Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?
2026/10/12

Polska ceramika na tokijskich salonach. Dlaczego Japończycy, mając własną Aritę, pokochali naczynia z Bolesławca

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

 

Jak gąbka z Bolesławca stała się w Tokio ciepłem dłoni rzemieślnika

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Wiosną 1946 roku inżynier Piątkowski obszedł hale dawnej fabryki Juliusa Paula w Bolesławcu, mieście, które jeszcze rok wcześniej nazywało się Bunzlau. Garncarze toczyli tu brązowe dzbanki do kawy od XVI wieku, a w 1753 roku jeden z nich zbudował garnek wyższy od człowieka. Teraz maszyny wywieziono, Niemców wysiedlano, a nowa władza szukała ludzi wiedzących, od czego zacząć. Wynik oględzin zmieścił się w jednym zdaniu: „oprócz 2 kg gąbek rozrzuconych dosłownie po wszystkich kątach fabryki, nie zastałem tam nic więcej”. Z takich gąbek wycinano rozetki, kółka i kropki, maczano je w kobalcie i odciskano na naczyniach. Nikt nie uznał ich za coś, co trzeba zabrać.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

80 lat później, 3 minuty pieszo od stacji Jiyūgaoka w Tokio, przed sklepem wisi flaga z kobaltowymi kręgami wokół kropki, wzorem zwanym „pawim okiem”. Ludzie wchodzący tu pierwszy raz wydają z siebie krótkie „wa~!”. W internetowym sklepie domu towarowego Takashimaya kubek z bolesławieckiej spółdzielni „Ceramika Artystyczna” kosztuje 4620 jenów, około 113 złotych, a opis obiecuje tsukurite no nukumori (作り手の温もり), „ciepło dłoni rzemieslnika”. Elegancki miesięcznik „Fujingahō” poświęcił Bolesławcowi 18 stron noworocznego numeru, a od marca 2026 roku z tych naczyń jedzą pasażerowie klasy biznes LOT-u lecący do Tokio. W Polsce ten sam kubek bywa naraz pamiątką z czasów Cepelii, prezentem od cioci na imieniny i darem państwowym: w 2017 roku prezydent wręczył serwis z Bolesławca brytyjskiej parze książęcej.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Drogi Japonii i Śląska krzyżowały się zresztą wcześniej, niż można by sądzić. W Aricie od 1616 roku maluje się porcelanę kobaltem, tym samym pierwiastkiem, w którym nad Bobrem macza się gąbki. Na początku XX wieku bolesławiecka (choć wtedy raczej bunzlauska) szkoła ceramiczna szukała natchnienia w sztuce japońskiej, a już w XVIII wieku na japońskie naczynie do herbaty trafił lew z księgi przyrodnika z Szamotuł. Sprawdzimy dziś, jak polska kamionka dotarła na tokijskie półki i jak się ją tam opisuje, opowiemy jej historię, od cechu garncarzy przez rok 1945 po powojenną spółdzielnię, i spróbujemy zrozumieć, co widzą w niej Japończycy: bo mimo że mają własną Aritę, Mino i Bizen – i tak znaleźli w swoich kuchniach miejsce dla Bolesławca.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

 

Wielki garniec

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Bunzlau stało na glinie. Najlepszą kopano w Tillendorfie, dziś Bolesławicach, a jej zaletami były kolor i odporność: wypalała się na biało i znosiła ogień, jakiego potrzebowało tutejsze szkliwo. Kurt Steinitz, opisujący w 1895 roku warsztaty powiatu, zanotował, że w samym mieście nie używa się żadnej innej. W pobliskim Naumburgu, dziś Nowogrodźcu, na 2 części gliny z Tillendorfu dosypywano 1 część miejscowej, choć tamtejsi mistrzowie twierdzili, że bez tej z Tillendorfu ich garnki pękałyby w piecu. Fura tillendorfskiej kosztowała 7,50 marki, miejscowej 4 marki. Oryginał poznawało się po przełomie: prawdziwy wyrób z powiatu bunzlauskiego był w środku biały, podróbki szare.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Przez stulecia robiono z tej gliny naczynia brązowe, przeznaczone do kuchni i spiżarni. Szkliwo też pochodziło z ziemi i topiło się tak opornie, że wymagało bardzo silnego ognia. Steinitz chwalił je za to, że nie ma w nim ołowiu, w odróżnieniu od glazur używanych przez okolicznych garncarzy od białych naczyń. Kiedy w 1787 roku władze zapytały garncarzy, co wyrabiają, wyliczyli dzbanki do kawy i herbaty, puszki na tytoń i masło, misy, nocniki i retorty do laboratoriów. W lipcu 1800 roku przez miasto przejeżdżał John Quincy Adams, wtedy amerykański poseł w Berlinie, przyszły prezydent. Naliczył 9 mistrzów, a każdy zatrudniał po 6–8 czeladników. Patrzył, jak garncarz w jakieś 5 minut toczy z bryły gliny garnek na masło, i zanotował, że w izbie z piecami panował upał nie do zniesienia.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Dzisiejsi producenci piszą o tradycji sięgającej 1202 roku, w reklamach pojawia się nawet historia licząca 7000 lat. Dokumenty są skromniejsze. Historyk Ewald Wernicke przekopał w latach 80. XIX wieku miejskie księgi i przyznał, że dalej niż do XVI wieku nie dotarł. Pierwsze pewne nazwiska przynosi rejestr podatkowy z lat 1548–1549: 5 mistrzów, każdy płaci po 13 groszy. Muzeum Ceramiki w Bolesławcu przywołuje jeszcze wpis ze świdnickich ksiąg miejskich z 1380 roku, ale z jego brzmienia nie wynika jasno, że chodzi o garncarza z Bolesławca czy Bunzlau.

 

Najsłynniejszym naczyniem miasta został garnek, z którego nikt nigdy nie jadł. Johann Gottlieb Joppe, garncarz z Mużakowa, skończył go 23 lipca 1753 roku. Miał 2,15 metra wysokości, ważył około 600 kilogramów, a według tablicy mieścił 30 szefli grochu (sprawdziłem, 1 scheffel miał około 55 litrów – zatem cały garnek miał 1650 litrów). Nigdy go nie wypalono, tylko wysuszono. Postawiono go w małym domku przy ulicy Zgorzeleckiej (Görlitzer Straße). Na tablicy kusił rymowany napis:

 

„Wer sich ein Trinkgeld nicht läßt rauen, / Kann ihn hier darinnen schauen”

„Kto nie żałuje napiwku, ten może obejrzeć, co w środku.”

 

 Goście wpisywali się do księgi, a w 1800 roku zrobiła to królowa Luiza. W 1927 roku garniec trzeba było odgrodzić łańcuchem, bo zwiedzający wydrapywali na nim swoje nazwiska. Muzeum pisze, że po 1945 roku zniszczyli go najpewniej Rosjanie. Świadek z kręgu dawnych mieszkańców pamiętał za to, że latem 1946 albo 1947 roku w środku całego jeszcze garnka schowała się pewna dziewczynka.Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

 

Robota bez ceny

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Około 1882 roku, jak podaje bolesławieckie muzeum, na tutejszych naczyniach pojawia się nowa dekoracja: stemple z gąbki odciskane w intensywnym kobalcie i zieleni. Technika nie narodziła się nad Bobrem. W Szkocji i Anglii od lat 40. XIX wieku robiono fajans zdobiony ciętą gąbką, a w muzeum w Greenock przetrwały 3 gąbki z tamtejszej wytwórni. Wzór wycinano, jak pisze kustoszka, w twardym korzeniu gąbki morskiej. Jak ta technika dotarła do Bunzlau i czy w ogóle dotarła stamtąd, nikt nie udokumentował. Mogła zostać wymyślona po raz drugi.

 

Najstarszy opis tej roboty, jaki udało mi się znaleźć, pochodzi z 1895 roku. Kurt Steinitz pisał dla „Verein für Socialpolitik”, towarzystwa niemieckich ekonomistów badających, co industrializacja robi z rzemiosłem, i opisał garncarzy powiatu z dokładnością buchaltera, z cenami gliny i węgla. Gdy naczynie miało wyglądać na malowane na niebiesko, „po wyschnięciu białej angoby nakrapia się je gąbką umoczoną w farbie, na której przekroju wycięto prymitywny rysunek, rozetkę i tym podobne”. Potem szło szkliwo, suszenie na podwórzu albo przy cieple pieca i wypał.

 

Albumy refleksji o japońskiej sztuce ukiyo-e opatrzone esejami z analizą i interpretacjąDom garncarza był u Steinitza zakładem i mieszkaniem naraz: na parterze pracownia, na piętrze rodzina mistrza. Glinę wrzucano do dołów z wodą i zostawiano na kilka dni, potem ubijano drewnianym bijakiem i cięto na plastry sierpowatym żelazem, przeciąganym przez bryłę oburącz za dwa drewniane uchwyty. Toczący napędzał koło stopami, jedną pchając do przodu, drugą do tyłu, i kciukami wciskał zagłębienie w obracającą się bryłę. Naczynia schły dzień albo dwa na drągach pod sufitem, aż stawały się twarde. Piec był eliptycznym sklepieniem z ogniotrwałej cegły, mniej więcej 4 metry na 5, wysokim na 2 metry. Ogień zaczynano słabo i podsycano przez 19–20 godzin, potem przez 2 dni piec stygł, a towar wynoszono z wnętrza często jeszcze rozżarzonego. Na dnie każdej sztuki zostawały 3 drobne punkty po podpórkach, przez które, jak zapisał Steinitz, wyrób był wart mniej.

 

Steinitz zostawił też zdanie, do którego wracałem kilka razy. Barwienie i szkliwienie nie wymagają, jak pisze, szczególnej wprawy. W Naumburgu robią to Färbemädchen, dziewczęta od farbowania. Malowanie, „a właściwie nakrapianie”, zostawia się mistrzowi albo mistrzowej, „nie dlatego, żeby ta czynność wymagała szczególnej sprawności”. Główny powód jest prozaiczny: ta dodatkowa praca „przy sprzedaży nie jest opłacana prawie wcale”, nie może więc niczego kosztować, a mistrz swojej własnej dodatkowej roboty „nie liczy”. Tak wyglądał początek wzoru opisanego 130 lat później przez dom towarowy w Tokio jako ciepło rąk twórcy. Ruch ręki był ten sam, tylko jego cena wynosiła zero.

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

Wzór szybko przestał należeć do jednego miasta. Na początku XX wieku stemplowane naczynia robiły w całych Niemczech także duże wytwórnie, między innymi berlińska firma Petersena i Villeroy & Boch, a lata 1910–1914 uchodzą za złoty okres tej dekoracji. „Bunzlauer” stało się nazwą stylu. Pawie oko ma równie mglisty rodowód. Muzealne egzemplarze datuje się szeroko, na lata 1900–1950, a miska z fabryki Paula z lat 1926–1930 figuruje w katalogu jako zdobiona „gąbkowaną i malowaną dekoracją angobową”. Producenci przypisujący ten wzór bunzlauskiemu garncarzowi Altmannowi, działającemu w pierwszej połowie XIX wieku, wyprzedzają gąbkę o kilkadziesiąt lat.Kalendarz na rok 2027 - japoskie sekki i ko (72 mikrosezony japoskie)

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

 

Dwa kilogramy gąbek

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Na początku czerwca 1945 roku do Bolesławca przyjechał Tadeusz Szafran, blisko 60-letni profesor krakowskiej Szkoły Sztuk Zdobniczych, absolwent szkoły ceramicznej w niemieckim Höhr, wysłany jako rzeczoznawca do spraw przemysłu ceramicznego. Do Legnicy jechał prawie tydzień wagonem dla bydła. W liście do rodziny z 7 czerwca opisał, że zastał „wszystko unieruchomione, częściowo popalone, maszyny wymontowane i wywiezione”. Wysiedlanie Niemców zaczęło się 24 czerwca, choć część z nich została w mieście jeszcze przez kilka lat.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Niemieccy autorzy ze środowiska dawnych mieszkańców opisują te miesiące inaczej, twierdząc, że akurat w Bunzlau fabryki przetrwały prawie nietknięte. Bez aktów przejęcia trudno rozstrzygnąć, kto był bliżej prawdy, a każda strona ma powody, by pamiętać ten rok po swojemu. Pewne jest, że zabrakło ludzi. Szafran ściągnął dwóch uczniów, Wilhelma Słowika i Jana Reczkowskiego, i w 1946 roku nad dawną fabryką Richarda Reinholda przy ulicy Górne Młyny 10 zadymił pierwszy komin. Formy Reczkowski zdobywał sam:

 

„Za formami ceramicznymi kolędowałem po wszystkich zaułkach Bolesławca i okolicznych wsiach. Znosiło się je na własnych plecach”.

 

Na otwarciu zakładu zabrakło pasa transmisyjnego, więc Reczkowski zdjął własny pasek i spodnie przytrzymywał już jedną ręką. „Wierzycie, że nikt się nie śmiał?”, opowiadał po latach.

 

Zbiory esejów o kulturze Japonii z Ukiyo-Japan.pl autorstwa Michała Sobieraja dostępne teraz również w wersji papierowejStempel nie wrócił. Antropolożki Anna Kurpiel i Katarzyna Maniak piszą, że kobaltowe stempelki tak mocno kojarzyły się z niemieckim dziedzictwem miasta, że wypadły z powojennej masowej produkcji i pojawiały się tylko sporadycznie. Cytują jednego z producentów: „wszystko, co niemieckie, było niedobre. To trzeba było zniszczyć, zrobić od nowa, zrobić po polsku”. Wysiedleni garncarze stemplowali tymczasem dalej, w rodzinnych warsztatach w Saksonii i na Łużycach, a w zachodnioniemieckim Siegburgu dawni mieszkańcy Bunzlau urządzili izbę pamięci z dużą kolekcją ceramiki. Na Górnym Śląsku przedwojenne garnki z Bunzlau pamiętano po swojemu. Kazimierz Kutz w „Piątej stronie świata” przywołuje buncloki, kamionkowe garnki, „na których najlepiej ostrzyło się noże”.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?W 1950 roku w murach dawnej fabryki Paula ruszyła, według kroniki samej spółdzielni, „Ceramika Artystyczna” oddana pod skrzydła Cepelii. Nadzór artystyczny objęli wrocławscy plastycy Rudolf Krzywiec i Julia Kotarbińska, a ich studenci przyjeżdżali tu na praktyki. Szafran przeszedł w tym samym roku do centrali Cepelii w Warszawie jako ekspert. Historyk sztuki Piotr Korduba nazwał to, czym zajmowała się Cepelia, ludowością na sprzedaż. Bolesławiecka kamionka weszła w PRL jako wyrób przemysłu ludowego i artystycznego, z wszystkimi skojarzeniami, jakie to określenie miało nieść przez następne dekady.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Stempel wrócił dopiero około 1974 roku i nie jako gąbka. Główny technolog spółdzielni Andrzej Skowroński i laborantka Urszula Jałowska namówili do stemplowania Annę Czernigiewicz-Pasierbiewicz, która od 1970 roku pracowała w szkliwierni. W 2017 roku wspominała: „Stemple wycinałyśmy z korka, później z gumy. (…) Nawet nie przyszło nam do głowy, że stempelki można robić z gąbki. Zresztą wtedy był to materiał nieosiągalny”. Gdy brakowało materiału, cięła je nożyczkami z twardej gumy na obcasy do butów, po godzinach, na balkonie. Wzór miał być „nieczasochłonny w produkcji”. Dopiero później naturalna gąbka pozwoliła komponować wzory „trudne później do powtórzenia”. „Chciałam, żeby każda sztuka była inna” mówiła.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

 

Przez bazy NATO do Jiyūgaoki

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Za granicę nowa stara ceramika ruszyła przez Niemcy, co swoją drogą jest nieco ironicznym kaprysem historii. Kurpiel i Maniak opisują, jak podpatrzyły ją partnerki amerykańskich żołnierzy stacjonujących w bazach NATO, a potem przyszły kanał telezakupowy QVC i amerykańskie sieci sklepów. Gazeta amerykańskich sił zbrojnych jeszcze w 2019 roku opisywała autobusowe wycieczki z baz do Bolesławca i nazywała polowanie na naczynia z napisem „UNIKAT” loterią. Tam narodziła się nazwa „Polish pottery”, a z niej japońska pōrisshu potarī (ポーリッシュポタリー).

 

„Ceramika Artystyczna” pisała w 2021 roku, że działa na rynku japońskim od ponad 20 lat, od spotkania z pierwszym klientem na targach we Frankfurcie. Pierwszy ślad w Japonii, jaki daje się datować, pochodzi z czerwca 2009 roku. W galerii w tokijskiej dzielnicy Jingūmae odbyła się wystawa, a jej ogłoszenie przedstawiało ceramikę z Bolesławca jako wciąż mało znaną w Japonii, za to lubianą w Europie i Ameryce. W grudniu tego roku zarejestrowano w Setagai firmę Kersen, dziś oficjalnego importera kilku bolesławieckich wytwórni. Prowadzi ją Narukawa Mutsumi, a początek, jak czytamy w artykule o sklepie, był rodzinny: krewny mieszkający w Europie powiedział, że są tam „urocze naczynia”.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Najpierw sprzedawano przez internet, w 2012 roku otwarto sklep w Jiyūgaoce, a firma Yamato z Matsumoto została w tym samym roku oficjalnym agentem „Ceramiki Artystycznej”. W ciągu 13 miesięcy, między listopadem 2013 a grudniem 2014 roku, ukazały się 3 japońskie książki o polskiej ceramice, pierwsza pod merytorycznym nadzorem Narukawy. Drugą wydało Seibundō Shinkōsha jako tom o uroczej ceramice Europy Wschodniej, gdzie polska stoi obok rumuńskiej, bułgarskiej, węgierskiej i czeskiej. Telewizja NHK poświęciła polskiej ceramice odcinek cyklu „Zakochani w drobiazgach” (恋する雑貨, Koisuru zakka).

 

Japonia nigdy nie była dla Bolesławca rynkiem masowym. Według danych ONZ import polskiej ceramiki stołowej innej niż porcelana był w Japonii najwyższy w 2013 roku i wyniósł 2,38 miliona dolarów, a Amerykanie kupują jej dziś kilkanaście razy więcej. Weronika Kalich z wytwórni Ceramika Kalich powiedziała reporterce Forbesa: „Japończycy to powolni kolekcjonerzy: kupują mniej i w stonowanych barwach”. Wybierają głęboki kobalt i skromne białe kropki, a „Ceramika Artystyczna” robi dla nich zestawy do sushi, zaprojektowane, jak podaje, według sugestii japońskiego klienta.Zbiory esejów o kulturze Japonii z Ukiyo-Japan.pl autorstwa Michała Sobieraja - Tom VI: Japonia współczesna

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

 

Chawanmushi w polskiej czarce

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Na firmowym blogu Kersen od lat pojawia się japońska kuchnia podana w polskich naczyniach. Chawanmushi, budyń jajeczny gotowany na parze, w czarkach na sos do soby. Sashimi ze świeżo startym wasabi na kwadratowym talerzu z pawim okiem. Węgorz na półmisku do zapiekania. Noworoczne osechi na talerzykach z Bolesławca. Żadna z tych potraw nie wygląda na swoim naczyniu obco, a sklep zapewnia, że polskie naczynia „bardzo dobrze pasują do japońskiej kuchni”. Nie jest to przypadek: część z nich importer zamawia w Bolesławcu specjalnie pod japoński stół.

 

Japońskie badania nad stołem domowym dopisują do tego coś ważnego dla przybysza. Imai Etsuko w 2002 roku rozesłała ankiety do 2500 rodzin, głównie z prefektury Saitama. Okazało się, że rzeczy takie jak pałeczki, miseczka na ryż i czarka na herbatę w 80–90% domów należały do konkretnej osoby, a połowa badanych miała opory przed jedzeniem cudzymi pałeczkami. Próba była regionalna i sama się wybrała (nie każdy odpisał), więc nie da się jej przenieść na całą Japonię, ale kierunek jest czytelny: w japońskim domu naczynie często ma właściciela. Kubek z Bolesławca nie musi pasować do serwisu. Może po prostu zostać czyimś kubkiem.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Sprzedawcy obiecują przy tym coś więcej niż użyteczność. Takashimaya pisze o rzemieślniku malującym każde naczynie z osobna i o fakturze niosącej jego ciepło. Kersen zapewnia, że nie ma dwóch takich samych sztuk. Portal kakaku w 2014 roku przedstawił polską ceramikę jako „nowy standard” dla miłośników naczyń skandynawskich, miękki i ludowy obok ich stylowego wyrafinowania. Christoph Fuchs, Martin Schreier i Stijn van Osselaer w 4 badaniach opublikowanych w 2015 roku pokazali, że ludzie wyżej cenią przedmiot opisany jako zrobiony ręcznie niż ten sam przedmiot opisany jako maszynowy, w dużej mierze dlatego, że rękodzieło w ich odczuciu symbolicznie „zawiera miłość”. Efekt trzymał się nawet wtedy, gdy autorzy uwzględnili wysiłek, jakość, niepowtarzalność, autentyczność i dumę wytwórcy, a najmocniej działał przy prezentach dla bliskich. Tsukurite no nukumori jest dokładnie tym towarem: kupujący płaci za uczucie, które umieszcza w naczyniu sam.

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

W żadnym z tych opisów nie pada słowo sekki (炻器), japoński termin techniczny na kamionkę, ukuty około 1907 roku jako przekład angielskiego „stoneware”. Sprzedawcy piszą tōki (陶器), potocznie po prostu „ceramika”, choć w Bolesławcu wypala się naczynia dwukrotnie, za drugim razem w 1200–1250 stopniach. Polski kubek wchodzi do japońskiej kuchni przez drzwi z napisem „europejskie rękodzieło”, nie „śląska kamionka”.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

 

Babcie z porannego targu

 

Po wielkim trzęsieniu ziemi w regionie Kantō Yanagi Sōetsu przeniósł się w 1924 roku z Tokio do Kioto. W różnych miejscach miasta co miesiąc odbywały się targi, a on chodził po nich, kupował tanie przedmioty codziennego użytku i zaprzyjaźnił się ze sprzedawczyniami, starymi kobietami. Od nich usłyszał słowo, z którego zrobił potem program estetyczny.

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

「下手」とか「下手物」とかいふ俗語は,実に是等の婆さん達の口から始めて聞いた言葉なのである。

(„Gete” to ka „getemono” to ka iu zokugo wa, jitsu ni korera no bāsan-tachi no kuchi kara hajimete kiita kotoba na no de aru.)

 

„Te potoczne słówka, »gete« i »getemono«, usłyszałem po raz pierwszy właśnie z ust tych staruszek.”

 

- Yanagi Sōetsu, „Kyōto no asaichi” (Poranny targ w Kioto),

w: „Shūshū monogatari”, 1956

 

Getemono (下手物), dosłownie „rzeczy z niższej ręki”, znaczyło po prostu towar tani i pospolity, przeciwieństwo jōtemono, rzeczy wysokiej klasy. Yanagi tłumaczył, że słowo oznacza właściwość zupełnie zwyczajnych, tanich rzeczy i odpowiada temu, co nazywano naczyniami codziennymi. We wrześniu 1926 roku opublikował w gazecie „Echigo Taimusu” tekst „Getemono no bi”, „Piękno rzeczy pospolitych”, a słowo rozeszło się tak szybko, że wymknęło mu się z rąk. Trafiło nawet do słowników, według Yanagiego prawdopodobnie najpierw do „Jien” Shinmury Izuru z 1935 roku. W kwietniu 1939 roku komik Furukawa Roppa zanotował w dzienniku, że naleśnik nadziewany kurczakiem w śmietanie to „wielkie getemono”, czyli dziwactwo. Yanagi wspominał później, że gdy słowo zaczęło znaczyć byle osobliwość, wolał trzymać się innego, ukutego razem z przyjaciółmi: mingei (民藝), rzemiosło ludu.

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

W tekście z 1926 roku, przemianowanym potem na „Piękno naczyń codziennych”, Yanagi opisał ideał, do którego bolesławiecka malarnia pasuje zaskakująco dobrze, z jednym wyjątkiem. Naczynia codzienne mają być grube i mocne, bo znoszą codzienne obijanie, robi się je masowo i tanio, a twórcy nie mają nazwisk i niczego nie podpisują. W niekończącym się powtarzaniu tego samego ruchu technika dochodzi do doskonałości, a ręka zyskuje wolność. Wyjątek, pomijany przez japońskich sprzedawców, dotyczy rzeczy najważniejszej: takie naczynia według Yanagiego nie mają ani barw, ani ozdób. Rok później pisał, że największe skarby sztuki herbacianej, ōmeibutsu (大名物), odnaleziono pośród naczyń pogardzanych jako getemono.

 

Wzorcowym przykładem są czarki ido (井戸茶碗). W Korei czasów dynastii Joseon były to zwykłe naczynia ludu do codziennego użytku. Japońscy mistrzowie herbaty zaczęli ich używać pod koniec okresu Muromachi, a w epoce Momoyama mówiono już: najpierw ido, potem raku, potem karatsu. Za najwybitniejszą uchodzi czarka zwana Kizaemon, dziś skarb narodowy, który należy do klasztoru Kohō-an w kompleksie Daitoku-ji w Kioto. Patrzenie na cudzą codzienność jak na skarb nie jest zresztą japońską specjalnością. Europa odwdzięczyła się robiąc to samo z japońskimi drzeworytami, których oryginalne ceny w czasach Edo były porównywalne do ceny miski z makaronem soba.

 

Psychologia i filozofia w kanji - ksiązka o znakach japońsskich (ukiyo-japan.pl) - EBOOKBolesławiecki stempel ma w Japonii krewnego i wcale nie trzeba go szukać daleko, bo stoi w kuchennych kredensach. Od Meiji do wczesnego Shōwa w Mino i Seto produkowano masowo tanią porcelanę zdobioną szablonem i drukiem przenoszonym z miedziorytu, zwaną inban (印判). Muzeum Historii w Osace pokazało w 2023 roku 260 z 1129 takich naczyń przekazanych mu przez prywatnego kolekcjonera i przypomniało, że słowo to pierwotnie oznaczało wyłącznie odciskanie wzoru miękkim stemplem, zwanym konnyaku, i gumowym klockiem. Dawniej jadło się z nich na co dzień, dziś wyszukuje się je u antykwariuszy i na pchlich targach. Sklep sprzedający nowe inban firmy Azmaya pisze o rozmazaniach i przerwanych liniach wzoru, że „to też smak, jaki daje tylko inban”, i dodaje: „właśnie dlatego, że robi to ludzka ręka, jest w tym osobowość, bliskość człowieka i ciepło”. Te zdania można by bez zmian przykleić na polski kubek.

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

Ten sam mechanizm działa w czasie. Wazon Bronisława Wolanina, kiedyś zwykły wyrób spółdzielni podległej Cepelii, poszedł w 2023 roku na aukcji za 2880 złotych, a polskie pisma specjalizujące się w wystroju wnętrz piszą o ceramice z PRL jak o złocie. Dystans przesuwa wartość niezależnie od tego, czy mierzy się go w kilometrach, czy w latach. Japoński kupujący ma tę przewagę, że dystans dostaje od razu, razem z kubkiem. Patrząc na pawie oko, nie widzi w nim Cepelii, prezentu od cioci na imieniny ani autokarów z amerykańskich baz. Zostaje mu tylko to, co obiecuje sklepowy opis: ręka, która ten kubek zrobiła.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

 

Ciepło na akord

 

Kalendarz na biurko od ukiyo-japan.pl: wydarzenia i cytaty samurajskie, drzeworyty musha-e, 72 pory roku koW reportażu z lipca 2026 roku dziennikarka Forbesa opisała malarnię wytwórni Manufaktura w Bolesławcu. Powietrze było nieprzyjemnie wilgotne, jakby stęchłe, pod sufitem kręciły się wiatraki, a klimatyzacji nie ma, bo zaszkodziłaby glinie. Zakład zatrudnia 200 osób przy średniej wieku 58 lat. Malarka zdobi średnio 60 naczyń na zmianę, a pistoletem natryskowym, testowanym właśnie przez zakład, wykonałaby co najmniej 100. Zarabia 7–8 tysięcy złotych brutto, młodych chętnych brakuje. Liczenie sztuk zaczęło się zresztą tuż po wojnie. We wrześniu 1946 roku Szafran donosił rodzinie o przyrządzie do obcinania kołnierzy, dzięki któremu „dziewczyna bez wysiłku… obcina 300 sztuk na godzinę”. Reportaż z 2014 roku z wytwórni Manufaktura liczył, że ostemplowanie kubka zajmuje minutę, każde naczynie przechodzi przez 35 par rąk, a wszystko w hali jest upudrowane na biało.

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

Magdalena Gazur, projektantka tej wytwórni, przygotowała w 2017 roku na Łódź Design Festival wystawę o produkcji pod tytułem „Akord. Praca. Precyzja. Produkt”. Najwięcej emocji, jak opowiadała, wzbudził system akordowy, bo „rozlicza się człowieka, ile pracy wykonał. Traktuje się go trochę jak maszynę”. Yanagi pewnie pochwaliłby te 60 naczyń. Uważał, że rzemieślnik musi robić dużo, że powtarzanie doskonali technikę, a praca stała się trudem bez nagrody dopiero w czasach nowożytnych. W malarni nad Bobrem słychać obie racje naraz: to samo powtarzanie, które daje wprawę, liczy się tam w sztukach na zmianę.

 

Jest w tej historii jeszcze jedna ironia. Ideałem Yanagiego była anonimowość: dobre wyroby rzemiosła prawie nigdy nie noszą nazwiska, a ich zaletą jest to, że indywidualność twórcy w nich milknie. W Bolesławcu malarki odtwarzają wzory ze zdjęć pod okiem mistrzów, jak opowiadała projektantka Danuta Amborska. Japońscy sprzedawcy bolesławieckiej kamionki pokazują za to klientom spód naczynia, gdzie obok napisu „HAND MADE IN POLAND” są inicjały malarki, i zapewniają, że nie ma dwóch takich samych sztuk.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Najbardziej myląca jest nazwa jednej z najdroższych kategorii. Na spodzie części naczyń widnieje napis „UNIKAT” i klient, polski czy japoński, rozumie go dosłownie: egzemplarz jedyny, drugiego takiego nie ma. Po japońsku na taką rzecz mówi się ittenmono (一点物), „rzecz w jednej sztuce”, i to słowo pada w opisach rękodzieła prawie jak zaklęcie. W Bolesławcu „UNIKAT” znaczy co innego. To wzór bardziej pracochłonny od zwykłego, malowany w całości pędzlem i podpisany nazwiskiem malarki, w Zakładach Ceramicznych zaprojektowany i wykonywany przez jedną artystkę. Taki wzór ma jednak swój numer w katalogu i powtarza się go tak długo, jak długo są zamówienia. Jedna jest malarka, talerzy bywa wiele.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Japoński sklep opisuje polski kubek językiem ruchu mingei: mówi o ręce rzemieślnika, o cieple, o naczyniu do codziennego użytku. Klient płaci jednak za dwie rzeczy, których Yanagi w rzemiośle nie szukał, czyli za podpis i za obietnicę, że drugiego takiego kubka nie ma, choć jest. Kobieta, która ten kubek pomalowała jako jedno z kilkudziesięciu naczyń tego dnia, dociera do Tokio jako inicjał na dnie.

 

Kiedy wartość siedzi w nazwie, nazwę się podrabia. Na AliExpress i Temu sprzedaje się dziś chińską „polską ceramikę” z kopiami logotypów. Weronika Kalich opowiedziała Forbesowi, że Chińczycy nazwali jedną ze swoich miejscowości Bolesławcem, żeby legalnie pisać o pochodzeniu towaru. Nikt tego dotąd nie potwierdził, ale już sama plotka mówi, gdzie ludzie umieszczają wartość. Od grudnia 2025 roku wyroby rzemieślnicze mogą w Unii Europejskiej dostać ochronę oznaczenia geograficznego, a do połowy 2026 roku z Polski nie wpłynął w tej sprawie żaden wniosek, bo państwo wciąż kończy przepisy. Japoński importer pisze tymczasem na swojej stronie, że Bolesławiec był niemiecki tylko w czasach między wojnami, a stempel wymyślili wtedy Niemcy.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

 

Japonia ma swoją Aritę – za co więc lubi Bolesławiec?

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?W 1616 roku, jak głosi tradycja, koreański garncarz Ri Sanpei (李参平) wypalił w piecu Tengudani w Aricie pierwszą japońską porcelanę malowaną kobaltem pod szkliwem. Wykopaliska sugerują, że porcelanę wypalano tam już kilka lat wcześniej, ale dalszy ciąg nie budzi wątpliwości. Encyklopedia wydawnictwa Heibonsha pisze, że od tamtej pory porcelana sometsuke (染付) jest najbardziej reprezentatywnym rodzajem naczyń, jakich używają Japończycy. Niebieski barwnik nazywa się tam gosu (呉須). To tlenek kobaltu, tego samego pierwiastka, w którym malarki z Bolesławca maczają gąbki. Japończyk biorący do ręki polski kubek widzi więc kolor znany jego stołom od 400 lat, tyle że w obcej postaci: na grubej, ciężkiej kamionce, w kropkach i pawich oczkach zamiast malowanych pędzlem krajobrazów i kwiatów. Nic dziwnego, że wybiera głęboki kobalt i białe kropki, a kolorowe bukiety zostawia Amerykanom.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Psychologia estetyki ma na to dobry opis. Paul Hekkert, Dirk Snelders i Piet van Wieringen w 3 badaniach opublikowanych w 2003 roku w „British Journal of Psychology” sprawdzali, dlaczego przedmioty codziennego użytku jednym się podobają, a innym nie. Typowość i nowość okazały się równie silne, ale wzajemnie się tłumiły: ludzie woleli rzeczy nowe, dopóki nowość nie odbierała im typowości. Tytuł pracy autorzy wzięli z hasła projektanta Raymonda Loewy’ego „most advanced, yet acceptable”, czyli najbardziej nowatorskie, ale wciąż do przyjęcia. Polski kubek trafia w ten punkt niemal idealnie. Dochodzi do tego kawaii. Hiroshi Nittono opisuje je jako pozytywną emocję połączoną z chęcią patrzenia na coś i przebywania blisko tego, a jego zdaniem japońska kultura podniosła tę emocję do rangi wartości społecznej. W tytule książki Narukawy z 2014 roku pada określenie otona kawaii (大人かわいい), „urocze, ale dorosłe”: kropki i kwiatki na naczyniu, które swoje waży i wytrzyma piekarnik.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Jest też powód całkiem przyziemny. Według JEMA, japońskiego stowarzyszenia producentów sprzętu elektrycznego, mikrofalówki z funkcją piekarnika to 65% wszystkich mikrofalówek wysłanych do sklepów w roku finansowym 2023, a samą mikrofalówkę ma przytłaczająca większość domów. Japońska kuchnia piecze, zapieka i odgrzewa, a bolesławiecka kamionka idzie z piekarnika prosto na stół, a potem do zmywarki. Japońskie sklepy wypisują to przy każdym naczyniu, zaraz obok zapewnienia o ręcznym malowaniu. Do tego japoński stół rzadko bywa serwisem. Składa się z naczyń z różnych pieców, kupowanych pojedynczo i przez lata, więc nowy kubek nie musi niczego wypierać ani do niczego pasować. Wystarczy, że umie coś, czego nie umieją inne.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?Japończycy kochali zresztą cudzą ceramikę na długo przed Bolesławcem. W epoce Edo naczynia przywożone na holenderskich statkach nazywano oranda-yaki (阿蘭陀焼), „wyroby holenderskie”, i ceniono je tak bardzo, że miejscowi garncarze malowali ręcznie ich naśladownictwa, by, jak pisze Muzeum Ceramiki Prefektury Aichi, „cieszyć się egzotyką”. Wystawa tego muzeum z 2011 roku nosiła tytuł „Oranda-yaki – akogare no purinto uea”, czyli „Holenderska ceramika – drukowane naczynia, za którymi się tęskniło”. W Muzeum Miejskim w Kobe stoi naczynie na wodę do ceremonii herbacianej z końca XVIII wieku. To ceramika banko, wymyślona w Kuwanie przez Nunamiego Rōzana, pomalowana kobaltem, z zachodnimi literami i lwem przerysowanym z „Historii naturalnej” Jana Jonstona w holenderskim wydaniu z Amsterdamu z 1660 roku. Tę księgę kierownik holenderskiej faktorii podarował w 1663 roku shōgunowi Ietsunie. W 1717 roku wyciągnął ją z biblioteki shōgun Yoshimune i, jak pisze muzeum, zapoczątkował tym rozkwit rangaku, japońskich studiów holenderskich. Jonston urodził się w 1603 roku w Szamotułach jako syn szkockiego emigranta, a zmarł około 1675 roku na Dolnym Śląsku, kilkadziesiąt kilometrów od Bolesławca. Lew z księgi przyrodnika z Szamotuł trafił na japońskie naczynie do herbaty dwa stulecia przed bolesławieckim kubkiem.

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

Bolesławiec trafił więc do kraju z czterystuletnią wprawą w kochaniu cudzego rzemiosła, i to w kolorze najlepiej mu znanym. Polski kubek staje w japońskiej kuchni obok miseczki z Arity, niebieski od tego samego pierwiastka, tylko położonego gąbką zamiast pędzla. Anna Czernigiewicz-Pasierbiewicz zapytana, jakich kolorów używała najchętniej, odpowiedziała: „Bardzo lubię głęboki odcień kobaltu. Jest elegancki”. Japońscy klienci, sądząc po tym, co zamawiają w Bolesławcu, zgadzają się z nią całkowicie.

 

 

ŹródłaUkiyo-japan.pl - Michał Sobieraj, notka od autora

1. Steinitz, Kurt, „Die Töpferei des Kreises Bunzlau”, w: „Untersuchungen über die Lage des Handwerks in Deutschland”, t. 1, „Schriften des Vereins für Socialpolitik” LXII, 1895.

2. Wernicke, Ewald, „Versuch einer Geschichte der Bunzlauer Töpferei bis 1800”, „Schlesiens Vorzeit in Bild und Schrift” IV, 1888.

3. Adams, John Quincy, „Letters on Silesia”, London 1804.

4. Müller, Heidi; Lippert, Ekkehard; Lippert, Inge, „Bunzlauer Geschirr. Gebrauchsware zwischen Handwerk und Industrie”, Reimer, 1986.

5. Rejwerska, Barbara, „»Ocalić od zapomnienia«. O Tadeuszu Szafranie”, „Rocznik Bolesławiecki” 2011.

6. „Rocznik Bolesławiecki” 2017, rozmowy z Anną Czernigiewicz-Pasierbiewicz i Magdaleną Gazur.

7. Kurpiel, Anna; Maniak, Katarzyna, „Ceramika z Bolesławca – dziedzictwo w tranzycie”, „Kultura i Społeczeństwo” 64 (2020), nr 2, DOI 10.35757/KiS.2020.64.2.9.

8. Korduba, Piotr, „Ludowość na sprzedaż”, Bęc Zmiana – Narodowe Centrum Kultury, 2013.

9. Fuchs, Christoph; Schreier, Martin; van Osselaer, Stijn M. J., „The Handmade Effect: What’s Love Got to Do with It?”, „Journal of Marketing” 79 (2015), nr 2, s. 98–110.

10. 八田善穂「柳宗悦の民芸論」『徳山大学論叢』第21号, 1984.

11. 今井悦子「食卓風景に関する研究I」『日本食生活学会誌』13巻2号, 2002.

12.鳴川睦監修『ポーランドのかわいい陶器ポーリッシュポタリー』コスミック出版, 2013.

13. 誠文堂新光社編『東欧のかわいい陶器』誠文堂新光社, 2014.

14. Chudzyńska-Stępień, Natalia, reportaż o bolesławieckich wytwórniach ceramiki, Forbes.pl, 9 lipca 2026.

15. UN Comtrade, import Japonii z Polski, pozycja HS 6912, lata 2008–2025.

16. Hekkert, Paul; Snelders, Dirk; van Wieringen, Piet C. W., „»Most advanced, yet acceptable«: Typicality and novelty as joint predictors of aesthetic preference in industrial design”, „British Journal of Psychology” 94 (2003), nr 1, s. 111–124.

17. Nittono, Hiroshi, „The two-layer model of »kawaii«”, „East Asian Journal of Popular Culture” 2 (2016), nr 1, s. 79–95.

 

Wiosną 1946 w pustej fabryce w Bolesławcu leżały tylko gąbki do stempli. Dziś kubek w kobaltowe kropki kosztuje w Tokio 4620 jenów. Co widzą w nim Japończycy?

Ukiyo-japan.pl - Michał Sobieraj, notka od autora

  

    未開    ソビエライ

Postaw mi kawę na buycoffee.to

  Mike Soray

   (Michał Sobieraj)

Zdjęcie Mike Soray (aka Michał Sobieraj)
Tom II - "100 widków sławnych miejsc Edo" Hiroshige - interpretcje i analiza Michała Sobieraja
Tom I - "100 aspektów księżyca Yoshitoshiego" - analizy i interpretacje ukiyo-e Michała Sobieraja
Książka o historii kobiet w dawnej Japonii - "Silne kobiety Japonii" autorstwa Michała Sobieraj - twórcy ukiyo-japan.pl
"Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz" - książka Michała Sobieraja (ukiyo-japan.pl) o japońskiej wrażliwości w polskiej codzienności. Mushin, wabi-sabi i yūgen jako praktyka widzenia „tu i teraz”.

A może chciałbyś zamiast czytać, posłuchać artykułów?

Zobacz książki autora strony:

Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Postaw mi kawę na buycoffee.to

  

   

 

 

未開    ソビエライ

 

Logo Gain Skill Plus - serii aplikacji na Androida, których celem jest budowanie wiedzy i umiejętności na rózne tematy.
Logo Soray Apps - appdev, aplikacja na Androida, apki edukacyjne
Logo Ikigai Manga Dive - strony o Japonii, historii i kulturze japońskiej, mandze i anime

 Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".

 

Osobiste motto:

"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)

Mike Soray

  (Michał Sobieraj)

Zdjęcie Mike Soray (aka Michał Sobieraj)

Napisz do nas...

Przeczytaj więcej

o nas...

Twój e-mail:
Twoja wiadomość:
WYŚLIJ
WYŚLIJ
Twoja wiadomość została wysłana - dzięki!
Uzupełnij wszystkie obowiązkowe pola!

Przasnysz, Polska

m.sobieraj@inarismart.pl

dr.imyon@gmail.com

___________________

inari.smart

Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!