Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.
2026/06/02

Kintarō – dziki syn wiedźmy z gór Ashigara

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

Chłopiec silniejszy od mężczyzn

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Najpierw była błyskawica. W noc, która rozdziera góry Ashigara od grzbietu po dolinę, śpiąca na omszałym głazie kobieta dostaje od niebios syna. Bóg piorunów schodzi do niej w postaci czerwonego smoka, wśród grzmotu i ulewy. Po czasie kobieta rodzi chłopca o cerze niezwykle rumianej. Nikt z wioski u stóp gór nie zobaczy go w pierwszych latach życia. Wyrasta w gęstwinie, karmiony piersią matki, która jest po części wiedźmą, a po części bóstwem — i o której Japończycy do dziś nie umieją powiedzieć z pewnością, czy bardziej się jej bać, czy bardziej uwielbiać.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Tak zaczyna się jedna z najstarszych japońskich opowieści. A jednak prawie wszystko, co się o niej wie, jest młodsze niż się wydaje. Pieśń, którą każde japońskie dziecko zna na pamięć, ma niewiele ponad sto lat i powstała na rządowe zamówienie. Imię „Kintarō”, w tej dziecięcej formie, pojawia się dopiero w 1809 roku. Słynny czerwony cukierek z jego buzią na każdym przekroju — wynalazek z czasów cesarza Meiji. A za każdą z tych warstw kryje się jeszcze starsza: trzynastowieczny zbiór opowieści dworskich, dziennik regenta z roku tysięcznego, a wreszcie — gdzieś w samym dnie — kult pioruna i strach przed dziką i niezależną kobiecością. Yamanba – wiedźma czy kapłanka zapomnianego boga gór? Piękna, pełna matczynej czułości i troski kobieta czy okrutny demon pożerający ludzi?

 

Kim jest jej synek, Kintarō? Chłopiec, którego podobizna wisi dziś nad łóżeczkami japońskich niemowląt, a jego znak widnieje na czerwonych śliniaczkach. Czerwona postać z toporem na ramieniu, walcząca z niedźwiedziem, obalająca drzewa. Rodzice i dziś w ten sposób proszą los o to, by ich dziecko rosło zdrowe i silne. „Jak Kintarō”. Ale za tą prostą figurką ciągnie się tysiąc lat opowieści, w których Japonia upchnęła znacznie więcej niż życzenie zdrowia. Upchnęła tam swój strach przed górami, swój stosunek do matek i kobiet, swoje wyobrażenie o tym, czym jest prawdziwy mężczyzna.Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

Pień, niedźwiedź, topór

 

Zacznijmy od tego, co każde japońskie dziecko umie zanucić. Pieśń o Kintarō jest krótka i bezczelnie radosna:

 

まさかりかついで きんたろう くまにまたがり おうまのけいこ ハイ シィ ドウ ドウ ハイ ドウ ドウ ハイ シィ ドウ ドウ ハイ ドウ ドウ

あしがらやまの やまおくで けだものあつめて すもうのけいこ ハッケ ヨイヨイ ノコッタ ハッケ ヨイヨイ ノコッタ

(Masakari katsuide Kintarō Kuma ni matagari, ouma no keiko Hai shi dō dō, hai dō dō Hai shi dō dō, hai dō dō

Ashigara-yama no yama-oku de Kedamono atsumete sumō no keiko Hakkeyoi-yoi, nokotta Hakkeyoi-yoi, nokotta)

 

“Z toporem na ramieniu,

Kintarō, dosiada niedźwiedzia,

ćwiczy jazdę konną.

Hej, prr, prr, hej prr, prr!

Hej, prr, prr, hej prr, prr!

 

W głębi gór Ashigara,

zwoławszy zwierzęta,

ćwiczy zapasy sumo.

Gotowi, naprzód! W kręgu!

Gotowi, naprzód! W kręgu!”

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.To nie jest pradawna kołysanka. Napisał ją w 1900 roku Ishihara Wasaburō, muzykę dołożył Tamura Torazō, a całość trafiła do szkolnego śpiewnika „Yōnen shōka” (幼年唱歌, „Pieśni dla najmłodszych”) w epoce Meiji, kiedy świeże państwo budowało nowoczesną szkołę i potrzebowało dla niej repertuaru. Innymi słowy: melodia, którą uważamy za odwieczną, liczy sobie nieco ponad stulecie i powstała na rządowe zamówienie. To pierwsza z wielu niespodzianek tej historii. Kintarō, którego znamy, jest w dużej mierze produktem znacznie późniejszym niż sama legenda o nim. I kimś innym…

 

Sama postać dziecka jest bardzo stara. W najprostszej wersji, tej z obrazków, Kintarō mieszka w górach Ashigara, na pograniczu dzisiejszych prefektur Kanagawa i Shizuoka. Ma nadludzką siłę. Bawi się ze zwierzętami, urządza z nimi turnieje sumo, przewraca niedźwiedzia, wyrywa drzewa i kładzie je w poprzek rwących potoków. Nosi czerwony romboidalny haragake (腹掛け), śliniak-napierśnik z wielkim znakiem 金 (kin, „złoto”) na piersi, i dzierży masakari (鉞), szeroki topór drwala. I tu od razu drobne sprostowanie wobec tego, co czasem pojawia się w luźnych „interpretacjach”: niedźwiedzica go nie wychowuje. Niedźwiedź jest jego kompanem do zapasów i wierzchowcem, nie mamką. Mamką, i to bardzo szczególną, jest… jego matka. Do niej zaraz wrócimy, bo to ona dźwiga ciężar całej tej opowieści w jej oryginalnej, dawnej postaci.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Topór też nie jest przypadkiem. To nie włócznia (lub miecz), znak wojownika, ani łuk, znak arystokraty. To narzędzie pracy, ciężkie żelazo, którym rąbie się drewno na opał i toruje ścieżki w lesie. Kintarō nie urodził się do pisania wierszy na cesarskim dworze. Urodził się do roboty w górach, i właśnie ta robocza, „plebejska” siła stanie się sednem jego uroku.

 

Warto zatrzymać się przy zapasach, bo nie są tylko barwnym ozdobnikiem. Kintarō walczy ze zwierzętami w zasadach sumō, a sumo w dawnej Japonii nie było widowiskiem, lecz obrzędem. Rytuałem religijnym, nie sportem. Wywodzi się z ceremonii odprawianych przy chramach dla uproszenia dobrych zbiorów; w mitach to próba siły rozstrzygająca losy bóstw. Chłopiec, który staje do sumo z niedźwiedziem i wygrywa, nie urządza zabawy – powtarza prastary gest, w którym zmierzenie się ciałem z dziką mocą jest sposobem na jej oswojenie. Komenda, którą wykrzykują w pieśni zwierzęta-sędziowie, hakkeyoi, nokotta (które z braku lepszych słów przetłumaczyłem na „Gotowi, naprzód! W kręgu!”), to do dziś te same słowa, którymi sędzia zagrzewa zapaśników na klepisku turnieju. Mały Kintarō odprawia w lesie rytuał, którego pełną wagę zrozumiemy dopiero, gdy zobaczymy w nim echo świątynnego ringu.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

Treść najpopularniejszej wersji legendy

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Zaczyna się nocą wysoko w górach Ashigara. Yamanba, górska wiedźma — albo, jak chcą inni, samo bóstwo gór w kobiecej postaci — śpi w głębi lasu. Nad nią przetacza się dzika, straszliwa burza. W błyskawicach schodzi do niej czerwony smok i nawiedza ją we śnie. Yamanba budzi się brzemienna. Po czasie rodzi chłopca o cerze rumianej tak mocno, że niemal czerwonej. Nazywa go Kintarō, „Złoty Chłopiec", bo dziecko jest dla niej całym skarbem.

 

Rośnie szybciej niż inne dzieci. Już jako berbeć dźwiga masakari (鉞), topór drwala, którego dorosły ledwo by uniósł. Domem jest dla niego las, kompanami — niedźwiedź, jeleń, małpa, zając. Z każdym mocuje się w sumo, każdego pokonuje, nikogo nie krzywdzi. Kiedy trzeba, pomaga zwierzętom korzystając ze swojej siły. Matka kąpie go w gorących źródłach Hakone, karmi piersią, uczy mowy gór.Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

Pewnego dnia przez przełęcz Ashigara przejeżdża Minamoto no Yorimitsu, jeden z najpotężniejszych wodzów epoki Heian, w drodze do stolicy. Jego przyboczny, Usui no Sadamitsu, dostrzega w lesie chłopca w trakcie zapasów z niedźwiedziem. Yorimitsu od razu wie, co widzi. Bierze go na służbę i nadaje dorosłe imię: Sakata no Kintoki. Tak chłopiec z gór trafia do stolicy, staje wśród czterech najwierniejszych ludzi wodza — shitennō — i z nimi rusza na górę Ōe, by podstępem zgładzić demonicznego herszta Shuten-dōji.Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

Matka, której baliśmy się i którą kochaliśmy

 

Ebook "Yokai. Cień w każdym z nas" - TOM II zbioru esejów z ukiyo-japan.pl autorstwa Michała SobierajaW najbarwniejszej wersji legendy matką Kintarō jest yamanba (山姥), górska wiedźma (o której więcej przeczytasz w ebooku o japońskich yokaiach: "Yōkai. Cień, który nosimy w sobie"). I to nie byle jaka. Według Zentaiheiki (前太平記), popularnego pseudohistorycznego dzieła spisanego u progu XIX wieku, yamanba zasnęła kiedyś na szczycie góry, a we śnie nawiedził ją czerwony smok wśród grzmotów i błyskawic. Obudziła się brzemienna. Tak począł się chłopiec o czerwonej skórze, syn pioruna. Bo czerwony smok to nic innego jak raijin (雷神), bóstwo gromu, a ono w ikonografii dzierży właśnie topór. Czerwona cera dziecka, jego topór, jego niemożliwa siła – wszystko to są ślady starego japońskiego kultu pioruna, schowane pod warstwą bajki dla dzieci.

 

Żeby docenić, jak szczególna była jego matka, trzeba wiedzieć, kim była yamanba dla dawnych Japończyków. To jedna z najbardziej niejednoznacznych postaci całego folkloru. W jednej opowieści, Sanmai no ofuda (三枚の御札, „Trzy talizmany”), yamanba to ludożercza poczwara, która zwabia do chaty zbłąkanego w lesie chłopca-nowicjusza i nocą zamienia się ze starej dobrotliwej babci w potwora gotowego go zjeść; chłopiec ucieka jej tylko dzięki trzem talizmanom od starego mnicha, które po kolei wyczarowują przed nią górę, rzekę i morze ognia, by ją spowolnić. W innej – łagodne bóstwo, które schodzi z gór na jarmark i hojnie obdarza szczęściem czystego sercem człowieka. Karmi piersią, rodzi na górskim głazie, opiekuje się. Ta sama istota pożera i żywi, przeraża i błogosławi.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Etnografowie nie mieli wątpliwości, że to nie jest niespójność, lecz zapis czegoś głębszego. Yanagita Kunio, ojciec japońskiej etnografii, widział w yamanbie pamięć o dawnym żeńskim bóstwie gór, które potrafiło zarówno ukarać, jak i wynagrodzić. Orikuchi Shinobu szedł dalej i nazywał ją kapłanką służącą yama no kami (山の神), bogu gór, albo wręcz żoną tego boga. W kulturze, która z lasów żyła – z drewna, węgla drzewnego, dziczyzny, grzybów – góra była miejscem świętym i groźnym zarazem. Mieszkali tam drwale, węglarze, wędrowni rzemieślnicy toczący drewniane miski, ludzie z marginesu wsi. To oni opowiadali o yamanbie, bo to oni naprawdę ją „spotykali”: w szumie, w mgle, w nagłym chłodzie na grani. Górska kobieta-bóstwo była ich sposobem na nazwanie tego, co w górach większe od człowieka.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.I teraz najciekawsze. Kiedy taka istota zostaje matką bohatera, opowieść mówi nam coś o tym, jak dawna Japonia myślała o sile. Prawdziwa moc nie bierze się z dworu, z rodu, z nadania. Bierze się z dzikości, z gór, z tego, co poza ładem. Kintarō jest silny, bo jest po części nie-ludzki, bo mleko, które pił pochodziło od istoty, która sama była pół-boska. To wyobrażenie, w którym to, co dzikie, jest źródłem zdrowia, a nie zagrożeniem dla niego.

 

Górska kobieta miała też swoją dostojną, teatralną twarz. W repertuarze nō istnieje sztuka „Yamanba” (山姥), przypisywana tradycji Zeamiego, w której yamanba nie jest ani poczwarą, ani matką, lecz nieuchwytną istotą krążącą bez końca po górach, dźwigającą ciężar ludzkich uczynków. To ona, niewidzialna, pomaga drwalowi nieść drwa i przędącej kobiecie kręcić kołowrotek – jest pracą gór, która dzieje się sama, poza ludzkim okiem. Kiedy więc taka istota zostaje w innej opowieści matką siłacza, do dziecięcej bajki wkracza powaga teatru nō: siła Kintarō ma korzeń w czymś, co starsze i większe niż człowiek.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Istnieje też wersja „odczarowana”, przypisana do chramu Kintoki w miejscowości Oyama. W niej matka nazywa się Yaegiri i jest całkiem ludzką kobietą, córką rzeźbiarza. Poznała w stolicy dworskiego urzędnika Sakatę no Kurando, zaszła w ciążę, wróciła w rodzinne strony i tam, po śmierci ukochanego, samotnie urodziła i wychowała syna. Ta wersja jest rzewna i bardzo ziemska. Ciekawe, że obie – ta z wiedźmą i ta z samotną matką – kładą nacisk na to samo: chłopca wychowuje samotna kobieta, z dala od ludzi, własnymi siłami. W społeczeństwie, które ojcostwo i ród stawiało ponad wszystko, legenda o największym siłaczu zaczyna się od samotnej matki w lesie. To nie przypadek, że właśnie ten wątek tak długo nie dawał Japonii spokoju.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

Jak z urzędnika zrobił się półbóg

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Tu zaczyna się część, którą warto opowiedzieć powoli, bo pokazuje, jak w ogóle powstaje legenda. Kintarō nie wyskoczył z niczyjej głowy gotowy. Narastał warstwami przez osiem stuleci, a każda epoka dorzucała swoje.

 

Na samym dnie jest być może ktoś realny. W dzienniku „Midō kanpakuki” (御堂関白記, dosł. „Dziennik Regenta Pawilonu Buddy”) potężnego regenta Fujiwary no Michinagi pojawia się gwardzista o imieniu Shimotsukeno no Kintoki – sprawny zuijin (随身), czyli przyboczny strażnik. Sto lat później zbiór opowieści „Konjaku monogatarishū” (今昔物語集) wspomina wojownika imieniem Kintoki w służbie wodza Minamoto no Yorimitsu (znanego też jako Raikō). To jeszcze nie bohater bajki. To imię w kronice, drobny trybik w machinie dworu Heian.

 

Potem przychodzi średniowiecze i robi z tego imienia coś większego. W zbiorze „Kokon chomonjū” (古今著聞集 – dosł. „Zbiór rzeczy słynnych i zasłyszanych z dawnych i dzisiejszych czasów”) z 1254 roku oraz w opowieściach otogizōshi, zwłaszcza w słynnym „Shuten-dōji”, Sakata no Kintoki staje się jednym z czterech najwierniejszych ludzi Yorimitsu, czyli shitennō (四天王, „czterej niebiańscy królowie”). Razem z Watanabe no Tsuną, Usui no Sadamitsu i Urabe no Suetake rusza na górę Ōe, gdzie grasuje demoniczny herszt Shuten-dōji. Podstępem, poją potwora zatrutym sake, a potem ścinają mu głowę we śnie. To opowieść o tym, jak garstka wojowników oczyszcza świat z potworów – a Kintoki jest w niej tym najsilniejszym.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Sama wyprawa na górę Ōe warta jest słowa, bo mówi coś o tym, jak Heian rozumiał porządek świata. Shuten-dōji porywa z arystokratycznych domów stolicy młodych ludzi – i to dwór, przez wróżbitę onmyōji Abe no Seimeia, ustala, kto za tym stoi. Wojownicy ruszają w góry przebrani za wędrownych mnichów, dostają od bóstw zatrute sake i nim właśnie, nie mieczem, pokonują potwora. „Demon” jest tu na poły dosłowny, na poły metaforyczny: dawni czytelnicy doskonale rozumieli, że za hersztem z gór kryją się też całkiem ludzcy bandyci i rozbójnicy, których stolica nie umiała inaczej nazwać. Góra znów jest tym drugim światem, skąd przychodzi zagrożenie i dokąd trzeba wysłać siłaczy, by przywrócili ład. A najsilniejszym z nich jest chłopiec, który sam z tej góry pochodzi. Kto wyrósł wśród dzikości, ten najlepiej z nią się rozprawi.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Wciąż jednak nie ma tu chłopca. Jest dorosły siłacz, towarzysz wodza, pogromca demona. Dzieciństwo dopisano dopiero w epoce Edo, kiedy mieszczanie pokochali historie o bohaterów w swych najmłodszych latach. I dopisano je z prawdziwym rozmachem.

 

Najstarszy zachowany utwór o dzieciństwie Kintokiego to „Genji no yurai” (源氏のゆらひ – dosł. „Pochodzenie rodu Minamoto (Genji)”), dawna jōruri (teatr śpiewanej narracji z lalkami) z 1659 roku. Potem przychodzi fala tak zwanych kinpira-jōruri, popularnych w Edo około połowy XVII wieku. Ich bohaterem jest Sakata no Kinpira, zmyślony syn Kintokiego, jeszcze silniejszy od ojca, który rozprawia się z potworami jednym ciosem. Te przedstawienia były głośne, przesadzone, pełne przechwałek i łomotu – i to z nich pierwszy aktor z rodu Ichikawa Danjūrō wyciągnął styl gry zwany aragoto (荒事, „surowe rzeczy”), z malowaną na czerwono twarzą i nadludzką pozą, do dziś żywy w teatrze kabuki. Mało kto pamięta, że ten najbardziej męski, najbardziej krzykliwy styl japońskiego teatru narodził się z opowieści o synu Kintarō.

 

Dramaturg Chikamatsu Monzaemon, największy autor tej epoki, w 1712 roku napisał „Komochi yamanba” (嫗山姥, „Yamanba z dzieckiem”), sięgając po stary dramat nō o górskiej wiedźmie i splatając go z historią narodzin siłacza. A samo imię „Kintarō”, w tej dziecięcej formie, pojawia się dopiero w 1809 roku, w tanecznym przedstawieniu w teatrze Nakamura. Osiemset lat od gwardzisty z dziennika Michinagi do chłopca z toporem, którego dziś znają wszyscy. Legenda nie jest znaleziskiem. Jest budowlą, którą wznosiło wiele pokoleń, każde dokładając cegiełkę pod własne potrzeby.Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

Spotkanie na przełęczy i koniec, o którym się nie śpiewa

 

Zwykły dzień w Edo - zbiór esejów o japońskiej kulturze i historii z ukiyo-japan.pl autorstwa Michała Sobieraja.Wróćmy do samej fabuły, bo ma piękny środek i gorzki koniec. Pewnego dnia przez przełęcz Ashigara przejeżdża Minamoto no Yorimitsu ze świtą. Jeden z jego ludzi, najczęściej Usui no Sadamitsu, dostrzega w górach niezwykłego chłopca – albo to, jak kładzie drzewo w poprzek rzeki, albo jak wygrywa zapasy z niedźwiedziem. Wódz, który właśnie objeżdża kraj w poszukiwaniu tęgich wojowników, od razu wie, co widzi. Bierze chłopca na służbę i nadaje mu dorosłe imię: Sakata no Kintoki.

 

To jest moment, który dawnej Japonii podobał się najbardziej. Dziki talent zostaje rozpoznany i wciągnięty w służbę. Chłopiec z gór, bez rodu, bez nazwiska, zostaje wojownikiem na dworze, bo ktoś dostrzegł jego wartość. W kraju sztywnych stanów to było marzenie ściśle reglamentowane: nie „każdy może wszystko”, lecz „wyjątkowa siła może zostać dostrzeżona i nagrodzona, jeśli odda się we właściwe ręce”. Kintarō nie buntuje się przeciw porządkowi. Wchodzi w niego i znajduje w nim swoje miejsce. To opowieść o awansie, ale awansie przez posłuszeństwo, nie przez przewrót.

 

A koniec? O nim pieśń milczy. Według przekazów Sakata no Kintoki umiera w 1012 roku, w drodze na Kyūshū, gdzie wyprawiał się z innymi tłumić bunt. Dopadła go ciężka gorączka. Zatrzymał się po drodze w okolicy dzisiejszego miasteczka Shōō w prefekturze Okayama i tam, mimo opieki towarzyszy, zmarł. Yorimitsu pochował go na wzgórzu. Stoi tam chram – jeden z wielu, bo o ciało i grób Kintarō spiera się kilka regionów Japonii, każdy dumny, że to właśnie u niego rósł najsilniejszy z chłopców. Silny chłopiec z bajki kończy jak wielu prawdziwych ludzi tamtej epoki: nie w chwale bitwy, lecz w przydrożnej gorączce, daleko od domu, w drodze wyznaczonej przez pana.Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

Kintarō w domu, na talerzu i nad łóżkiem

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Tu robi się naprawdę barwnie, bo żadna inna postać japońskiego folkloru nie wrosła tak głęboko w codzienność. Kintarō jest nie tylko w książeczkach. Jest w jedzeniu, w słodyczach, w ubranku niemowlęcia, w samym języku.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Był też ulubieńcem drzeworytników, i to pokazuje, jak płodny okazał się ten symbol. Pod koniec XVIII wieku Kitagawa Utamaro stworzył całą serię scen yamanby z Kintarō – czułych, zmysłowych obrazów karmienia i kąpieli, w których górska wiedźma jest piękną, rozczochraną młodą kobietą, a pyzaty chłopiec lgnie do jej piersi. Pokolenie później Utagawa Kuniyoshi malował już innego Kintarō: dokazującego urwisa walczącego z niedźwiedziem, czystą dziecięcą werwę w ruchu. A u schyłku dawnej Japonii Tsukioka Yoshitoshi w serii „Sto widoków księżyca” umieścił dorosłego Sakatę no Kintokiego pod nocnym niebem, wśród zjaw – bohatera epickiego, nie chłopca z bajki. Jedna postać, a tyle różnych potrzeb: raz pretekst do malowania kobiecego ciała w czasach cenzury, raz dziecięca radość i werwa, raz męski smutek i groza. Drzeworytnicy lubili temat Kintarō i każdy z nich wydobywał z chłopaka inną barwę.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Zacznijmy od kuchni, bo to najzabawniejszy ślad. Dorosły Kintoki dał nazwę fasoli kintoki-mame (金時豆) – dużej, czerwonej odmianie, którą do dziś gotuje się na słodko. Czerwień fasoli skojarzono z czerwoną skórą siłacza. To jeszcze nic. Jego zmyślony syn, Sakata no Kinpira, ten z hałaśliwych przedstawień, dał nazwę potrawie kinpira-gobō (金平牛蒡) – smażonemu, ostremu łopianowi. Twardy, włóknisty korzeń łopianu i piekąca ostrość papryczki skojarzyły się mieszkańcom Edo z nieugiętą siłą Kinpiry. „Kinpira” stało się w mowie potocznej synonimem czegoś twardego i mocnego: mówiono kinpira-tabi o szczególnie wytrzymałych skarpeto-butach, kinpira-nori o mocnym kleju. Cała rodzina jednego siłacza zamieniła się w jednostkę miary wytrzymałości – najpierw w teatrze, potem w spiżarni.

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

Teraz słodycz. Kintarō-ame (金太郎飴) to cukierek, który – gdziekolwiek go przekroisz – pokazuje na przekroju tę samą twarz Kintarō. Technika sięga środkowego Edo (w Osace robiono podobne cukierki z twarzą bogini Okame), ale samą twarz chłopca i nazwę spopularyzowała dopiero rodzina Watanabe na przełomie Meiji i Taishō, ze sklepem w tokijskiej dzielnicy Negishi. Sprzedawca ciągnął rozgrzaną masę, kroił ją na oczach dzieci i wykrzykiwał: „z cukierka znów wyszedł Kintarō!”. Magia powtarzalności, ta sama buzia bez końca, zachwycała.

 

I właśnie ta słodycz zrobiła w japońskim języku zaskakującą karierę, do której wrócimy na końcu. Bo „kintarō-ame” znaczy dziś również coś zupełnie innego niż radość jarmarku.

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

Na koniec ubranko. Czerwony romboidalny napierśnik z wielkim 金 stał się tak nierozerwalnie kojarzony z Kintarō, że romboidalne śliniaki, w które ubierano w dawnej Japonii niemowlęta, zaczęto nazywać po prostu „kintarō”. Dziecko w czerwonym haragake to było dziecko-Kintarō. A nad jego głową, w maju, stawiano figurkę – gogatsu-ningyō (五月人形, „lalkę majową”). I tu trzeba opowiedzieć o całym święcie, bo bez niego nie zrozumiemy, dlaczego akurat ten chłopiec.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

Dzień synów

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Piątego dnia piątego miesiąca Japonia obchodzi Tango no sekku (端午の節句). Pierwotnie chodziło w nim o odpędzanie chorób na progu lata. Wieszano liście tataraku, shōbu, bo wierzono w ich moc oczyszczającą. I tu zadziałała japońska miłość do gry słów. Słowo shōbu brzmi identycznie jak 尚武 – „czczenie spraw wojennych”, „duch waleczności”. Z dźwiękowego zbiegu okoliczności narodziło się przeznaczenie: święto roślinne stało się świętem chłopców i wojowniczego ducha.

 

W epoce Edo zwyczaj przybrał formę, którą znamy do dziś. Rody wojowników w Dniu Chłopca wystawiały na zewnątrz oznaki swojej dumy: hełmy, zbroje, proporce. Mieszczanie, którym nie wypadało obnosić się militariami, odpowiedzieli po swojemu – wymyślili koinobori (鯉のぼり), tkaninowe karpie łopoczące na wietrze. Karp, bo chiński przekaz mówił o karpiu, który pokonał wodospad i zmienił się w smoka. Każdy wywieszony karp znaczył: „tu dorasta syn, oby przebił się przez życie jak ten karp przez prąd strumienia”.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Zewnętrzne dekoracje miały i drugie, bardziej przyziemne znaczenie. Wystawiony przed dom hełm krzyczał do sąsiadów: „mamy chłopca!”. Z czasem jednak ozdoby powędrowały do wnętrz. Zadecydował o tym nie sentyment, lecz pożary. Edo płonęło tak często, że bakufu ograniczało wszystko, co zwiększało ryzyko ognia i tłoku na ulicach. Wielkie zewnętrzne konstrukcje zaczęły ustępować miejsca mniejszym figurkom ustawianym w domu. Tak narodziły się majowe lalki, a wśród nich – obok hełmów i posągów dawnych wodzów – stanął uśmiechnięty Kintarō.

 

Dlaczego on? Bo był idealnym życzeniem złożonym w jedną figurkę. Hełm mówił o odwadze, ale był zimny i dorosły. Kintarō mówił o sile, ale był dzieckiem, takim jak to, dla którego figurkę postawiono. Był silny i zarazem dobry, łamał drzewa, ale po to, by pomóc przeprawić się słabszym zwierzętom. Łączył to, czego rodzice naprawdę życzyli synowi: ciało zdrowe jak u dzikiego zwierzęcia i serce, które tej siły nie obróci przeciw słabszym. W jednej okrągłej, czerwonej figurce dawna Japonia zmieściła cały swój ideał chłopięctwa.

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

Za tym życzeniem siły stała twarda rzeczywistość. W dawnej Japonii dziecko umierało łatwo. Mówiło się, że do siódmego roku życia dziecko „należy jeszcze do bogów”, bo zbyt często wracało do nich przedwcześnie, na gorączkę, na ospę, na biegunkę. Z tego strachu wyrosły wszystkie te obrzędy: obchody kolejnych miesięcy i lat, talizmany, wystawiane figurki. Życzenie „oby rósł silny jak Kintarō” nie było pustym frazesem dumnego ojca. Było modlitwą wypowiadaną nad istotą, o której nikt nie wiedział, czy dożyje następnej wiosny. Czerwień napierśnika niemowlęcia także stąd: czerwień od dawna uchodziła za kolor odpędzający chorobę i złe moce. Ubierając dziecko w czerwone „kintarō”, rodzice zarazem stroili je na obraz siłacza i chronili barwą amuletu.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

Co w tym chłopcu widać z dawnej Japonii

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Gdyby zebrać wszystkie te wątki i spojrzeć przez nie jak przez okno, zobaczymy całkiem sporo z tego, jak myślano w dawnej Japonii. Kintarō jest barwną bajką, ale pod farbą kryje się mapa wartości.

 

Po pierwsze, stosunek do gór i dzikości. Dla rolniczej, nizinnej Japonii góra była drugim światem: groźnym, ale życiodajnym. Z gór schodziła woda do pól ryżowych, z gór brano drewno i węgiel, w górach mieszkali ludzie spoza wioskowego ładu. Kintarō, dziecko gór i górskiej kobiety-bóstwa, nosi w sobie cały ten ambiwalentny szacunek. Jego siła nie jest siłą cywilizacji. Jest siłą tego, co dzikie, a co mimo to potrafi służyć dobru. Dawna Japonia nie marzyła o chłopcu wypolerowanym przez miasto. Marzyła o chłopcu zdrowym jak las.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Po drugie, matka. Zauważmy, że w całej tej historii ojca praktycznie nie ma. Jest piorun, jest zmarły urzędnik, jest nieobecność. Wychowuje samotna kobieta w lesie, a jej mleko daje siłę. To zaskakujące w kulturze tak „ojcowskiej”. Legenda jakby przyznawała półgłosem to, czego oficjalny porządek nie chciał głośno powiedzieć: że to matki, nie rody, robią z chłopców mężczyzn. Czułe obrazy yamanby karmiącej Kintarō, które masowo malował Kitagawa Utamaro u schyłku XVIII wieku, są właśnie o tym. Utamaro sięgnął po ten temat częściowo dlatego, że surowe reformy ery Kansei utrudniały malowanie kurtyzan, a „matka z dzieckiem” przechodziła przez cenzurę. Ale pod pretekstem powstało coś więcej: galeria obrazów o sile, która płynie z matczynej bliskości i czułości, nie z rozkazu. Sam Utamaro wychował się w cokolwiek niejasnych rodzinnych okolicznościach i niektórzy widzą w tych obrazach jego własną tęsknotę.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Po trzecie, awans i jego cena. Spotkanie na przełęczy to japońska wersja amerykańskiego snu, tyle że odwrócona. U siłacza z gór szczęściem nie jest wolność, lecz służba. Najlepsze, co może spotkać genialnie utalentowane dziecko, to zostać dostrzeżonym przez możnego i włączonym w jego porządek. Talent nie wywraca stołu, talent dostaje przy stole miejsce. To bardzo japońskie wyobrażenie zdolności: nie jako siły burzącej hierarchię (tak byłoby być może w naszej, rodzimie europejskiej legendzie), lecz jako daru, który hierarchia może wchłonąć i nagrodzić. Piękne, choć może ograniczające trochę zarazem.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Po czwarte, siła jest dobra a nie groźna. Kintarō nigdy nie używa mocy, by panować nad słabszymi. Mocuje się z niedźwiedziem jak równy z równym, zwierzętom pomaga, drzewo łamie dla zbudowania mostu. To jest japoński ideał siły: nie agresja, lecz nadmiar zdrowia oddany na usługi wspólnoty. Dlatego podobizna Kintarō mogła zawisnąć nad łóżeczkiem niemowlęcia. Nikt nie powiesi nad dzieckiem wizerunku okrutnika. Powiesi się wizerunek kogoś, kto jest mocny po to, żeby być dobry.

 

Po piąte, sam stosunek do ciała. Kintarō jest cielesny do szpiku: rumiany, tłuściutki, gołą skórą stykający się z mrozem i z futrem niedźwiedzia. W kulturze, która od dziecka uczyła powściągliwości, ukrywania emocji, panowania nad sobą, ten obraz nieskrępowanego, dzikiego ciała działał jak wentyl. Pozwalał marzyć o zdrowiu bez wstydu, o sile, która nie musi się tłumaczyć. To znamienne, że ten jeden raz, nad kołyską syna, sztywna Japonia pozwalała sobie życzyć dziecku nie grzeczności, nie posłuszeństwa, lecz dzikiej, zwierzęcej krzepy. Jakby wiedziała, że reszty – karności, opanowania, ról – życie i tak dorzuci aż nadto.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

 

Ostatnia twarz na przekroju

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.A teraz obiecane domknięcie, bo w samym sercu tej ciepłej historii kryje się cierpki paradoks, i właśnie on czyni ją tak dojrzałą. Wróćmy do cukierka. Kintarō-ame, ten wałek z niezniszczalną buzią na każdym przekroju, stał się w japońszczyźnie metaforą. Mówi się dziś: „tegoroczni nowi pracownicy to kintarō-ame”, „polityka dotacji w stylu kintarō-ame”. Znaczy to: wszyscy identyczni, wymienni, bez własnej twarzy. Cokolwiek przekroisz, w środku to samo. Może zużywać, bo jest zapas. Do tej legendy każdy wiek dopisywało coś nowego, coś swojego. To właśnie dopisał wiek XXI.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.Pomyśl, co za podróż. Postać, która zaczynała jako uosobienie dzikiej, niepowtarzalnej, leśnej siły, dała językowi słowo na bezbarwną jednolitość. Chłopiec, którego cała moc brała się z tego, że był inny, dziki, na poły boski, niemożliwy do pomieszczenia się w ludzkim porządku, skończył jako figura masowej tożsamości – tej samej buzi powielonej w nieskończoność.

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.To jest, w jednym słodyczu, dramat nowoczesnej Japonii (i nie tylko). Kultura, która stworzyła piękny obraz indywidualnej, dzikiej siły, zbudowała też najsprawniejszą na świecie maszynę do wytwarzania ludzi podobnych do siebie. Ten sam naród upchnął w jednej postaci marzenie o dzikim synu i lęk, że wszyscy synowie wyjdą jednakowi.

 

Figurka Kintarō potrafi wzruszyć. Dlatego, że Kintarō był sobą – jedyny, rumiany, pół- boski, niemożliwy do powielenia. Rodzice, którzy stawiają go w maju, w gruncie rzeczy proszą o dwie rzeczy naraz: niech mój syn będzie zdrowy jak ten leśny chłopak, i niech, mimo wszystko, zostanie kimś, a nie kolejną twarzą na przekroju.

 

Topór na ramieniu, niedźwiedź przed sobą, znak złota na piersi. Ile życzeń mieści się w jednej małej figurce.

Ukiyo-japan.pl - Michał Sobieraj, notka od autora

 

ŹRÓDŁA

 

1. Yanagita Kunio (柳田國男) – studia nad yamanbą i bóstwami gór (yama no kami) – klasyka japońskiej etnografii.

2. Reider, Noriko T. – Japanese Demon Lore: Oni from Ancient Times to the Present, 2010 – m.in. Shuten-dōji i shitennō Yorimitsu.

3. 前太平記 – 享和3年 (Zentaiheiki, 1803) – popularne dzieło pseudohistoryczne z opisem narodzin Kintokiego.

4. 鳥居フミ子 – 『金太郎の謎』みやび出版, 2016 (Torii Fumiko, „Zagadka Kintarō”).

5. 西川照子 – 『金太郎の母を探ねて』講談社, 2016 (Nishikawa Teruko, „W poszukiwaniu matki Kintarō”).

6. 勝央町 – 金太郎・坂田金時 伝承と金時神社 (gmina Shōō, prefektura Okayama, przekazy o śmierci Kintokiego).

7. 石原和三郎 / 田村虎蔵 – 童謡「金太郎」, 『幼年唱歌』 1900 (pieśń szkolna „Kintarō”).Ukiyo-japan.pl - Michał Sobieraj, notka od autora

 

Czerwony chłopiec o nadludzkiej sile, syn wiedźmy i pioruna. Pod japońską bajką kryje się tysiąc lat: kult gór, samotne matki, paradoks dzikiej siły.

  1. pl
  2. en

  

    未開    ソビエライ

Postaw mi kawę na buycoffee.to

  Mike Soray

   (Michał Sobieraj)

Zdjęcie Mike Soray (aka Michał Sobieraj)
Tom II - "100 widków sławnych miejsc Edo" Hiroshige - interpretcje i analiza Michała Sobieraja
Tom I - "100 aspektów księżyca Yoshitoshiego" - analizy i interpretacje ukiyo-e Michała Sobieraja
Książka o historii kobiet w dawnej Japonii - "Silne kobiety Japonii" autorstwa Michała Sobieraj - twórcy ukiyo-japan.pl
"Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz" - książka Michała Sobieraja (ukiyo-japan.pl) o japońskiej wrażliwości w polskiej codzienności. Mushin, wabi-sabi i yūgen jako praktyka widzenia „tu i teraz”.

A może chciałbyś zamiast czytać, posłuchać artykułów?

Zobacz książki autora strony:

Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Postaw mi kawę na buycoffee.to

  

   

 

 

未開    ソビエライ

 

Logo Gain Skill Plus - serii aplikacji na Androida, których celem jest budowanie wiedzy i umiejętności na rózne tematy.
Logo Soray Apps - appdev, aplikacja na Androida, apki edukacyjne
Logo Ikigai Manga Dive - strony o Japonii, historii i kulturze japońskiej, mandze i anime

 Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".

 

Osobiste motto:

"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany.- Albert Einstein (prawdopodobnie)

Mike Soray

  (Michał Sobieraj)

Zdjęcie Mike Soray (aka Michał Sobieraj)

Napisz do nas...

Przeczytaj więcej

o nas...

Twój e-mail:
Twoja wiadomość:
WYŚLIJ
WYŚLIJ
Twoja wiadomość została wysłana - dzięki!
Uzupełnij wszystkie obowiązkowe pola!

Przasnysz, Polska

m.sobieraj@inarismart.pl

dr.imyon@gmail.com

___________________

inari.smart

Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!