




Deski są z cyprysika i żyją. W lipcu i sierpniu, przy tokijskiej wilgoci, pęcznieją i wybrzuszają się, więc dwa razy w roku przychodzi rzemieślnik, wyjmuje przekładki od strony chóru i rozsuwa deski o kilka milimetrów. W styczniu drewno się kurczy, między deskami otwierają się szpary i trzeba je przesunąć w drugą stronę, ku filarowi. Podłoga jest instrumentem i jak instrument wymaga strojenia.

W wykopanych w ziemi dołach stoją gliniane naczynia. Yamashita Mitsuyasu, akustyk, zszedł w 1989 roku pod scenę wiejskiego teatru w Tanbie i zobaczył pięć takich dzbanów, do połowy zasypanych ziemią: dziewięćdziesiąt centymetrów w wylocie, metr głębokości, puste. Zmieściłoby się w nich dziecko. Na jednym widniała data roku Bunkyū 1 (1861) i nazwisko garncarza.
Wersja obiegowa mówi, że naczynia rezonują z uderzeniem stopy i dają podłodze głębię. Yamashita sprawdził, co na to nauka, i znalazł niewiele: podręczniki akustyki opisują rezonatory Helmholtza i naczynia wmurowane w ściany antycznych teatrów, o dzbanach pod sceną nie ma nic. Zapytał więc aktorów mających własne sceny. Odpowiadali jednakowo. „Skoro tak się robi od dawna, to i ja wstawiłem, ale czy z tego jest jakiś pożytek, nie wiem”.

A uderzenie stopy o deski i tak brzmi tak, że przechodzi wibracjami przez fotel.
Nō przekazywano w rodzinach w całości, bez rozbierania na części, ponieważ nikt nie umiał wskazać, w której z nich siedzi esencja, a która jest zbędnym dodatkiem, więc na wszelki wypadek przekazywano wszystko. Ta forma niesie kilka wieków rzeczy działających i rzeczy pozornych, splecionych tak ciasno, że nie sposób ich rozdzielić, i nikt tego nie rozdziela. Zobaczysz to jeszcze przy flecie i przy masce.

Jest w tym pewna czułość. Forma, o której mówi się, że wymaga najwyższego skupienia, oficjalnie dopuszcza, żeby przez jej środek przespać.


Łatwo pomyśleć, że gdyby usiąść tu z japońskim dzieciństwem za sobą, wszystko byłoby jasne. Nie byłoby. Sześćset lat to dla języka odległość nie do ogarnięcia, a śpiew nō rozciąga sylaby tak, że gubi się nawet to, co dałoby się jeszcze rozpoznać na papierze. Bariera nie przebiega między Polakiem a Japończykiem. Jest w tym pewne pocieszenie dla każdego, kto chciał kiedyś spróbować, ale bał się, że nie zna języka ani japońskiego sposobu patrzenia na świat. Startujesz z pozycji niewiele gorszej niż przeciętny współczesny Japończyk.

Ubieranie zaczyna się 30, 40 minut przed. Kiedy strój jest już na nim, aktor siada naprzeciw lustra i patrzy. Nie na siebie, bo to, co widzi, nie jest już nim, a jeszcze nie jest postacią. Czeka. Zależnie od upodobań siedzi tam kilkanaście minut albo prawie pół godziny, aż wyczuje, że czas i oddech się zgadzają. Wtedy podnosi maskę i przykłada ją do twarzy.
Aktorzy szkoły Kita opisują ten moment inaczej, niż opisałby go europejski aktor. Nie ma tu budowania roli. Jest czynność bierna: człowiek daje się wyciągnąć z samego siebie duszy mieszkającej w masce. A w chwili, gdy maska przylega, wykonawca zostaje wepchnięty w ciemność i potrzebuje siły psychicznej, żeby się jej nie poddać.

Człowiek, na którego patrzysz, jest więc niemal ślepy, obciążony strojem ważącym do dwudziestu kilogramów, i sunie po wypolerowanym drewnie krokiem suriashi (摺り足), nie odrywając stóp od podłogi. Jednym z powodów tego kroku jest to, żeby głowa nie drgała, bo maska pracuje kątami. Wygląda to na spokój. Tętno takiego człowieka przekracza w tańcu sto siedemdziesiąt uderzeń na minutę, a w najtrudniejszych fragmentach dwieście. Tyle bije serce po dłuższym sprincie.



Stąd ostrzeżenie, powtarzane przez Watsujiego z naciskiem. Prawdziwej jakości maski nie da się poznać, ustawiwszy ją na półce i patrząc na nią jak na rzeźbę. Maska jest z natury czymś ruchomym.
65 lat później psychologowie zrobili dokładnie to, przed czym ostrzegał, i wyszła z tego rzecz nieoczekiwana. W konwencji nō przechylenie maski w górę, ku światłu, nazywa się terasu (照らす) i oznacza radość. Przechylenie w dół, w cień, to kumorasu (曇らす), smutek. Zespół Michaela Lyonsa ogłosił w roku 2000 w piśmie Towarzystwa Królewskiego wyniki trzech eksperymentów z fotografiami maski pokazywanymi pod różnymi kątami. Badani, japońscy i brytyjscy, ocenili maskę pochyloną w dół jako radosną, a odchyloną w górę jako smutną. Dokładnie na opak.



Dla siedzącego na sali wynika z tego coś zupełnie praktycznego. Jeżeli będziesz patrzył na maskę osobno, jak na przedmiot wart podziwu, odczytasz ją odwrotnie do zamiaru. Znaczenie nie mieszka w masce. Mieszka w tym, co dzieje się dookoła niej, i w tobie.

W środku, między otworem do dęcia a pierwszym otworem palcowym, tkwi wsunięta rurka. Nazywa się nodo (喉), gardło, i zwęża kanał o dwa do trzech milimetrów. Skutek jest radykalny: rozbita zostaje relacja oktawowa między rejestrami. Przy niskich chwytach oktawa się rozszerza, przy wysokich mocno kurczy. Badacz akustyki instrumentów japońskich ujmuje to bez ceremonii. W grze na nōkan pojęcie oktawy nie istnieje.


Zostaje sam fakt akustyczny i on wystarczy. W środku tej formy tkwi mały kawałek bambusa uniemożliwiający harmonię, a nikt już nie wie, kto go tam włożył ani po co. Przypomina to trochę historię z dzbanami pod podłogą sceny.

Cała jego teoria stoi na jednym pojęciu. Nazwał je hana (花), kwiat. Kwiat oznacza u niego to, co porusza widza, i cała rzecz polega na tym, że kwiat nie jest cechą aktora. Jest zdarzeniem zachodzącym pomiędzy sceną a salą, jednorazowym, sezonowym, znikającym. Kwiat kwitnie, bo opada; gdyby kwitł stale, nikt by na niego nie patrzył. Umiejętność, którą przekazuje się w rodzinie przez 6 wieków, sprowadza się do wytwarzania czegoś ulotnego z premedytacją.

W traktacie „Kakyō” (花鏡), pisanym po czterdziestce i wykańczanym przez dwadzieścia lat, jest rozdział z zapisaną opinią publiczności. Ludzie mówią, powiada Zeami, że najciekawsze są te miejsca, w których nic się nie robi.

Nierobienie oznacza szczelinę między czynnościami. Ciekawa jest ona dlatego, że wykonawca utrzymuje przez nią nieprzerwaną wewnętrzną czujność, wiążącą jedno działanie z następnym. Ta czujność promieniuje na zewnątrz i to ją widz odbiera jako obecność. Ale, dodaje Zeami, jeśli wewnętrzne napięcie stanie się widoczne, natychmiast przestaje być nierobieniem i zamienia się w chwyt. Trzeba więc być w stanie bezmyśli i ukryć własny umysł przed samym sobą.
Aktor ma robić coś, co przestaje działać w chwili, gdy zauważy, że to robi. Nie może sprawdzać, czy mu wychodzi, ponieważ sprawdzanie jest już wyjściem z tego stanu. Nie ma sprzężenia zwrotnego, nie ma korekty w locie, nie ma sposobu, żeby się upewnić. Jest tylko wieloletnie ćwiczenie ustawione tak, by stan pojawiał się sam.
Rozdział zamyka cytat z buddyjskiego czterowiersza, przytoczony bez wyjaśnienia, jakby Zeami zakładał, że czytelnik go zna.
生死去来 棚頭傀儡
一線断時 落落磊磊
(shōji korai / hōtō kairai
issen danji / rakuraku rairai)
„Życie i śmierć, przychodzenie i odchodzenie – kukiełka na podeście lalkarza.
Gdy pęknie jedna nitka, sypie się bezładnym stosem”.
- Zeami Motokiyo, „Kakyō ” (花鏡), 1424,
cytat z tradycji chan,
przypisywany Yuanwu Keqinowi (圜悟克勤, 1063–1135)

Jest tam jeszcze jedno pojęcie i to ono najmocniej działa na wyobraźnię: riken no ken (離見の見), widzenie z zewnątrz siebie. Zeami pisze, że postać oglądana z widowni jest jego widzeniem oddzielonym, a to, co widzą jego własne oczy, jest tylko widzeniem własnym i nie ma z tamtym nic wspólnego. Trzeba więc umieścić oko umysłu na widowni i stamtąd patrzeć na siebie. Aż po plecy, których się nie zna.
Oko przed sobą, serce z tyłu. Tak to formułuje.
Nie jest to metafora dla poetów. To robocza instrukcja dla człowieka o niemal zerowym polu widzenia, z dwudziestoma kilogramami na ramionach i tętnem sprintera, mającego jednocześnie wiedzieć, jak wyglądają jego plecy z ostatniego rzędu.

W środku tego tańca pada wiersz, jaki tamten mężczyzna napisał za życia, wracając po roku do domu, gdzie kochał się z inną kobietą i gdzie nic już nie było takie samo.
月やあらぬ 春や昔の 春ならぬ
我が身ひとつは もとの身にして
(tsuki ya aranu / haru ya mukashi no / haru naranu / waga mi hitotsu wa / moto no mi ni shite)
„Czyż to nie ten sam księżyc,
czyż ta wiosna nie jest dawną wiosną?
Tylko ja jeden jestem tym,
kim byłem.”
- Ariwara no Narihira,
„Ise monogatari”, dan 4, X wiek
Kobieta śpiewa to o sobie, w jego szatach, kilkaset lat po jego śmierci, i wiersz odwraca się w powietrzu: to ona jest teraz tą jedną rzeczą, która się nie zmieniła.
Zachował się siedemnastowieczny zapis techniczny, jak grać zakończenie: stanąć przed rekwizytem, trzymać wachlarz pionowo w obu dłoniach, na kształt dworskiego berła, i spojrzeć w głąb. W wodzie odbija się mężczyzna. Tekst mówi: widzę jego twarz, jakże tęsknię, sobą będąc, jakże tęsknię. Kobieta w jego ubraniu widzi w studni siebie i rozpoznaje w tym jego. Po tym zdaniu zostaje już tylko obraz zwiędłego kwiatu, z którego uszedł kolor, a został zapach.

O tę jedną chwilę pokłócili się autor i jego ojciec. Sztukę napisał Motomasa, najstarszy syn Zeamiego. Ojciec uważał, że dziecka nie należy pokazywać na scenie, ponieważ jest zjawą, a zjawa istnieje w matce, nie w kopcu. Motomasa odparł krótko, że wtedy nie da się tego zagrać. Zeami, zamiast rozstrzygać, zapisał regułę: sprawdźmy w praktyce i przyjmijmy to, co wypadnie lepiej.
Do dziś grywa się obie wersje. W jednej dziecko wychodzi zza kopca i przez sekundę matka trzyma je za rękę. W drugiej nie wychodzi nic, a całą obecność syna dźwiga sama aktorka. Kiedy się o tym wie, ogląda się już nie sztukę, tylko spór dwóch ludzi o to, ile wolno widzowi pokazać. I trudno oprzeć się myśli, że ojciec bronił zasady, a syn bronił matki.


Dzwon waży od siedemdziesięciu do stu kilogramów i leci z wysokości dwóch metrów. Tancerka ma wskoczyć pod niego w biegu, ukośnie, po ustalonej z góry liczbie kroków, z nogami skrępowanymi owiniętym wokół bioder strojem, i wylądować w kucki dokładnie tam, gdzie za ułamek sekundy stanie krawędź brązu. Chybienie oznacza złamany obojczyk albo gorzej. Potem zapada ciemność i wewnątrz dzwonu, w miejscu wielkości beczki, aktor sam zmienia strój i maskę, żeby wyjść stamtąd jako wąż.
Tej roli nie gra się wiele razy. Bywa, że raz w życiu, jako egzamin z zawodu. Pewien wykonawca, Yamada Isumi, współczesny aktor szkoły Kongō, przygotowując się do własnego skoku, zapytał dziadka, jak było u niego. Dziadek odpowiedział, że na próbie spojrzał w górę na dzwon i zmiękły mu nogi.
Ta sala ma swoją księgowość i jest ona mniej wzniosła niż wszystko powyżej.

Sprzedaje je swoim uczniom. Od czasów Meiji ekonomiczną podstawą tej formy jest nauczanie amatorów śpiewu i tańca. Uczeń płaci comiesięczne czesne, wykupuje bilety na występy mistrza, zapisuje się na cykl swojej szkoły. Jeśli sam chce wystąpić, płaci za wynajem sceny, stroju i maski, płaci honoraria zawodowcom występującym razem z nim, i płaci głowie szkoły za licencję uprawniającą do wykonania konkretnego utworu.
Wynika stąd fakt, o jakim rzadko się mówi na głos. Znaczną część dzisiejszej publiczności nō stanowią amatorscy uczniowie na różnych etapach nauki. Ta widownia nie jest zbiorem przypadkowych ludzi z miasta. Jest w dużej mierze siecią zobowiązań.

Liczby idą w jedną stronę. W roku 2000 stowarzyszenie zawodowe zrzeszało 1 545 osób. W 2024 – 1 011. Prognozy mówiące o 600 za dwie dekady nie są histerią, tylko ekstrapolacją. Regularni uczniowie to dziś emeryci, osoby bez małych dzieci i gospodynie domowe. Starzeją się razem z widownią.
Ta forma raz już zresztą była martwa. Po 1868 roku aktorzy stracili wsparcie ze strony shōgunatu, kilka linii wygasło na dobre, część ludzi przeszła do innych zawodów. Zachowało się powiedzenie z tamtych lat: kto zaśpiewał w domu, temu przez okno wrzucano kamienie. Uratowali nō arystokraci i politycy epoki Meiji po powrocie z Europy, gdzie zobaczyli gmachy oper i zrozumieli, że państwo powinno mieć własną sztukę wysoką. W 1881 roku zbudowali w Tokio pierwszy budynek mieszczący scenę i widownię pod jednym dachem, i wtedy właśnie ukuto nazwę nōgaku (能楽), żeby zastąpić starą, sarugaku (猿楽), małpią rozrywkę, kojarzącą się z jarmarkiem.
Nawet nazwa tej sztuki ma ledwie 140 lat.

Zaczyna się to tak. Cichą nocą, wysłuchawszy melodii nō „Kinuta” (砧), powiedział, że smaku takiego nō nie pozna nikt w późniejszych wiekach, więc nawet spisywanie tego mierzi.
Pierwszy akapit. Pierwsze zdanie. Człowiek, do jakiego odwołuje się dzisiaj każdy program teatralny i każda muzealna tabliczka, otwiera swoją najbardziej osobistą księgę stwierdzeniem, że to i tak przepadnie.
Nie miał racji co do formy, bo forma trwa. Miał rację co do smaku, bo tempo, melodia i sposób śpiewu zmieniły się nie do poznania, a tego, co słyszał tamtej nocy, nie usłyszy już nikt.

I wtedy zaczyna się to, po co się tu przychodzi.

Na tym polega cały mechanizm i dlatego ta forma tak trudno się broni w opisie. Teatr, do jakiego przywykliśmy, dostarcza treści i pilnuje, żebyśmy jej nie zgubili. Ten teatr dostarcza pustego naczynia i wychodzi. Kobieta patrząca w studnię nie mówi o twojej stracie ani nie chce nic o niej wiedzieć; jest kształtem na tyle prostym i na tyle niedopowiedzianym, że twoja własna strata może się w nim pojawić. Zeami nazwał to kwiatem i uparcie powtarzał, że kwiat nie należy do aktora.
Wychodzisz na ulicę i przez pierwsze sto metrów wszystko idzie za szybko. Samochody, kroki, mowa. Potem to mija, a jeszcze parę dni później łapiesz się na tym, że przy jakiejś czynności bez znaczenia stoisz o sekundę dłużej, niż potrzeba. Nō miewa takie działanie na człowieka, chodzi za nim przez pewien czas.
Źródła
1. Jadwiga M. Rodowicz, Aktor doskonały. Traktaty Zeamiego o sztuce nō, 2000.
2. Jadwiga M. Rodowicz, Boski dwumian. Przenikanie rzeczywistości w teatrze nō, 2009.
3. Eric C. Rath, The Ethos of Noh. Actors and Their Art, 2004.
4. Mariko Anno, Piercing the Structure of Tradition. Flute Performance, Continuity, and Freedom in the Music of Noh Drama, 2020.
5. Michael J. Lyons, Ruth Campbell, Andre Plante, Mike Coleman, Miyuki Kamachi, Shigeru Akamatsu, The Noh mask effect: vertical viewpoint dependence of facial expression perception, „Proceedings of the Royal Society of London B” 267 (2000).
6. Hiromitsu Miyata, Ritsuko Nishimura, Kazuo Okanoya, Nobuyuki Kawai, The Mysterious Noh Mask. Contribution of Multiple Facial Parts to the Recognition of Emotional Expressions, „PLOS ONE” 7 (2012), nr 11.
7. 世阿弥『花鏡』, w: 『日本の思想 8 世阿弥集』, 筑摩書房, 1970.
8. 世阿弥(観世元能筆録)『世子六十以後申楽談儀』1430; wyd. 表章 校注, 『申楽談儀』, 岩波文庫, 1960.
9. 和辻哲郎, 「面とペルソナ」, 『思想』1935 年 6 月号; przedruk w: 『和辻哲郎随筆集』, 岩波文庫, 1995.
>> PODOBNE ARTYKUŁY:
Gdy coś już znikło, ale jeszcze nie przystało istnieć. Yūgen – japońska estetyka zawieszenia.
Japońska sztuka milczenia – jak bardzo koncepcja ciszy może różnić nasze kultury?
Iemoto – japoński system mistrz-uczeń, który z czasów shogunatu przetrwał do dziś
Wzornik samobójczej miłości. Co nam mówi teatr czasów shōgunatu, a co Werter Goethego?
Górska wiedźma Yamanba – kobieca dzikość, która przerażała mężczyzn patriarchatu tradycyjnej Japonii
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!