
Dwadzieścia po siódmej rano, drugi tydzień kwietnia. Dziewczynka ma sześć lat i sztywny tornister w żółtym pokrowcu z napisem o bezpieczeństwie w ruchu drogowym. Pokrowiec dostała w dniu uroczystości otwarcia roku szkolnego, razem z podręcznikami. Do paska przypięto jej jeszcze żółtą naszywkę z hasłem wybranym w ogólnokrajowym konkursie, w kategorii dziecięcej w roku 2024:
わたるまえ わすれずかくにん みぎひだり
(wataru mae, wasurezu kakunin, migi hidari)
„Zanim przejdziesz, nie zapomnij sprawdzić: w prawo, w lewo”

Na rogu, przy słupku z tabliczką wyznaczającą trasę do szkoły, czeka siedmioro dzieci ustawionych w kolumienkę. To tōkōhan (登校班), „drużyna marszu do szkoły”. Na czele idzie szóstoklasista z opaską na ramieniu, z tyłu drugi najstarszy, pierwszoklasiści są w środku. Kolumna rusza. Ktoś zapomniał wyciągnąć czapkę z tornistra, więc szpera pospiesznie. Ktoś kopie kamień, aż ten wpada do betonowego rowu odpływowego. To są największe wydarzenia tego poranka.

Kolumna mija sklep spożywczy z otwartymi na oścież drzwiami. Właścicielka wyciera ręce w fartuch, wychodzi na próg i mówi dzień dobry, dzieci odpowiadają chórem, odrobinę za głośno, bo tak je nauczono. Na szybie wisi tabliczka z napisem:
こども110番の家
(kodomo 110-ban no ie)
„dom pod numerem alarmowym dla dzieci”
110 to japoński numer policji. Tabliczka znaczy, że właścicielka zgłosiła się na ochotnika: jeśli dziecko wpadnie tu spłoszone, ma je wpuścić, zatrzymać u siebie i zadzwonić na policję, do szkoły albo do rodziców. Dziecko nie musi niczego jej tłumaczyć ani prosić. I wie o tym.

Ta scena ma swoją cenę i swoją historię. Żadnego z jej elementów nie da się kupić ani wprowadzić jednym rozporządzeniem. Trasa jest wyznaczona urzędowo i naniesiona na mapę, jaką dostaje każdy rodzic. Auta jadą tędy trzydzieści na godzinę, bo tak zaprojektowano ulicę, nie dlatego, że kierowcy są uprzejmi. Maski japońskich samochodów mają łagodniejszy profil, bo od ponad dwudziestu lat testuje się je pod kątem uderzenia w głowę pieszego, osobno w wersji dziecięcej. Sklepikarka wie, czyje to dziecko, zna rodziców. Mężczyzna z chorągiewką stoi tu ósmy rok, cztery razy w tygodniu, za darmo.
To wszystko razem jest odpowiedzią na pytanie, jakie zadaje sobie zachodni widz programu o japońskich przedszkolakach chodzących samotnie po sprawunki. Odpowiedź nie brzmi: bo japońskie dzieci są zaradne i ułożone. Brzmi: bo ktoś to tak zbudował, by się dało.


Zanim padnie zdanie o japońskiej mądrości albo o medialnej „ustawce”, produkcję trzeba rozłożyć na części, bo esej oparty na montażu byłby wart tyle co montaż.

Granicę wyznaczyli empirycznie. Poniżej pięciu lat i trzech miesięcy dzieci nie orientują się, że ktoś za nimi idzie. Powyżej zaczynają wpatrywać się w kamerę i dopytywać, dlaczego ona na nie patrzy.

Najciekawsze zdanie pada u producentki mimochodem. Rodziny same wybierają zadanie, a produkcja doradza im wyłącznie w jednej sprawie: to musi być otsukai, sprawunek dla kogoś, nie zakupy dla siebie. Gdy rodzice proponują, żeby dziecko samo zdecydowało, co kupi, ekipa odpowiada, że wtedy nic z tego nie będzie. Dziecko wytrzyma do końca tylko wtedy, gdy robi to dla kogoś innego.


Program nie jest konkursem i nikt w nim nie wygrywa. Nie ma jury, nagrody ani przegranych; zdarzają się wyprawy zakończone niepowodzeniem i one też idą na antenę. Nie jest też poradnikiem wychowawczym, bo nie pada w nim ani jedno zdanie mówiące widzom, jak mają postępować z własnymi dziećmi. Producentka Yano Naoko określa to inaczej i jej sformułowanie brzmi zupełnie nie tak jak netfliksowy opis: chcą udokumentować pewien japoński zwyczaj, zanim ten zniknie.

Jest w tym raporcie jeszcze jedna korelacja, cytowana rzadziej niż sam ranking. Poziom niezależnej mobilności dzieci w danym kraju idzie w parze ze wskaźnikami dobrostanu dzieci mierzonymi przez Unicef. Autorzy stawiają ostrożną hipotezę, że swoboda poruszania się bywa tanim i łatwym do zebrania wskaźnikiem zastępczym dla czegoś znacznie szerszego: bezpieczeństwa ulic, jakości sąsiedztwa, dostępu do rówieśników bez pośrednictwa dorosłego. Korelacja nie jest przyczyną, a kraje nordyckie wypadają wysoko w większości zestawień dobrostanu z tuzina powodów naraz. Sam kierunek jednak zapada w pamięć, bo w publicystyce o wychowaniu dzieci samodzielność funkcjonuje zwykle jako czynnik ryzyka, nie jako wskaźnik zdrowia.
W tym miejscu zwykle pada zdanie o paradoksie. Kultura opisywana jako kolektywistyczna, wymagająca konformizmu i wtapiania się w grupę, daje małym dzieciom poziom fizycznej samodzielności, jakiego odmawia im zachodni indywidualizm.
Kłopot polega na tym, że pierwsza połowa tego zdania jest empirycznie słaba.

Źródłem całego przekonania jest indeks Hofstedego z 1980 roku, zbudowany na ankietach pracowniczych jednej korporacji. Heine ze współpracownikami wykazali w 2002 roku, że Hofstede błędnie zinterpretował jeden z czynników swojej analizy jako czynnik indywidualizmu. David Matsumoto, komentując przegląd z 2018 roku, napisał, że pora, by pole badawcze przestało powtarzać tezę nieznajdującą oparcia w danych.
Nie znaczy to, że różnic nie ma. Znaczy, że nie są to różnice charakteru. Japońskie dziecko wychodzące rano z domu jest nadal dzieckiem, tak jak polskie, czy hiszpańskie. Ma inną ulicę, inne domyślne procedury i inną liczbę czujnych oczu na tej ulicy.
To przesuwa całe pytanie z psychologii różnic indywidualnych do psychologii sytuacji. I dopiero tam robi się interesująco.
Japoński ma czasownik nieprzekładalny na polszczyznę jednym słowem:
見守る

Akiko Hayashi i Joseph Tobin poświęcili temu czasownikowi lata badań wideoetnograficznych w japońskich przedszkolach. Ich najgłośniejszy materiał pokazuje bójkę czterolatków. Nauczyciel widzi wszystko, robi krok w tył i czeka, aż inne dzieci wejdą między walczących. Amerykańscy nauczyciele oglądający to nagranie widzieli zaniedbanie obowiązków. Japońscy widzieli decyzję pedagogiczną. Fuminori Nakatsubo z zespołem opisali to w 2021 roku jako intencję edukacyjną stojącą za nieinterwencją: nauczyciel powstrzymuje się, żeby dzieci same wypracowały rozwiązanie, a jego obecność ma być odczuwalna, nie użyta.

Praktyka mimamoru ma tło, jakiego nikt by się nie spodziewał. Wyrasta nie z luźnej więzi, lecz z wyjątkowo ciasnej siatki powiązań. Można by przypuszczać, że kultura wypuszczająca czterolatki na ulicę rozluźnia więź wcześnie.


Japońskie jednolatki zniosły rozstanie gorzej niż dzieci z któregokolwiek innego badanego kraju. Nie dlatego, że łączyła je z matką gorsza więź. Dlatego, że nigdy wcześniej się z nią nie rozstawały. W Japonii tamtych lat dziecko spało w tym samym pokoju co rodzice i na tym samym posłaniu, kąpało się razem z matką, spędzało z nią cały dzień i było przy niej noszone. Praktycznie nie istniały sytuacje, że było choćby na chwilę odseparowane od matki. Pierwszy rok życia upływał w bliskości całodobowej. Test pokazał tym dzieciom coś, czego zupełnie nie znały. Doi Takeo nazwałby to naturalnym środowiskiem amae (甘え – więcej o tym pojęciu pisałem tutaj: Amae (甘え) – japońskie słowo odsłaniające uczucie, o którym Zachód milczy).
Sekwencja wygląda więc tak: bardzo ciasna baza we wczesnym dzieciństwie, a potem jeden kulturowo napisany skok. Nie stopniowe popuszczanie smyczy przez dekadę, jak w modelu zachodnim, tylko trzymanie dziecka blisko, a następnie wyprawienie go w świat w jednym określonym momencie, na oczach rodziny i połowy ulicy.

Najważniejsze pozostaje jednak to mimochodem rzucone zdanie producentki o sprawunku dla kogoś. Teoria samostanowienia Deciego i Ryana mówi, że dobrostan wymaga zaspokojenia trzech potrzeb: autonomii, kompetencji i więzi. Zachodnia lektura pierwszej wyprawy widzi w niej trening dwóch pierwszych. Japońska konstrukcja zadania dokłada trzecią i to właśnie ona niesie całą motywację. Dziecko nie idzie po to, żeby udowodnić, że potrafi. Idzie, bo dziadek czeka na sok, a ojciec zostawił fartuch w domu. Autonomia jest tu produktem ubocznym zobowiązania. To jest ten fragment, gdzie Zachód często się gubi patrząc na Japonię i próbując wszystko tłumaczyć rozróżnieniem indywidualizm kontra kolektywizm.
I na tym polega odpowiedź na rzekomy paradoks. Japońska praktyka nie buduje samodzielności wbrew więzi grupowej. Buduje ją z niej. Pięciolatek nie dowiaduje się, że jest osobnym, niezależnym podmiotem. Dowiaduje się, że jest komuś potrzebny, i dlatego przechodzi przez ulicę.
Czy to działa? Pytanie trzeba rozbić na dwa, bo odpowiedzi mają różną jakość.


Zastrzeżenie stawiają sami autorzy i trzeba je powtórzyć. Kierunek przyczynowy może biec na odwrót: dzieci mniej lękliwe wspinają się wyżej, więc częściej spadają. Wynik jest zgodny z hipotezą antyfobiczną, ale jej nie dowodzi.

Jest jeszcze pytanie trzecie, rzadko zadawane przez zwolenników praktyki: czy dziecko wyposażone w wiedzę potrafi jej użyć. Miyata Mieko przebadała uczniów podstawówki pod kątem realnych sytuacji zagrożenia na drodze do szkoły. Wśród dzieci, które będąc same natrafiły na zachowanie budzące niepokój, mniej więcej jedna trzecia nie zrobiła nic. Nie uciekła, nie krzyknęła, nie wbiegła do sklepu z tabliczką. Zamarła. To standardowa reakcja układu nerwowego na zagrożenie i żadna liczba pogadanek prewencyjnych jej nie usuwa. Sieć dorosłych oczu nie jest w tym układzie ozdobą kultury ani luksusem. Bez niej reszta nie działa.
I rzecz ostatnia, najbardziej niewygodna dla całej tej publicystyki, wliczając niestety niniejszy esej. Przeszukałem japońskie bazy akademickie w poszukiwaniu prac mierzących skutki samego zwyczaju pierwszej wyprawy. Nie ma ich. Praktyka jest opisywana, celebrowana, wydana Netfliksowi i sprzedana jako format telewizyjny do Singapuru, Holandii i Kanady, a nigdy nie została zmierzona. Wszystko, co da się o niej powiedzieć w kategoriach efektu, jest wnioskowaniem przez analogię z badań nad czymś innym. Kto ocenia te zwyczaje z całą pewnością, w jedną albo w drugą stronę, ten zmyśla.
Japończycy mają na pewien rocznik osobną nazwę:
魔の七歳
(ma no nanasai)
„te przeklęte siedem lat”

70% zdarzeń to tobidashi (飛び出し), wybiegnięcie na jezdnię. Nie brawura i nie lekceważenie przepisów. Sześciolatek ma pole widzenia węższe od dorosłego i mechanizm uwagi wyłączający całą resztę świata przy silnym bodźcu. Widzi kolegę po drugiej stronie ulicy i ulica przestaje dla niego istnieć. Kumulacja wypadków przypada na godzinę siódmą rano oraz przedział od czternastej do siedemnastej, czyli na drogę do szkoły i ze szkoły.
Odpowiedzią na te liczby było pół wieku inżynierii i edukacji.


Na przejściach przez trzydzieści lat grała melodia. Ujednolicono repertuar w 1975 roku do dwóch utworów, a jednym z nich była Tōryanse (通りゃんせ), stara piosenka dziecięca o dziecku idącym do świątyni, z wersem mówiącym, że droga tam jest łatwa, a droga z powrotem straszna. Po dyrektywie z 2003 roku melodie ustępują ptasim piknięciom, bo naprzemienne dźwięki po obu stronach jezdni lepiej prowadzą osoby niewidome. Pokolenie japońskich dzieci przechodziło przez ulicę przy akompaniamencie utworu o strachu przed powrotem, choć nikt tego tak nie zaplanował.

Domów z tabliczką jest w niektórych prefekturach po kilkadziesiąt tysięcy, a do sieci dołączyły z czasem taksówki, sklepy całodobowe i stacje kolejowe. Skuteczności nikt porządnie nie zmierzył, bo mierzyć trzeba by zdarzenia, do jakich nie doszło. Wiadomo natomiast, na czym system stoi. Wymaga obecności kogoś dorosłego w środku, w godzinach popołudniowych, czyli opiera się na strukturze demograficznej, która właśnie przestaje istnieć.

Liczba przestępstw stwierdzonych w Japonii osiągnęła szczyt w 2002 roku, około 2 850 000. Potem spadała przez dwie dekady, aż do najniższego poziomu w powojennej historii kraju w 2021. Od tego czasu rośnie i w 2024 roku wyniosła 737 679, głównie za sprawą oszustw internetowych i przestępczości rekrutowanej przez media społecznościowe. To wciąż nieco ponad jedna czwarta poziomu sprzed dwóch dekad.

Porwań dzieci poniżej trzynastego roku życia policja odnotowuje około stu rocznie, przy kilkunastu milionach dzieci w tym wieku. Znaczna część tych spraw to konflikty rodzinne o opiekę i sprawcy znani ofierze. Zabójstwo dziecka przez nieznajomego jest w Japonii zdarzeniem tak rzadkim, że każde z nich pamięta się przez całe dekady po samej nazwie miasta. I dokładnie dlatego lęk działa. Rzadkość nie osłabia lęku, tylko go ostrzy.
Sieć wzajemnej obserwacji ma jedną cechę nieusuwalną. Nie da się jej włączyć dla sześciolatki i wyłączyć dla czternastolatki.

Od środka wygląda to tak. Klasa w japońskiej podstawówce jest jednostką, nie zbiorem. Ma numer, przypisane dyżury, sprząta własną salę i korytarz, je obiad w swojej sali (patrz tu: Japoński obiad szkolny kyūshoku to dla dzieci nie przerwa, lecz lekcja wychowania, wdzięczności i zdrowia) i odpowiada zbiorowo za swoje obowiązki. Ten sam mechanizm wytwarza solidarność podziwianą przez każdego zagranicznego obserwatora i wytwarza presję nie do wytrzymania dla dziecka, które z jakiegokolwiek powodu odstaje.

Do tego jedno porównanie międzynarodowe, podawane zawsze razem z zastrzeżeniem. W badaniach Narodowego Instytutu Edukacji Młodzieży japońscy licealiści od lat wypadają najgorzej z porównywanych krajów pod względem samooceny. W jednej z edycji 72,5% zgodziło się ze stwierdzeniem, że bywają dla siebie kimś bez wartości, wobec 56,4% w Chinach, 45,1% w Stanach Zjednoczonych i 35,2% w Korei. Zastrzeżenie brzmi tak: skale samoopisowe są wrażliwe na normę skromności i na grupę odniesienia, a Japończycy odpowiadają na nie z systematycznym przesunięciem w dół. Różnica jest prawdopodobnie mniejsza, niż wygląda. Zerowa jednak zapewne nie jest.
Ten sam mechanizm, ta sama sieć, dwa różne wieki. Dziewczynka idzie sama do sklepu, bo dwieście osób na trasie wie, czyje to dziecko. Ten sam fakt, dziesięć lat później, oznacza, że na tej trasie nie ma miejsca, w którym mogłaby na chwilę zniknąć i odetchnąć.
Wpisz dziś w japońską wyszukiwarkę słowo mimamori (見守り), a dostaniesz rankingi lokalizatorów GPS.
To trzecie znaczenie czasownika i zarazem koniec praktyki opisywanej w tym eseju. Urządzenie ma kształt kafelka, wkłada się je do tornistra, a rodzic widzi położenie dziecka na telefonie w czasie rzeczywistym. Popularność bierze się częściowo z detalu regulaminowego: szkoły zwykle zabraniają wnoszenia telefonów, ale tag GPS telefonem nie jest, więc przechodzi.
Badanie zrobione na 552 rodzicach przez producenta jednego z takich urządzeń dało wynik przewrotny. W mniej więcej siedmiu na dziesięć rodzin zdarza się, że dziecko wychodzi bez sprzętu. Najczęstsza sytuacja to wyjście z kolegami. Wśród powodów, obok zwykłego zapomnienia, dwa dotyczą samego dziecka: nie lubi tego urządzenia i nie widzi potrzeby.
Równolegle rozpada się stara infrastruktura. Kolumny shūdan tōkō (集団登校) organizowało według danych ministerstwa około 63% japońskich podstawówek, a odsetek spada, bo przy konsolidacji szkół i kurczącej się dzietności w jednej okolicy nie ma już siedmiorga dzieci do ustawienia w rzędzie. Liczba grup wolontariackich zmniejszyła się od szczytu o ponad pięć tysięcy, a organizacje prewencyjne piszą wprost o starzeniu się składu i braku następców. Mężczyzna z chorągiewką zaraz będzie miał osiemdziesiąt lat, a nie ma zmiennika.
Tu widać, co się właściwie traci, bo mechanizm został zbadany. Owen Waygood i Margareta Friman pokazali na danych z regionu Osaki, że to chodzenie pieszo i poruszanie się bez dorosłego generują przypadkowe spotkania ze znajomymi twarzami po drodze. Dziecko wożone samochodem nie ma ich wcale. Dziecko idące pieszo przy rodzicu ma ich mniej, bo nikt nie zagaduje do dziecka, tylko do rodzica.
Śledzone GPSem dziecko na tej samej trasie idzie pieszo i idzie samo. Formalnie wszystko się zgadza. Zmienia się jedna rzecz, niewidoczna w statystyce: nie jest już samo z problemem. Kiedy zgubi drogę, nie musi nikogo zapytać, bo za chwilę zadzwoni telefon i matka poprowadzi je z kuchni.
Zwyczaj filmowany przez Nippon TV od trzydziestu pięciu lat nie ginie od niebezpieczeństwa. Ginie od rozwiązania problemu, którego nie było.


Pierwsza wyprawa nigdy nie była lekcją niezależności. Była transakcją między dzieckiem a ulicą. Dziecko o tej umowie nie wiedziało i na tym polegała cała jej wartość: szło w przekonaniu, że jest samo, w warunkach starannie przygotowanych tak, żeby samo nie było.
Umowa wygasa teraz z obu stron naraz. Ulica ma siedemdziesiąt lat i coraz mniej rąk. Dzieci jest z każdym rocznikiem mniej. Patrzenie przeniosło się do urządzenia, które nie mruga i nie odwraca wzroku.
Zostaje pytanie. Nie znam na nie odpowiedzi i nie sądzę, żeby ktoś ją miał. Czego uczy się dziecko idące samo przez miasto, kiedy ktoś przez cały czas wie dokładnie, gdzie ono jest i jest zawsze dostępny w apce telefonu?
ŹRÓDŁA
1. Shaw, B., Bicket, M., Elliott, B., Fagan-Watson, B., Mocca, E., Hillman, M., Children’s Independent Mobility: an international comparison and recommendations for action, Policy Studies Institute, Londyn 2015.
2. Takano, Y., Osaka, E., An unsupported common view: Comparing Japan and the U.S. on individualism/collectivism, „Asian Journal of Social Psychology” 2 (3), 1999, s. 311-341; oraz tychże, Comparing Japan and the United States on individualism/collectivism: A follow-up review, tamże, 21, 2018, s. 301-316.
3. Sandseter, E. B. H., Kennair, L. E. O., Children’s Risky Play from an Evolutionary Perspective: The Anti-Phobic Effects of Thrilling Experiences, „Evolutionary Psychology” 9 (2), 2011, s. 257-284.
4. Poulton, R., Davies, S., Menzies, R. G., Langley, J. D., Silva, P. A., Evidence for a non-associative model of the acquisition of a fear of heights, „Behaviour Research and Therapy” 36 (5), 1998, s. 537-544.
5. Vigdal, J. S., Brønnick, K. K., A Systematic Review of „Helicopter Parenting” and Its Relationship With Anxiety and Depression, „Frontiers in Psychology” 13, 2022.
6. Hayashi, A., Tobin, J., Teaching Embodied: Cultural Practice in Japanese Preschools, University of Chicago Press, Chicago 2015; oraz Nakatsubo, F. i in., The Educational Intention behind Non-Intervention: A Case on the Japanese Mimamoru Approach, „Croatian Journal of Education” 23 (4), 2021, s. 1115-1138.
7. Waygood, E. O. D., Friman, M., Children’s travel and incidental community connections, „Travel Behaviour and Society” 2 (3), 2015, s. 174-181.
8. Takahashi, K., Examining the Strange Situation procedure with Japanese mothers and 12-month-old infants, „Developmental Psychology” 22, 1986; oraz Miyake, K., Chen, S., Campos, J., badania z Sapporo, 1985.
9. 中村攻『子どもはどこで犯罪にあっているか 犯罪空間の実情・要因・対策』晶文社、東京 2000 (Nakamura Osamu, „Gdzie dzieci padają ofiarą przestępstw. Przestrzeń przestępczości, jej realia, przyczyny i przeciwdziałanie”).
10. 雨宮護・齊藤知範・島田貴仁・原田豊「小学校児童の空間行動と犯罪被害に関する実証的研究」『都市計画論文集』43 (3)、2008、37-52頁 (Amemiya Mamoru i in., „Badanie empiryczne nad zachowaniem przestrzennym uczniów szkół podstawowych a wiktymizacją”).
11. Netflix Tudum, wywiad z Ōuchim Junjim i Yano Naoko o produkcji Hajimete no otsukai, kwiecień 2022; World Screen TV Formats, rozmowa z Nippon TV o eksporcie formatu, czerwiec 2023.
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!