
Życie w stałym zagrożeniu
Trzęsienie ziemi i tsunami w Tōhoku w marcu 2011… Świat długo pamiętał tamten obraz: nie samą falę, nie czarną wodę niosącą domy jak pudełka po zapałkach, lecz ludzi po wszystkim. Kolejki ustawione bez krzyku, bez przepychania, z tą niepojętą, prawie wstydliwą uważnością na drugiego człowieka; cisza w schroniskach, w których ktoś przepraszał, że przesuwa koc, żeby nie potrącić sąsiada; proste gesty organizowania życia, jakby ktoś w środku ruin postanowił odtworzyć porządek świata w skali mikro: rozdzielić wodę, policzyć dzieci, znaleźć baterie do radia, zapisać nazwiska. W zachodniej wyobraźni to weszło natychmiast do katalogu „japońskich cudów”: naród dyscypliny, naród spokoju. I jest w tym ziarno prawdy – ale tylko ziarno. Reszta jest dużo bardziej ludzka. Bo nic nie przychodzi ot tak. Wszystko trzeba wypracować, wyćwiczyć – w dyscyplinie i determinacji.
Odbudowa zaczyna się dużo wcześniej niż katastrofa – w głowach ludzi. Zaczyna się w szkole, w wychowaniu dzieci, w czymś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak nudna rutyna, a w rzeczywistości jest psychologiczną sztuką życia w świecie ryzyka. W Japonii bōsai (filozofia bycia gotowym na katastrofy) nie ma brzmieć wzniośle — ma działać w poniedziałek o 10:17, kiedy rozlega się sygnał, a człowiek ma sekundę, by zacząć działać, a nie zastygnąć w bezruchu. Dlatego dzieci uczą się „pierwszej odpowiedzi” tak, jak uczą się alfabetu: w tych pierwszych chwilach nie czekają na mądrość z zewnątrz, tylko szukają miejsca, gdzie „nic nie spadnie, nic się nie przewróci i nic nie wjedzie” — a prosta triada „落ちてこない・ 倒れてこない・ 移動してこない” uratowała życie tysiącom dzieci i wraca jak mantra, bo działa nawet wtedy, gdy mózg jest już w trybie ratowania życia lub paniki.
Jedna z lekcji dla japońskich szóstoklasistów nosi tytuł „わたしにできること” — „Co mogę zrobić?” — i to pytanie jest w istocie rdzeniem całej filozofii bōsai: wychować dziecko nie tylko do ucieczki, ale do roli wspierającego; do odbudowy, zanim odbudowa będzie potrzebna. W dzisiejszym tekście spróbujemy zobaczyć, jak Japonia oswaja katastrofę bez histerii — i dlaczego to, co świat Zachodu nazywał z podziwem „japońską odpornością na ból i stratę” (gaman), w rzeczywistości jest czymś, co można wyćwiczyć — dyscypliną — tak, jak cios w karate.

Katastrofa to nie wyjątek
Ta „pogodność ducha”, którą tak chętnie przypisujemy z zewnątrz, często bywa nie pogodą, tylko godnością; nie brakiem rozpaczy, tylko jej opanowaniem, żeby nie zatruć nią innych. To jest różnica, którą łatwo przegapić, jeśli patrzy się na katastrofę jak na spektakl, a nie jak na doświadczenie psychiczne: człowiek może być złamany i jednocześnie funkcjonować; może płakać w środku i równocześnie układać schludnie buty przy wejściu do schronienia. W takiej chwili kultura nie jest ozdobą – jest narzędziem przetrwania. Daje formę temu, co bez formy rozrywa człowieka na strzępy.
Właśnie dlatego warto zacząć opowieść o bōsai od tego globalnego zachwytu, a potem go delikatnie rozbroić. Katastrofa w Japonii nie jest „wydarzeniem”, które się przydarza – jest kategorią świata. W Japonii żyje się na archipelagu, gdzie ziemia potrafi zabrać dobytek i bliskich bez ostrzeżenia, gdzie tajfuny wracają jak pory roku, gdzie góry są piękne, ale młode i niestabilne, a morze bywa łagodne tylko do czasu. To nie tworzy narodu z kamienia. To tworzy społeczeństwo, które w pewnym momencie musiało psychologicznie porzucić fantazję o pełnej kontroli. Nie w sensie fatalizmu, tylko w sensie trzeźwości: „to może nadejść, więc nie budujmy życia na udawaniu, że nie nadejdzie”.
Ta trzeźwość jest czymś innym niż heroizm. Heroizm jest krótki, intensywny, pociągający. Bōsai jest długie, nudne, powtarzalne. Jest jak codzienna higiena psychiczna i społeczna: ćwiczenia, mapy, ustalenia, rutyny, wspólne punkty zbiórki, rozmowy o tym, kto odbierze dziecko, jeśli rodzic utknie po drugiej stronie rzeki. Z zewnątrz to wygląda jak drobiazgowość. Od środka to jest praca nad lękiem – taka, której nie widać, bo jej celem jest właśnie nie krzyczeć wtedy, gdy na krzyk jest już za późno. Można powiedzieć: Japonia oswaja katastrofę nie przez oswojenie samego żywiołu, tylko przez oswojenie własnej reakcji.
I tu zaczyna się filozoficzny ciężar tej kultury. Europa – mówię to ostrożnie, bo generalizacje są zawsze brutalne – ma silną skłonność do „oby nie”. To zdanie jest kuszące, bo pozwala zachować komfort. „Oby nie” jest formą zaklęcia, które chwilowo uspokaja, bo przesuwa problem w mgłę nieustalonej przyszłości. Japonia częściej wybiera inny rodzaj spokoju: spokój zbudowany na uznaniu niepewności. Nie „będzie dobrze”, tylko „ustalmy, co trzeba zrobić, kiedy to nadejdzie”. To nie jest romantyczne. To jest dorosłe. I w tej dorosłości jest też miejsce na smutek, wściekłość, żałobę, poczucie niesprawiedliwości, a nawet na zmęczenie ciągłym przygotowaniem – bo nikt nie jest z kamienia. Różnica polega na tym, że te emocje nie unieważniają praktyki. Praktyka trwa mimo nich.
Trzeba też powiedzieć wprost: obraz „idealnie zorganizowanych Japończyków” bywa medialnym filtrem. Katastrofa zawsze odsłania pęknięcia. Są ludzie wykluczeni, samotni, starsi, którzy nie mają rodziny ani sąsiadów, którym ktoś zapuka do drzwi. Są napięcia w schroniskach, konflikty, wstyd, milczące upokorzenia, poczucie bycia ciężarem. Jest trauma, której nie da się „gamanować” w nieskończoność. Zdarzają się błędy instytucji i chaos komunikacyjny, bo skala zdarzeń przerasta najlepsze systemy. Japońska kultura bōsai nie polega na tym, że eliminuje cierpienie. Polega na tym, że próbuje ograniczać drugą falę katastrofy: tę psychologiczną i społeczną, w której ludzie rozpadliby się już nie od wody czy wstrząsu, lecz od samotności, paniki i bezradności.
Dlatego „katastrofa jako element świata” nie jest hasłem geologicznym, tylko zdaniem o człowieku. Jeśli coś jest nieuniknione w długim horyzoncie, to dojrzałość polega na tym, by nie żyć w permanentnym alarmie, ale też nie żyć w zaprzeczeniu. Bōsai jest właśnie tą cienką, trudną linią pomiędzy: nie histeria, nie wyparcie. To kultura, która mówi dziecku – i dorosłemu – że strach jest naturalny, ale nie musi rządzić; że można być przerażonym i jednocześnie działać; że można stracić wszystko i jednak umieć zacząć od zera, bo odbudowa nie zaczyna się od betonu, tylko od zdolności do współpracy i od zaufania, że ktoś obok też będzie próbował.
A kiedy tak na to spojrzeć, tamte sceny po tsunami przestają być „japońską egzotyką”. Stają się dowodem na coś bardziej uniwersalnego: że spokój nie zawsze jest cechą charakteru. Czasem jest wynikiem wychowania, treningu i powtarzalnych praktyk, które przestawiają człowieka z pytania „dlaczego ja?” na pytanie „co teraz?”. I właśnie od tego „co teraz?” zaczyna się prawdziwy bōsai – nie jako system ostrzeżeń, tylko jako kultura życia w świecie, który nie obiecuje stabilności.

Czym jest filozofia bōsai?
Słowo bōsai zapisuje się najczęściej jako 防災 – dosłownie: „chronić (防) przed katastrofą (災)”. Już w samych znakach jest ważna intuicja: to nie jest język „bohaterskiego zwycięstwa” nad żywiołem, tylko język osłony i zapobiegania, tak jak osłania się płomień dłonią przed wiatrem. W codziennym użyciu bōsai obejmuje wszystko, co ma sprawić, że gdy świat zadrży albo pęknie, człowiek i wspólnota nie pękną razem z nim: od edukacji w szkołach, przez praktykę ewakuacji, po sprzęt, zapasy, komunikację osiedlową, mapy zagrożeń, zasady działania i – co być może najważniejsze – nawyk myślenia, w którym „to się może zdarzyć” nie jest ponurą obsesją, tylko spokojnym uznaniem faktu.
Ale bōsai to nie tylko zestaw działań. W japońskim kontekście bardzo łatwo zobaczyć, że jest to również postawa, a nawet pewna odmiana etyki: sposób, w jaki społeczeństwo oswaja niepewność. Dlatego w Japonii obok twardej infrastruktury i procedur tak mocno podkreśla się coś miękkiego, trudniejszego do zmierzenia: kształtowanie „siły życia” (生きる力), czyli zdolności do trafnego myślenia, decyzji i działania w sytuacji zagrożenia – nie na papierze, lecz w ciele i w charakterze. Po katastrofie Tōhoku w 2011 roku ministerialne materiały dla szkół nie mówią tylko „ćwiczcie ewakuację”, lecz idą głębiej: mówią o potrzebie rozwijania u dzieci postawy samodzielnego, sytuacyjnego osądu, umiejętności przewidywania ryzyka, codziennych przygotowań, a także – co brzmi niemal jak filozofia obywatelska – wychowania do bycia kimś, kto po katastrofie potrafi stać się wsparciem dla innych i dla odbudowy, choćby przez wolontariat i współdziałanie.
I tu dochodzimy do tego, co w bōsai jest „japońskie” nie w sensie egzotycznym, lecz kulturowo fundamentalnym: do myśli, że przygotowanie nie musi być dramatem. Ono może być obyczajem.
W Japonii wiele praktyk bōsai przypomina rytm codziennego życia bardziej niż rytm alarmu. Nie dlatego, że zagrożenie jest bagatelizowane, tylko dlatego, że w długim horyzoncie czasowym to jedyny sposób, by nie zwariować. Jeśli katastrofy są czymś, co „kiedyś na pewno przyjdzie” (w jakiejś formie), to życie w stałym napięciu stałoby się drugim żywiołem – równie niszczącym jak trzęsienie ziemi. Bōsai rozwiązuje ten paradoks przez banalną mądrość: oswoić nie znaczy przestać się bać; oswoić znaczy umieć działać mimo strachu, a najlepiej tak, by w decydującym momencie nie trzeba było sięgać do heroizmu, bo ciało i wspólnota mają już wydeptaną ścieżkę.
Dlatego mówi się o bōsai czasem tak, jak mówi się o manierach. Nie tych salonowych, ale tych, które trzymają życie w ryzach: odkładanie rzeczy na miejsce, sprawdzanie, czy drzwi są zamknięte, pamiętanie o kimś słabszym. W tym sensie bōsai bywa w Japonii czymś oczywistym, niemal „wdrukowanym” – nie jako przymus, lecz jako forma troski. Troska jest tu praktyczna. Nie polega na intensywnych emocjach, tylko na konsekwencji. Jest podobna do codziennego posiłku: powtarzalna, nieefektowna, konieczna. I właśnie ta nieefektowność odróżnia kulturę przygotowania od kultury sensacji.
Tu warto zrobić krok w stronę psychologii, bo bez niej bōsai staje się dla Europejczyka niezrozumiałe: wygląda wtedy jak zimna dyscyplina. Tymczasem bōsai jest w dużej mierze odpowiedzią na mechanizmy, które są uniwersalnie ludzkie. Jednym z nich jest to, co badacze nazywają „normalcy bias” – skłonnością do zaprzeczania lub zaniżania ryzyka, zwłaszcza gdy informacja jest nieprzyjemna. Umysł woli uznać, że „to się nie wydarzy”, „to nie u nas”, „to przesada”, bo ta narracja jest psychicznie tańsza niż uznanie, że świat potrafi się zawalić w kilka minut. Co więcej, normalcy bias nie jest „głupotą”, tylko obroną – prymitywną, ale zrozumiałą. W sytuacji niepewności mózg próbuje utrzymać spójność rzeczywistości; jeśli jej nie utrzyma, człowiek może „zamarznąć” we własnym lęku.
Japońskie podejście do bōsai jest dojrzałe właśnie dlatego, że ono nie udaje, iż da się tę skłonność wykorzenić moralnym kazaniem. Zamiast mówić: „nie wolno ignorować ryzyka”, bōsai robi coś bardziej skutecznego: przekłada ryzyko na praktykę. Zamiast walczyć z zaprzeczaniem na poziomie deklaracji, uczy działania na poziomie nawyku.
Ćwiczenie ewakuacji nie jest więc „symulacją katastrofy” w teatralnym sensie; jest treningiem decyzji, mikro-odruchem: co robię, gdy słyszę sygnał, gdzie jest droga, komu pomagam, jak zachowuję uwagę. Gdy praktyka staje się normalna, normalcy bias traci część władzy – nie dlatego, że znika, ale dlatego, że w decydującym momencie człowiek ma już w sobie coś, co potrafi go poprowadzić.
W tym miejscu bardzo pasuje koncepcja, która w japońskich dyskusjach o redukcji ryzyka pojawia się coraz wyraźniej: „everyday-life preparedness” (生活防災, seikatsu bōsai) – gotowość wbudowana w zwykłe życie. To jest idea niezwykle ważna filozoficznie, bo przesuwa akcent z myślenia „na wypadek katastrofy” (co łatwo wywołuje wyparcie) na myślenie „dla jakości życia w świecie, jaki jest”. Przygotowanie przestaje być osobnym, ciężkim projektem do odhaczenia. Zaczyna być czymś, co się robi „przy okazji”, ale mądrze: buduje się więzi sąsiedzkie nie tylko po to, żeby było miło, ale też po to, by w kryzysie istniała realna sieć wsparcia; planuje się spotkania wspólnoty nie tylko jako formalność, lecz jako przestrzeń, w której rodzi się poczucie sprawczości; tworzy się mapy zagrożeń nie jako narzucony dokument, lecz jako rzecz „nasza”, dzięki czemu ludzie zaczynają ją traktować poważnie.
Tu dotykamy sedna: bōsai nie jest wyłącznie o zagrożeniu, lecz o sprawczości. W psychologii katastrofy to jedna z najbardziej brutalnych prawd: człowieka nie niszczy tylko sama strata, ale także poczucie, że jest „pionkiem”, ofiarą. Dlatego tak dużo zależy od tego, czy działania bōsai są przeżywane jako wspólna praktyka, czy jako instrukcja „od władzy” podana przez ekspertów. Gdy ludzie czują, że są jedynie odbiorcami poleceń, łatwo rodzi się opór, obojętność albo bierne „uczestnictwo bez serca”. Gdy czują, że mają udział w planowaniu i decyzjach, pojawia się coś, co badacze określają jako zbiorową skuteczność – przekonanie, że „my jako wspólnota potrafimy coś zrobić”. To przekonanie jest cichą, ale potężną szczepionką przeciw panice.
W Japonii filozofia bōsai wyrasta więc z paradoksu: im bardziej akceptujesz, że pełnej kontroli nie ma, tym bardziej rozsądnie inwestujesz w to, co kontrolować się da. Nie kontrolujesz trzęsienia ziemi. Ale możesz kontrolować to, czy dziecko w szkole posiada odruch obronny, czy zna drogę, czy potrafi słuchać i reagować; czy w osiedlu działa komunikacja; czy ludzie wiedzą, kto jest samotny; czy mapy zagrożeń istnieją nie jako plik, lecz jako pamięć miejsca. W tym sensie bōsai jest filozofią „małych decyzji” – taką, która nie obiecuje nieśmiertelności, tylko zmniejsza rozmiar tragedii i skraca drogę powrotu do życia.
A kiedy spojrzeć na to z perspektywy wychowania, widać, że stawką jest coś więcej niż bezpieczeństwo. Stawką jest kształt człowieka. Bōsai uczy dziecko: „świat bywa groźny, ale nie jesteś bezradny”. Uczy też czegoś jeszcze trudniejszego: „nie jesteś sam, więc nie wolno ci myśleć tylko o sobie”. To brzmi prosto, lecz jest najbardziej dojrzałym fundamentem odbudowy. Bo odbudowa zaczyna się wcześniej niż katastrofa – zaczyna się w sposobie, w jaki społeczeństwo uczy swoich najmłodszych reagować na rzeczywistość bez uciekania w zaklęcie „oby nie”.

Wychowanie dzieci w myśli bōsai - szkoła
Japońska szkoła bardzo rzadko traktuje bōsai jak „temat” do przerobienia. To raczej kształtowanie człowieka, który w realnym świecie umie zachować głowę, życie i zdrowie, przy okazji pomagając sąsiadowi. W ministerialnych materiałach szkolnych ten cel jest powiązany wprost z pojęciem „生きる力” (ikiru chikara) – „siły życia”: nie jako romantycznej dzielności, tylko jako połączenia trzeźwego myślenia, umiejętności podejmowania szybkich decyzji, współpracy z innymi, troski o słabszych i zwykłej wytrzymałości psychicznej. To nie ma brzmieć wzniosłe – ma działać w poniedziałek o 10:17, kiedy rozlega się sygnał, a człowiek ma sekundę, by zacząć działać, a nie zastygnąć w bezruchu.
Ważne jest to, że ta „siła życia” nie jest w Japonii zostawiona intuicji nauczycieli ani „dobrym chęciom”. Materiały MEXT rozpisują bōsai na etapy rozwojowe, jakby chodziło o naukę języka: coś innego można wymagać od przedszkolaka, coś innego od czwartej klasy, a jeszcze coś innego od licealisty. W przedszkolu celem jest prosta kompetencja: rozpoznawać niebezpieczne miejsca i w sytuacji kryzysowej spokojnie, szybko wykonać polecenie dorosłego. W młodszych klasach podstawówki wciąż kluczowe jest podążanie za instrukcją, ale już w klasach średnich dochodzi element samodzielności: dziecko ma rozumieć, jakie zagrożenia mogą się pojawić i zacząć działać bez paniki. W klasach starszych pojawia się zwrot, który w polskim kontekście brzmi już „dorosło” jak na dziecko: uczeń ma nie tylko dbać o siebie, ale mieć też uważność na bezpieczeństwo innych. W gimnazjalno-licealnym wieku dochodzi kolejna warstwa: świadomość roli w społeczności, zrozumienie wartości wolontariatu i gotowość do udziału w działaniach wspólnoty. To jest wychowanie do odbudowy – zanim odbudowa będzie potrzebna.
W samym sercu tej pedagogiki są ćwiczenia ewakuacji – ale nie jako „teatr strachu”, ani tym bardziej powód do szkolnych wygłupów. Ich prawdziwa funkcja jest bardziej psychologiczna niż organizacyjna: przenieść dziecko z paraliżu (gdy prawdziwa katastrofa nadejdzie) do działania. Człowiek w stresie nie staje się mądrzejszy – staje się bardziej automatyczny. Jeśli automatów nie wyćwiczył, w chwili zagrożenia uruchomi się ten najprostszy: „stoję i nie wiem co robić” albo „uciekam na oślep”. To jest ten sam mechanizm, który w literaturze o katastrofach opisuje się jako skłonność do „normalizacji” zagrożenia. Bōsai nie próbuje tego wytępić moralizowaniem – próbuje to przykryć nawykiem. I dlatego szkolne ćwiczenia są powtarzalne, czasem aż nudne. Nuda jest tu zaletą: to znak, że procedura staje się „zwyczajna”, czyli gotowa do „odpalenia” w kryzysie.
Dobrym przykładem tej „psychologii nawyku” są ćwiczenia oparte o 緊急地震速報 (kinkyū jishin sokuhō) – system wczesnego ostrzegania przed silnym trzęsieniem. Materiały szkolne zakładają scenariusze, w których od sygnału do wstrząsu jest zaledwie kilka–kilkanaście sekund; w jednym z modeli dla szkoły podstawowej mówi się wprost o sytuacji „10 sekund po alarmie zaczyna się silny wstrząs”. W tych sekundach dziecko ma nie czekać na mądrość z zewnątrz, tylko wykonać „pierwszą odpowiedź”: znaleźć miejsce, gdzie „nic nie spadnie, nic się nie przewróci i nic nie wjedzie” – ta triada („落ちてこない・倒れてこない・移動してこない”) wraca jak mantra, bo jest prosta i działa nawet wtedy, gdy mózg jest już w stresie. Co więcej: wprost pada założenie, że uczeń ma umieć zadziałać nawet bez polecenia nauczyciela. To jest subtelna, ale wielka rzecz – wychowanie do sprawczości, a nie do biernej uległości.
Potem zaczyna się druga warstwa – ta bardziej „widoczna”: dzieci zakładają bōsai zukin (防災ずきん, kaptury/ochronne czepce), czasem zasłaniają usta i nos chustką, ustawiają się w korytarzu, słuchają komunikatów radiowęzła szkolnego, wychodzą na boisko, szybko się porządkują i następuje sprawdzenie obecności. Dla postronnego to wygląda jak dyscyplina. Dla psychologa to jest budowanie mapy świata: „w chaosie istnieje sekwencja”, „moja rola zawiera zarówno ‘słuchać’, jak i ‘działać’”, „jest ktoś, kto mnie policzy – i ja policzę innych”. W materiałach pojawia się nawet praktyczny detal: po wyjściu trzeba zebrać klasę w szybkim tempie i sprawnie ją ustawić, a potem zgłosić stan osobowy (np. do dyrekcji). To są drobiazgi, które w kryzysie robią różnicę między paniką a sprawnym ruchem.
Im starsze dzieci, tym bardziej ćwiczenia przestają być tylko ewakuacją. W scenariuszach dla starszych klas i szkół średnich dochodzą elementy, które są już wprost „o odbudowie”: pierwsza pomoc, przenoszenie poszkodowanych, działanie w warunkach ograniczonych zasobów. Jeden z modeli zakłada: alarm, potem silny wstrząs, pojawiają się ranni i trzeba udzielić pomocy, a następnie ewakuować się, dbając o bezpieczeństwo. Między każdym z etapów ma odbyć się aktualizacja oceny zagrożenia. Zwraca też uwagę komentarz metodyczny: to ma być trening, ale uczeń ma to traktować jak rzecz realną; ma też zrozumieć, że jako nastolatek w czasie katastrofy będzie mieć odpowiedzialność także w domu i w społeczności. To jest bōsai w najdojrzalszym sensie: nie tylko „uciekłem”, ale „umiem być użyteczny”.
I tu dochodzimy do fragmentu, który może wydawać się na Zachodzie najbardziej „japoński”: dziecko jest wychowywane nie tylko do ratowania siebie, ale do roli kogoś, kto w kryzysie chroni innych. W materiałach szkolnych to nie jest slogan. Jest cały nurt pracy wychowawczej (np. w ramach zajęć z etyki/wychowania moralnego), gdzie uczniowie rozmawiają o tym, jak wygląda życie w ewakuacji, czym jest uważność na drugiego człowieka, jakie napięcia rodzą się w tłoku i niewygodzie, i dlaczego w takich warunkach „rola” – moja, twoja, naszej klasy – jest czymś, co podtrzymuje wspólnotę.
Jeden z przykładów lekcyjnych dla 6 klasy ma wręcz tytuł „わたしにできること” – „Co mogę zrobić?” – i buduje wyobraźnię moralną wokół tego, że po katastrofie w schronisku potrzebna jest empatia i współpraca bardziej niż kiedykolwiek.
To „chronienie innych” ma w praktyce różne formy. Najprostsza jest bardzo codzienna: starsi uczniowie pomagają młodszym się ustawić, przejść, uspokoić, pamiętać o zasadach. Bardziej dojrzała forma pojawia się w ćwiczeniach złożonych – zwłaszcza tych, które łączą szkołę z lokalną społecznością: wtedy młodzież uczy się, że katastrofa nie kończy się na boisku szkolnym. Szkoła bywa schronieniem, a nastolatki mogą stać się realnym wsparciem: w logistyce, w opiece, w komunikacji. W jednym z licealnych scenariuszy „zintegrowanego, złożonego treningu ewakuacji”* celem jest nie tylko odpowiedź na alarm i bezpieczna ucieczka, ale też wprost: potwierdzenie zachowań jijo / kyojo (samopomoc / współpomoc), przemyślenie, co młodzi mogą zrobić jako wsparcie, i budowanie postawy przywództwa oraz działań pomocowych.
*MEXT, „高等学校展開例7:地域と連携した複合的避難訓練” („Przykład wdrożeniowy dla liceów – ćwiczenie zintegrowane z udziałem lokalnych instytucji i mieszkańców”)
To, co spaja to wszystko w całość, to bardzo japońska intuicja, że gotowość musi stać się „czyjaś”, inaczej umrze. Tu świetnie pasuje koncepcja „wbudowanego przygotowania” – seikatsu bōsai – która mówi: kultura odporności nie utrzyma się, jeśli jest tylko odgórnym wykładem ekspertów; musi dawać ludziom sprawczość i poczucie własności, musi łączyć „szkołę” z „życiem wspólnoty”, a czasem nawet opierać się o to, co ludzie robią chętnie, bo wtedy praktyka przestaje być obowiązkiem, a staje się częścią normalności. W jednej z analiz pojawia się znamienna anegdota: mapy zagrożeń rozdane mieszkańcom potrafią zostać zapomniane w szufladach, jeśli ludzie nie uczestniczyli w ich tworzeniu – bo nie wytworzyło się zainteresowanie ani poczucie „to jest nasze”*. Wychowanie bōsai stara się tego uniknąć od początku: nie „nauczę cię, bo muszę”, tylko „włączę cię, bo to dotyczy twojego świata”.
* K. Kitagawa (2019), “Exploring ‘everyday-life preparedness’ [seikatsu bosai]: Three case studies from Japan”
W efekcie szkoła w Japonii jest czymś więcej niż miejscem przekazywania wiedzy o zagrożeniach. Jest treningiem bardzo konkretnej dojrzałości: takiej, w której dziecko uczy się, że strach jest naturalny, ale da się go przełożyć na działanie; że niepewność jest stałym elementem świata, ale nie musi oznaczać bezradności; i że w katastrofie najważniejsza nie jest spektakularna odwaga, tylko spokojna, codzienna umiejętność współpracy. To właśnie jest „laboratorium odporności” – nie tej teatralnej, tylko tej, która w najgorszym dniu okazuje się po prostu… praktyczna.

Kōjo – jijo – kyōjo: trójkąt pomocy
W japońskim myśleniu o bōsai bardzo często wraca prosty trójkąt: 公助 (kōjo), 自助 (jijo) i 共助 (kyōjo). Trzy słowa, które brzmią technicznie, ale w praktyce opisują coś bardzo ludzkiego: kto komu pomaga, kiedy świat się wali – i dlaczego żaden z tych filarów nie może być traktowany jako „zastępstwo” dla pozostałych.
Kōjo (公助) to „pomoc publiczna”: państwo, samorząd, służby ratownicze, straż, policja, systemy ostrzegania, zarządzanie schronieniami, logistyka, planowanie przestrzenne, regulacje budowlane. Bez tego cały bōsai byłby tylko prywatnym hobby ludzi z apteczkami. Ale japońska dojrzałość polega na tym, że kōjo nie jest mitem wszechmocy. W materiałach edukacyjnych i w dyskursie praktycznym mówi się wprost: w pierwszych godzinach i dniach po dużym zdarzeniu państwo bywa spóźnione nie z winy złej woli, tylko z powodu skali, zniszczonych dróg, braku łączności, chaosu. To nie jest oskarżenie – to jest realizm.
Stąd drugi filar: jijo (自助), czyli „samopomoc”. I tu łatwo o nieporozumienie. W Europie „samopomoc” brzmi czasem jak ideologia „radź sobie sam”. W Japonii jijo jest raczej etyką odpowiedzialności: skoro wiem, że żyję w świecie ryzyka, to moim obowiązkiem wobec innych jest nie stać się natychmiast ciężarem. To jest miękkie w treści, choć twarde w konsekwencji. „Mam wodę i latarkę, bo nie chcę zabierać ich komuś innemu”. „Znam drogę ewakuacji, bo w panice mogę poprowadzić źle swoje dziecko”. „Mam plan odbioru dziecka ze szkoły, aby szkoła mogła zająć się innymi”.
A potem dochodzimy do trzeciego filaru, który jest prawdziwą duszą bōsai: kyōjo (共助) – „współ-pomoc”, pomoc wzajemna. To jest ta warstwa, której nie da się kupić ani uchwalić. Albo istnieje jako więź i nawyk, albo jej nie ma. Kyōjo obejmuje wszystko, co dzieje się pomiędzy: sąsiedzi, rada osiedla, lokalne stowarzyszenia, wspólnoty rodziców, wolontariusze, a nawet zwykła znajomość tego, kto jest samotny, kto ma problemy z poruszaniem się, gdzie mieszka starsza pani, której nikt nie odwiedza. W praktyce to kyōjo decyduje, czy pierwsze dni po katastrofie będą „przetrwaniem”, czy „upadkiem”. To także kyōjo bywa psychologicznym lekiem: człowiek mniej panikuje, gdy wie, że nie jest sam i że ktoś go zna z imienia.
Zauważ, że w tym trójkącie nie ma heroizmu. Jest coś innego: dojrzała etyka współzależności. Bōsai nie mówi: „bądź twardy”. Mówi: „bądź przygotowany, żeby móc zadbać o siebie, a potem, by być dla innych”. To subtelne przesunięcie robi ogromną różnicę.

Seikatsu bōsai: przygotowanie „wbudowane” w życie
Tu wchodzimy w jeden z najciekawszych wątków współczesnego myślenia o japońskim bōsai: 生活防災 (seikatsu bōsai) – „gotowość w codziennym życiu”. W badaniach K. Kitagawy pojawia się prosta intuicja: przygotowanie jest trwałe nie wtedy, gdy jest imponujące, tylko wtedy, gdy jest wplecione w zwyczajne praktyki. Bo to, co wymaga specjalnej mobilizacji, szybko umiera: ludzie zapominają, odkładają „na później”, czują przesyt, a w końcu zapominają o temacie.
Seikatsu bōsai próbuje obejść tę ludzką naturę, zamiast z nią walczyć. Jak? Przez zasadę „dwa cele naraz” i przez przekształcenie przygotowania w coś, co ma sens również bez katastrofy.
Przykłady:
- Zapasy ruchome (rolling stock): nie „kup raz i zapomnij”, tylko trzymać w domu produkty, których i tak używasz (woda, ryż, konserwy, latarki, baterie), ale w ilości pozwalającej przetrwać kilka dni. Zużywasz najstarsze, dokładasz nowe (tu potrzeba odpowiednich nawyków). Zero heroizmu, maksimum trwałości.
- Rodzinne zasady kontaktu: proste ustalenia „gdzie się spotykamy”, „kto kogo odbiera”, „kto ma listę numerów na papierze” – bo po katastrofie telefon może nie działać, a stres „czyści” pamięć.
- Mapy zagrożeń jako część rozmowy, nie ulotka: Katsuya Yamorim (profesor w Disaster Prevention Research Institute (DPRI), Kyoto University) uczy, że mapy zagrożeń powinny być współtworzone przez mieszkańców. Już na poziomie szkolnym, zamiast dawać gotowe mapy dzieciom, należy prowadzić tak zajęcia, by mapy te powstawały na nich, z uczestnictwem uczniów.
Seikatsu bōsai to więc w pewnym sensie filozofia: najlepsze przygotowanie nie wygląda jak przygotowanie. Wygląda jak normalne życie, tylko odrobinę sprytniej zorganizowane. A ponieważ nie jest ciężarem, ludzie mają większą szansę utrzymać je przez lata.

Psychologia odbudowy
Wejdźmy teraz w psychologię odbudowy. Po katastrofie nie wystarczy „sprzęt”. Sprzęt daje przeżycie. Odbudowę daje dopiero coś trudniejszego: zdolność do wspólnego działania. Najczęściej w czasach bolesnych strat, rezygnacji i desperacji.
W literaturze społecznej nazywa się to czasem kapitałem społecznym, a w psychologii społecznej pojawia się pojęcie „collective efficacy” – zbiorowej skuteczności: przekonania, że „my jako wspólnota potrafimy działać razem”. To nie jest slogan. To jest realny zasób, który obniża panikę i zwiększa zdolność do organizacji.
Jak się to buduje w japońskim bōsai? Znów: przez praktyki, a nie przez wielkie deklaracje.
- Spotkania i rozmowy o ryzyku: nie tylko „instrukcja”, ale wspólne ustalanie: kto ma jakie zasoby, gdzie są osoby wymagające wsparcia, jakie są drogi ewakuacji, kto zna teren.
- Ćwiczenia osiedlowe i szkolno-osiedlowe: bo dzieci i młodzież są częścią wspólnoty, a szkoła bywa realnym schronieniem i węzłem logistycznym. To, co wyćwiczone razem, w kryzysie działa płynniej.
- Lokalne inicjatywy, które mają sens także bez katastrofy: tu jest cały geniusz seikatsu bōsai – kiedy spotkanie sąsiedzkie jest jednocześnie integracją, a nie tylko „odprawą bezpieczeństwa”, ludzie przychodzą chętniej. A więź społeczna staje się paliwem dla gotowości.
Psychologiczny efekt tej kultury jest cichy, ale potężny: lęk zostaje „rozproszony” w sieci relacji. Kiedy zagrożenie jest tylko w twojej głowie, rośnie do rozmiaru potwora. Kiedy jest tematem, o którym wspólnie rozmawiacie, planujecie i ćwiczycie, przestaje być tajemnicą. Nie znika – ale zmienia się jego jakość. Staje się czymś, co można unieść.
I tu znów wracamy do dojrzałości bōsai: to nie jest kultura „bez strachu”. To jest kultura, która uczy, jak żyć z lękiem tak, by nie stał się tyranem – i jak przekształcić go w sprawczość, odpowiedzialność oraz troskę, która jest praktyczna. Właśnie dlatego japoński bōsai jest mniej o katastrofie, a bardziej o człowieku.

Godność po katastrofie – wychowanie do roli wsparcia i odbudowy
Po wstrząsie, po fali tsunami, po tajfunie — przychodzi drugi etap, mniej filmowy, a bardziej prawdziwy: życie trzeba poskładać. I właśnie na ten etap japońska edukacja próbuje wychowywać dzieci i młodzież: nie tylko do tego, by ocalić siebie, ale by umieć współtworzyć powrót do normalności.
W materiałach MEXT (Ministerstwo Edukacji, Kultury, Sportu, Nauki i Technologii) wprost mówi się o kształtowaniu postawy uczestnictwa i odpowiedzialności, o rozumieniu roli wolontariatu po katastrofie, o tym, że wsparcie innych jest realną kompetencją, którą można ćwiczyć — tak samo jak ewakuację.
To przesunięcie perspektywy ma też bardzo „psychologiczny” sens. Trauma karmi się bezradnością. Człowiek, który w kryzysie ma choć minimalną rolę — nawet drobną, nawet symboliczną — odzyskuje cząstkę sprawczości. Dlatego tak ważne jest, by młodzi nie byli wychowywani wyłącznie do „posłuszeństwa procedurom”, ale do rozumienia, że po katastrofie istnieje praca, która nie wymaga siły fizycznej ani specjalistycznych uprawnień: uspokoić młodsze dzieci, pomóc w organizacji przestrzeni, podać wodę, przenieść informację, wesprzeć seniora, wziąć na siebie kawałek chaosu, żeby inni mogli oddychać. Bōsai w swojej dojrzałej formie to nie kult twardości (gaman) — to kultura tego, co można by nazwać współczującą, praktyczną użytecznością.
A potem przychodzi temat jeszcze trudniejszy: godność. Katastrofa jest upokarzająca. W jednej chwili człowiek traci prywatność, kontrolę, rytm dnia, poczucie, że jego życie ma kształt i sens, kierunek. Kultura bōsai próbuje zostawić w tym wszystkim choć trochę formy, bo forma chroni człowieka. W schronisku, w kolejce po jedzenie, w tłumie na boisku szkolnym — te drobne zasady współżycia nie są „japońską grzecznością”. Są sposobem, by w świecie bez ścian i drzwi nadal istnieć jako osoba.
Gdybyśmy na tym poprzestali, łatwo byłoby popaść w naiwność. Bo bōsai — nawet w Japonii — nie jest magicznym zaklęciem, które działa zawsze i wszędzie.
Są ludzie, którzy nie uczestniczą. Czasem dlatego, że są młodzi i nie czują więzi z miejscem; czasem dlatego, że są przemęczeni pracą i nie mają już zasobów energii na „kolejne obowiązki”; czasem dlatego, że są samotni i nie mają społecznej sieci, która naturalnie wciąga w takie praktyki; czasem dlatego, że wstydzą się swojej sytuacji lub nie ufają instytucjom. Bywa też prościej: część osób ma w sobie opór wobec myślenia o katastrofie, bo to myślenie uruchamia lęk, a lęk — jak wiemy — lubi być wypierany. Seikatsu bōsai powstało właśnie po to, by z tą ludzką naturą nie walczyć pięścią, tylko sprytem: wbudować przygotowanie w życie, żeby nie wymagało ono nadzwyczajnej mobilizacji.
Istnieje napięcie między modelem odgórnym a oddolnym. Państwo i szkoła mogą stworzyć świetne ramy (i w Japonii często je tworzą), ale jeśli oddolnie nie ma więzi, zaufania, rozmowy, lokalnej sprawczości — bōsai staje się instrukcją, która działa tylko wtedy, gdy wszystko idzie zgodnie z planem. A katastrofa nie polega na tym, że wszystko idzie zgodnie z planem, prawda?
Na koniec chciałbym zostawić tylko jedno pytanie — bez złudzeń, że „Polska ma stać się Japonią”. Nie musimy kopiować obcego świata, by nauczyć się od niego dojrzałości.
W Polsce na szczęście rzadziej żyjemy pod presją wielkich żywiołów, ale nie jesteśmy od ryzyka wolni. A nawet gdybyśmy byli wolni od katastrof natury — prywatne katastrofy i tak nas spotykają: choroba, wypadek, nagłe pęknięcie życia, strata, z którą ciężko nam się pogodzić.
Czy jesteśmy na to gotowi? Czy potrafimy — mimo bólu — przejść przez cierpienie bez wewnętrznego rozkładu, a potem przystąpić do odbudowy, czasem także do pomocy drugiemu człowiekowi? Jeśli nie, to nie szkodzi. To nie jest stała cecha charakteru, wrodzona twardość, japoński gaman, którą jedni mają, a inni nie. To jest do wyćwiczenia.
Więc prawdziwe pytanie nie brzmi: jacy jesteśmy. Brzmi: co chcemy wyćwiczyć?
