


Pewne jest natomiast to, co robił ze wspomnieniem z dzieciństwa przez następne czterdzieści osiem lat. Woził tabliczkę pośmiertną matki w tobołku przez pół Japonii. Swój jedyny wydany za życia zbiór opatrzył dedykacją: „Ofiarowuję tę księgę przed duchem matki, która pospieszyła się z młodą śmiercią”. A w 1938 roku, przy obrzędzie w rocznicę śmierci matki, napisał:
うどん供へて、母よ、わたくしもいただきまする
(udon sonaete, haha yo, watakushi mo itadakimasuru)
stawiam ci makaron, matko, i sam też zjem

Kuszące jest postawienie diagnozy pośmiertnej, bo materiał sam się o nią prosi, i widziałem takie próby, od depresji nawracającej po zaburzenia osobowości. Nie zrobię tego, i nie z ostrożności. Etykieta zamyka sprawę, a w tych zapiskach najciekawsze jest właśnie to, że sprawa się nie zamyka dobrze w żadnej z szufladek. Spróbujemy dziś go poznać – choć nie będzie to łatwe.
しぐるるや死なないでゐる
(shigururu ya shinanai de iru)
zimna mżawka a ja wciąż nie umarłem

Pisał od dawna. Klasyczne haiku podpisywał pseudonimem Tanishikō (田螺公), co znaczy mniej więcej „pan ślimak błotny”, i już w tym żarcie widać człowieka niezdolnego potraktować siebie serio nawet przez chwilę. Przekłady z Turgieniewa sygnował inaczej: Santōka (山頭火), „ogień na szczycie góry”. To imię z systemu nacchin, wróżebnych kategorii przypisanych rocznikom urodzenia. Jego rocznikowi przypadał zupełnie inny znak, więc wybrał sobie ten po prostu dlatego, że mu się podobał, o czym sam napisał później w prasie. Jedno ze słownikowych znaczeń złożenia 山頭 to miejsce kremacji.


Legenda każe wierzyć, że te wiersze wychodziły z niego bez namysłu, niby bełkot pijanego. Zachowały się dowody rzeczowe przeciw. We wrześniu 1930 roku, ze stacji Yatsushiro, Santōka wysłał znajomemu z Kumamoto pocztówkę z wierszem:
大空の下を行く何処へ行く
(ōzora no shita o yuku doko e yuku)
„idę pod wielkim niebem, dokąd idę”

Człowiek bez siedemnastu sylab i bez słowa pory roku ściga po Kyūshū własną pocztówkę, żeby wymienić kosmiczne „wielkie niebo” na coś, co parzy w kark. Zysk jest oczywisty dopiero po zestawieniu. Pierwsza wersja jest o człowieku pod niebem, czyli o niczym. Druga jest o skwarze, o ciele, o czterdziestu kilometrach do przejścia. Wolne haiku nie było zaniedbaniem formy. Było wyborem innej.

Trzydziestotrzyletni bankrut zabrał żonę i sześcioletniego syna i pojechał do Kumamoto, gdzie miał znajomego z kręgu poetyckiego, Kanezakiego Chitōsona. Tamtejsi młodzi literaci znieśli mu własne książki i pomogli otworzyć antykwariat pod nazwą Garakuta (雅楽多), grą słów oznaczającą jednocześnie „rupiecie” i „dużo eleganckiej muzyki”. Interes nie szedł. Przerobili go na sklep z ramami do obrazów. Ten też nie szedł, a przynajmniej nie szedł z Santōką, bo prowadzenie stopniowo przeszło na Sakino, jego żonę, a on pił.

Pierwszego września 1923 roku zastało go w Tokio wielkie trzęsienie ziemi Kantō. W chaosie pogromów, które po nim nastąpiły, zatrzymała go żandarmeria i przetrzymała w więzieniu Sugamo. Nie wiemy, za co. Wyszedł, wsiadł w pociąg i pojechał do Kumamoto, do byłej żony.



松はみな枝垂れて南無観世音
(matsu wa mina shidarete namu Kanzeon)
wszystkie sosny zwisają gałęziami namu Kanzeon
Nie ma tu żadnej interpunkcji ani żadnego przejścia. Sosny opadają gałęziami, a zaraz obok, w tym samym oddechu, pada wezwanie do Kannon, bodhisattwy współczucia. Zdanie nie mówi, że drzewa się modlą, ani że modlitwa jest jak drzewo. Zestawia dwie rzeczy i wycofuje się. Cała technika Santōki mieści się w tym jednym geście: usunąć spójnik i zobaczyć, co zrobią elementy zostawione same sobie. Po roku uciekł z tej pustelni.
W kwietniu 1926 zawiązał tobołek i ruszył. Sam opisał to jednym zdaniem: „W kwietniu piętnastego roku Taishō, niosąc na plecach zwątpienie, którego nie umiałem rozwiązać, wyszedłem w drogę kwesty i tułaczki”. Pierwszy wiersz drogi jest najsłynniejszym wersem, jaki napisał:
分け入つても分け入つても青い山
(wakeitte mo wakeitte mo aoi yama)
wchodzę i wchodzę w głąb a góry wciąż zielone

Wśród najwcześniejszych wierszy drogi jest jeden opatrzony notą doktrynalną, cytatem z „Shushōgi” (修証義), zbioru wypisów z Dōgena używanego w szkole sōtō: „Wyjaśnić życie i wyjaśnić śmierć to jedyna wielka sprawa domu Buddy”. Sam wiersz brzmi tak:
生死の中の雪ふりしきる
(shōji no naka no yuki furishikiru)
w środku życia i śmierci śnieg sypie bez ustanku
Nota jest doktrynalna, wiersz nie jest. Shōji (生死), „życie i śmierć”, to w słowniku buddyjskim techniczna nazwa samsary, kołowrotu narodzin i umierania. Santōka bierze termin z traktatu i wsadza w niego pogodę. Wbrew zapowiedzi Dōgena, nic tu nie zostaje wyjaśnione. Sypie śnieg. Zestawienie działa dokładnie dlatego, że autor nie dopisał do niego morału, i już tutaj widać, co robił z buddyzmem przez następne czternaście lat: brał jego język, ale nie brał jego obietnicy.
Siódmego kwietnia tego samego roku, na wysepce Shōdoshima, umarł Ozaki Hōsai. Absolwent prawa na cesarskim uniwersytecie, wysoki urzędnik w firmie ubezpieczeniowej, alkoholik, w końcu żebrzący mnich, drugi wielki poeta wolnego haiku z tej samej redakcji. Nigdy się nie spotkali. Hōsai napisał wcześniej wers znany dziś w Japonii dość dobrze, bo omawiany w szkole:
咳をしても一人
(seki o shite mo hitori)
„kaszlę i nadal sam”
Santōka, gdy dotarła do niego wiadomość, odpowiedział zmarłemu wprost, opatrując wiersz notą „wtórując dziełu świeckiego mnicha Hōsaia”:
鴉啼いてわたしも一人
(karasu naite watashi mo hitori)
kruk zakrakał ja też sam

Wędrówka wyglądała bardzo konkretnie i nie miała w sobie nic z romantyzmu. Kapelusz z plecionego bambusa, wytarty habit, ochraniacze na łydki, słomiane waraji, żelazna miska teppatsu (鉄鉢). Stawał pod drzwiami i recytował Sutrę Kannon, dopóki ktoś nie wyszedł. W dzienniku odnotował, że ręce mu poczerniały od trzymania miski w słońcu. Zauważył też, że słomiane sandały to obuwie anachroniczne, wyparte przez gumowe jika-tabi, i że łatwiej je już kupić w mieście niż na wsi. Zapisał wtedy zdanie najbliższe jego własnej teorii siebie: „Jest pociąg, jest samochód, a ja idę pieszo, w dodatku w słomianych sandałach. Otóż właśnie w tym, że robię coś tak niemądrego, leży racja istnienia mnie, człowieka niemądrego”.

Ekonomia tego życia daje się odtworzyć co do sena. Nocleg kosztował dwadzieścia pięć do czterdziestu senów, łaźnia od jednego do trzech, gō (180 ml) sake trzynaście, shō (1,8 litra) ryżu między osiemnaście a dwadzieścia osiem. Do miski wpadały głównie miedziane jednosenówki, raz dostał miedziaka wartego pół sena wygrzebanego przez staruszkę z szuflady. Jego zapisana uczta wygląda tak: pięć pieczonych sardynek za dwa seny, trzy pędy myōga za jeden, sos sojowy za jeden. Razem cztery seny. Dla porównania, w tym samym dzienniku notuje dniówki widziane po drodze: robotnik osiemdziesiąt senów, robotnica pięćdziesiąt, wypalacz węgla drzewnego dwadzieścia pięć. Wyciąga z tego wniosek bez cienia litości dla siebie: tym ludziom starcza dokładnie na to, żeby nie umrzeć, a on żyje z ich datków.

„Poczułem podłość mojej kwesty. Dziś w Miyanoura dostałem półtora shō ryżu i jakieś dziesięć senów, a to już w zupełności starczy na nocleg i jedzenie. Mimo to poszedłem żebrać dalej, do Udo, i dostałem ryż i pieniądze. Bo chce mi się pić. Bo chce mi się palić. Że jałmużna zamienia się prosto w alkohol i nikotynę, czy to nie jest podłe?”.
Warto się przy tym zatrzymać, bo tu leży sedno. Santōka nie był mnichem, który popadł w słabość. Był alkoholikiem w habicie i wiedział o tym z precyzją godną notatki terapeutycznej. W tym samym wrześniu 1930 zapisał:
„Muszę jak najszybciej znieść alkohol i calmotin”.

Rok później zanotował zdanie porządkujące całą tę farmakologię: „Alkohol albo calmotin, jedno i drugie to broń słabego, a raczej środek ochronny”. Osobno pisze, że pije nie dla przyjemności, bo obudzenie się po pijanemu jest nie do zniesienia, tylko dlatego, że inaczej nie zaśnie. Bezsenność, samoleczenie, tolerancja, wstyd, kolejny kieliszek. Ten cykl jest w jego dzienniku opisany dokładniej niż w niejednym podręczniku, z tą różnicą, że autor nie ma z niego wyjścia.
Z tych miesięcy pochodzą dwa wersy stojące najbliżej klinicznego samoopisu. Pierwszy:
どうしようもないわたしが歩いてゐる
(dō shiyō mo nai watashi ga aruite iru)
idzie sobie takie moje ja i nic się już z nim nie da zrobić
Dō shiyō mo nai to potoczna fraza o czymś nie do naprawienia, o przypadku beznadziejnym. Santōka przykleja ją do siebie jako zwykłą przydawkę i mówi o sobie tak, jakby referował cudzą sprawę. Nie ma tu skruchy ani buntu. Kusi, żeby oddać to jako „idę sobie taki bezradny”, co czyniłoby go nieco rozczulającym, ale w oryginale nie ma śladu rozczulenia. Jest rzeczoznawcza ocena stanu technicznego. Drugi:
まつすぐな道でさみしい
massugu na michi de samishii
prosta droga i smutno
Cztery słowa i jedno odwrócenie. Prosta droga powinna być ulgą po zakrętach, bo widać cel i nie trzeba wybierać. Tutaj jest odwrotnie, bo widać też, jak długo jeszcze. Wers ma dwanaście mor, o pięć mniej niż powinno mieć haiku, i akurat w tym wypadku brak słychać: zdanie urywa się, zanim zdąży się usprawiedliwić.
Z tej zimy pochodzi też wiersz, który sam opatrzył notą „autoszyderstwo”:
うしろすがたのしぐれてゆくか
(ushiro sugata no shigurete yuku ka)
czy to moje plecy odchodzą w zimną mżawkę
Cała trudność przekładu siedzi w słowie shigure (時雨), oznaczającym drobny, przelotny deszcz późnej jesieni, w klasycznej poezji jeden z najstarszych sygnałów nietrwałości. Santōka używa go jako czasownika i przykleja do własnych pleców. Patrzy na siebie z zewnątrz, z odległości kilku kroków, jak na kogoś obcego, kto się oddala. Pytajna partykuła na końcu nie oczekuje odpowiedzi. Jest raczej znakiem, że mówiący nie jest pewien, czy to jeszcze on.
Obok tego wiersze, w których nie ma już żadnego dystansu:
鉄鉢の中へも霰
(teppatsu no naka e mo arare)
i do żelaznej miski grad
笠も漏りだしたか
(kasa mo moridashita ka)
kapelusz też zaczął przeciekać
しぐるるや死なないでゐる
(shigururu ya shinanai de iru)
zimna mżawka a ja wciąż nie umarłem


曼珠沙華咲いてここがわたしの寝るところ
(manjushage saite koko ga watashi no neru tokoro)
zakwitły czerwone lilie tu będę spał
Sześć lat Gochūanu bywa opisywane jako okres ukojenia. W dzienniku wygląda inaczej. Owszem, są wpisy o kipiącym ryżu i o cieple ognia, i wtedy język robi się rozbrajająco prosty:
こころすなほに御飯がふいた
(kokoro sunao ni gohan ga fuita)
na sercu prosto ryż wykipiał
Ale w tym samym zeszycie stoi też:
„Noc była długa i ciemna, ledwie doczekałem rana. To życie, gdzie chce się umrzeć i nie można, i gdzie nie można umrzeć, a chce się”.
I dalej, bez ozdobników:
„Nie umiem umrzeć, nie umiem żyć. To dylemat. Tutaj potrzebny jest skok religijny, zwłaszcza zen”.

Osiadłość niczego nie rozwiązała, bo problemem nie była droga. Z Gochūanu uciekał w podróże regularnie, w grudniu 1935 zanotował powód wprost: „nie mogłem znieść siedzenia samotnie w chacie”. Ruch działał u niego dokładnie tak, jak alkohol: przynosił ulgę, nie zmieniał niczego i wymagał powtórzenia. Sam to widział. Napisał w drodze zdanie kończące wszelką dyskusję o wędrówce jako terapii:
„Chyba nie tyle zmęczyłem się chodzeniem, ile zmęczyłem się życiem”.
Z tego okresu pochodzi też najlepszy dowód, że mit o bezwiednym improwizowaniu wierszy jest fałszywy. W posłowiu do jednego z działów zbioru Santōka zestawia dwie wersje tego samego wersu i sam je datuje:
しみじみ食べる飯ばかりの飯である
(shimijimi taberu meshi bakari no meshi de aru)
jem powoli ryż i nic prócz ryżu
草にすわり飯ばかりの飯
(kusa ni suwari meshi bakari no meshi)
siadam w trawie ryż i nic prócz ryżu
Komentuje: „Wreszcie udało mi się to przerobić. Oba wersy dzieli ponad dziesięć lat”. Poprawka polega na wycięciu przysłówka i orzeczenia oraz wstawieniu ciała w krajobraz. Znika czułość wobec siebie, pojawia się trawa. Dziesięć lat na jeden wers. W innym miejscu przyznaje, że ma dwa warianty jednego wiersza i nie umie wybrać, więc drukuje oba:
やつぱり一人がよろしい雑草
(yappari hitori ga yoroshii zassō)
jednak samemu lepiej, chwasty
やつぱり一人はさみしい枯草
(yappari hitori wa samishii karekusa)
jednak samemu smutno, zeschła trawa

ふと子のことを百舌鳥が啼く
(futo ko no koto o mozu ga naku)
nagle myśl o synu krzyczy dzierzba
Gramatyka tu nie działa i to nie jest przypadek. Zdanie zaczyna się od nagłej myśli o dziecku i nie kończy jej, tylko przerywa krzykiem ptaka. Dzierzba jest w japońskiej poezji ptakiem ostrym, jesiennym, nabijającym zdobycz na gałęzie i druty. Santōka nie pisze, że tęskni. Pokazuje, że myśl o porzuconym synu przychodzi i zostaje ucięta, i pozwala nam samym zdecydować, czy ucina ją ptak, czy on.

Są tam wiersze o kobietach szyjących na ulicy pasy z tysiąca ściegów dla żołnierzy, o księżycu świecącym nad miastem, „które akurat gdzieś bombardują”, o flagach nad domami, skąd wyszli na wojnę dwaj synowie. Jest cykl o powitaniu prochów poległych:
しぐれつつしづかにも六百五十柱
(shiguretsutsu shizuka ni mo roppyaku gojū hashira)
zimna mżawka i cisza sześćset pięćdziesiąt urn

Nie zamierzam wytaczać zmarłemu procesu ani udawać, że w Japonii roku 1938 istniała szeroka przestrzeń wyboru. Zwracam uwagę na coś innego. Człowiek, który przez piętnaście lat notował z bezlitosną dokładnością każdą własną słabość, w tym miejscu przestaje patrzeć na siebie z boku i zaczyna mówić głosem zbiorowym. Wolne haiku, wymyślone po to, żeby chwytać jednostkowe wrażenie bez podpórek wspólnej tradycji, dostaje właśnie podpórkę. I działa gorzej.
Warto przy tym wiedzieć, kto zbudował powojenny kult Santōki. Jego przyjaciel i wykonawca literacki, Ōyama Sumita, urzędnik Ministerstwa Poczt, później współpracownik Naikaku Jōhōkyoku, czyli rządowego biura informacji i propagandy, wydał w 1940 roku książkę o zen i lojalizmie cesarskim podpułkownika Sugimoto Gorō. Ten sam Ōyama przechował papiery Santōki, nazwał jego ostatnią pustelnię, napisał najczęściej cytowaną biografię i po wojnie uczynił z niego markę. Nie twierdzę, że coś sfałszował. Twierdzę, że Santōka, jakiego dostał świat od lat sześćdziesiątych, to wybór z piętnastu tysięcy wersów i z kilku tysięcy stron dziennika, a wyboru dokonał człowiek o bardzo określonej biografii, w bardzo określonym momencie, gdy dział „zaplecze frontu” przestał się nadawać do cytowania.

W listopadzie ruszył w drugą pielgrzymkę po osiemdziesięciu ośmiu świątyniach Shikoku, z tabliczką matki na plecach. Nie dokończył jej. Było zimno, kwesta szła źle, więc przerwał wędrówkę w Kōchi i wrócił do Matsuyamy. Zapisał w dzienniku, z zażenowaniem, że w Dzień Służby Rozwojowi Azji, comiesięczne państwowe święto wstrzemięźliwości, „przyjął odrobinę alkoholu, żeby rozproszyć smutek podróży”.

Dwudziestego ósmego kwietnia 1940 roku wydawnictwo Yakumo Shorin w Tokio wydało Sōmokutō (草木塔), „Stupę traw i drzew”. Siedemset jeden wierszy wybranych z około piętnastu tysięcy, siedem wcześniejszych prywatnych zeszytów zebranych w jedną książkę, dedykacja dla matki na pierwszej stronie. Miał wtedy pięćdziesiąt siedem lat i pół roku życia przed sobą. Ruszył w drogę roznosić egzemplarze znajomym.

W tych samych tygodniach prowadził u siebie comiesięczne spotkania poetyckie, pierwsze własne w życiu, nazwane Kaki no kai, „Zebranie Kaki”. Chodził do gorących źródeł Dōgo, ukuł na to własne powiedzenie: „jedna kąpiel, jeden kieliszek”.

To ostatnie zapisane przez niego zdanie brzmi tak:
„Wieczorem poszedłem do Ichijuna, pogadaliśmy w spokoju, wróciłem. Późną nocą siadam pisać, a dziś ręka szczególnie mi drży”.
Dziesiątego października wieczorem w Issōanie zebrało się Zebranie Kaki. Gospodarz leżał pijany i chrapał tak głośno, że słychać go było przez ścianę. Zdarzało mu się to często i nikt się nie przejął. Przyjaciele odczytali swoje wiersze w sąsiedniej izbie, około jedenastej rozeszli się do domów i celowo go nie budzili. Umarł nad ranem jedenastego, według szacunku około czwartej, na wylew, choć ówczesna diagnoza mówiła o porażeniu serca. Mówił wcześniej, że marzy mu się korori ōjō, „odejście na pstryknięcie”, śmierć bez łóżka i bez świadków. Dostał dokładnie to.
W ostatnim dziale Sōmokutō, pod notą „we wrześniu, w drogę na pielgrzymkę po Shikoku”, stoi wers, którym zamknął książkę:
鴉とんでゆく水をわたらう
(karasu tonde yuku mizu o watarō)
kruk przelatuje przeprawię się przez wodę

W jednym z późnych wpisów Santōka podsumował siebie zdaniem cytowanym potem tysiące razy, zwykle bez kontekstu:

Zwykle czyta się to jako pokorę mędrca. Warto sprawdzić, co w tym zdaniu jest naprawdę powiedziane. Że wiersze wzięły się nie mimo marnotrawstwa i alkoholu, tylko z nich. Że nie ma tu wymiany odkupującej cierpienie sztuką, bo autor nie mówi, że warto było. Mówi tylko, jak było.
Zostaje pytanie, którego on sam nie rozstrzygnął i nie ma powodu, żeby rozstrzygać je za niego. Czy trzeba przejść czterdzieści tysięcy kilometrów w słomianych sandałach, żeby napisać pięć słów o gradzie w misce. Czy raczej pisze się takie zdania dlatego, że nie umie się usiedzieć, a wtedy droga nie jest metodą, tylko objawem. Santōka zapisał obie odpowiedzi, w odstępie kilku stron, i obie w tym samym zeszycie zostawił.
1. Burton Watson (przekł.), For All My Walking. Free-Verse Haiku of Taneda Santōka, with Excerpts from His Diaries, 2003
2. Hiroaki Sato, Santoka. Grass and Tree Cairn, 2002
3. John Stevens, Mountain Tasting. Zen Haiku by Santōka Taneda, 1980
4. 種田山頭火『草木塔』八雲書林、東京 1940(テキスト:『現代日本文學大系』95、筑摩書房、東京 1973)
5. 種田山頭火『行乞記』『其中日記』『一草庵日記』『四国遍路日記』, w: 『山頭火全集』第十巻、春陽堂書店、東京 1987
6. 村上護『種田山頭火 うしろすがたのしぐれてゆくか』(ミネルヴァ日本評伝選)、ミネルヴァ書房、京都 2006
7. 金子兜太『種田山頭火 漂泊の俳人』講談社現代新書、東京 1974
8. 八代市立博物館未来の森ミュージアム, 展示解説シート「種田山頭火と八代 ~昭和5年自筆書簡を中心に~」, 八代 2019 (zbiory Kumamoto Bungaku-Rekishikan)
>> PODOBNE ARTYKUŁY:
Wąska ścieżka, szeroki oddech. Na północ — w głąb kraju i siebie — z mistrzem Bashō
Komusō – mnich pustki. Destrukcja „ja” w dawnej Japonii.
Goze: niewidome artystki feudalnej Japonii - godność w tułaczce przez śnieg i odrzucenie
Sałatki nie było. Tawara Machi, japońska nauczycielka, która zabrała poezję ekspertom
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!