
Reszta potrwa pięć, siedem, najdalej dziesięć sekund. Ale kto wygrał, wiadomo już teraz. Sześćdziesiąt do siedemdziesięciu procent walk w sumo rozstrzyga się w pierwszej sekundzie startu – tak mówią starsi mistrzowie i tak mówi statystyka. Wszystko, co przyjdzie potem – przepychanie, chwytanie pasa, próba wyrzucenia z ringu – jest tylko domknięciem tego, co już się wydarzyło w pierwszej eksplozji. Można to porównać do partii szachów rozstrzygniętej w trzecim ruchu, z tą różnicą, że cała partia trwa tu szybciej niż wymówienie słowa „przegrałem".
Ten paradoks jest sercem dyscypliny. Bo zawodnicy trenują tę jedną sekundę całe życie. Nie technikę, nie chwyt, nie wytrzymałość. Tę jedną sekundę. Wstają codziennie o czwartej rano przez dwadzieścia, trzydzieści lat, by raz dziennie wybuchnąć z bezruchu z siłą zdolną zgruchotać kości. A jeszcze ciekawsze jest to, że nie chodzi tu tylko o sportowy zwyczaj. Chodzi o japońską teorię momentu decydującego, ujętą w mikrokosmos rozegrany na czterech metrach kwadratowych ubitej gliny. Ta sama logika rządzi haiku, pojedynkiem samurajskim, ceremonią herbaty, ikebaną. Sprawdźmy, co o niej wiedzą ci dwaj mężczyźni z linii startowej – i co my możemy z tego wynieść.
Spotkanie nazywa się tachiai (立合い), co dosłownie znaczy „stać i spotkać się". Dwa znaki: pierwszy oznacza powstanie, wstanie z kucnięcia. Drugi – spotkanie, zderzenie, stykanie się. Razem opisują dokładnie to, co się dzieje: dwóch mężczyzn wstaje z kucnięcia i zderza się z siłą tak wielką, na jaką tylko stać każdego z nich.


Dlatego rikishi (力士 – dosł. “człowiek siły”, czyli zawodnik) mają ślady na czołach. Charakterystyczne sińce, czasem otarcia, czasem rozcięcia. Niektórzy zawodnicy słyną z tego, że atakują głową prosto w przód i krwawią po raz dziesiąty w turnieju. Inni próbują przyjąć uderzenie ramieniem, ale wtedy ryzykują utratę linii ataku. To zawsze jest kalkulacja: schylisz się za bardzo i przeciwnik cię zwali z nóg, podniesiesz za szybko i stracisz pęd. Idealne tachiai jest jak idealne uderzenie w gwóźdź młotkiem – ani za wysoko, ani za nisko, z całą siłą skierowaną w jeden punkt. Perfekcja i precyzja.
Walka na poziomie najwyższej dywizji - makuuchi (幕内, dosłownie „za kurtyną": w Edo najlepsi rikishi mieli wydzieloną przebieralnię oddzieloną kotarą, stąd nazwa) - może trwać do czterech minut. Po tym czasie sędzia gyōji (行司) ogłasza mizu-iri (水入り, „wejście wody"), czyli przerwę, podczas której zawodnicy dostają coś do picia. Ale prawie nigdy nie dochodzi do tego punktu. Statystycznie, zwłaszcza w ostatniej dekadzie, walki kończą się w mniej niż dziesięć sekund. Hakuhō, największy yokozuna (横綱, „sznur w poprzek" - najwyższa ranga w sumo) współczesności, miał walki trwające trzy sekundy. Trzy. Tyle, ile zajmuje przeczytanie tego zdania.
Zanim jednak dojdzie do tych trzech sekund, mija nawet cztery minuty pełnego napięcia. Tyle trwa rytuał wejścia w moment.



Ale teraz jeszcze nic się nie zaczyna. Kucają. Patrzą na siebie. Wstają. Wracają po sól. Wyrzucają ją po raz drugi. Wracają. Kucają. Wstają. I tak nawet cztery razy. Każde podejście jest okazją: być może tym razem wybuchnę. Być może tym razem mój przeciwnik pierwszy postawi pięść. Być może pomyli się i ruszy zbyt wcześnie.


Aby zrozumieć, czego naprawdę dotyczy mistrzostwo w tachiai, trzeba poznać historię chłopca z prowincji Ōita.

Co się potem stało, przekracza wszystko, co osiągnął ktokolwiek przed nim i po nim. Między styczniem 1936 a styczniem 1939 wygrał sześćdziesiąt dziewięć walk z rzędu. Nie sześć, nie szesnaście. Sześćdziesiąt dziewięć. Streak, który Hakuhō, sześćdziesiąt lat później, próbował pobić i zatrzymał się na sześćdziesięciu trzech. Chiyonofuji – pięćdziesięciu trzech. Taihō – czterdziestu pięciu. Rekord Futabayamy stoi do dziś i wszyscy w sumo zgadzają się, że być może nigdy nie zostanie pobity.

Trudno to wyjaśnić, więc zacznijmy od tłumaczenia dosłownego. Go (後) to „po", sen (先) to „przed", „pierwszeństwo". Razem: „pierwszeństwo po". Albo jeszcze precyzyjniej: „inicjatywa, którą zdobywa się odpowiadając". W praktyce wygląda to tak: Futabayama nie atakował pierwszy. Pozwalał przeciwnikowi ruszyć i w ułamku tej samej sekundy odpowiadał kontruderzeniem, w którym pęd przeciwnika sumował się z jego własnym. Wynik: ten, kto zaatakował pierwszy, padał, ponieważ uderzył w lustrzane odbicie własnej siły, zwielokrotnione.
Nie była to zwykła reakcja. Reakcja w sensie neurologicznym trwa około dwustu milisekund – w sumo to za dużo, by „ujść z życiem”. Go-no-sen jest czymś innym: stanem gotowości, w którym ciało już jest w ruchu, zanim umysł zdąży to zarejestrować. Trzeba przeczytać przeciwnika tak głęboko, że antycypujesz jego ruch w tym samym momencie, w którym on się zaczyna. Nie patrzysz, jak rusza. Wiesz, że teraz ruszy.

Jaki morał płynie z historii jednookiego mistrza? Taki, że mistrzostwo w tachiai nie polega na atakowaniu wcześniej. Polega na byciu gotowym dokładniej. Futabayama wybuchał wtedy, gdy przeciwnik dawał mu sygnał. Słabszy sygnał umyka. Mocniejszy – znaczy, że jest się o moment za późno. On potrafił złapać sygnał w sam raz.
Skąd bierze się ta precyzja czasu? Z treningu, którego nie dałoby się przeprowadzić w żadnym sporcie poza sumo.


Słynne nagranie z 2017 roku pokazuje Hakuhō prowadzącego butsukari z młodym Onoshō. Onoshō ma wtedy dwadzieścia zwycięstw w pierwszych dwóch turniejach makuuchi – debiutuje, walczy ambitnie, zaczyna być rozpoznawalny. Hakuhō doprowadza go do całkowitego wyczerpania. Po kilkunastu uderzeniach Onoshō pada na kolana. Hakuhō krzyczy do leżącego Onoshō: „wstawaj!" (tate! 立て!), „jeszcze raz!" (mō ichido! もう一度!), wyśmiewa go za słabość, kpi z niego głośno, na oczach publiczności i innych rikishi. To jest technika treningowa - presja społeczna jako paliwo. Zawodnik nie może się poddać przy świadkach. Wstaje resztkami sił, bo gorsze od bólu byłoby wycofać się publicznie.

Dla zachodniego widza wygląda to jak znęcanie się. Nie jest. To jest konstruowanie psychiki, która znosi wybuch po wybuchu. Bo właśnie taki jest ten zawód. W turnieju zawodnik walczy piętnaście razy w piętnaście dni. Każda walka musi być jego pierwszym tachiai – pierwszym wybuchem po nieruchomej sekundzie. Ciało tymczasem pamięta wczorajsze obtłuczenia, przedwczorajsze złamane żebro, ostatnie miesiące bólu w plecach. A nie może, po prostu nie może. Pierwsza sekunda jest jedyną sekundą.

Rikishi, którzy pracują przy butsukari w stajni, robią to do końca kariery. Nie ma momentu, w którym uznaje się, że ten etap się skończył. Najlepsi yokozuna trenują butsukari do dnia ostatniej walki w życiu. Bo tachiai nie jest umiejętnością, którą się raz opanowuje. Jest umiejętnością, którą się utrzymuje – jak ostrość brzytwy. Przestaniesz ostrzyć, stępi się w tydzień.
Trening fizyczny to dopiero połowa. Druga to coś, czego nie da się zobaczyć z zewnątrz.

Na czym polega? Mark Schilling, najbardziej znany zachodni komentator sumo, opisuje to tak konkretnie, jak nikt: idealne tachiai dzieje się wtedy, gdy obaj zawodnicy w tej samej sekundzie wciągają powietrze, krótko je zatrzymują, dotykają pięściami gliny – i wybuchają. Dosłownie zsynchronizowanie oddechu. Dwóch ciał, dwóch par płuc, dwóch klatek piersiowych. Jak dwóch tancerzy w jednym tańcu.
Tylko że w tym tańcu obaj próbują tę synchronizację wykorzystać przeciwko sobie. Bo synchronizujesz się po to, by wystartować razem, ale ten, kto pierwszy postawi pięść, przekazuje sygnał startowy drugiemu. Więc jeśli oddychasz w tym samym rytmie, ale postawisz pięść ćwierć sekundy później niż on – masz przewagę. Nie dlatego, że oszukałeś. Dlatego, że on już się zdecydował, jego ciało już ruszyło, a ćwierć sekundy później twoje ciało rusza w punkcie, gdzie wie dokładnie, dokąd on się ruszył. Wszedłeś w jego ruch z perspektywą, której on nie ma, idąc na ślepo.


Następnego dnia rikishi tak zrobił. Zamiast czekać, stanął przy linii już po pierwszym podejściu. Hakuhō, w pełni przyzwyczajony do swojego rytuału, był zdezorientowany. Przeciwnik zabrał mu rytm jego przygotowania. Hakuhō pozostał spokojny – ale ledwo wygrał tę walkę. Rekord uratował, jednak stało się jasne: ktoś, kto przerwie twój rytm shikiri, może cię pokonać samym tym faktem.
Cztery miesiące później Hakuhō przegrał. Pokonał go Kisenosato, młody zawodnik, którego nikt nie typował. Sześćdziesiąt trzy zwycięstwa, koniec. Sześć walk od rekordu. Mistrz, który studiował Futabayamę całe życie, zatrzymał się sześć kroków przed nim.
Dlaczego o tym piszę? Bo to pokazuje, jaka presja działa na mistrza, który może stracić wszystko w czasie krótszym niż jeden wydech. Tachiai nie jest mocą. Jest precyzją czasu. Wystarczy ćwierć sekundy zaburzenia, żeby najlepszy zawodnik świata przegrał z chłopakiem dwa razy mniej doświadczonym. Sumo wie, że moment decydujący nie wybacza nawet herosom.

Wyspa była niezamieszkana. Spotkali się tam dwaj mężczyźni: Sasaki Kojirō, jeden z najbardziej cenionych szermierzy ery Edo, ulubieniec dworu shōguna, mistrz długiego dwuręcznego miecza nodachi, sławny z techniki „odwrócenia jaskółki", tsubame-gaeshi. Naprzeciw niego: Miyamoto Musashi, dwudziestoośmioletni rōnin, znany z osobliwego stylu walki dwoma mieczami i z tego, że zwykle przychodzi brudny, w łachmanach, z kawałkiem drewna zamiast ostrza.

Cała walka trwała kilka sekund. Kojirō zaatakował w furii z całej siły, wykonał swoją słynną technikę – cios od góry przechodzący w cięcie w bok. Musashi przyjął uderzenie, w ruchu odbił je i równolegle uderzył drewnianym wiosłem w skroń przeciwnika. Kojirō padł. Musashi sprawdził, czy żyje. Nie żył. Wsiadł do łodzi i odpłynął, zanim ktoś zdążył pomścić mistrza shōguna.
Jeden cios. Lata przygotowań po obu stronach. Tradycja kenjutsu nazwała tę logikę pojedynku ichigeki hissatsu (一撃必殺) – „jedno uderzenie, pewna śmierć". Brzmi to brutalnie. I jest. Jeśli musisz uderzyć po raz drugi, znaczy to, że przeciwnik ma szansę zadać swój cios. A jest ryzyko, że jego cios wystarczy jeden.

Wszystkie te dyscypliny łączy jedno założenie: właściwy moment występuje raz. Możesz się na niego przygotować, możesz go wyczekiwać, możesz z niego skorzystać. Ale nie możesz go powtórzyć. Sztuka mistrza polega na tym, by w tej jednej sekundzie zmieścić wszystko, czego się nauczył przez całe życie.
W europejskiej tradycji walki – w szermierce, w boksie, w zapasach – jest czasem miejsce na drugą próbę. Pierwsze pchnięcie jest tylko otwarciem. Druga akcja, trzecia kombinacja, czwarty ruch – to dopiero esencja. Japońska tradycja idzie w przeciwnym kierunku. Miecz unosisz raz, więc unieś go tak, byś nigdy nie musiał go unosić drugi raz. Pierwsza sekunda zawiera wszystko.
Ta sama logika rządzi rzeczami, które na pozór nie mają z walką nic wspólnego.

To nie jest sztuka skrótu tylko kompresji. Bashō, gdy układał hokku, mógł napisać poemat na pięćdziesiąt linijek o tym samym, co wyraził w jednej. Wybrał jedną, ponieważ wiedział: piętnaście słów może powiedzieć więcej niż pięćset, jeśli każde słowo jest tym właściwym. Logika identyczna z tachiai. Ćwiczysz całe życie, żeby w jednym ruchu, w jednej linijce, w jednym uderzeniu zmieścić wszystko, czego się nauczyłeś.
Dalej: ikebana. Sztuka układania kwiatów. Można położyć w wazonie pięćdziesiąt róż, można trzy. Tradycyjna ikebana wybiera trzy. Bo nie chodzi o ilość kwiatów, tylko o przestrzeń, jaka między nimi powstaje.


Japonia zauważyła coś, czego większość kultur nie nazywa wprost: że istota życia mieści się nie w jego rozciągłości, tylko w jego punktach. W chwilach, w których wszystko się decyduje. Reszta jest ich obwarowaniem. Pojawiają się te punkty rzadko – ale gdy się pojawiają, jesteś gotów albo nie.
To wszystko byłoby tylko piękną teorią o sumo, gdyby nie miało odniesienia do życia ludzi, którzy nigdy nie staną na dohyō. Ale ma. I to bardzo bezpośrednie.


Pierwsza lekcja jest oczywista i jednocześnie najtrudniejsza: nie dasz rady zareagować w decydującej sekundzie, jeśli wcześniej nie zrobiłeś czterech minut przygotowania. Albo czterech lat. Albo czterech tysięcy godzin powtarzania tego samego ruchu, aż ciało już nie potrzebuje umysłu, by wiedzieć, co zrobić. Nikt z mistrzów tachiai nie myśli w pierwszej sekundzie. Mózg jest na to za wolny. Działa pamięć ciała, budowana przez lata. To pochwała powolności – nie szybkiej kariery, lecz cierpliwego ćwiczenia.



Jutro wrócą. Pojutrze też. Przez piętnaście dni z rzędu w czasie turnieju przeżyją po jednej takiej sekundzie. Każda będzie pierwsza w swoim małym wszechświecie. Ten zawodnik, który właśnie przegrał, tej walki już nigdy nie odzyska. Ale jutro może wygrać inną. Nikt mu nie odbierze tego, że ma jeszcze jedną sekundę przed sobą.

Pytanie, które zostawia mi sumo, brzmi prosto: czy wykorzystuję dany mi czas, by przygotować się na tych kilka rozstrzygających sekund, jakie w pozostałym mi życiu jeszcze nadejdą?
1. Kozuma, Yoichi, Mental Training Program for a Sumo Wrestler, Psychology in Professional Sports and the Performing Arts: Challenges and Strategies, 2016
2. Schilling, Mark, Sumo: A Fan's Guide, The Japan Times, 1994.
3. Tochinoumi Teruyoshi (栃ノ海晃嘉), Sumō no kokoro to gijutsu (相撲の心と技術 - „Duch i technika sumo"), Baseball Magazine Sha, Tokio 2003.
4. Naruse Masakatsu (成瀬正勝), Sumō no kokoro (相撲のこころ - „Serce sumo"), Tairyūsha, Tokio 1985.
5. Yamamoto Tatsurō (山本辰郎), Sumō no shinri to seishin (相撲の心理と精神 - „Psychologia i duch sumo"), Fumaidō Shuppan, Tokio 1998.
6. Bickford, Lawrence, Sumo and the Woodblock Print Masters, Kodansha International, Tokio 1994.
7. Cuyler, Patricia L., Sumo: From Rite to Sport, Weatherhill, 1979.
8. Hall, Mina, The Big Book of Sumo: History, Practice, Ritual, Fight, Stone Bridge Press, Berkeley 1997.
>> PODOBNE ARTYKUŁY:
Jak okiełznano potężną Yakuzę w XXI wieku? I co ma z tym wspólnego pewien turniej sumo?
Pierwszy z ojców karate: życie i nauki Kanga „Tōde” Sakugawy w królestwie Ryūkyū
Co naprawdę zawierała księga ninja z 1676 roku? Bansenshūkai – podręcznik psychologii z czasów Edo.
Yoroi kumiuchi – styl walki, którym samuraje zabijali się w błocie pól bitew Sengoku
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!