


Kim jest jej synek, Kintarō? Chłopiec, którego podobizna wisi dziś nad łóżeczkami japońskich niemowląt, a jego znak widnieje na czerwonych śliniaczkach. Czerwona postać z toporem na ramieniu, walcząca z niedźwiedziem, obalająca drzewa. Rodzice i dziś w ten sposób proszą los o to, by ich dziecko rosło zdrowe i silne. „Jak Kintarō”. Ale za tą prostą figurką ciągnie się tysiąc lat opowieści, w których Japonia upchnęła znacznie więcej niż życzenie zdrowia. Upchnęła tam swój strach przed górami, swój stosunek do matek i kobiet, swoje wyobrażenie o tym, czym jest prawdziwy mężczyzna.
Zacznijmy od tego, co każde japońskie dziecko umie zanucić. Pieśń o Kintarō jest krótka i bezczelnie radosna:
まさかりかついで きんたろう くまにまたがり おうまのけいこ ハイ シィ ドウ ドウ ハイ ドウ ドウ ハイ シィ ドウ ドウ ハイ ドウ ドウ
あしがらやまの やまおくで けだものあつめて すもうのけいこ ハッケ ヨイヨイ ノコッタ ハッケ ヨイヨイ ノコッタ
(Masakari katsuide Kintarō Kuma ni matagari, ouma no keiko Hai shi dō dō, hai dō dō Hai shi dō dō, hai dō dō
Ashigara-yama no yama-oku de Kedamono atsumete sumō no keiko Hakkeyoi-yoi, nokotta Hakkeyoi-yoi, nokotta)
“Z toporem na ramieniu,
Kintarō, dosiada niedźwiedzia,
ćwiczy jazdę konną.
Hej, prr, prr, hej prr, prr!
Hej, prr, prr, hej prr, prr!
W głębi gór Ashigara,
zwoławszy zwierzęta,
ćwiczy zapasy sumo.
Gotowi, naprzód! W kręgu!
Gotowi, naprzód! W kręgu!”

Sama postać dziecka jest bardzo stara. W najprostszej wersji, tej z obrazków, Kintarō mieszka w górach Ashigara, na pograniczu dzisiejszych prefektur Kanagawa i Shizuoka. Ma nadludzką siłę. Bawi się ze zwierzętami, urządza z nimi turnieje sumo, przewraca niedźwiedzia, wyrywa drzewa i kładzie je w poprzek rwących potoków. Nosi czerwony romboidalny haragake (腹掛け), śliniak-napierśnik z wielkim znakiem 金 (kin, „złoto”) na piersi, i dzierży masakari (鉞), szeroki topór drwala. I tu od razu drobne sprostowanie wobec tego, co czasem pojawia się w luźnych „interpretacjach”: niedźwiedzica go nie wychowuje. Niedźwiedź jest jego kompanem do zapasów i wierzchowcem, nie mamką. Mamką, i to bardzo szczególną, jest… jego matka. Do niej zaraz wrócimy, bo to ona dźwiga ciężar całej tej opowieści w jej oryginalnej, dawnej postaci.

Warto zatrzymać się przy zapasach, bo nie są tylko barwnym ozdobnikiem. Kintarō walczy ze zwierzętami w zasadach sumō, a sumo w dawnej Japonii nie było widowiskiem, lecz obrzędem. Rytuałem religijnym, nie sportem. Wywodzi się z ceremonii odprawianych przy chramach dla uproszenia dobrych zbiorów; w mitach to próba siły rozstrzygająca losy bóstw. Chłopiec, który staje do sumo z niedźwiedziem i wygrywa, nie urządza zabawy – powtarza prastary gest, w którym zmierzenie się ciałem z dziką mocą jest sposobem na jej oswojenie. Komenda, którą wykrzykują w pieśni zwierzęta-sędziowie, hakkeyoi, nokotta (które z braku lepszych słów przetłumaczyłem na „Gotowi, naprzód! W kręgu!”), to do dziś te same słowa, którymi sędzia zagrzewa zapaśników na klepisku turnieju. Mały Kintarō odprawia w lesie rytuał, którego pełną wagę zrozumiemy dopiero, gdy zobaczymy w nim echo świątynnego ringu.

Rośnie szybciej niż inne dzieci. Już jako berbeć dźwiga masakari (鉞), topór drwala, którego dorosły ledwo by uniósł. Domem jest dla niego las, kompanami — niedźwiedź, jeleń, małpa, zając. Z każdym mocuje się w sumo, każdego pokonuje, nikogo nie krzywdzi. Kiedy trzeba, pomaga zwierzętom korzystając ze swojej siły. Matka kąpie go w gorących źródłach Hakone, karmi piersią, uczy mowy gór.
Pewnego dnia przez przełęcz Ashigara przejeżdża Minamoto no Yorimitsu, jeden z najpotężniejszych wodzów epoki Heian, w drodze do stolicy. Jego przyboczny, Usui no Sadamitsu, dostrzega w lesie chłopca w trakcie zapasów z niedźwiedziem. Yorimitsu od razu wie, co widzi. Bierze go na służbę i nadaje dorosłe imię: Sakata no Kintoki. Tak chłopiec z gór trafia do stolicy, staje wśród czterech najwierniejszych ludzi wodza — shitennō — i z nimi rusza na górę Ōe, by podstępem zgładzić demonicznego herszta Shuten-dōji.

Żeby docenić, jak szczególna była jego matka, trzeba wiedzieć, kim była yamanba dla dawnych Japończyków. To jedna z najbardziej niejednoznacznych postaci całego folkloru. W jednej opowieści, Sanmai no ofuda (三枚の御札, „Trzy talizmany”), yamanba to ludożercza poczwara, która zwabia do chaty zbłąkanego w lesie chłopca-nowicjusza i nocą zamienia się ze starej dobrotliwej babci w potwora gotowego go zjeść; chłopiec ucieka jej tylko dzięki trzem talizmanom od starego mnicha, które po kolei wyczarowują przed nią górę, rzekę i morze ognia, by ją spowolnić. W innej – łagodne bóstwo, które schodzi z gór na jarmark i hojnie obdarza szczęściem czystego sercem człowieka. Karmi piersią, rodzi na górskim głazie, opiekuje się. Ta sama istota pożera i żywi, przeraża i błogosławi.


Górska kobieta miała też swoją dostojną, teatralną twarz. W repertuarze nō istnieje sztuka „Yamanba” (山姥), przypisywana tradycji Zeamiego, w której yamanba nie jest ani poczwarą, ani matką, lecz nieuchwytną istotą krążącą bez końca po górach, dźwigającą ciężar ludzkich uczynków. To ona, niewidzialna, pomaga drwalowi nieść drwa i przędącej kobiecie kręcić kołowrotek – jest pracą gór, która dzieje się sama, poza ludzkim okiem. Kiedy więc taka istota zostaje w innej opowieści matką siłacza, do dziecięcej bajki wkracza powaga teatru nō: siła Kintarō ma korzeń w czymś, co starsze i większe niż człowiek.


Na samym dnie jest być może ktoś realny. W dzienniku „Midō kanpakuki” (御堂関白記, dosł. „Dziennik Regenta Pawilonu Buddy”) potężnego regenta Fujiwary no Michinagi pojawia się gwardzista o imieniu Shimotsukeno no Kintoki – sprawny zuijin (随身), czyli przyboczny strażnik. Sto lat później zbiór opowieści „Konjaku monogatarishū” (今昔物語集) wspomina wojownika imieniem Kintoki w służbie wodza Minamoto no Yorimitsu (znanego też jako Raikō). To jeszcze nie bohater bajki. To imię w kronice, drobny trybik w machinie dworu Heian.
Potem przychodzi średniowiecze i robi z tego imienia coś większego. W zbiorze „Kokon chomonjū” (古今著聞集 – dosł. „Zbiór rzeczy słynnych i zasłyszanych z dawnych i dzisiejszych czasów”) z 1254 roku oraz w opowieściach otogizōshi, zwłaszcza w słynnym „Shuten-dōji”, Sakata no Kintoki staje się jednym z czterech najwierniejszych ludzi Yorimitsu, czyli shitennō (四天王, „czterej niebiańscy królowie”). Razem z Watanabe no Tsuną, Usui no Sadamitsu i Urabe no Suetake rusza na górę Ōe, gdzie grasuje demoniczny herszt Shuten-dōji. Podstępem, poją potwora zatrutym sake, a potem ścinają mu głowę we śnie. To opowieść o tym, jak garstka wojowników oczyszcza świat z potworów – a Kintoki jest w niej tym najsilniejszym.


Najstarszy zachowany utwór o dzieciństwie Kintokiego to „Genji no yurai” (源氏のゆらひ – dosł. „Pochodzenie rodu Minamoto (Genji)”), dawna jōruri (teatr śpiewanej narracji z lalkami) z 1659 roku. Potem przychodzi fala tak zwanych kinpira-jōruri, popularnych w Edo około połowy XVII wieku. Ich bohaterem jest Sakata no Kinpira, zmyślony syn Kintokiego, jeszcze silniejszy od ojca, który rozprawia się z potworami jednym ciosem. Te przedstawienia były głośne, przesadzone, pełne przechwałek i łomotu – i to z nich pierwszy aktor z rodu Ichikawa Danjūrō wyciągnął styl gry zwany aragoto (荒事, „surowe rzeczy”), z malowaną na czerwono twarzą i nadludzką pozą, do dziś żywy w teatrze kabuki. Mało kto pamięta, że ten najbardziej męski, najbardziej krzykliwy styl japońskiego teatru narodził się z opowieści o synu Kintarō.
Dramaturg Chikamatsu Monzaemon, największy autor tej epoki, w 1712 roku napisał „Komochi yamanba” (嫗山姥, „Yamanba z dzieckiem”), sięgając po stary dramat nō o górskiej wiedźmie i splatając go z historią narodzin siłacza. A samo imię „Kintarō”, w tej dziecięcej formie, pojawia się dopiero w 1809 roku, w tanecznym przedstawieniu w teatrze Nakamura. Osiemset lat od gwardzisty z dziennika Michinagi do chłopca z toporem, którego dziś znają wszyscy. Legenda nie jest znaleziskiem. Jest budowlą, którą wznosiło wiele pokoleń, każde dokładając cegiełkę pod własne potrzeby.

To jest moment, który dawnej Japonii podobał się najbardziej. Dziki talent zostaje rozpoznany i wciągnięty w służbę. Chłopiec z gór, bez rodu, bez nazwiska, zostaje wojownikiem na dworze, bo ktoś dostrzegł jego wartość. W kraju sztywnych stanów to było marzenie ściśle reglamentowane: nie „każdy może wszystko”, lecz „wyjątkowa siła może zostać dostrzeżona i nagrodzona, jeśli odda się we właściwe ręce”. Kintarō nie buntuje się przeciw porządkowi. Wchodzi w niego i znajduje w nim swoje miejsce. To opowieść o awansie, ale awansie przez posłuszeństwo, nie przez przewrót.
A koniec? O nim pieśń milczy. Według przekazów Sakata no Kintoki umiera w 1012 roku, w drodze na Kyūshū, gdzie wyprawiał się z innymi tłumić bunt. Dopadła go ciężka gorączka. Zatrzymał się po drodze w okolicy dzisiejszego miasteczka Shōō w prefekturze Okayama i tam, mimo opieki towarzyszy, zmarł. Yorimitsu pochował go na wzgórzu. Stoi tam chram – jeden z wielu, bo o ciało i grób Kintarō spiera się kilka regionów Japonii, każdy dumny, że to właśnie u niego rósł najsilniejszy z chłopców. Silny chłopiec z bajki kończy jak wielu prawdziwych ludzi tamtej epoki: nie w chwale bitwy, lecz w przydrożnej gorączce, daleko od domu, w drodze wyznaczonej przez pana.



Teraz słodycz. Kintarō-ame (金太郎飴) to cukierek, który – gdziekolwiek go przekroisz – pokazuje na przekroju tę samą twarz Kintarō. Technika sięga środkowego Edo (w Osace robiono podobne cukierki z twarzą bogini Okame), ale samą twarz chłopca i nazwę spopularyzowała dopiero rodzina Watanabe na przełomie Meiji i Taishō, ze sklepem w tokijskiej dzielnicy Negishi. Sprzedawca ciągnął rozgrzaną masę, kroił ją na oczach dzieci i wykrzykiwał: „z cukierka znów wyszedł Kintarō!”. Magia powtarzalności, ta sama buzia bez końca, zachwycała.
I właśnie ta słodycz zrobiła w japońskim języku zaskakującą karierę, do której wrócimy na końcu. Bo „kintarō-ame” znaczy dziś również coś zupełnie innego niż radość jarmarku.
Na koniec ubranko. Czerwony romboidalny napierśnik z wielkim 金 stał się tak nierozerwalnie kojarzony z Kintarō, że romboidalne śliniaki, w które ubierano w dawnej Japonii niemowlęta, zaczęto nazywać po prostu „kintarō”. Dziecko w czerwonym haragake to było dziecko-Kintarō. A nad jego głową, w maju, stawiano figurkę – gogatsu-ningyō (五月人形, „lalkę majową”). I tu trzeba opowiedzieć o całym święcie, bo bez niego nie zrozumiemy, dlaczego akurat ten chłopiec.

W epoce Edo zwyczaj przybrał formę, którą znamy do dziś. Rody wojowników w Dniu Chłopca wystawiały na zewnątrz oznaki swojej dumy: hełmy, zbroje, proporce. Mieszczanie, którym nie wypadało obnosić się militariami, odpowiedzieli po swojemu – wymyślili koinobori (鯉のぼり), tkaninowe karpie łopoczące na wietrze. Karp, bo chiński przekaz mówił o karpiu, który pokonał wodospad i zmienił się w smoka. Każdy wywieszony karp znaczył: „tu dorasta syn, oby przebił się przez życie jak ten karp przez prąd strumienia”.

Dlaczego on? Bo był idealnym życzeniem złożonym w jedną figurkę. Hełm mówił o odwadze, ale był zimny i dorosły. Kintarō mówił o sile, ale był dzieckiem, takim jak to, dla którego figurkę postawiono. Był silny i zarazem dobry, łamał drzewa, ale po to, by pomóc przeprawić się słabszym zwierzętom. Łączył to, czego rodzice naprawdę życzyli synowi: ciało zdrowe jak u dzikiego zwierzęcia i serce, które tej siły nie obróci przeciw słabszym. W jednej okrągłej, czerwonej figurce dawna Japonia zmieściła cały swój ideał chłopięctwa.
Za tym życzeniem siły stała twarda rzeczywistość. W dawnej Japonii dziecko umierało łatwo. Mówiło się, że do siódmego roku życia dziecko „należy jeszcze do bogów”, bo zbyt często wracało do nich przedwcześnie, na gorączkę, na ospę, na biegunkę. Z tego strachu wyrosły wszystkie te obrzędy: obchody kolejnych miesięcy i lat, talizmany, wystawiane figurki. Życzenie „oby rósł silny jak Kintarō” nie było pustym frazesem dumnego ojca. Było modlitwą wypowiadaną nad istotą, o której nikt nie wiedział, czy dożyje następnej wiosny. Czerwień napierśnika niemowlęcia także stąd: czerwień od dawna uchodziła za kolor odpędzający chorobę i złe moce. Ubierając dziecko w czerwone „kintarō”, rodzice zarazem stroili je na obraz siłacza i chronili barwą amuletu.

Po pierwsze, stosunek do gór i dzikości. Dla rolniczej, nizinnej Japonii góra była drugim światem: groźnym, ale życiodajnym. Z gór schodziła woda do pól ryżowych, z gór brano drewno i węgiel, w górach mieszkali ludzie spoza wioskowego ładu. Kintarō, dziecko gór i górskiej kobiety-bóstwa, nosi w sobie cały ten ambiwalentny szacunek. Jego siła nie jest siłą cywilizacji. Jest siłą tego, co dzikie, a co mimo to potrafi służyć dobru. Dawna Japonia nie marzyła o chłopcu wypolerowanym przez miasto. Marzyła o chłopcu zdrowym jak las.



Po piąte, sam stosunek do ciała. Kintarō jest cielesny do szpiku: rumiany, tłuściutki, gołą skórą stykający się z mrozem i z futrem niedźwiedzia. W kulturze, która od dziecka uczyła powściągliwości, ukrywania emocji, panowania nad sobą, ten obraz nieskrępowanego, dzikiego ciała działał jak wentyl. Pozwalał marzyć o zdrowiu bez wstydu, o sile, która nie musi się tłumaczyć. To znamienne, że ten jeden raz, nad kołyską syna, sztywna Japonia pozwalała sobie życzyć dziecku nie grzeczności, nie posłuszeństwa, lecz dzikiej, zwierzęcej krzepy. Jakby wiedziała, że reszty – karności, opanowania, ról – życie i tak dorzuci aż nadto.



Figurka Kintarō potrafi wzruszyć. Dlatego, że Kintarō był sobą – jedyny, rumiany, pół- boski, niemożliwy do powielenia. Rodzice, którzy stawiają go w maju, w gruncie rzeczy proszą o dwie rzeczy naraz: niech mój syn będzie zdrowy jak ten leśny chłopak, i niech, mimo wszystko, zostanie kimś, a nie kolejną twarzą na przekroju.
Topór na ramieniu, niedźwiedź przed sobą, znak złota na piersi. Ile życzeń mieści się w jednej małej figurce.
ŹRÓDŁA
1. Yanagita Kunio (柳田國男) – studia nad yamanbą i bóstwami gór (yama no kami) – klasyka japońskiej etnografii.
2. Reider, Noriko T. – Japanese Demon Lore: Oni from Ancient Times to the Present, 2010 – m.in. Shuten-dōji i shitennō Yorimitsu.
3. 前太平記 – 享和3年 (Zentaiheiki, 1803) – popularne dzieło pseudohistoryczne z opisem narodzin Kintokiego.
4. 鳥居フミ子 – 『金太郎の謎』みやび出版, 2016 (Torii Fumiko, „Zagadka Kintarō”).
5. 西川照子 – 『金太郎の母を探ねて』講談社, 2016 (Nishikawa Teruko, „W poszukiwaniu matki Kintarō”).
6. 勝央町 – 金太郎・坂田金時 伝承と金時神社 (gmina Shōō, prefektura Okayama, przekazy o śmierci Kintokiego).
7. 石原和三郎 / 田村虎蔵 – 童謡「金太郎」, 『幼年唱歌』 1900 (pieśń szkolna „Kintarō”).
>> PODOBNE ARTYKUŁY:
Hashihime przy moście Uji – jak kobieta, która nie chciała cicho odejść, stała się demonem
Górska wiedźma Yamanba – kobieca dzikość, która przerażała mężczyzn patriarchatu tradycyjnej Japonii
Zemsta braci Soga – surowy „honor” i bezlitosne giri pierwszych samurajów Japonii
Tachiai (立合い) - jedna sekunda, którą trenuje się przez całe życie
Kappa - twarz japońskiego folkloru i gwiazda wszystkich yōkaiów
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!