

Czemu w XXI wieku znów proponuję próbę zrozumienia starożytnego znaku? Ponieważ uważam, że analiza znaku 己 (onore) nie jest tylko estetyczną zabawką, a lustrem, w którym widać mechanizm codziennej psychologii. Japońskie słowa „siebie” (self) pokazują, że refleksywność nie jest jedynie gramatycznym „się”, lecz narzędziem etycznym i psychologicznym: potrafimy „wyciągnąć siebie na zewnątrz” i postawić przed sobą jak przed sędzią — żeby się ocenić, napomnieć, ukarać, poprawić. Czasem to ratuje: pozwala przestawić kadr, odzyskać dystans, przerwać impuls. Czasem niszczy: zamienia samopoznanie w biczowanie, obserwację w wyrok, dyscyplinę w wstyd (oba te skrajne przypadki zna kultura japońska aż nazbyt dobrze). Różnica bywa drobna jak jeden zakręt pędzla: z „jestem taki” przechodzisz do „dzieje się we mnie”. Z „jestem zły” w „coś (co?) we mnie kipi”, z „jestem beznadziejny” w „coś (co?) we mnie słabnie”. To drobiazg, ale robi różnicę: z wyroku przechodzisz do opisu zjawiska. Zjawisko da się obserwować i wyciągać wnioski. Wyrok tylko się wykonuje. Dzisiejszy tekst jest właśnie o tym: jak z jednego zawiniętego znaku dojść do wrażliwego, dojrzałego patrzenia na siebie — bez naiwności i pobłażania — ale też bez pogardy.

To zawinięcie ma bardzo konkretną „biografię” w historii pisma. W dawnych zapisach i w rękopisach znaki żyły w wariantach: bywały skracane, zlewały się, upodabniały do sąsiadów. „己” jest jednym z najbardziej znanych przykładów takiego sąsiedztwa, bo stoi w triadzie znaków, które do dziś mylą się ludziom (i to nie tylko obcokrajowcom): 己 / 已 / 巳. Różnią się drobnym szczegółem otwarcia i domknięcia, kierunkiem zawinięcia, „oddechem” kreski. To nie jest jedynie szkolny problem w zeszycie do kanji. W tradycji chińskiej istnieje stara anegdota o błędzie odczytu, który powstał właśnie przez podobieństwo znaków: ktoś czyta zapis o wydarzeniu wojennym i natrafia na absurd „trzy świnie przeszły przez rzekę”. Uczony poprawia: nie „trzy świnie”, tylko data w cyklu znaków niebiańskich — 己亥 (ji-hai), bo znaki i cyfry w dawnym zapisie mogły być do siebie tak podobne, że jedno przechylenie pędzla robiło z daty zwierzę. To świetny zimny prysznic: kształt znaku jest ważny, ale sam w sobie nie jest jeszcze dowodem znaczenia.

Już samo to pokazuje dwuznaczność: ten sam graf potrafi być oznaczeniem w kalendarzowym mechanizmie i jednocześnie nośnikiem znaczenia „ja/siebie”. Znak, który może służyć do liczenia, służy też do wskazywania tego, co w człowieku najbardziej „niepoliczalne”.
W japońszczyźnie „己” ma odczyt sinojapoński „ki”, a w warstwie rodzimej pojawia się jako „おのれ (onore)” — i tu zaczynają się rzeczy naprawdę ciekawe. „Onore” należy do grupy japońskich słów typu „siebie” (obok „自分”, „自身”, „自ら”, „我”): wyrazów, które potrafią działać jak marker refleksywności, czyli wskazywać, że działanie „zawija się” z powrotem na wykonawcę. To ważne, bo japoński ma wyjątkowo bogaty repertuar takich „samowskazujących” form i używa ich nie tylko do prostego „siebie”, lecz także do regulowania perspektywy, dystansu i odpowiedzialności.
Najciekawsze w „おのれ / 己” (onore) jest jednak to, że w żywym odczuciu językowym ta forma ma dwa bieguny, które niemal sobie przeczą. Z jednej strony istnieją archaiczne, książkowe sformułowania o wyraźnym odcieniu etycznym i samodyscyplinującym — klasyczny przykład to „己を知れ / 己を知る” („poznaj samego siebie”). To nie jest zwykłe „zrozum siebie” w miękkim, terapeutycznym sensie. W tej formule „ja” staje się obiektem oglądu: coś we mnie ma na mnie spojrzeć, ocenić, rozpoznać miarę. Z drugiej strony dokładnie to samo „onore” potrafi wystąpić jako obelga: „おのれ!” — w najprostszym odbiorze coś jak „ty draniu / ty śmieciu”, słowo rzucone z pogardą, twarde, krótkie, bez grzecznościowych osłon. Jedno „ja/siebie” przechodzi w „ty” wypowiedziane tak, żeby poniżyć odbiorcę.


„己” jest jednym z tych znaków, których historia uczy pokory: zanim stał się stabilnym, podręcznikowym kształtem, funkcjonował w świecie pisma, gdzie warianty były normą, a „poprawność” w dzisiejszym sensie dopiero się rodziła. Wystarczy wspomnieć powyższą historię o trzech świniach. To nie jest marginalna ciekawostka: ona pokazuje, jak „pracowało” pismo przed standaryzacją i dlaczego wnioskowanie „z kształtu” wymaga chłodnej i uporządkowanej metody.

Rozważmy więc jedną interpretację, pamiętając jednak, że nie ma jednoznacznych dowodów na to, że ta hipoteza jest prawdziwa. „己” wygląda jak ruch, który zawraca, ale to język pokazuje, co ten ruch znaczy dla człowieka. A język mówi tu bardzo precyzyjnie: „己” nie jest „ego” (rozumianym tak, jak w zachodniej tradycji - czyli osobnym, samoistnym rdzeniem jaźni), tylko znakiem „własnej osoby” — self / oneself — czyli czymś, co bardzo łatwo staje się obiektem odniesienia. To „ja”, o którym się mówi, które się ocenia, które się dyscyplinuje, które można postawić przed sobą jak lustro.

Najważniejszy konkret, który z tego wynika, to rozróżnienie: „ja mówiące” i „ja, o którym się mówi”. Japońskie formy refleksywne w wielu analizach opisywane są przez pryzmat podziału na „Podmiot” i „Siebie” — jakby człowiek miał w sobie „wykonawcę” i „obiekt wykonania”. Kiedy mówisz o czynności skierowanej na siebie („obwinić siebie”, „opanować się”, „znać siebie”), uruchamiasz właśnie tę podwójność: ktoś w tobie działa na kogoś w tobie. „己” idealnie pasuje do tej logiki, bo semantycznie jest znakiem „samego siebie” jako czegoś, co można chwycić w odniesieniu, a nie jako czystej, nieuchwytnej „subiektywności”.



To ma ważny ciężar filozoficzny: „ja” nie jest tu rozgrywane jako dialog dwóch części (ktoś kontra ktoś), tylko jako jedno pole odpowiedzialności. Taki zapis przypomina chłodny zapis w księdze rachunkowej: nie ma w nim teatralnego „ja przeciw sobie”, jest fakt: „to ja zrobiłem i mnie to dotknęło”. W praktyce kultury samodoskonalenia (konfucjańskie 修身 shūshin – „kultywowanie siebie”, buddyjska dyscyplina praktyki, etos samokontroli) ten typ „wbudowanej refleksywności” pasuje do podejścia, w którym nie negocjuje się z sobą jak z obcym, tylko przyjmuje się, że czyn i skutek wracają do tego samego centrum.

I tu zaczyna się „filozofia podziału”: refleksywność konstrukcyjna bardzo łatwo uruchamia model, w którym człowiek jest rozdzielony na podmiot i siebie – „kogoś w nas” (sprawcę, zarządcę) i „coś w nas” (obiekt korekty, dyscypliny, obserwacji). Yukio Hirose (językoznawca z Uniwersytetu w Tsukubie) opisuje to (np. tu: „Public and private self as two aspects of the speaker”) jako rodzinę konceptualnych modeli opartych na rozróżnieniu podmiot-siebie: czasem „siebie” jest „pojemnikiem” (ciało/serce), czasem „Innym” (obiekt), czasem „siebie kontrastowane” (jishin), czasem „siebie normalne” (ware).

To jest niezwykle japońskie w smaku: refleksywność nie jest tu tylko „odruchem gramatyki”, ale narzędziem etycznym i społecznym. W tradycji samokontroli (od konfucjańskiego „korygowania siebie”, po buddyjskie „pilnowanie umysłu”) ważna jest właśnie ta umiejętność postawienia siebie przed sobą – jak przed lustrem albo przed sędzią. Język dostarcza gotowych form, które robią ten ruch automatycznie: podmiot „wyciąga” siebie na zewnątrz i może go ocenić, napomnieć, ukarać.

Warto zauważyć, że język japoński ma też gotową leksykę na „współczesne” praktyki autoanalizy: 自己分析 (jiko-bunseki – autoanaliza), 自己批判 (jiko-hihan – autokrytyka) – tu „self” jest już dosłownie narzędziem intelektualnym, nie tylko gramatycznym.

Z punktu widzenia „filozofii ja” w Japonii to wszystko składa się w jedno: „ja” jest mniej „substancją”, a bardziej operacją. Język pokazuje, że człowiek potrafi być jednocześnie wykonawcą i przedmiotem działania – czasem wtopionym w jedno słowo, a czasem rozpisanym na konstrukcję, która niemal zmusza do wewnętrznego rozdzielenia ról. I właśnie w tym miejscu „zakręt” z kształtu „己” przestaje być ozdobą: odpowiada temu, co gramatyka robi z podmiotem – każe mu zawracać ku sobie, raz beznamiętnie, raz z etycznym naciskiem.
Przebrnęliśmy przez nieco trudniejsze aspekty analizy znaku 己 (onore) i pozostaje nam teraz zapytać – co z tego wszystkiego dla nas wynika?

To nie jest czysta teoria. Ona tłumaczy, dlaczego „ja” w japońskim tak łatwo przechodzi w „siebie” – w obiekt, który można obejrzeć, ocenić, poprawić.

Z tej zdolności rodzi się gest obiektywizacji: człowiek potrafi „odsunąć” siebie od własnej świadomości i spojrzeć na siebie jak na postać w kadrze. Użycie jibun zamiast zwykłego „ja/ty” tworzy efekt monologu i dystansu, jakby mówiący chciał wywołać w adresacie samorefleksję.
„己を知る” („poznać siebie”) w takim świetle przestaje brzmieć jak romantyczna zachęta do „autentyczności”. To raczej polecenie techniczne: przestaw kamerę. Wyjdź z roli tylko przeżywającego, wejdź w rolę obserwującego. Zawracaj.

Tu znak „己” zaczyna nabierać etycznej ostrości. Bo „siebie” można napominać, można „pokonać”, można „zdyscyplinować”. I właśnie takie archaiczno-literackie formuły przywołuje Hirose przy „onore”: onore-ni katu („zwyciężyć siebie”), onore-o imasimeru („napomnieć siebie”), onore-de onore-o rissuru („dyscyplinować siebie samemu”).
To jest ważne, bo pokazuje tradycyjny ideał praktyki: człowiek nie tyle „odkrywa siebie”, ile prowadzi siebie. W japońskiej kulturze (od konfucjańskiej pracy nad charakterem po buddyjską czujność umysłu) wartością bywa nie spontaniczne „wyrażenie ego”, tylko zdolność ustawienia wewnętrznego porządku: przywołania się do normy, odzyskania perspektywy i dystansu wobec własnej osoby.
A gdy ta praktyka przechodzi w nowoczesny dyskurs, pojawiają się zrosty sinojapońskie, chłodne, jak narzędzie: 自己分析 (jiko bunseki) – autoanaliza, 自己批判 (jiko hihan) – samokrytyka. To wciąż ten sam ruch: z „ja” robi się przedmiot pracy.

„おのれ!” („onore!”) działa dokładnie w tym miejscu: to nie jest neutralne „ty”. To „ty” wypowiedziane tak, jakby rozmówca miał zostać sprowadzony do czegoś, co można obejrzeć, obrócić, przeanalizować i poddać krytyce. Co ciekawe, nawet w warstwie gramatyczno-społecznej „onore” nosi ślad hierarchii: Hirose zauważa, że onore nie łączy się z honoryfikatywnością tak jak jibun – i wiąże to z dawnym odcieniem „pokory” i relacją wyższy–niższy, która została w tym słowie jak cień.
W praktyce „onore!” jest więc przemocą perspektywy: mówiący przyznaje sobie prawo do spojrzenia z góry, do wyjęcia drugiego z równorzędnej relacji i zamknięcia go w etykiecie.

To zmienia rozumienie tożsamości: nie jako deklaracji („kim jestem”), tylko jako pozycji („jak stoję w tej sytuacji, w tej relacji, w tym kadrze”). Dlatego „己” tak dobrze pasuje do obrazu ruchu. „Ja” zawraca, bo świat społeczny wymusza korekty: raz trzeba wrócić do siebie i się opanować, raz trzeba odebrać sobie pychę, raz trzeba uciąć agresję, zanim zamieni się w „onore!” rzucone na oślep.
W tym sensie „己” uczy patrzenia praktycznego: nie „szukaj prawdziwego ego”, tylko obserwuj, co robi twoje ja. Czy zawraca po to, by się zrozumieć – czy po to, by się ukarać. Czy obiektywizuje po to, by wyciągnąć wnioski – czy po to, by kogoś zdeptać. Japoński daje na to język: gęsty, precyzyjny, czasem bezlitosny. Jeden zawinięty znak potrafi być lekcją etyki.
„己” (onore) zostaje w pamięci nie dlatego, że jest „ładny”, tylko dlatego, że jest podejrzanie prawdziwy. Nie obiecuje prostoty. Nie udaje, że człowiek jest linią od punktu A do punktu B albo wręcz jednym, stałym punktem. Jest w nim zawinięcie: ruch, który wraca. W języku to zawinięcie widać jeszcze wyraźniej – „ja” potrafi się odsunąć od siebie, spojrzeć na siebie z boku, ostro siebie skrytykować, a czasem – w najgorszym momencie – przemówić do siebie jak do wroga. I właśnie dlatego ta lekcja jest dziś użyteczna. Nie chodzi o zachwyt nad znakiem. Chodzi o praktykę: rozpoznawać, po co zawracasz do siebie.
Poniżej są trzy krótkie ćwiczenia językowe. Nie wymagają znajomości kanji ani japońskiego, choć pochodzą z japońskich książek samorozwojowych. Mogą się wydać zbyt ostre, szczególnie według współczesnej myśli Zachodu o tym, by być dla siebie tylko „dobrym”. I być może tak jest, niemniej warto się przyjrzeć – może coś znajdziesz dla siebie.

Ćwiczenie jest proste: kiedy złapiesz taki ton, nie próbuj go od razu „pozytywnie przepisać”. Zrób krok wcześniej i nazwij ruch: „’onore-podmiot’ atakuje w ‘siebie-obiekt’”. To działa, bo nie wchodzisz w treść osądu („czy ja naprawdę jestem…?”), tylko rozpoznajesz mechanizm: w tobie pojawiła się część, która chce uderzyć. A kiedy rozpoznasz ruch, przestajesz być z nim tożsamy. Samo to bywa ulgą: agresja traci absolutną władzę, bo została zauważona. Sama obserwacja mechanizmu sprawia, że obserwujący nagle staje poza układem, otrzymuje szerszą perspektywę i dystans – jakże istotny, gdy żądamy od siebie dyscypliny lub chcemy podjąć ważną decyzję.

Różnica jest praktyczna i bardzo konkretna:
Poznanie siebie daje informację, która umożliwia zmianę („kiedy jestem zmęczony, staję się gwałtowny”, „w napięciu uciekam w kontrolę”, „wstyd odpala we mnie atak”).
Biczowanie siebie daje wyrok, który blokuje zmianę („jestem beznadziejny”, „zawsze psuję”, „taki już jestem”).
Ćwiczenie: zamień „jestem…” na „dzieje się we mnie…”. Zamiast „jestem słaby” spróbuj „coś (co?) we mnie słabnie” albo „coś (co?) we mnie chce się poddać”. Zamiast „jestem zły” – „coś (co?) we mnie wzbiera / mnie korci”. To drobiazg, ale robi różnicę: z wyroku przechodzisz do opisu zjawiska. Zjawisko da się obserwować. Wyrok tylko się wykonuje.
Japońskie słowa na określenie „siebie” (self) uczą, że człowiek potrafi stanąć wobec siebie jak wobec obiektu. To może być źródło samodyscypliny – ale może też stać się fabryką wstydu. Najdojrzalsza wersja dystansu nie jest chłodna ani moralizatorska. Jest precyzyjna.


Na końcu 己 (onore) wraca jako przypomnienie: nie wszystko trzeba prostować. Współczesna kultura ma obsesję prostych narracji – „bądź sobą”, „pokochaj siebie”, „napraw się”, „pracuj nad sobą”. A człowiek nie jest projektem do wypolerowania. Jest żywą, zmienną strukturą, w której raz pojawia się obserwator, raz sędzia, raz obrońca, raz agresor. Nasz pogięty znak 己 (onore) nie mówi: „wyprostuj się”. Raczej: zobacz, gdzie zawracasz – i po co. Bo czasem zawracasz, żeby wrócić do siebie. Czasem, żeby siebie ukarać. Czasem, żeby uciec od odpowiedzialności. Czasem, żeby kogoś uderzyć, bo w środku jest lęk.
Najważniejsza lekcja jest więc prosta i surowa: „ja” nie jest rzeczą, którą się posiada. „Ja” jest ruchem, który się wykonuje. A dojrzałość polega na tym, żeby ten ruch widzieć — i delikatnie nakierować
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!