnę”.
Autor podpisu nie widzi w tym nic osobliwego. Człowiek wykonuje na ulicy dokładnie to samo, czego uczył się w salonie jako dowód swojej pozycji, i to jest jedyna umiejętność, jaka mu po tej pozycji została.

Parasole, których jeszcze nie było
Każdy, kto oglądał japoński film kostiumowy, wie, jak zarabiał zubożały rōnin. Siedział w izbie i naklejał naoliwiony papier na bambusowe szkielety parasoli. Obraz jest tak mocny, że stał się skrótem myślowym całej klasy. Kłopot w tym, że dla roku 1651 to anachronizm.
Produkcja parasoli z bambusowym szkieletem rozkręca się w Edo dopiero pod koniec stulecia, mniej więcej od lat osiemdziesiątych. Nowy parasol kosztował tyle, że zwykły mieszczanin nie mógł o nim myśleć, i dopiero to zrodziło cały łańcuszek: pojawili się skupujący stare szkielety, płacący za sztukę od czterech do dziesięciu monów, czyli w dzisiejszych pieniądzach jakieś kilkanaście do czterdziestu złotych, a naklejony na nowo parasol szedł potem za dwieście do trzystu monów. Marża była realna i praca faktycznie trafiała w ręce ludzi z czasem, brakiem alternatyw i wielkim wstydem przed pokazaniem się w warsztacie. Ale to jest dopiero XVIII wiek. Robili to zresztą nie tylko ludzie bez pana (o zubożałych samurajach pod koniec okresu Edo przeczytasz tutaj: Samuraj u schyłku Edo – klasa rządząca, której nie było stać na kolację). W dzielnicy Aoyama parasole kleiła w zorganizowany sposób setka strzelców pełniących służbę przy shōgunie: dowódca kupował hurtem materiał, rozdzielał pracę po kwaterach, a gotowy towar odbierał od nich pośrednik. Wyroby miały markę i renomę. Ludzie, którzy dwa pokolenia wcześniej byli wywiadowcami i skrytobójcami, produkowali w zorganizowanej brygadzie parasole rozpoznawalne z nazwy dzielnicy.
Rok 1651 wygląda skromniej. Dniówka przy noszeniu i kopaniu to 40 do 60 monów. Za taki dzień pracy dostaniesz 8 misek soby albo 10 kostek tofu, albo jedną miarę sake, niecałe 2 litry, i to tłumaczy, dlaczego pito rzadziej, niż się nam wydaje. Kąpiel w łaźni 6 monów, para słomianych sandałów 3, nocleg w najtańszym zajeździe 4, przy czym płaci się tam wyłącznie za ogień, a śpi na własnym „sprzęcie”. Liczby zaczynają boleć bardziej w skali roku. Wyżywienie jednej osoby to jedno koku ryżu, czyli około dwóch tysięcy monów, czyli mniej więcej czterdzieści dniówek. Dla rodziny z dwojgiem dzieci wychodzi sto sześćdziesiąt dni pracy na sam ryż, bez izby, opału, ubrania i lekarza, a dniówek nie było trzysta sześćdziesiąt pięć w roku, tylko tyle, ile ktoś akurat kopał albo budował. Dla porównania służąca dostawała pół ryō rocznie, jakieś czterdzieści dniówek w gotówce, ale za to jadła i spała u państwa, i właśnie dlatego szło się na służbę. Ryż w ciągu pierwszego półwiecza Edo podrożał trzykrotnie. Żołdy zostały te same. Więcej o pieniądzu i cenach w Edo (Państwo bez banków – system monetarny shogunów i kredyt mierzony honorem i wstydem w Japonii Edo).

Kobiety, o których akta milczą
Po upadku Osaki rozkaz rozesłany do panów 16. dnia 5. miesiąca roku Keichō 20, czyli 12 czerwca 1615, nie ograniczał się do walczących. Nakazywał chwytać każdego z nimi związanego, mężczyznę, kobietę czy dziecko. Żonę Sanady Yukimury, wówczas już wdowę, złapano razem z córką Akuri, bo ktoś doniósł, gdzie się ukryła. Żonę i dzieci pewnego drobnego wojownika ze wsi Hiro, który poszedł do Osaki mimo posiadanego żołdu, znaleziono w kryjówce w prowincji Awa. W prowincji Kishū piętnastu ludzi zostało bez żołdu nie dlatego, że sami gdzieś poszli, ale dlatego, że gdzieś poszedł ich brat.
Po wykryciu drugiego spisku, tego z 1652 roku, ścięto w Asakusie pięciu braci dwóch uczestników. W protokole zaznaczono wiek niektórych z nich. Najmłodszy miał pięć lat. Ścięto także kobietę imieniem Omitsu, krewną jednego ze spiskowców. Nie zapisano, jak blisko była spokrewniona ani co robiła.
Prawo natomiast przez cały okres Edo nie umiało powiedzieć, kim jest żona człowieka, który stracił służbę. Zachował się wymowny dokument z 1849 roku: wasal pewnego pana pisze do wysokiego urzędnika z zapytaniem, co zrobić z żoną wasala zwolnionego i wygnanego z miasta. Odpowiedź brzmi mniej więcej tak. Kara tego rodzaju nie unieważnia małżeństwa, zatem żona powinna pójść za mężem na wygnanie. Jednak nawet sąd shōguna, orzekając taką karę wobec męża, zwykle milczy o statusie żony, a to, czy wraca ona do rodzinnego domu, pozostawia się zwyczajowi domu jej pana. Wobec tego trudno udzielić stanowczej odpowiedzi. 249 lat po Sekigaharze najwyższy aparat prawny kraju przyznawał, że nie ma pojęcia.
Ta luka miała cenę i płaciły ją konkretne rodziny. Zubożały dom wojownika sprzedawał córkę na służbę do domu rozrywki tak samo jak dom chłopski, tyle że pisano na papierze, iż to służba na lata z zaliczką, a nie sprzedaż, bo handel ludźmi był oficjalnie zakazany (więcej o losie kobiet sprzedanych do Yoshiwary przeczytasz tutaj, choć ostrzegam, że temat jest drastyczny: Urodzone w piekle, pochowane w Jōkanji – co uczyniono tysiącom kobiet Yoshiwary?). W popularnych opracowaniach powtarza się, że za córki z podupadłych domów wojskowych płacono dwukrotnie więcej niż za wiejskie. Przy zakładaniu dzielnicy Yoshiwara w 1612 roku w warunkach określonych przez shōgunat znalazł się punkt o dziewczętach sprzedanych podstępem, które należy zbadać i odesłać rodzicom. Skoro taki zapis trafił do umowy, znaczy, że problem już istniał.

Nazwisko przyklejone na cztery pokolenia
W teorii bycie rōninem dotyczyło jednego człowieka i kończyło się wraz z nim. W praktyce przyklejało się do rodziny na sto lat, a rejestry domeny Takamatsu na Shikoku pokazują to z okrucieństwem urzędowej rutyny.
Abe Mototsugu stracił posadę yoriki (odpowiednika dzisiejszego młodszego oficera policji) i został wpisany jako rōnin. Jego syn Jutarō nie stracił nigdy niczego, bo nigdy niczego nie dostał, a mimo to dwie dekady po śmierci ojca figuruje w księgach jako rōnin. Yoshida Nagatomi był lekarzem na służbie domeny i sam poprosił o zwolnienie z powodu choroby. Po tej prośbie jego potomkowie przez pokolenia zapisywani są we wsi Higashi-Ōta jako rōnini, mimo że nikt z nich nigdy nie służył. Aoki Heisuke pracował dla panów Ikoma w pierwszej dekadzie XVII wieku. Ani jego syn, ani wnuk Tadanoshin nie mieli posady, a rodzina wciąż widnieje w rejestrze jako rōnini 150 lat później.
Ale skoro etykieta była dziedziczna, to działała także w drugą stronę i tu robi się naprawdę ciekawie. W trzecim miesiącu 1649 roku w wiosce Tannowa w prowincji Izumi aresztowano rolnika. Nazywał się Satarō i był najstarszym synem Gotō Matabeia, jednego z najsłynniejszych dowódców po przegranej stronie spod Osaki. Odstawiono go do Kioto, przesłuchał go tamtejszy zarządca Itakura Shigemune i doszedł do wniosku, że człowiek ten nie zamierza się buntować. Puścił go z zakazem opuszczania wsi. Satarō umarł tam 5 lat później, mając 59 lat, i zostawił syna imieniem Hachisuke. W 1662 roku wieś Tannowa weszła w skład dóbr nowo mianowanego namiestnika Osaki. W księdze wasali tego domu widnieje wpis: Hachisuke, rōnin ze wsi Tannowa, przyjęty na żołd stu koku. Jego potomkowie służyli temu rodowi jeszcze w wojnie 1868 roku.
Trzy pokolenia od pola bitwy przegranych, przez wiejską zagrodę pod nadzorem, do dziedzicznej posady. I odwrotnie, w tym samym systemie, przez trzy pokolenia od domenowego lekarza do wpisu, który niczego już nie opisuje. Etykieta bywała wyrokiem i bywała kapitałem, w zależności od tego, kto i po co po nią sięgał. W następnym stuleciu wnuki wiejskich notabli, wyliczając w podaniach do urzędu, że praprapradziad służył u Akechiego Mitsuhide albo u Ody Nobunagi, a potem został rōninem i osiadł tutaj, wypraszały sobie w ten sposób prawo do noszenia dwóch mieczy. Argumentem był rōnin w rodzinie.

Nierówne wykluczenie
Wieś nie była łaskawsza niż miasto, tylko szczersza. W archiwach domeny Tsuyama zachowały się skargi wójtów, rozdzielone 70 laty i napisane prawie tymi samymi słowami, co samo w sobie mówi wiele o skuteczności interwencji. „Ostatnio rōnini i im podobni chodzą po wsiach i żebrzą u gospodarzy. Kto da zbyt drobne, tego obrzucają wyzwiskami. Inni proszą o nocleg, potem oświadczają, że są chorzy, i zostają na cztery, pięć dni”. Wieś Nakano w domenie Ōno zatrudniła stróża z zadaniem wypędzania rōninów, wędrowców zbierających jałmużnę na sandały, włóczęgów i mnichów kwestarzy. W tej samej domenie, w latach 80. XVIII wieku, jednym ze stróżów wiejskich był rōnin z Kagi. W Matsushiro rōnin nadzorował osadę wykluczonych i miał trzymać z dala innych rōninów. Wykluczenie nigdy nie jest jednolite. Zawsze da się w nim znaleźć stopień wyżej i ktoś zawsze go zajmie.
W czasach późniejszych, gdy z tego wszystkiego został już tylko wpis w księdze, pewien rōnin z Kishū o nazwisku Yamashita Kōnai (山下幸内) wrzucił do skrzynki skarg satyrę na przepisy oszczędnościowe rozstrzygające, kto w co może się ubrać.
„Obwieszczenie dla lisa: od dziś, nawet gdy zmienisz się w kobietę, nie wolno ci nosić jedwabi haftowanych złotą nicią.
Informacja dla złotego żuka (koganemushi), że skoro jego nazwa jest zbyt wystawna, ma się odtąd nazywać żukiem mosiężnym.
Notatka dla małpy: nie będziesz miała czerwonego zadu.
Obwieszczenie Króla Piekieł do całego piekła: oszczędzać. Demony nosiły dotąd przepaski z tygrysiej skóry, z tym koniec, barwcie bawełnę w pasy, a metalowe maczugi zamieńcie na dębowe, złocenie ich uznaje się za marnotrawstwo.”
Autor tej satyry wiedział dokładnie, o co gra. Jeśli odbierze się istocie znaki, po których się ją rozpoznaje, przestanie być tym, czym była. Rōnin miał do dyspozycji resztkę takich znaków i pilnował ich, bo poza nimi nie miał nic.
Na końcu jest jeszcze jeden człowiek. Wiadomo o nim tyle, ile mieści się w kilku linijkach księgi wyroków miejskiego urzędu z 1799 roku. Nazywał się Suzuki Riheita, był rōninem, nie miał dachu nad głową i żebrał. Odebrał sobie życie. Nie wiemy, gdzie ani czyim był synem, nie wiemy nawet, ile miał lat. Nie zostawił świadka, który zapamiętałby, co zrobił, i przy jego nazwisku nie ma żadnej adnotacji o poręczycielu.
Państwo Tokugawów potrafiło policzyć wszystko: koku, wasali, przechodniów, bramy, godziny obchodu, sztuki broni w budce strażniczej. Nie potrafiło policzyć ludzi, którzy nie mieli do czego się podpiąć, i dlatego do dziś nie wiemy, ilu ich było, choć wiemy z dokładnością do jednego koku, ile włości odebrano ich panom. Można to uznać za wadę dawnej biurokracji. Można też zapytać, co dziś, w naszych rejestrach, jest liczone z taką starannością, a co nie jest liczone w ogóle, i czy ta druga lista nie jest przypadkiem tą ważniejszą.

Źródła
1. Floris van Swet, „Finding a Place: Rōnin Identity in the Tokugawa Period”, praca doktorska, Harvard University, Cambridge MA 2019 (dostępna w repozytorium DASH).
2. 栗田元次『江戸時代史』上巻、近藤出版社、1928 (Kurita Mototsugu, „Edo jidai shi”, t. 1).
3. 朝尾直弘「近世京都の浪人」, w: 『朝尾直弘著作集』第七巻「身分制社会論」、岩波書店、2004 (Asao Naohiro, „Rōnini nowożytnego Kioto”).
4. 山本英二「郷士と浪人」, w: 『事典しらべる江戸時代』、柏書房、2001 (Yamamoto Eiji, „Gōshi i rōnini”).
5. 大阪城天守閣編『浪人たちの大坂の陣 特別展』、大阪城天守閣、2014 (katalog wystawy z reprodukcjami i transkrypcjami listów z lat 1615–1623).
6. 穂積陳重『由井正雪事件と徳川幕府の養子法』、帝国学士院、1913 (Hozumi Nobushige, o związku spisku z reformą adopcji na łożu śmierci).
7. Maren Ehlers, „Give and Take: Poverty and the Status Order in Early Modern Japan”, Harvard University Asia Center, Cambridge MA 2018.
8. David Howell, „Geographies of Identity in Nineteenth-Century Japan”, University of California Press, Berkeley 2005.
9. Ronald Dore, „Education in Tokugawa Japan”, University of California Press, Berkeley 1965.
10. 白井和雄, „江戸時代の消防事情”, cz. 9, 『消防科学と情報』nr 114 (opracowanie regulaminów posterunków tsujiban z 1629 i 1659 roku na podstawie „Tokugawa jikki”).
11. 国立国会図書館リサーチ・ナビ「近世以前の物価・貨幣価値を調べる」 (zestawienie tablic cen i kursów, m.in. 岩橋勝『近世日本物価史の研究』, 新保博『近世の物価と経済発展』).

