Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.
2026/06/02

Ee ja nai ka. Gdy świat i sens się walił, pozostał tylko obłęd i taniec. Japonia 1867.

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.

 

Jesienią 1867 roku przez Japonię przeszła fala zbiorowego szału. Stary porządek już się sypał, nowy jeszcze nie nadszedł. Ludzie przestali pracować, przestali dbać. Wyszli na ulicę i tańczyli.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Najpierw słychać bęben. Daleko, jeszcze za rogiem ulicy, ale już niesie się tym dziwnym, drżącym rytmem, którego nie wybijał żaden zwykły festiwal. Potem tupot. Setki stóp, tysiące. Tłum wchodzi w ulicę i ulica znika – jest tylko ludzka rzeka, w której nie da się już rozróżnić, gdzie kończy się jedno ciało, a zaczyna drugie. Mężczyzna w karmazynowym kimonie kurtyzany, z twarzą pomalowaną na biało i czerwono. Młoda dziewczyna w hełmie samuraja. Samym hełmie. Stary kupiec, którego sąsiedzi przez dwadzieścia lat widywali tylko w szarym, stonowanym haori – tańczy nagi, ze święconym amuletem przyklejonym do piersi. Nago tańczą też matki z dziećmi, mnisi, słudzy, lichwiarze. Każdy ma na głowie czerwoną papierową latarnię. Każdy wykrzykuje to samo.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Drzwi bogatego domu kupieckiego stoją otworem. Nie zostały wyważone – otwarto je. Do środka wlewa się ludzka rzeka. Ze stołu znika ryż, znikają ciasteczka, dzbany sake przechodzą z rąk do rąk, a gospodarz stoi w progu i się uśmiecha, bo człowiek, który w takiej chwili nie nakarmi z uśmiechem tłumu, może do rana nie mieć już domu. Jeszcze kilka miesięcy temu ten sam tłum klękał przed urzędnikiem shōgunatu. Teraz urzędnik schował się w domu i nie wyjdzie, bo nie ma już władzy, która by go obroniła. I nie ma urzędu, do którego mógłby wrócić. Shōgunat umiał tłumić bunty. Ale buntownicy czegoś chcieli, mieli żądania, które można spełnić albo nie. A tu? Co można zaproponować oszalałym tłumom, które nie chcą nic, nie mają przywódców – ani religijnych ani politycznych – i tańczą paraliżując całkowicie państwo i wołając „A co tam!”.

 

W podręczniku do historii czytamy: „schyłek władzy shogunatu i początek Meiji to był burzliwy okres”. Nie powinniśmy się w ten sposób uczyć historii, bo nic z niej nie zrozumiemy. Shōgunat był ostoją i gwarantem całej koncepcji, na której zbudowane było życie ludzi Edo – i gdy czarne okręty Perryego przybiły do brzegu okazał się bezradny, całkowicie bezsilny, bez znaczenia. W tym samym czasie ziemia trzęsła się trzy razy. Tsunami uderzyło dwa razy. Pożary i zarazy liczono w setkach. Śmierć była wszędzie. Cena ryżu wzrosła dziewięciokrotnie. Każdy z milionów tańczących pochował kogoś bliskiego, każdy stracił dom albo dorobek, każdy widział kometę nad dachami i pomyślał: to już! Ludzie wyszli na ulicę i tańczą. Tańczą po nocach, tańczą za dnia, tańczą tak długo, że stopy mają starte do krwi i gardła zdarte od krzyku. Z setek gardeł wraca wciąż ten sam refren, pół okrzyk, pół zaklęcie, w którym da się usłyszeć i radość, i coś twardszego, coś na krawędzi. „Ee ja nai ka”. A co tam. Wszystko jedno. Czy ten fatalizm to całkowite poddanie się, czy coś innego? I czy jest tylko częścią historii, czy może jeszcze do nas powróci w XXI wieku? Co się stało w Japonii pomiędzy majem 1867 a lutym 1868?

 

„A co tam, że zdejmiemy ubrania"

„A co tam, urzędnikowi pękła katana"

„Może i namiestnik zatańczy – a co tam!"

„Ee ja nai ka!”

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.

 

Z pustego nieba spadają bogowie

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Wszystko zaczęło się od tego, że z nieba zaczęli spadać bogowie. Latem 1867 roku w środkowej Japonii, gdzieś w okolicach Nagoi albo Osaki (sam początek do dziś jest sporny), ludzie zaczęli znajdować na dachach, na progach, w gałęziach drzew papierowe talizmany. Najczęściej były to ofuda (御札) – poświęcone amulety, jakie wydaje się w świątyniach, zwłaszcza w wielkim sanktuarium w Ise, najważniejszym miejscu kultu w całym kraju. Zjawisko dostało nazwę ofudafuri (御札降り), dosłownie „opadanie amuletów”.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Spadały głównie amulety, ale w relacjach z różnych okolic pojawiają się i dziwniejsze rzeczy: wstęgi, drobne posążki, talizmany obcych świątyń, czasem przedmioty, których nikt nie umiał rozpoznać. Im mniej dawało się to wytłumaczyć, tym mocniej działało. Cud nie potrzebuje logiki. Potrzebuje świadków, a tych nie brakowało.

 

Pomyśl, co to znaczy dla człowieka, który przez ostatnich kilkanaście lat patrzył, jak wali się wszystko, co znajome. Świat i wszystkie jego wartości, w które wierzyło się od dziecka, które były świętością, które wyznaczały życie człowieka i jego przodków – wszystko nagle straciło wszelkie znaczenie i sens. I wtem - znak boga spada ci pod nogi. Nie ty idziesz do świątyni – to świątynia przychodzi do ciebie, prosto z nieba, na twój własny dach. Reakcja była natychmiastowa i wszędzie taka sama. Tam, gdzie spadł amulet, stawiano prowizoryczny ołtarzyk, składano w ofierze święte sake i ryż, a potem zaczynano tańczyć. I już się nie przestawało.

 

Nie wszędzie zaczynało się tak samo. W Senba, kupieckiej dzielnicy Osaki, szaleństwo wyrosło latem 1867 roku z niewinnego tańca dziękczynnego za żniwa, hōnen odori (豊年踊り). Z roku na rok takie tańce bywały zwyczajną wiejską zabawą. Tego roku zabawa nie chciała się skończyć – przelała się z podwórek na ulice, z ulic na sąsiednie dzielnice, potem na całe miasto i dalej. Gdzie indziej iskrą był deszcz amuletów, gdzie indziej tańce za zmarłych albo obrzędy o deszcz. Wszędzie kończyło się tak samo: tłumem, który stracił umiejętność zatrzymania się.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Choć czasy czarnych okrętów Perryego i końca shōgunatu były niezwykle intensywne, to jednak Japonia miała wpisany w pamięć wzór takiego wybuchu histerii i wcześniej. Mniej więcej co sześćdziesiąt lat przez kraj przetaczała się fala masowych pielgrzymek do Ise, zwana okage mairi (お蔭参り) – „pielgrzymką wdzięczności”. Ostatnia wielka fala, w 1830 roku, ruszyła z miejsca blisko pięć milionów ludzi przy ludności kraju liczącej około trzydziestu dwóch milionów. Co siódmy mieszkaniec Japonii rzucił wtedy pracę i poszedł. Słudzy wymykali się panom bez pozwolenia – nazywano to nukemairi (抜け参り), „ucieczką na pielgrzymkę” – a po drodze szli w przebraniach, tańczyli – tracili pieniądze, zasady i wstyd.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Tyle że rok 1867 wcale nie był rokiem tego cyklu. Następna prawidłowa fala wypadałaby dopiero około 1890 roku. To, co wybuchło jesienią 1867, było więc czymś w rodzaju przedwczesnego porodu – ta sama energia, ten sam taniec, ta sama święta gorączka, ale wyrwane z kalendarza, wypchnięte o ponad dwadzieścia lat za wcześnie przez coś, co nie mogło już czekać. Ciało społeczne nie wytrzymało do terminu.

 

Skąd w ogóle brały się te amulety? Część ludzi wierzyła bez cienia wątpliwości, że to dar bogów. Inni byli bardziej podejrzliwi i być może mieli rację. W kilku miejscach przyłapano na gorącym uczynku ludzi rozrzucających talizmany – wędrownych kapłanów, młodzików marzących o roli przywódców, a także kupców, bo część „świętych” amuletów okazała się zwykłą reklamą lokalnych interesów. Niebo, z którego spadały znaki bogów, miewało bardzo ziemskie kieszenie. Ale to niczego nie zatrzymało. Deszcz amuletów był tylko iskrą. Paliwo zbierało się od piętnastu lat.

 

A znalezienie amuletu na własnym dachu zmieniało wszystko. Sąsiedzi schodzili się obejrzeć znak, ktoś przynosił sake, ktoś bił w bęben, dzieci biegły roznieść wieść po okolicy. Zanim zapadła noc, przed domem stał już ołtarzyk, a wokół niego krąg tańczących. Następnego ranka krąg nie znikał – rósł. Tak z jednego papierka na dachu rodziło się szaleństwo całej ulicy, a z szaleństwa ulicy – szaleństwo miasta.Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.

 

Miasto bez snu

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Kiedy taniec ruszał na dobre, miasto przestawało spać. Nie na jedną noc – na całe tygodnie. Relacje z różnych miast zgadzają się co do jednego: to po prostu nie ustawało. Ludzie tańczyli w dzień i tańczyli w nocy, jedni padali, inni wchodzili na ich miejsce, bębny nie milkły, a ulice zatykały się rozkrzyczanym, spoconym, pijanym tłumem tak szczelnie, że zwykłe życie miasta stawało.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Pierwsze, co znikało, to porządek ciała i stroju. Mężczyźni wkładali kobiece kimona, kobiety przebierały się za mężczyzn. Niektórzy malowali twarze, inni wkładali kostiumy bogów, demonów, lisów, kapłanów. Niektórzy nie wkładali nic. Widywano nagich mężczyzn z twarzami pomalowanymi na czerwono i biało, nagie kobiety z mieczami u pasa, starców wystrojonych jak panny młode. Nagość, w codziennym życiu wsi i miasta obwarowana tysiącem reguł, nagle przestawała cokolwiek znaczyć. Sama fraza, którą wykrzykiwano, miała w sobie to przyzwolenie:

 

服を脱いでもええじゃないか

(fuku o nuide mo ee ja nai ka)

„a co tam, że zdejmiemy ubrania"

 

やってもええじゃないか

(yatte mo ee ja nai ka)

„a co tam, że to zrobimy"

(czasownik yaru w tym kontekście = uprawiać seks; eufemizm żywy do dziś).

 

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Brytyjski dyplomata Ernest Satow, jeden z najbystrzejszych zachodnich obserwatorów tamtych lat, zobaczył to na własne oczy w Osace. Zapamiętał tłumy w świątecznych strojach, tańczące i śpiewające wciąż ten sam refren; domy obwieszone kolorowymi ciasteczkami ryżowymi, pomarańczami, woreczkami, słomą i kwiatami; sukna głównie czerwone, gdzieniegdzie błękitne i fioletowe; i tych tańczących ludzi z czerwonymi latarniami na głowach. Patrzył na to człowiek z kraju, który właśnie dobijał się do Japonii armatami, i nie bardzo wiedział, czy widzi radość czy strach. Czy obłęd?

 

W tym hałasie był swój porządek, choć trudno go nazwać porządkiem. Tańce organizowały najczęściej grupy młodych, te same, które na co dzień pilnowały wiejskich i miejskich spraw (Wakamono – więcej o nich tu: Tak japońska wieś dbała o siebie. Wakamono-gumi – młodzi, którzy działali tam, gdzie nikt inny z pomocą nie przyjdzie.). Grano na bębnach i na shamisenie, śpiewano, klaskano w takt. Służba dostawała wolne, bo kto by w taki czas zmuszał kogoś do pracy. Wymieniano się prezentami. Ludzie ruszali na pielgrzymki do pobliskich sanktuariów, by podziękować za amulety, i wracali jeszcze bardziej rozgorączkowani. Całe życie wspólnoty na kilka tygodni wyjęto z normalnego czasu i wrzucono w jedno wielkie, wirujące teraz.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Wyobraź sobie trzeci dzień takiego tańca. Stopy starte do krwi, gardła zdarte od krzyku, a mimo to nikt nie przestaje, bo przestać znaczy wypaść z czegoś większego niż ty sam. Ktoś pada w kącie i śpi godzinę, po czym wraca. Ktoś inny tańczy tak długo, że przestaje czuć głód – a w mieście, gdzie ludzie umierali z głodu, to nie jest drobiazg. Ciało, przez lata kulące się ze strachu i niedostatku, robi nagle coś zupełnie odwrotnego: daje z siebie wszystko, do utraty tchu.

 

Najdziwniejsze było to, jak taniec się rozprzestrzeniał. Nie trzeba było nikogo namawiać. Człowiek wychodził z domu tylko popatrzeć, stawał z boku, postukiwał stopą do bębna – i po kwadransie był już w środku, z latarnią na głowie, wykrzykując refren razem z resztą. Tłum działał jak ogień w suchej trawie: dotykał kolejnych, a kolejni zajmowali się od niego. Sąsiad widział tańczącego sąsiada i też zaczynał, bo nagle stanie z boku wyglądało dziwniej niż taniec. W kilka dni miasto duszące się dotąd w strachu i niedostatku zamieniało się w jeden wirujący organizm.

 

Najważniejsze działo się jednak nie na ulicy, lecz za progami bogaczy. Tłum wchodził do domów zamożnych kupców i lichwiarzy – tych samych, którzy na drożyźnie ostatnich lat dorobili się fortun, gdy reszta przymierała głodem – i tam, w środku, tańczył. Jadł ich jedzenie, pił ich sake, rozdawał ich zapasy. Gospodarz nie mógł się sprzeciwić. Sprzeciw ściągał na niego gniew bogów i gniew sąsiadów. Przede wszystkim zaś – gniew nieokiełznanego tłumu trawionego najwyraźniej przez obłęd – a to zdecydowanie groźne. W najlepszym razie częstował tłum z uśmiechem i odprowadzał go do następnego domu. W najgorszym – patrzył, jak jego dobytek płynie ulicą.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.I tu trzeba powiedzieć rzecz łatwo umykającą pod warstwą kolorowych latarni. To była redystrybucja. Miękka, tańcząca, ubrana w święto – ale jednak redystrybucja. Bogactwo przez lata spływało w jedną stronę, a teraz przez kilka tygodni płynęło z powrotem. Nikt tego nie nazywał rabunkiem, bo wszyscy nazywali to świętem. Ale ryż w brzuchu głodnego był wcześniej ryżem bogacza, a bogacz nie odważył się powiedzieć „nie”. W mieście, gdzie sto monet kupowało już tylko garść ziarna, to nie był drobiazg.

 

A nad tym wszystkim stał fakt decydujący o całej reszcie: władza nie reagowała. Nie dlatego, że nie chciała. Dlatego, że nie mogła. Stróże porządku i żołnierze w wielkich miastach nie byli w stanie rozproszyć tłumu, który liczył setki i tysiące ludzi, tańczył bez przerwy i nie dawał się „złapać za żaden koniec”. Shōgunat wydał nawet formalny zakaz tego tańca. Zakaz nie odniósł najmniejszego skutku. Kto miał go egzekwować, gdy całe miasto wirowało w jednym rytmie?

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.

 

A co tam

 

Sama nazwa zjawiska to refren przyśpiewki.

 

ええじゃないか

Ee ja nai ka

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.To nie jest wyszukana fraza z filozoficznego traktatu, lecz potoczny okrzyk w dialekcie Kansai. „Ee” to gwarowe „dobre”, „ja nai ka” znaczy „czyż nie?”. Razem: „czyż to nie dobrze?”. Ale takie tłumaczenie jest za grzeczne. W ustach roztańczonego tłumu znaczyło raczej tyle, co „a co tam!”, „wszystko jedno!”, „czemu nie!”. W jednej krótkiej fali dźwięków mieścił się i fatalizm, i bunt.

 

Książka "Ścieżki" od autora ukiyo-japan.pl:  Michałą SobierajaRefren miał dziesiątki odmian. W jednych okolicach śpiewano „yoi ja nai ka”, w innych „ee ja nai ka” albo jeszcze inaczej, zależnie od gwary. Do tego doczepiano lokalne wtręty, sprośne żarty, drwiny z konkretnych bogaczy i urzędników. To była chyba najprostsza pieśń, jaką można sobie wyobrazić: dwa, trzy słowa, łatwe do złapania za pierwszym razem, niewymagające nauki, w rytmie, w którym nogi same prowadzą. Właśnie dlatego mogła porwać cały kraj.

 

Treści przyśpiewek znamy dziś dzięki zapiskom świadków i pracy historyków. Krążyły jako krótkie, dwu-trzywersowe zawołania, doczepiane do siebie w locie. W zapiskach zachowały się między innymi takie:

 

今年は世直りええじゃないか

(kotoshi wa yo-naori ee ja nai ka)

„a co tam, w tym roku świat się odnowi"

 

長州さんの御登り、ええじゃないか

(Chōshū-san no o-nobori, ee ja nai ka)

„a co tam, pan z Chōshū wkracza"

 

神国に異人が来た、ええじゃないか

(shinkoku ni ijin ga kita, ee ja nai ka)

„a co tam, do boskiego kraju przyszli barbarzyńcy"

 

異人の家に石が降る、ええじゃないか

(ijin no ie ni ishi ga furu, ee ja nai ka)

„a co tam, na dom cudzoziemca lecą kamienie"

 

服を脱いでもええじゃないか

(fuku o nuide mo ee ja nai ka)

„a co tam, że zdejmiemy ubrania"

 

役人の刀が折れた、ええじゃないか

(yakunin no katana ga oreta, ee ja nai ka)

„a co tam, urzędnikowi pękła katana"

 

お代官様も踊らんかい、ええじゃないか

(O-daikan-sama mo odoran kai, ee ja nai ka)

„może i namiestnik zatańczy – a co tam!"

 

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.W tych siedmiu linijkach jest cała temperatura tamtych miesięcy. Świętość pielgrzymki i nadzieja na naprawę świata stoją obok kpiny z urzędnika, któremu pękła katana. Tuż obok – kamienie lecące na dom cudzoziemca i nagość ciał – bo wolno, a co tam. Wszystko w jednym takcie, wszystko pod tym samym refrenem. To słowo, które wraca najczęściej, yonaoshi (世直し), dosłownie „naprawa świata", krążyło wówczas wszędzie. Złożone ze znaków świata i naprawy, było marzeniem o tym, że zepsuty porządek da się naprawić – najlepiej od razu, najlepiej cudem. Ale w tym samym śnie o naprawie była też wściekłość, pożądanie i drwina. Karnawał nie wybiera – bierze wszystko naraz.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Ale to nie była niewinna zabawa. W tym karnawale drżała także nienawiść: do obcych, którzy wdarli się do kraju i, jak wierzono, przynieśli ze sobą zarazę, drożyznę i hańbę. Tańczący tłum śnił o świecie odnowionym, ale w tym śnie obcy mieli zginąć pod gradem kamieni. Marzenie o naprawie świata i marzenie o zemście szły tu w jednym takcie.

 

To, co działo się na ulicach, miało swoją logikę, choć nie była to logika rozumu. Antropolodzy znają takie chwile pod nazwą rytuałów odwrócenia – tych rzadkich momentów, gdy wspólnota zawiesza własne zasady i pozwala sobie być wszystkim tym, czym na co dzień być nie wolno. Biedny gra bogacza, mężczyzna gra kobietę, sługa tańczy w domu pana. Socjolog dodałby, że wspólny rytm – ten sam krok, ten sam okrzyk, to samo ciało tysięcy ludzi poruszających się razem – sam z siebie wytwarza uniesienie, rodzaj zbiorowego upojenia mocniejszego niż sake. Kto raz wpadł w ten rytm, przestawał być sobą i stawał się tłumem.

Zwykły dzień w Edo - zbiór esejów o japońskiej kulturze i historii z ukiyo-japan.pl autorstwa Michała Sobieraja.

Jest w tym też zwykła ludzka ulga. Przez te wszystkie lata każdy dźwigał swój strach osobno – swój głód, swoich zmarłych, swój dom strawiony przez ogień. W tańcu ten ciężar na chwilę znikał, bo przestawał być twój. Stawał się wspólny, a wspólny ciężar waży mniej. Można było krzyczeć bez wstydu, płakać i śmiać się naraz, i nikt nie pytał dlaczego. Tłum dawał to, czego nie dawał ani urząd, ani świątynia, ani pieniądz: poczucie, że nie jest się samemu w zawalającym się świecie.

 

Ale uwaga na romantyzm. Łatwo zrobić z tego piękną opowieść o ludzie odzyskującym przez taniec godność. Część prawdy taka jest. Ale był też drugi koniec: wandalizm, podpalenia, pijacka przemoc, tłum zdolny w jednej chwili przejść od ekstazy do furii. Świat na głowie bywa wolnością. Lub jej końcem.Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.

 

Piętnaście lat końca świata

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Żaden tłum nie zaczyna tańczyć na ulicy bez powodu. Żeby zrozumieć, dlaczego cały kraj wpadł w tę gorączkę, trzeba cofnąć się o piętnaście lat i zobaczyć, jak metodycznie, rok po roku, ziemia usuwała się ludziom spod nóg – najpierw dosłownie, potem już na wszystkie sposoby naraz.

 

Ludzie nie przeżywali tego jako osobnych nieszczęść. Przeżywali to jako jeden ciągły znak. W zapiskach z tamtych lat wraca poczucie, że nadchodzą „dni ostatnie” – że świat dobiega końca, a niebo i ziemia dają tego dowód za dowodem. Po każdej katastrofie ulice zalewały tanie jednokartkowe druki, kawaraban (瓦版, więcej o nich tu: „Samobójstwo w Yoshiwarze! Pożar w Honjō!” – Jakie „gazety” czytano w czasach shogunatu Tokugawa?), pierwsze japońskie „gazety”, sprzedawane na gorąco tuż po pożarze, trzęsieniu czy zarazie. Człowiek kupował taki druk, czytał o kolejnym końcu świata i dokładał go do reszty. Z roku na rok rosła w nim pewność, że stary porządek nie tylko zawodzi – że koniec jest po prostu nieuchronny.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.W 1853 roku w zatoce Edo stanęły czarne okręty komodora Perry’ego, i shōgunat, od ponad dwóch wieków gwarantujący krajowi zamknięcie i spokój, w ciągu kilku lat okazał się bezsilny. Shōgunat – potężny, wszystko widzący i słyszący, stojący gwarancją istnienia japońskiego porządku – okazał się całkowicie bezradny. Samo to musiało w sercach ludzi zasiać wielkie spustoszenie. Ale to nie był koniec. W następnych dniach ludzi na ulicach przeraziły kolejne rzeczy – cała fala kataklizmów. W tym samym roku, gdy czarne statki pojawiły się u wybrzeży Japonii, zatrzęsła się ziemia pod Odawarą. W 1854 fale tsunami uderzyły wzdłuż traktów południa. A w 1855 przyszło wielkie trzęsienie ziemi, które zrównało z ziemią całe dzielnice Edo – zginęło około dziesięciu tysięcy ludzi, runęło ponad czternaście tysięcy domów.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Po trzęsieniu miasto zalała fala osobliwych drzeworytów. Przedstawiały ogromnego suma, namazu (鯰), zamieszkującego według ludowej wiary głębiny pod wyspami i wywołującego trzęsienia. Na części tych obrazków sum jest karany. Na części – i to jest najciekawsze – jest niemal bohaterem, bo trzęsienie wytrząsnęło z bogaczy ich złoto i rozsypało je wśród biedaków i rzemieślników, dając im pracę przy odbudowie. Klęska jako wyrównanie krzywd. Katastrofa jako naprawa świata. Ten sam sen o yonaoshi, który dwanaście lat później wróci na ustach tańczących.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Potem przyszła zaraza. W 1858 roku przez kraj przeszła cholera tak gwałtowna, że nazwano ją „trzydniową” – człowiek zdrowy rano bywał trupem przed końcem trzeciego dnia. Szacunki mówią o dziesiątkach tysięcy zmarłych w samym Edo, a niektóre zapiski podbijają liczbę ofiar w skali kraju aż do trzystu tysięcy. Wśród zmarłych tego roku był mistrz drzeworytu Utagawa Hiroshige. Na ulicach miast stały stosy trumien, a procesje pogrzebowe szły jedna za drugą. Na niebie stała kometa, którą wielu odczytało jako zapowiedź końca.

 

Cztery lata później, w 1862, uderzyła najgorsza epidemia odry w dziejach Japonii. Dotknęła, jak się szacuje, blisko dwie trzecie ludności kraju. W samym Edo zabiła niemal dwadzieścia jeden tysięcy ludzi. W szczycie zarazy przez jeden tylko most Nihonbashi przechodziło ponad dwieście procesji pogrzebowych dziennie. A między zarazami paliło się, paliło się często. W piętnastoleciu poprzedzającym upadek shōgunatu kroniki notują ponad pół tysiąca pożarów. Ogień z nieba, woda z morza, drgająca ziemia, zaraza w powietrzu – żywioły zdawały się sprzysiężone.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.A do tego doszła bieda, która nie spada z nieba, lecz jest dziełem ludzi. Po otwarciu portu w Yokohamie w 1859 roku z kraju zaczęło uciekać złoto. W Japonii kurs złota do srebra wynosił mniej więcej jeden do pięciu, na świecie jeden do piętnastu, więc cudzoziemcy robili interes życia, skupując japońskie złoto za bezcen. Waluta posypała się, ceny wystrzeliły. Sto bel ryżu kosztowało w 1853 roku około pięćdziesięciu sztuk złota; w 1867 – już czterystu pięćdziesięciu. To dziewięciokrotny wzrost w czternaście lat.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Ale prawdziwy dramat widać dopiero w monecie biedaka. W 1853 roku sto miedziaków kupowało tyle ryżu, by wyżywić jedną osobę przez dwa dni. W 1868 te same sto miedziaków kupowało ledwie garść – zaledwie na przetrwanie dnia. To jest skala, w której miska ryżu przestaje być posiłkiem, a staje się wyrokiem. Nic dziwnego, że już w 1866 roku przez wsie i miasta przeszła fala buntów. Pod jedną z wiosek na sztandarze namalowano miskę ryżu i skrzyżowane łopatki do nakładania ziarna, a pod spodem napisano: „Wielki Bóg Naprawy Świata”. Pod tym znakiem ruszyło około trzech tysięcy ludzi.

 

W tym samym czasie rosły nowe religie. Kobieta z chłopskiej rodziny, Nakayama Miki, ogłosiła, że wstąpił w nią bóg, i dała początek ruchowi, który obiecał uzdrowienie i świat odnowiony – z własnym świętym tańcem w samym sercu obrzędu. Powstawały kolejne wspólnoty głoszące, że nadchodzi nowy wiek, że zbawienie jest blisko, że świat zaraz się przemieni. To wszystko – tańczące prorokinie, buntujący się chłopi ze sztandarem naprawy świata, tłumy bijące pokłony przed wyniesionymi na widok świętościami – było tym samym podziemnym drżeniem. Ee ja nai ka było jego ostatecznym wybuchem.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.

 

Czy ktoś to wyreżyserował?

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Tu zaczyna się najciekawsza zagadka. Bo jest jeden fakt każący podejrzewać, że za szaleństwem kryła się zimna kalkulacja. Tańczący tłum sparaliżował władzę w wielkich miastach dokładnie w tych miesiącach, w których przeciwnicy shōgunatu szykowali decydujące uderzenie. Gdy stróże porządku nie mogli ruszyć się przez tłum, ludzie Satsumy i Chōshū mieli wolne pole.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Dowodem rozpalającym wyobraźnię jest pewne morderstwo. 10 grudnia 1867 roku w Kioto, w samym szczycie tańczącego szału, zamachowcy dopadli Sakamoto Ryōmę – jednego z najważniejszych architektów obalenia shōgunatu – i jego towarzysza Nakaokę Shintarō. Sakamoto zginął na miejscu. Pomyśl o tym przez chwilę. Na ulicach wiruje karnawał, miasto nie śpi, straż nie panuje nad niczym – i właśnie wówczas, w tym hałasie i chaosie, ktoś spokojnie wchodzi do pokoju i zabija człowieka, który zmieniał historię.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Czy więc ktoś ten taniec wyreżyserował? Pokusa, by tak myśleć, jest ogromna, a mimo to poważni historycy ją odrzucają. Powód jest prosty i celny: żaden spisek nie byłby zdolny rozsypać amuletów i wzniecić tańca na obszarze ciągnącym się od Kioto przez Kobe aż po Nagoyę, w dziesiątkach miast naraz, przez wiele miesięcy. To było zbyt rozległe, zbyt żywiołowe, zbyt chaotyczne, by mogło być czyimś planem. Można podsycić ogień, który już płonie. Nie da się nakazać całemu krajowi, żeby oszalał.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Więc może to był bunt? Tak przez dziesięciolecia czytali ee ja nai ka historycy szukający w przeszłości głosu ludu – jako protest uciemiężonych, wołanie o sprawiedliwość, ludową wersję rewolucji. Też jest w tym prawda. Ale i to nie domyka sprawy, bo tłum nie miał żądań, nie miał programu, nie miał wodza. Nie domagał się niczego konkretnego. Tańczył. To właśnie w tej historii jest tak niesamowite.

 

Jest w tym milczeniu coś, co powinno dać do myślenia. Bunt z żądaniami można spełnić albo stłumić. Z buntem, który niczego nie żąda, nie da się zrobić nic – ani ustąpić mu, ani go pokonać. Można go tylko przeczekać. Władza shōgunatu, biegła w ucinaniu głów buntownikom z konkretnym sztandarem, była zupełnie bezradna wobec tłumu śpiewającego „a co tam” i niechcącego niczego prócz tańca.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Najnowsze badania idą jeszcze w inną stronę. Dziennik pewnego urzędnika z Nagoi, skrzętnie notującego wydarzenia tamtej jesieni, pokazuje coś, co przeczy obrazowi dzikiej anarchii: uporządkowane, wspólnotowe obrzędy dziękczynne za spadłe amulety, organizowane w obrębie sąsiedztw, z ołtarzami i ofiarami. Wedle tej lektury ee ja nai ka było przede wszystkim religijne – eschatologiczną nadzieją na świat oczyszczony, nie politycznym gniewem ani czystym chaosem.

 

I tu dochodzimy do prawdy najmniej wygodnej, a chyba najbliższej rzeczy. Ee ja nai ka nie było ani buntem, ani spiskiem, ani świętem – w czystej postaci nie było żadnym z nich. Było czymś trudniejszym do nazwania: zbiorową reakcją na rozpad sensu. Gdy zawiodła władza, zawiodła ekonomia, zawiodły świątynie ustalonego porządku, a nawet ziemia przestała być pewna, ludzie sięgnęli po jedyną odpowiedź, jaka im została. Zaczęli tańczyć. I dlatego każda epoka czyta ten taniec po swojemu, a żadna nie umie go domknąć. Bo on nie był odpowiedzią na pytanie. Był odpowiedzią na fatalistyczny brak pytań.Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.

 

Kiedy lud tańczył, shōgunat umierał

 

Najbardziej niesamowite w tej historii jest to, co działo się równolegle. Bo gdy lud tańczył na ulicach, na samej górze rozpadał się ustrój, który trzymał Japonię w garści przez dwieście sześćdziesiąt cztery lata. I jedno o drugim niemal nie wiedziało.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.9 listopada 1867 roku, w środku tańczącej gorączki, ostatni shōgun Tokugawa Yoshinobu oddał władzę na ręce cesarza. Akt nazwano taisei hōkan (大政奉還), „zwrotem władzy cesarskiej”. Trzeciego stycznia 1868 roku wojska kilku południowych domen zajęły pałac cesarski w Kioto, zniosły urząd shōguna i ogłosiły przywrócenie rządów cesarskich, ōsei fukko (王政復古). Dwadzieścia kilka dni później, pod Toba i Fushimi, padły pierwsze strzały wojny domowej, która miała przesądzić o kształcie nowej Japonii.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Zestawmy te dwie sceny obok siebie. W jednym pokoju dostojnicy w jedwabiach rozstrzygają los kraju, kończąc epokę samurajów po prawie siedmiuset latach ich panowania. Kilkaset metrów dalej, na ulicy, mężczyzna w kobiecym kimonie, z czerwoną latarnią na głowie, wykrzykuje „a co tam!” i wchodzi do domu kupca po miskę ryżu. Najprawdopodobniej ten człowiek na ulicy nie wiedział, że właśnie kończy się świat, w którym się urodził. A może wiedział lepiej niż dostojnicy. Może dlatego tańczył.

 

W historii dość często się zdarza, że ustrój pada cicho. Koniec dwustu sześćdziesięciu czterech lat rządów Tokugawów rozegrał się w salach narad, w wymianie pism, w kilku potyczkach na obrzeżach miast. Najważniejsze decyzje zapadały w ciszy gabinetów. Tłum o nich nie wiedział. Historia wielka i historia przeżywana minęły się na tych samych ulicach, nie rozpoznając się nawzajem.

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.

Z lat poprzedzających upadek shogunatu zachowała się cała fala drzeworytów yonaoshi – „naprawy świata". Ich kompozycja powtarza się: siedmiu bogów szczęścia zlatuje z nieba i obsypuje tłum monetami i amuletami; ogromny sum namazu wstrząsa ziemią, wytrząsając z bogaczy ich złoto; w tle stoi Fuji, jakby zaraz miało wybuchnąć. Wszyscy się śmieją, wszyscy łapią spadające dary. A nad całą tą radością czai się katastrofa – bo ratunek bogów przychodzi tylko wtedy, gdy stary świat już się rozsypał. Trudno o trafniejszy obraz tamtego nastroju.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.

 

Co zostaje po tańcu

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Taniec ucichł wiosną 1868 roku, mniej więcej tak, jak się zaczął – bez ogłoszenia, bez dekretu, bez kogoś, kto by powiedział „dość”. Po prostu coraz mniej ludzi wychodziło tańczyć, aż pewnego dnia na ulicach został tylko zwykły zgiełk. W to miejsce wszedł nowy porządek: cesarz przeniesiony do przemianowanego Edo, czyli Tokio, modernizacja w tempie zapierającym dech w piersiach – nie tylko japońskich, ale i całego świata. I krwawa wojna domowa, dopalająca się dopiero rok później, daleko na północy.

 

Rok po tym, jak te same ulice wirowały w karmazynowych jedwabiach, szły nimi kolumny żołnierzy z nowoczesnymi armatami. Refren ucichł tak doszczętnie, że późniejsza Japonia, dumna i nowoczesna, na długo o nim zapomniała – jakby się go trochę wstydziła. Wrócił dopiero w XX wieku, w filmach i książkach, gdy potomkowie zaczęli się zastanawiać, czym właściwie była tamta gorączka.

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.Pytanie, które zostawia ee ja nai ka przyprawia o gęsią skórkę. To pytanie o człowieka. Co zrobi, gdy ziemia usuwa mu się spod nóg a systemy mające go utrzymać padają jeden po drugim, gdy władza nie chroni, pieniądz nie starcza, bogowie milczą, a sama ziemia drży? Okazuje się, że nie zawsze sięga po broń i nie zawsze pada na kolana. Czasem zaczyna tańczyć. Czy ten fatalizm to rodzaj całkowitego poddania się? Do dziś nie wiadomo, czy to był śmiech rozpaczy, czy pierwszy, niezgrabny krok ku wolności – a może po prostu jedyny ludzki sposób, by przetrwać ostatnią noc starego świata. Myślę, że szukanie odpowiedzi na te pytania jest obecnie ważne, ważniejsze, niż jeszcze parę dekad temu. Czy ponowna ee ja nai ka może się zdarzyć? Już nie tyle japońska, ale szerzej, globalnie? Jak zareagujemy, jeśli świat w najbliższych latach zmieni się drastyczniej, niż w czasach największych przemian w przeszłości?Ukiyo-japan.pl - Michał Sobieraj, notka od autora

 

 

ŹRÓDŁA

 

1. George M. Wilson, „Patriots and Redeemers in Japan: Motives in the Meiji Restoration”, 1992.

2. M. William Steele, „Alternative Narratives in Modern Japanese History”, 2003.

3. Anne Walthall, M. William Steele, „Politics and Society in Japan’s Meiji Restoration: A Brief History with Documents”, 2017.

4. M. William Steele, „Apocalypse Now: An Alternate View of the Bakumatsu Years”, Meiji at 150 Digital Teaching Resource, University of British Columbia (online).

5. „The Ee ja nai ka and the Meiji Restoration”, Journal of Religion in Japan, vol. 7, nr 3 (2018).

6. 細野要斎『感興漫筆』 (Hosono Yōsai, „Kankyō manpitsu” – dziennik urzędnika domeny Owari, zapiski z lat 1836–1878; podstawowe źródło do ee ja nai ka w Nagoi).

7. 佐々木潤之介『世直し』, 東京大学出版会, 東京 1979 (Sasaki Junnosuke, „Yonaoshi” – „Naprawa świata”).Ukiyo-japan.pl - Michał Sobieraj, notka od autora

 

Jesień 1867. Z nieba spadają amulety, miliony Japończyków tańczą nago i krzyczą „a co tam!". Świat się wali, shōgunat upada, a naród ogarnia obłęd fatalizmu.

  1. pl
  2. en

  

    未開    ソビエライ

Postaw mi kawę na buycoffee.to

  Mike Soray

   (Michał Sobieraj)

Zdjęcie Mike Soray (aka Michał Sobieraj)
Tom II - "100 widków sławnych miejsc Edo" Hiroshige - interpretcje i analiza Michała Sobieraja
Tom I - "100 aspektów księżyca Yoshitoshiego" - analizy i interpretacje ukiyo-e Michała Sobieraja
Książka o historii kobiet w dawnej Japonii - "Silne kobiety Japonii" autorstwa Michała Sobieraj - twórcy ukiyo-japan.pl
"Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz" - książka Michała Sobieraja (ukiyo-japan.pl) o japońskiej wrażliwości w polskiej codzienności. Mushin, wabi-sabi i yūgen jako praktyka widzenia „tu i teraz”.

A może chciałbyś zamiast czytać, posłuchać artykułów?

Zobacz książki autora strony:

Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Audio eseje na ukiyo-japan.pl
Postaw mi kawę na buycoffee.to

  

   

 

 

未開    ソビエライ

 

Logo Gain Skill Plus - serii aplikacji na Androida, których celem jest budowanie wiedzy i umiejętności na rózne tematy.
Logo Soray Apps - appdev, aplikacja na Androida, apki edukacyjne
Logo Ikigai Manga Dive - strony o Japonii, historii i kulturze japońskiej, mandze i anime

 Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".

 

Osobiste motto:

"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany.- Albert Einstein (prawdopodobnie)

Mike Soray

  (Michał Sobieraj)

Zdjęcie Mike Soray (aka Michał Sobieraj)

Napisz do nas...

Przeczytaj więcej

o nas...

Twój e-mail:
Twoja wiadomość:
WYŚLIJ
WYŚLIJ
Twoja wiadomość została wysłana - dzięki!
Uzupełnij wszystkie obowiązkowe pola!

Przasnysz, Polska

m.sobieraj@inarismart.pl

dr.imyon@gmail.com

___________________

inari.smart

Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!