
„Każdy, komu zachoruje własne dziecko albo młodsze rodzeństwo, próbuje je ratować choćby kosztem siebie. Ale te dzieci nie mają ani rodziców, ani braci, ani sióstr. Ktoś musi ich zastąpić. Ja postanowiłam”.


Ale jedno życie jednak zgasło. Należało do strony ratujących, nie ratowanych. Tę jedną osobę, dotąd ginącą w cieniu wielkich liczb, chcę tu wydobyć spod pudru historii, który zasłonił nam człowieka, a odsłonił pomnik. Fumi, zanim stała się bohaterką i pomostem między narodem polskim a japońskim, była zwykłą dwudziestoletnią pielęgniarką z małej wioski Manichi z prefektury Niigata. Nie była dyplomatką. Była prostą, wiejską dziewczyną, która chciała swoją czułością ocalić jedno konkretne dziecko. I udało jej się to, choć było jednocześnie ostatnią rzeczą, jaką w swoim krótkim życiu zrobiła.


O drodze, jaka zaprowadziła ją z pola ryżowego do szpitalnej sali, dokumenty milczą, ale sam szlak jest dobrze znany, bo przeszły go tysiące jej rówieśnic. Japoński Czerwony Krzyż, powstały w 1887 roku z przekształcenia wcześniejszego stowarzyszenia Hakuaisha, prowadził od lat dziewięćdziesiątych XIX wieku własny system kształcenia pielęgniarek – kangofu (看護婦), jak brzmiało ówczesne określenie zawodu. Kandydatki przyjmowano do trzyletnich szkół przy szpitalach oddziałów prefekturalnych; po dyplomie każda podpisywała zobowiązanie, że przez kilkanaście kolejnych lat pozostanie w rezerwie i stawi się na każde wezwanie – na wojnę, epidemię, trzęsienie ziemi. Dla dziewczyny ze wsi znaczyło to zawód, własną pensję, odrobinę świata. I jeden z bardzo niewielu mundurów, jakie kobieta mogła wówczas w Japonii nosić.
Fumi służyła w oddziale prefekturalnym Kanagawa, obejmującym Yokohamę. Gdy w 1920 roku Czerwony Krzyż zaczął kierować pielęgniarki do opieki nad grupą cudzoziemskich sierot przywiezionych do Tokio, znalazła się wśród oddelegowanych. Miała dwadzieścia kilka lat i – choć nie mogła tego wiedzieć – przed sobą niecały rok życia.


I Japonia siała hojnie. Fryzjerzy z okolicy przychodzili strzyc małych gości za darmo, krawcy szyli im ubrania, uczniowie tokijskich szkół oddawali kieszonkowe na zbiórki. Ale Syberia nie wypuszczała swoich dzieci z rąk tak łatwo. Przyjechały zawszone i wycieńczone, z gruźlicą, krztuścem, świerzbem – i z chorobą zapisywaną po japońsku znakami 腸チフス (chō chifusu): tyfusem brzusznym, po polsku zwanym też durem.
Wiosną 1921 roku epidemia tyfusu brzusznego rozlała się po Fukudenkai i Tokio. Dur brzuszny szerzy się drogą pokarmową – przez wodę, brudne ręce, wspólne naczynia. Najciężej chore dzieci przewieziono z sierocińca na oddział zakaźny szpitala Czerwonego Krzyża w pobliskiej Shibuyi. Tam czekały na nie pielęgniarki. Wśród nich Fumi.


Dziewczynka przeżyła. Wbrew rokowaniom gorączka opadła, mała wróciła do Fukudenkai, a potem na statek i do Polski, gdzie dorosła w kraju, o którego istnieniu jej opiekunka wiedziała niewiele ponad to, że gdzieś jest i że jego dzieci umierają. Fumi zachorowała kilka tygodni później. Na to samo.

Nurt pierwszy: papier z epoki. Japoński Czerwony Krzyż prowadził „Dziennik opieki nad polskimi sierotami” – jego karty zachowały się w zbiorach muzealnych i można je dziś oglądać w internetowym muzeum organizacji. Wynika z nich rzecz prosta: pielęgniarka Matsuzawa Fumi zaraziła się durem przez kontakt z podopiecznymi i zmarła. Raport z akcji odnotował jej śmierć jako jedyną po stronie ratujących. Sucha proza administracji, właśnie ta suchość daje jej wiarygodność.


***
「せめて最期は自分の胸の中で」
(Semete saigo wa jibun no mune no naka de)
„Niech chociaż koniec nadejdzie w moich ramionach”.
- worldfolksong.com,
„Porando koji o sukutta Nihonjin”
(Japończycy, którzy ocalili polskie sieroty).
***
「この子には看てくれる父も母もいない。死んでも泣いて悲しんでくれる親はいない。死を待つほかないのなら、せめて自分の胸で死なせてやりたい」
(Kono ko ni wa mite kureru chichi mo haha mo inai. Shinde mo naite kanashinde kureru oya wa inai. Shi o matsu hoka nai no nara, semete jibun no mune de shinasete yaritai)
„To dziecko nie ma ojca ani matki, którzy by przy nim czuwali. Choćby umarło, nikt z rodziców nie zapłacze nad nim z żalu. Skoro nie zostało mu nic prócz czekania na śmierć, niech chociaż umrze przy mojej piersi”.
- Hattori Takeshi,
cykl wykładów „Ima tsutaetai kandō no Nihonshi”
(Poruszająca historia Japonii, którą chcę dziś przekazać), 2020
***
「人は誰でも自分の子どもや弟妹が病に倒れたら、己が身を犠牲にしても助けようとします。けれどもこの子たちは両親も兄弟姉妹もいないのです。誰かがその代わりにならなければなりません。私は決めたのです」
(Hito wa dare demo jibun no kodomo ya teimai ga yamai ni taoretara, onore ga mi o gisei ni shite mo tasukeyō to shimasu. Keredomo kono kotachi wa ryōshin mo kyōdai shimai mo inai no desu. Dareka ga sono kawari ni naranakereba narimasen. Watashi wa kimeta no desu)
„Każdy, komu zachoruje własne dziecko albo młodsze rodzeństwo, próbuje je ratować choćby kosztem siebie. Ale te dzieci nie mają ani rodziców, ani braci, ani sióstr. Ktoś musi ich zastąpić. Ja postanowiłam”.
- blog ameblo.jp
(Chizuru, „Mirai e kataru Nihonjin, Matsuzawa Fumi”), 2024.
To, co działo się z Fumi po śmierci, jest osobną opowieścią – o tym, jak dwa narody obchodzą się z cudzym poświęceniem.

Legenda dorzuciła jednak od siebie order, którego nie było. W polskojęzycznej Wikipedii można dziś przeczytać, że Fumi otrzymała pośmiertnie Medal Florence Nightingale – najwyższe pielęgniarskie odznaczenie świata, przyznawane przez Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża. Sprawdziłem oficjalny wykaz wszystkich japońskich laureatek od pierwszej edycji w 1920 roku po dzień dzisiejszy: sto osiemnaście nazwisk. Matsuzawy Fumi wśród nich nie ma. Ktoś kiedyś uznał najwyraźniej, że prawdziwe polskie odznaczenie to dla takiej historii za mało – i dopisał jej najwyższe na świecie. Tak działa pomnik: rośnie sam.

Potem pamięć zaczęła wracać falami, w przeróżnych formach. W 2018 roku japońskie badaczki historii pielęgniarstwa odtworzyły na łamach pisma naukowego biografię Fumi i jej rodziny, łącznie z ojcem, Matsuzawą Fusajirō. Jesienią 2024 roku w Wejherowie, mieście dawnego Zakładu Wychowawczego Dzieci Syberyjskich, uczniowie Powiatowego Zespołu Kształcenia Specjalnego odciskali dłonie w glinie; wypalone odciski miały podtrzymać postument upamiętniający japońską pielęgniarkę. Dyrekcja placówki powiedziała wtedy dla Twojej Telewizji Morskiej, że Fumi „opiekowała się polskimi dziećmi właśnie w Wejherowie”.


Na koniec coś, co łatwo przeoczyć pod warstwą wzruszeń: Fumi nie ratowała Polski. Nie znała tego kraju, nie prowadziła polityki wdzięczności między narodami, nie myślała kategoriami wielkich gestów, w jakie później oprawiono jej śmierć. Nie była dyplomatką, tylko wiejską dziewczyną z Manichi. Ratowała jedno konkretne dziecko, leżące przed nią – cudze, obce, niemówiące żadnym zrozumiałym dla niej językiem – bo takie było jej rzemiosło i tak je rozumiała: do końca. Cała późniejsza symbolika, ordery prawdziwe i zmyślone, pomniki i gliniane odciski dłoni wyrosły z tej jednej, zupełnie niesymbolicznej rzeczy. Może dlatego ta postać tak dobrze znosi upływ stulecia. W historiach budowanych na ideach zawsze jest coś do unieważnienia. W historii kobiety, co nocą trzyma na rękach umierające dziecko – nie ma nic do poprawiania.
Nie znamy jej ostatnich słów i uczciwość każe przyznać: te piękne, krążące po świecie, dopisała jej potomność. Znamy za to jej ostatni czyn, poświadczony suchym pismem urzędowym – najmniej sentymentalnym gatunkiem literackim, jaki wymyślił człowiek. To rzadki los: po stu latach zostało po niej dokładnie to, co najważniejsze.
Dziewczynka przeżyła.
Źródła

2. 日本赤十字社・赤十字WEBミュージアム: 「腸チフスとの闘い【波蘭(ポーランド)孤児救護日誌】」 – dokumenty z epoki ze zbiorów Muzeum Meiji-mura (jrc.or.jp/webmuseum).
3. 「ポーランド孤児を救え!~日本とポーランドの友好を育んだ物語を多くの人に伝えたい」, „歴史街道” (PHP研究所), 2024.
4. 「新潟出身の看護師・松澤フミさんの記憶を後世に」, „新潟日報”, 20.04.2026.
5. Teruo Matsumoto, Wiesław Theiss, „Dzieci syberyjskie. Pomoc Japonii dzieciom polskim w latach 1919–1922”, 2018.
6. Wiesław Theiss, „Dzieci syberyjskie 1919–2019. Z Syberii przez Japonię i Stany Zjednoczone do Polski”, Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, 2020.
7. J. Jakóbkiewicz, odczyt wiceprezesa Komitetu Ratunkowego na Syberii, „Czerwony Krzyż” 1921
8. Sylwia Szarejko, „Polskie dzieci w Kraju Kwitnącej Wiśni”
9. 日本赤十字社: 「日本におけるフローレンス・ナイチンゲール記章受章者一覧(第1回~第50回)」 – oficjalny wykaz laureatek.
10. 「ポーランドと100年の絆 渋谷の社会福祉法人が古都クラクフでウクライナ難民支援」, „東京新聞”, 14.04.2022.
>> PODOBNE ARTYKUŁY:
Polskie dzieci na Syberii: z ziemi japońskiej do polskiej
Wojna na papierze, przyjaźń w czynach: tajna współpraca Polski i Japonii w czasie II Wojny Światowej
Yukiguni – jakie lekcje życia płyną z japońskiej krainy śniegu?
Japońska lekcja pamięci i dobroci dla siebie: natsukashii zamiast nostalgii
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!