



Zacznijmy od tego, co w tej scenie najdziwniejsze, bo Napier przechodzi obok tego dość szybko. Miyazaki nie obwinia rodziców. Obwinia siebie.

Gdyby takie dziecko istniało. To nie jest wspomnienie. To jest projekt. Pierwsze drzwi, uchylone dla uważnego czytelnika, który chce spróbować wejść w umysł twórcy.

Mam dwóch synów. Starszy ma dwa i pół roku i od kilku miesięcy jest w fazie ostentacyjnej samodzielności. Sam założy but, sam naleje wodę, sam wejdzie na krzesło i sam z niego spadnie. Kiedy proponuję pomoc, mówi „e-e” i odsuwa moją rękę. Patrzę na to i widzę czystą, radosną sprawczość, jeszcze niezanieczyszczoną wiedzą o tym, ile rzeczy się nie da. Miyazaki nazwał to kiedyś dosadniej. Powiedział o czteroletniej Mei, że jej dzieciństwo nie zostało jeszcze zgwałcone przez zdrowy rozsądek dorosłych. Użył czasownika 犯す - „okasu”, tego samego, który po japońsku znaczy pogwałcić i zbezcześcić. Nie zmiękczył go.

Arata, starszy brat, pamięta tamtą noc inaczej. Paka była malutka, mówi. Nikt by się nie zmieścił. I to nie była kobieta z dzieckiem. To był sąsiad, mężczyzna, który miał dziecko w domu.
Zatrzymajmy się tu na dłużej, bo to bardzo ciekawy fragment, a Napier przechodzi nad nim dość szybko. Scena założycielska twórczości Hayao Miyazakiego, źródło Totoro, Conana, Ponyo i połowy tego, co świat uważa za jego geniusz, prawdopodobnie nie wydarzyła się tak, jak on ją pamięta. Pamięć dorobiła mu dwie rzeczy. Po pierwsze, zamieniła mężczyznę na matkę z dzieckiem na rękach. Po drugie, i to jest poważniejsze, zamieniła sytuację bez wyjścia na sytuację z wyjściem. Jeśli paka była tak mała, że nikt by się nie zmieścił, to nie ma winy. Jest tylko fizyka i pech.
Miyazaki potrzebował winy. Wyprodukował ją sobie – przynajmniej tak możemy wnioskować z tych opisów.

Napier korzysta z tej książki obficie, cytuje ją w przypisach kilkanaście razy i wciąż buduje z tego materiału portret artysty przetwarzającego traumę. Mnie z tych samych stron wychodzi ktoś inny. Nie człowiek uzdrawiający ranę, tylko taki, który tę ranę musiał sobie najpierw wyostrzyć, żeby miał z czego robić filmy.
Sam się do tego nie przyzna zapewne, a my tak naprawdę możemy zgadywać na podstawie tych nielicznych opowieści. Zapytany wprost, czy jego sztuka jest przetwarzaniem urazu, Miyazaki odpowiada Ōizumiemu, że nie jest człowiekiem, który został zraniony i robi z tego temat swoich filmów. Uraz ma każdy, mówi, jedni go niosą ostrożnie, inni próbują przetopić na coś innego. A na pytanie, czy blizny się goją, odpowiada chłodno i bez litości dla siebie: nie goją się, trzeba je wytrzymać, nie ma żadnego uzdrowienia.
To zdanie warto zapamiętać, bo unieważnia dziewięć dziesiątych tego, co się o Ghibli pisze po polsku.
Ōizumi domyka swoją tezę zdaniem, które Napier później cytuje: czego sam nie zdołał zrobić, powierzył swoim postaciom.

Nie ma miejsca. Te same słowa.
I wtedy dzieci rzucają linę. Holują Dyce'a przez pustynię, niewygodnie, brzydko, trochę nieporadnie, ale go stamtąd zabierają. Trzydzieści trzy lata po tamtej nocy Miyazaki przepisał scenę i dał dzieciom kwestię, której czteroletni chłopiec nie powiedział. Ōizumi to zauważył. Napier to cytuje. Ani jedno, ani drugie nie idzie dalej, a dalej jest cała reszta jego twórczości.


Napier ma na to swój aparat: trauma, utrata, żałoba, utopia, odzyskiwanie. Cytuje teoretyków polityki żałoby, pisze o skupianiu się na tym, co zostało, zamiast na tym, co przepadło. Wszystko to jest prawdziwe i wszystko jest o jeden ton za łagodne. Choć wydaje mi się czasem, że Miyazaki nie odzyskuje, tylko płaci. Rata za ratą, film po filmie, tej samej kobiecie, której prawdopodobnie nigdy nie było.
Teraz przystanek, bo to jest scena, dla której napisałem ten esej.

Napier opisuje tę sekwencję dobrze, pisze o ciszy budującej napięcie i o więzi, jakiej nadmiar słów by nie pomógł. A potem, w kilku innych miejscach książki, sięga po termin, którym nazywa u Miyazakiego takie chwile oddechu:
„pillow shot”, ujęcie-poduszka. Bierze go od Daniego Cavallaro, a ten z krytyki Ozu, gdzie ukuto go przez analogię do makura-kotoba (枕詞, makura-kotoba, poetyckie słowo-poduszka z klasycznej poezji japońskiej). Napier używa tego terminu kilka razy: przy owadzie wspinającym się po roślinie, przy Lupinie gapiącym się na krajobraz z dachu fiata, przy Nausicaä leżącej w zaspie zarodników.
Książkę czytałem szczególnie uważnie, by znaleźć co innego. I okazuje się, że ani razu nie pada w niej słowo, którym sam Miyazaki nazwał tę rzecz.

Pauza. Klaśnięcie. Cisza między.
A potem dorzuca zdanie o wadze diagnozy: ludzie, którzy robią filmy, boją się ciszy, więc zaklejają ją i zamalowują.
Rzecz jest więc taka. Najlepszy anglojęzyczny portret Miyazakiego opisuje jego pustkę terminem zapożyczonym z krytyki innego reżysera i wywiedzionym z analogii odrzuconej przez Miyazakiego Ebertowi prosto w twarz. To nie wpadka, tylko sygnatura pewnego sposobu czytania: nazywam twoją rzecz moim słowem. Napier zna japoński, przekopała góry nieprzetłumaczonych źródeł, przepytała go osobiście trzy razy. I mimo to narysowała piękną mapę krainy, której mieszkaniec twierdzi, że jej nie ma. Pisałem niedawno o yohaku (Yohaku – ile bieli uniesie kropla czarnego tuszu), o japońskiej pustce zostawionej na obrazie celowo, i o tym, że nie jest ona brakiem, tylko materiałem. „Ma” jest tym samym w czasie zamiast w przestrzeni.
Najczystszą wersję tej rzeczy zrobił zresztą dziewięć lat później. W „Spirited Away” Chihiro wsiada do pociągu jadącego po zalanej równinie. Ma ze sobą milczącego Kaonashi, mysz i ptaka. Pociąg jedzie. Za oknem woda po horyzont, półprzezroczyści pasażerowie wsiadają i wysiadają na przystankach donikąd, światło gaśnie powoli. Trwa to prawie cztery minuty. Nie pada ani jedno słowo, nie zdarza się nic, fabuła stoi w miejscu. Zapytajcie kogokolwiek, kto widział ten film, którą scenę pamięta. Połowa powie: pociąg.

I tu jest pierwszy z dwóch powodów, dla których pokażę te filmy moim synom. Nie dla wartości wychowawczych. Dla tych postojów.

Patrzę czasem na starszego syna, jak przez dłuższy czas przygląda się czemuś, co dla mnie jest zbyt oczywiste, by to w ogóle zauważyć. Dwie minuty to dla niego wieczność. Nikt go tego nie nauczył i nikt go za to nie nagradza uwagą. Chciałbym, żeby mu to zostało dłużej niż do przedszkola. Bardzo bym chciał go uchronić choćby przed tym jednym, jeśli się da – by mu tego nie odebrano.

Stąd bierze się chora matka w sanatorium w „Moim sąsiedzie Totoro”. Stąd Naoko umierająca na gruźlicę w „Zrywa się wiatr”. Stąd dziesięcioletnia Satsuki, która gotuje, sprząta, grzeje wodę i pakuje siostrze śniadanie. Kiedy producent Suzuki Toshio powiedział Miyazakiemu, że tak grzeczne dziecko nie może istnieć, ten wściekł się i odpowiedział: istniało, to byłem ja.

Nie potrafiłem do niej podbiec.
A teraz obejrzyjcie jeszcze raz scenę, w której czteroletnia Mei przełazi przez tunel z gałęzi, znajduje śpiące w dziupli pod kamforowcem ogromne zwierzę, wdrapuje mu się na brzuch i natychmiast zasypia. Japońscy krytycy (chciałoby się złośliwie powiedzieć krytycy-freudyści) od dawna piszą, że brzuch Totoro to macica, a dziupla pod drzewem to droga do niej. Napier idzie za nimi i dopisuje więcej: Mei znajduje namiastkę nieobecnej matki, czyli dokładnie to, czego Miyazakiemu jako dziecku nigdy nie udało się osiągnąć.
Zrobił sobie matkę, do której można podbiec. Zrobił ją tak, żeby nie mogła nic powiedzieć, bo Totoro nie mówi, tylko wydaje dźwięki. Zrobił ją miękką, ciepłą, bezpieczną i całkowicie milczącą. I wpuścił do niej dziewczynkę bez cienia jego skrępowania.

Bo nie potrafi mówić. To jednak dość smutne.

人間はしかたがないものだ
(ningen wa shikata ga nai mono da)
„ludzie są beznadziejni, nic się z tym nie da zrobić”
Napier łączy z nią Dolę, rozkrzyczaną hersztkę powietrznych piratów z „Laputy”, i ma może rację, ale wydaje się, że nie idzie do końca tym tropem. Bo Miyazaki ostrzegał kiedyś dzieci, żeby nie dały się pożreć własnym rodzicom, i mówił o matce wciągającej chłopca z powrotem do łona, żeby odebrać mu siłę. To zdanie kogoś, kto się bał, nie kogoś, kto tęsknił.
Ojca Miyazaki nie szanował. Nie ma w tym żadnej dwuznaczności i Napier nie próbuje tego ukrywać.

I tu Napier zauważa coś ciekawego. Mianowicie to, że w filmach Miyazakiego nie ma ani jednego ojca z autorytetem. Ojciec Satsuki i Mei jest dobry, roztargniony i śmieje się z ciemności w wannie. Kōichi z „Ponyo” to marynarz pomiatany przez żonę. Ojcowie sympatyczni i lekko przezroczyści. W patriarchalnej przedwojennej Japonii, w której się urodził, mówiło się, że są cztery rzeczy do bania się: piorun, pożar, trzęsienie ziemi i ojciec. Miyazaki wykreślił z tej listy ostatnią pozycję i już jej nie wpisał.
A potem sam został ojcem.

W 1972 Akemi rzuciła zawód. Nie wróciła do niego nigdy.
Napier notuje jej dalsze losy jednym zdaniem, cytując samego Miyazakiego, i to zdanie trzeba przeczytać powoli. Żona kończyła obowiązki domowe i często robiła rzeczy, które normalnie robią ojcowie, na przykład uczyła chłopców puszczać latawce i kręcić bąka. W wolne dni chodziła z nimi w góry. Napier nazywa ją wprost: zastępczym ojcem. Sam Miyazaki komentuje to tak: jest mi przykro, że złamałem obietnicę, ale od tamtej pory mogłem skupić się na pracy.

Napier zatrzymuje się w tym miejscu, bo jest uczciwą badaczką i nie ma dostępu do żony, która nigdy publicznie nie powiedziała o tym małżeństwie ani słowa. Ale w 2006 roku, na oficjalnym blogu Studia Ghibli, w trakcie produkcji „Opowieści z Ziemiomorza”, starszy syn napisał trzy wpisy, które zapadły w pamięć. Nazwał je: „zero punktów jako ojciec, maks punktów jako reżyser”.
Gorō pisze, że ojca prawie nigdy nie było w domu. Że wracał w środku nocy, kiedy dzieci już spały, a nieliczne wolne dni przesypiał. Że matka musiała zająć miejsce ojca. Że kochał go i chciał, żeby ojciec się nim zajął i z nim pobawił, ale takie okazje właściwie się nie zdarzały. Że w liceum, kiedy zaczął chcieć wiedzieć, kim jego ojciec jest i co myśli, ojca nie było. A kiedy się już spotykali, nie mieli pojęcia, co do siebie powiedzieć, bo normalnie ze sobą nie rozmawiali.

Gorō oglądał „Totoro” po to samo, po co ja czytałem Napier. Z tą różnicą, że ja szukałem tam wielkiego twórcy, a on własnego ojca.

Piszę to późnym popołudniem, bo akurat teraz mam czas. Mam dwóch synów, mam pracę, mam wieczory i weekendy zajęte działalnością, giełdą, albo czytaniem i pisaniem. Młodszy syn ma dziesięć miesięcy i jeszcze niczego mi nie wypomni. Starszy już mnie szuka po domu. Nie mam zamiaru udawać, że czytam tę biografię z bezpiecznej odległości. Czytam ją jak ktoś, kto rozpoznaje rachunek. I nie jest pewny, czy powoli nie wpada w podobne zadłużenie.

Bo on mówi, żeby tych filmów nie oglądać. Naprawdę, tak mówił - nie raz i nie żartem. Wścieka się, kiedy dzieci siedzą przed ekranem zamiast wyjść na dwór. Powiedział wprost, że z własnej animacji nie ma dumy ani poczucia dokonania, i przy okazji dorzucił, że jego młodzi widzowie powinni być na zewnątrz. Odmawia oglądania japońskiej animacji w ogóle. Reżyser Oshii Mamoru, który znał go od czasów „Nausicaä”, nazwał atmosferę w Ghibli stalinowską. Napier cytuje to lojalnie i zaraz łagodzi, że pewnie trochę przesadzał dla żartu. Nie wiem, bo nigdy przecież tam nie byłem, ale coś czuję, że może wcale nie przesadzał.
Więc odpowiedź brzmi: pokażę im te filmy właśnie dlatego.
Nie dlatego, że uczą dobra. Uczą dokładnie tyle dobra, co każda dobra bajka, czyli niewiele i nie wtedy, kiedy tego chcemy. Pokażę je, bo zrobił je człowiek, który nie kłamie dzieciom o ciemności. Matka Satsuki naprawdę może umrzeć i film ani razu tego nie odwołuje. Mei naprawdę ginie w polu, a sandałek naprawdę pływa w stawie i przez kilkanaście sekund nikt na świecie nie wie, czyj on jest. W „Ponyo” naprawdę przychodzi fala i naprawdę zabiera świat, jaki był.

To jest dokładnie to samo, co powiedział Ōizumiemu o bliznach. Nie goją się. Trzeba wytrzymać.
I dlatego książka Napier jest ważna. Nie dlatego, że ma rację w każdym punkcie. Jej „świat Miyazakiego” w liczbie pojedynczej jest o jedną cyfrę za mało; recenzent „Washington Post” zauważył złośliwie i celnie, że czytelnik zwiedza raczej jedenaście fantastycznych prowincji niż jeden kraj. Ale Napier zrobiła rzecz bez precedensu w anglojęzycznym pisaniu o animacji: potraktowała animatora tak, jak się traktuje pisarza. Osiem lat, japońskie źródła, trzy spotkania z nim, cierpliwość. I dała nam pod koniec scenę, której nie ma nigdzie indziej.

Nie będę zdradzał, co odpowiedział.
Tak się kończy ta książka i tak powinien kończyć się każdy uczciwy tekst o tym człowieku. Nie pojednaniem z synem, bo pojednania nie było. Nie morałem, bo morału nie ma.
Za jakieś dwa lata posadzę starszego syna przed „Totoro”. Będzie się nudził w scenie na przystanku, bo tam nic się nie dzieje, i to jest dokładnie ta nuda, po którą go tam prowadzę. Nie powiem mu, skąd ten film się wziął. Nie powiem, że syn autora oglądał filmy po to, żeby dowiedzieć się, kim jest jego tata. Powiem to sobie, po cichu, siedząc obok.
A potem, kiedy skończy się deszcz i przyjedzie kot-autobus, mój syn odwróci się do mnie i o coś zapyta.
I chciałbym, żeby zastał mnie na miejscu. Bym to ja mógł mu odpowiedzieć.
Egzemplarz recenzencki „Miyazaki. Świat w animacji” otrzymałem od Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, nakładem którego książka ukazała się w serii exoriente. Dziękuję.
Źródła
1. Susan Napier, Miyazaki. Świat w animacji, przeł. Joanna Gilewicz, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków, seria exoriente (wyd. oryg. Miyazakiworld: A Life in Art, Yale University Press, New Haven 2018).
2. 大泉実成, 宮崎駿の原点:母と子の物語, 潮出版社, 東京 2002 (Ōizumi Mitsunari, Miyazaki Hayao no genten: haha to ko no monogatari) – biografia oparta m.in. na jedynym wywiadzie z bratem reżysera, Aratą; źródło relacji o nalocie na Utsunomiyę i o rozbieżności obu wersji tamtej nocy. Napier korzysta z niej obficie.
3. 宮崎駿, 出発点 1979–1996, 徳間書店, 東京 1996 (Miyazaki Hayao, Shuppatsuten; wyd. ang. Starting Point 1979–1996) – zbiór tekstów i wywiadów, główne źródło wypowiedzi reżysera o dzieciństwie, ojcu i pracy.
4. 宮崎吾朗, wpisy 39–41 na blogu produkcyjnym filmu „Opowieści z Ziemiomorza”, Studio Ghibli 2006, znane pod tytułem 「父としては0点、映画監督としては満点」 (Gorō Miyazaki, Chichi to shite wa zero-ten, eiga kantoku to shite wa manten) – bezpośrednia relacja starszego syna o nieobecności ojca; angielskie tłumaczenie nieoficjalne, dostępne w archiwum Nausicaa.net.
5. Roger Ebert, wywiad z Hayao Miyazakim przeprowadzony na festiwalu filmowym w Toronto, RogerEbert.com, wrzesień 2002 – jedyne miejsce, w którym reżyser tłumaczy pojęcie ma i odrzuca porównanie do poetyckiego słowa-poduszki.
6. Steve Alpert, Sharing a House with the Never-Ending Man: 15 Years at Studio Ghibli, Stone Bridge Press, Berkeley 2020 – relacja jedynego cudzoziemca w kierownictwie Ghibli, przeciwwaga dla portretu Napier.
7. Mihaela Mihailova, recenzja Miyazakiworld, Monumenta Nipponica, t. 75, nr 1, 2020 – najrzetelniejszy zarzut wobec książki: argumenty autorki miejscami przeczą wypowiedziom samego Miyazakiego.
8. Mark Jenkins, recenzja Miyazakiworld, The Washington Post, 2018 – źródło zarzutu o nieuzasadnioną liczbę pojedynczą w tytule książki.
>> PODOBNE ARTYKUŁY:
Rozważania z krańca świata — dzień na prowincjonalnej stacji kolejowej eki na Hokkaido
Bolesna strata bez domknięcia – japońskie pojęcie nagori i przyzwolenie, by nie iść dalej
KiyaKiya (きやきや). Sztuka Akino Kondoh i japońskie słowo na niepokojące wspomnienia z dzieciństwa
Dzika San: Kim tak naprawdę jest księżniczka Mononoke?
Japońskie dzieci znają na pamięć „Hōjōki” – a czego my możemy się nauczyć od mnicha z XIII wieku?
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!