


Ta „pogodność ducha”, którą tak chętnie przypisujemy z zewnątrz, często bywa nie pogodą, tylko godnością; nie brakiem rozpaczy, tylko jej opanowaniem, żeby nie zatruć nią innych. To jest różnica, którą łatwo przegapić, jeśli patrzy się na katastrofę jak na spektakl, a nie jak na doświadczenie psychiczne: człowiek może być złamany i jednocześnie funkcjonować; może płakać w środku i równocześnie układać schludnie buty przy wejściu do schronienia. W takiej chwili kultura nie jest ozdobą – jest narzędziem przetrwania. Daje formę temu, co bez formy rozrywa człowieka na strzępy.

Ta trzeźwość jest czymś innym niż heroizm. Heroizm jest krótki, intensywny, pociągający. Bōsai jest długie, nudne, powtarzalne. Jest jak codzienna higiena psychiczna i społeczna: ćwiczenia, mapy, ustalenia, rutyny, wspólne punkty zbiórki, rozmowy o tym, kto odbierze dziecko, jeśli rodzic utknie po drugiej stronie rzeki. Z zewnątrz to wygląda jak drobiazgowość. Od środka to jest praca nad lękiem – taka, której nie widać, bo jej celem jest właśnie nie krzyczeć wtedy, gdy na krzyk jest już za późno. Można powiedzieć: Japonia oswaja katastrofę nie przez oswojenie samego żywiołu, tylko przez oswojenie własnej reakcji.

Trzeba też powiedzieć wprost: obraz „idealnie zorganizowanych Japończyków” bywa medialnym filtrem. Katastrofa zawsze odsłania pęknięcia. Są ludzie wykluczeni, samotni, starsi, którzy nie mają rodziny ani sąsiadów, którym ktoś zapuka do drzwi. Są napięcia w schroniskach, konflikty, wstyd, milczące upokorzenia, poczucie bycia ciężarem. Jest trauma, której nie da się „gamanować” w nieskończoność. Zdarzają się błędy instytucji i chaos komunikacyjny, bo skala zdarzeń przerasta najlepsze systemy. Japońska kultura bōsai nie polega na tym, że eliminuje cierpienie. Polega na tym, że próbuje ograniczać drugą falę katastrofy: tę psychologiczną i społeczną, w której ludzie rozpadliby się już nie od wody czy wstrząsu, lecz od samotności, paniki i bezradności.

A kiedy tak na to spojrzeć, tamte sceny po tsunami przestają być „japońską egzotyką”. Stają się dowodem na coś bardziej uniwersalnego: że spokój nie zawsze jest cechą charakteru. Czasem jest wynikiem wychowania, treningu i powtarzalnych praktyk, które przestawiają człowieka z pytania „dlaczego ja?” na pytanie „co teraz?”. I właśnie od tego „co teraz?” zaczyna się prawdziwy bōsai – nie jako system ostrzeżeń, tylko jako kultura życia w świecie, który nie obiecuje stabilności.



W Japonii wiele praktyk bōsai przypomina rytm codziennego życia bardziej niż rytm alarmu. Nie dlatego, że zagrożenie jest bagatelizowane, tylko dlatego, że w długim horyzoncie czasowym to jedyny sposób, by nie zwariować. Jeśli katastrofy są czymś, co „kiedyś na pewno przyjdzie” (w jakiejś formie), to życie w stałym napięciu stałoby się drugim żywiołem – równie niszczącym jak trzęsienie ziemi. Bōsai rozwiązuje ten paradoks przez banalną mądrość: oswoić nie znaczy przestać się bać; oswoić znaczy umieć działać mimo strachu, a najlepiej tak, by w decydującym momencie nie trzeba było sięgać do heroizmu, bo ciało i wspólnota mają już wydeptaną ścieżkę.

Tu warto zrobić krok w stronę psychologii, bo bez niej bōsai staje się dla Europejczyka niezrozumiałe: wygląda wtedy jak zimna dyscyplina. Tymczasem bōsai jest w dużej mierze odpowiedzią na mechanizmy, które są uniwersalnie ludzkie. Jednym z nich jest to, co badacze nazywają „normalcy bias” – skłonnością do zaprzeczania lub zaniżania ryzyka, zwłaszcza gdy informacja jest nieprzyjemna. Umysł woli uznać, że „to się nie wydarzy”, „to nie u nas”, „to przesada”, bo ta narracja jest psychicznie tańsza niż uznanie, że świat potrafi się zawalić w kilka minut. Co więcej, normalcy bias nie jest „głupotą”, tylko obroną – prymitywną, ale zrozumiałą. W sytuacji niepewności mózg próbuje utrzymać spójność rzeczywistości; jeśli jej nie utrzyma, człowiek może „zamarznąć” we własnym lęku.

Ćwiczenie ewakuacji nie jest więc „symulacją katastrofy” w teatralnym sensie; jest treningiem decyzji, mikro-odruchem: co robię, gdy słyszę sygnał, gdzie jest droga, komu pomagam, jak zachowuję uwagę. Gdy praktyka staje się normalna, normalcy bias traci część władzy – nie dlatego, że znika, ale dlatego, że w decydującym momencie człowiek ma już w sobie coś, co potrafi go poprowadzić.

Tu dotykamy sedna: bōsai nie jest wyłącznie o zagrożeniu, lecz o sprawczości. W psychologii katastrofy to jedna z najbardziej brutalnych prawd: człowieka nie niszczy tylko sama strata, ale także poczucie, że jest „pionkiem”, ofiarą. Dlatego tak dużo zależy od tego, czy działania bōsai są przeżywane jako wspólna praktyka, czy jako instrukcja „od władzy” podana przez ekspertów. Gdy ludzie czują, że są jedynie odbiorcami poleceń, łatwo rodzi się opór, obojętność albo bierne „uczestnictwo bez serca”. Gdy czują, że mają udział w planowaniu i decyzjach, pojawia się coś, co badacze określają jako zbiorową skuteczność – przekonanie, że „my jako wspólnota potrafimy coś zrobić”. To przekonanie jest cichą, ale potężną szczepionką przeciw panice.

A kiedy spojrzeć na to z perspektywy wychowania, widać, że stawką jest coś więcej niż bezpieczeństwo. Stawką jest kształt człowieka. Bōsai uczy dziecko: „świat bywa groźny, ale nie jesteś bezradny”. Uczy też czegoś jeszcze trudniejszego: „nie jesteś sam, więc nie wolno ci myśleć tylko o sobie”. To brzmi prosto, lecz jest najbardziej dojrzałym fundamentem odbudowy. Bo odbudowa zaczyna się wcześniej niż katastrofa – zaczyna się w sposobie, w jaki społeczeństwo uczy swoich najmłodszych reagować na rzeczywistość bez uciekania w zaklęcie „oby nie”.




Potem zaczyna się druga warstwa – ta bardziej „widoczna”: dzieci zakładają bōsai zukin (防災ずきん, kaptury/ochronne czepce), czasem zasłaniają usta i nos chustką, ustawiają się w korytarzu, słuchają komunikatów radiowęzła szkolnego, wychodzą na boisko, szybko się porządkują i następuje sprawdzenie obecności. Dla postronnego to wygląda jak dyscyplina. Dla psychologa to jest budowanie mapy świata: „w chaosie istnieje sekwencja”, „moja rola zawiera zarówno ‘słuchać’, jak i ‘działać’”, „jest ktoś, kto mnie policzy – i ja policzę innych”. W materiałach pojawia się nawet praktyczny detal: po wyjściu trzeba zebrać klasę w szybkim tempie i sprawnie ją ustawić, a potem zgłosić stan osobowy (np. do dyrekcji). To są drobiazgi, które w kryzysie robią różnicę między paniką a sprawnym ruchem.

I tu dochodzimy do fragmentu, który może wydawać się na Zachodzie najbardziej „japoński”: dziecko jest wychowywane nie tylko do ratowania siebie, ale do roli kogoś, kto w kryzysie chroni innych. W materiałach szkolnych to nie jest slogan. Jest cały nurt pracy wychowawczej (np. w ramach zajęć z etyki/wychowania moralnego), gdzie uczniowie rozmawiają o tym, jak wygląda życie w ewakuacji, czym jest uważność na drugiego człowieka, jakie napięcia rodzą się w tłoku i niewygodzie, i dlaczego w takich warunkach „rola” – moja, twoja, naszej klasy – jest czymś, co podtrzymuje wspólnotę.

To „chronienie innych” ma w praktyce różne formy. Najprostsza jest bardzo codzienna: starsi uczniowie pomagają młodszym się ustawić, przejść, uspokoić, pamiętać o zasadach. Bardziej dojrzała forma pojawia się w ćwiczeniach złożonych – zwłaszcza tych, które łączą szkołę z lokalną społecznością: wtedy młodzież uczy się, że katastrofa nie kończy się na boisku szkolnym. Szkoła bywa schronieniem, a nastolatki mogą stać się realnym wsparciem: w logistyce, w opiece, w komunikacji. W jednym z licealnych scenariuszy „zintegrowanego, złożonego treningu ewakuacji”* celem jest nie tylko odpowiedź na alarm i bezpieczna ucieczka, ale też wprost: potwierdzenie zachowań jijo / kyojo (samopomoc / współpomoc), przemyślenie, co młodzi mogą zrobić jako wsparcie, i budowanie postawy przywództwa oraz działań pomocowych.
*MEXT, „高等学校展開例7:地域と連携した複合的避難訓練” („Przykład wdrożeniowy dla liceów – ćwiczenie zintegrowane z udziałem lokalnych instytucji i mieszkańców”)

* K. Kitagawa (2019), “Exploring ‘everyday-life preparedness’ [seikatsu bosai]: Three case studies from Japan”
W efekcie szkoła w Japonii jest czymś więcej niż miejscem przekazywania wiedzy o zagrożeniach. Jest treningiem bardzo konkretnej dojrzałości: takiej, w której dziecko uczy się, że strach jest naturalny, ale da się go przełożyć na działanie; że niepewność jest stałym elementem świata, ale nie musi oznaczać bezradności; i że w katastrofie najważniejsza nie jest spektakularna odwaga, tylko spokojna, codzienna umiejętność współpracy. To właśnie jest „laboratorium odporności” – nie tej teatralnej, tylko tej, która w najgorszym dniu okazuje się po prostu… praktyczna.
W japońskim myśleniu o bōsai bardzo często wraca prosty trójkąt: 公助 (kōjo), 自助 (jijo) i 共助 (kyōjo). Trzy słowa, które brzmią technicznie, ale w praktyce opisują coś bardzo ludzkiego: kto komu pomaga, kiedy świat się wali – i dlaczego żaden z tych filarów nie może być traktowany jako „zastępstwo” dla pozostałych.

Stąd drugi filar: jijo (自助), czyli „samopomoc”. I tu łatwo o nieporozumienie. W Europie „samopomoc” brzmi czasem jak ideologia „radź sobie sam”. W Japonii jijo jest raczej etyką odpowiedzialności: skoro wiem, że żyję w świecie ryzyka, to moim obowiązkiem wobec innych jest nie stać się natychmiast ciężarem. To jest miękkie w treści, choć twarde w konsekwencji. „Mam wodę i latarkę, bo nie chcę zabierać ich komuś innemu”. „Znam drogę ewakuacji, bo w panice mogę poprowadzić źle swoje dziecko”. „Mam plan odbioru dziecka ze szkoły, aby szkoła mogła zająć się innymi”.

Zauważ, że w tym trójkącie nie ma heroizmu. Jest coś innego: dojrzała etyka współzależności. Bōsai nie mówi: „bądź twardy”. Mówi: „bądź przygotowany, żeby móc zadbać o siebie, a potem, by być dla innych”. To subtelne przesunięcie robi ogromną różnicę.
Tu wchodzimy w jeden z najciekawszych wątków współczesnego myślenia o japońskim bōsai: 生活防災 (seikatsu bōsai) – „gotowość w codziennym życiu”. W badaniach K. Kitagawy pojawia się prosta intuicja: przygotowanie jest trwałe nie wtedy, gdy jest imponujące, tylko wtedy, gdy jest wplecione w zwyczajne praktyki. Bo to, co wymaga specjalnej mobilizacji, szybko umiera: ludzie zapominają, odkładają „na później”, czują przesyt, a w końcu zapominają o temacie.
Seikatsu bōsai próbuje obejść tę ludzką naturę, zamiast z nią walczyć. Jak? Przez zasadę „dwa cele naraz” i przez przekształcenie przygotowania w coś, co ma sens również bez katastrofy.
Przykłady:

- Rodzinne zasady kontaktu: proste ustalenia „gdzie się spotykamy”, „kto kogo odbiera”, „kto ma listę numerów na papierze” – bo po katastrofie telefon może nie działać, a stres „czyści” pamięć.
- Mapy zagrożeń jako część rozmowy, nie ulotka: Katsuya Yamorim (profesor w Disaster Prevention Research Institute (DPRI), Kyoto University) uczy, że mapy zagrożeń powinny być współtworzone przez mieszkańców. Już na poziomie szkolnym, zamiast dawać gotowe mapy dzieciom, należy prowadzić tak zajęcia, by mapy te powstawały na nich, z uczestnictwem uczniów.
Seikatsu bōsai to więc w pewnym sensie filozofia: najlepsze przygotowanie nie wygląda jak przygotowanie. Wygląda jak normalne życie, tylko odrobinę sprytniej zorganizowane. A ponieważ nie jest ciężarem, ludzie mają większą szansę utrzymać je przez lata.

W literaturze społecznej nazywa się to czasem kapitałem społecznym, a w psychologii społecznej pojawia się pojęcie „collective efficacy” – zbiorowej skuteczności: przekonania, że „my jako wspólnota potrafimy działać razem”. To nie jest slogan. To jest realny zasób, który obniża panikę i zwiększa zdolność do organizacji.
Jak się to buduje w japońskim bōsai? Znów: przez praktyki, a nie przez wielkie deklaracje.

- Ćwiczenia osiedlowe i szkolno-osiedlowe: bo dzieci i młodzież są częścią wspólnoty, a szkoła bywa realnym schronieniem i węzłem logistycznym. To, co wyćwiczone razem, w kryzysie działa płynniej.
- Lokalne inicjatywy, które mają sens także bez katastrofy: tu jest cały geniusz seikatsu bōsai – kiedy spotkanie sąsiedzkie jest jednocześnie integracją, a nie tylko „odprawą bezpieczeństwa”, ludzie przychodzą chętniej. A więź społeczna staje się paliwem dla gotowości.

I tu znów wracamy do dojrzałości bōsai: to nie jest kultura „bez strachu”. To jest kultura, która uczy, jak żyć z lękiem tak, by nie stał się tyranem – i jak przekształcić go w sprawczość, odpowiedzialność oraz troskę, która jest praktyczna. Właśnie dlatego japoński bōsai jest mniej o katastrofie, a bardziej o człowieku.
Po wstrząsie, po fali tsunami, po tajfunie — przychodzi drugi etap, mniej filmowy, a bardziej prawdziwy: życie trzeba poskładać. I właśnie na ten etap japońska edukacja próbuje wychowywać dzieci i młodzież: nie tylko do tego, by ocalić siebie, ale by umieć współtworzyć powrót do normalności.

To przesunięcie perspektywy ma też bardzo „psychologiczny” sens. Trauma karmi się bezradnością. Człowiek, który w kryzysie ma choć minimalną rolę — nawet drobną, nawet symboliczną — odzyskuje cząstkę sprawczości. Dlatego tak ważne jest, by młodzi nie byli wychowywani wyłącznie do „posłuszeństwa procedurom”, ale do rozumienia, że po katastrofie istnieje praca, która nie wymaga siły fizycznej ani specjalistycznych uprawnień: uspokoić młodsze dzieci, pomóc w organizacji przestrzeni, podać wodę, przenieść informację, wesprzeć seniora, wziąć na siebie kawałek chaosu, żeby inni mogli oddychać. Bōsai w swojej dojrzałej formie to nie kult twardości (gaman) — to kultura tego, co można by nazwać współczującą, praktyczną użytecznością.
A potem przychodzi temat jeszcze trudniejszy: godność. Katastrofa jest upokarzająca. W jednej chwili człowiek traci prywatność, kontrolę, rytm dnia, poczucie, że jego życie ma kształt i sens, kierunek. Kultura bōsai próbuje zostawić w tym wszystkim choć trochę formy, bo forma chroni człowieka. W schronisku, w kolejce po jedzenie, w tłumie na boisku szkolnym — te drobne zasady współżycia nie są „japońską grzecznością”. Są sposobem, by w świecie bez ścian i drzwi nadal istnieć jako osoba.

Są ludzie, którzy nie uczestniczą. Czasem dlatego, że są młodzi i nie czują więzi z miejscem; czasem dlatego, że są przemęczeni pracą i nie mają już zasobów energii na „kolejne obowiązki”; czasem dlatego, że są samotni i nie mają społecznej sieci, która naturalnie wciąga w takie praktyki; czasem dlatego, że wstydzą się swojej sytuacji lub nie ufają instytucjom. Bywa też prościej: część osób ma w sobie opór wobec myślenia o katastrofie, bo to myślenie uruchamia lęk, a lęk — jak wiemy — lubi być wypierany. Seikatsu bōsai powstało właśnie po to, by z tą ludzką naturą nie walczyć pięścią, tylko sprytem: wbudować przygotowanie w życie, żeby nie wymagało ono nadzwyczajnej mobilizacji.
Istnieje napięcie między modelem odgórnym a oddolnym. Państwo i szkoła mogą stworzyć świetne ramy (i w Japonii często je tworzą), ale jeśli oddolnie nie ma więzi, zaufania, rozmowy, lokalnej sprawczości — bōsai staje się instrukcją, która działa tylko wtedy, gdy wszystko idzie zgodnie z planem. A katastrofa nie polega na tym, że wszystko idzie zgodnie z planem, prawda?

W Polsce na szczęście rzadziej żyjemy pod presją wielkich żywiołów, ale nie jesteśmy od ryzyka wolni. A nawet gdybyśmy byli wolni od katastrof natury — prywatne katastrofy i tak nas spotykają: choroba, wypadek, nagłe pęknięcie życia, strata, z którą ciężko nam się pogodzić.
Czy jesteśmy na to gotowi? Czy potrafimy — mimo bólu — przejść przez cierpienie bez wewnętrznego rozkładu, a potem przystąpić do odbudowy, czasem także do pomocy drugiemu człowiekowi? Jeśli nie, to nie szkodzi. To nie jest stała cecha charakteru, wrodzona twardość, japoński gaman, którą jedni mają, a inni nie. To jest do wyćwiczenia.
Więc prawdziwe pytanie nie brzmi: jacy jesteśmy. Brzmi: co chcemy wyćwiczyć?
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!