




Po co komu taka metafora? Tamura odpowiada wprost, a socjolog Satō Masahiro wydobył tę odpowiedź z jego tekstu sto lat później: jeden pacjent bał się, że zwariuje, drugi odmawiał hospitalizacji, bo powtarzał, że nie jest wariatem. Trzeba było ich uspokoić. Trzeba było im powiedzieć, że to, na co cierpią, jest chorobą, ale nie „tamtą” chorobą.

Wszystko to brzmi znajomo, bo dokładnie tak samo brzmi każdy tekst o wypaleniu z 2026 roku.

Idź do lekarza. Nie znoś tego dłużej. Siedemdziesiąt cztery lata przed reklamą, o której zaraz będzie mowa.

To jest ta sama operacja, którą dziewięćdziesiąt lat później wykona fraza „przeziębienie duszy”: odkleić lekkie od ciężkiego, żeby lekkie mogło wejść do gabinetu bez wstydu. Różnica polega na tym, że w 1926 roku nie istniały jeszcze SSRI i nie było koncernu do oskarżenia. Był sam jeden Kure Shūzō w „Yomiuri”.

Morita zanegował samą nazwę. Twierdził, że ta dolegliwość bierze się z psychiki, a nie ze słabości nerwów, i zdarza się głównie ludziom o szczególnym usposobieniu, które nazwał shinkeishitsu (神経質, dosł. „nerwowe usposobienie”). Mechanizm opisał jako iloczyn podłoża hipochondrycznego i wzajemnego wzmacniania się uwagi i doznania: im uważniej wsłuchujesz się w serce, tym mocniej je czujesz, a im mocniej je czujesz, tym uważniej się wsłuchujesz. Lekarstwem nie miało być usunięcie objawu, tylko arugamama – przyjęcie rzeczy takimi, jakie są, i zajęcie się swoim życiem mimo lęku. W 1919 roku uruchomił terapię stacjonarną we własnym domu, prowadzoną razem z żoną Kui.
Zapamiętajmy to nazwisko, jeszcze powróci.

I tu robi się brzydko. Statut z 1931 roku wymienia obok siebie dwa cele: zachowanie i wzmocnienie zdrowia psychicznego narodu oraz naprowadzanie osób o skłonnościach przestępczych i osób niezdolnych do samodzielności. Pomostem między troską a policją była teoria zwyrodnienia, sprowadzona z Francji i Niemiec. W tym samym roku pismo „Shakai jigyō” (社会事業) zorganizowało dyskusję redakcyjną o „problemie zwyrodnialców”. Przy stole zasiedli Kure Shūzō, Miyake Kōichi, Yoshimasu Nobuo, Marui, Muramatsu. I Morita Masatake.
Człowiek, który odmówił przyjęcia cudzej diagnozy na własny temat, siedział przy stole, gdzie rozdawano diagnozy innym ludziom. Nie piszę tego, żeby go potępić z fotela, sto lat później mając dostęp do wiedzy, o której on nie mógłby śnić. Piszę, bo to pokazuje, jak szybko język troski przechodzi w język segregacji, i jak niewiele trzeba, żeby te dwa języki brzmiały identycznie w ustach jednego człowieka.


Tylko że Shimoda pisał dalej. Jeśli to silne poczucie sprawiedliwości i odpowiedzialności zwróci się ku obowiązkom innych albo ku własnym prawom, człowiek taki bywa nadzwyczaj kłopotliwy. Wśród pieniaczy jest wielu ludzi tego charakteru. Fanatycy i szaleńcy religijni to również wytwór tego charakteru.
Japonia zapamiętała pierwszą połowę zdania i zgubiła drugą. Z teorii, według której ten sam mechanizm afektywny produkuje wzorowego żołnierza i sekciarza, została w obiegu wyłącznie pochwała sumiennego urzędnika. To jest, moim zdaniem, najważniejsza rzecz w tej akurat części historii.

Dopiero Ōmae Susumu w 2013 roku wyłożył, na czym polegał ten rozjazd, i wyjaśnienie jest prozaiczne. Hirasawa badał pacjentów ambulatoryjnych, jednobiegunowych, lekkich. Shimoda opisywał hospitalizowanych chorych na psychozę maniakalno-depresyjną, czyli po dzisiejszemu z domieszką dwubiegunowości. Ta sama teoria, dwie zupełnie różne populacje, dwa różne wyniki. Pieniaczy nie było w gabinecie Hirasawy, bo pieniacze nie chodzą do gabinetu z powodu obniżonego nastroju.
Zapamiętaj ten mechanizm, bo za chwilę zdecyduje o tym, jak liczymy epidemię.


Co prawda status empiryczny tej pięknej konstrukcji jest sporny do dziś. Müller-Suur zauważył już w 1962 roku, że wszystkie przypadki Tellenbacha to nawroty, więc opisana osobowość może być pochorobowa. Glatzel wykazał, że cechy typu ustępują po podaniu litu, co czyniłoby z nich objaw, a nie charakter. Tölle zebrał w 1987 roku czterdzieści osiem badań empirycznych i podsumował, że porządkowość nie jest swoista dla melancholii, występuje w rozmaitych rozpoznaniach i u ludzi zdrowych. Najbardziej miażdżąca jest liczba z pracy Mundta z 1997 roku: zgodność diagnostyczna dwóch badaczy oceniających obecność typu melancholicznego wyniosła 0,54. Obaj znali Tellenbacha osobiście.
Ale strona przeciwna istnieje i uczciwość każe ją podać: von Zerssen uznał w 1996 roku konstrukt za przeważająco potwierdzony jako struktura przedchorobowa w jednobiegunowych zaburzeniach afektywnych z cechami melancholicznymi, a pozytywne wyniki przyszły też z Włoch i z Japonii.
Zapamiętajmy tę liczbę: 0,54. Za chwilę wejdzie do wyroku sądu.

Warto zatrzymać się na moment przy tym, co sąd apelacyjny właściwie powiedział rodzicom chłopaka, który wracał do domu o szóstej rano. Powiedział im, że gdyby ich syn był kimś innym i gdyby oni byli lepszymi rodzicami, byłoby taniej.

A teraz najciekawsze. W uzasadnieniu, kilka akapitów wcześniej, sąd wyjaśniał, skąd w ogóle wiadomo, że praca może zabić przez depresję. I napisał, że osoby o skłonności do gorliwości w pracy, drobiazgowości i silnym poczuciu obowiązku, określane jako tak zwany shūchaku kishitsu (pamiętamy: „usposobienie lepkie”), uchodzą za mające powinowactwo z depresją. Potem opisał typ: poważny, o zbyt silnym poczuciu odpowiedzialności, nieznoszący porażki, nieokazujący emocji, wrażliwy w relacjach, stawiający sobie cele przekraczające jego możliwości.

W aktach sprawy jest jeszcze jeden szczegół. Na pijackich spotkaniach przełożony kazał Ōshimie pić piwo nalane do jego własnego buta i bił go tym butem po głowie. Sąd to ustalił i zapisał. W żadnej relacji o japońskiej depresji, jaką czytałem po polsku, tego szczegółu nie ma, bo nie pasuje do opowieści o wrażliwym narodzie, który poetyzuje smutek.

Co się faktycznie stało? Prezes Meiji Seiki przeczytał japoński przekład „Listening to Prozac” Petera Kramera, wydany pod tytułem obiecującym cudowny lek na depresję, i uznał, że to się sprzeda. Firma wprowadziła fluwoksaminę w 1999 roku. GlaxoSmithKline, żeby nie oddać rynku, zorganizowała w 2000 roku w Kioto konferencję z gwiazdami światowej psychiatrii, z biletami w pierwszej klasie i kolacjami w ryōtei, po czym ruszyła z kampanią prasową i telewizyjną. W reklamie aktorka Kimura Tae mówiła: jeśli ten ciężki stan trwa miesiąc, idź do lekarza, nie znoś tego dłużej. Jedyną granicą między depresją a zwykłym spadkiem nastroju był w tym przekazie czas trwania objawów.

I dopiero teraz zaczyna się rzecz, dla której warto było wszystko sprawdzać.
Fraza kokoro no kaze (心の風邪), „przeziębienie duszy”, jest w każdej wersji tej historii przypisywana kampanii. Postanowiłem znaleźć tę reklamę. Nie ma jej. Wszystkie ślady prowadzą do jednego artykułu: Kathryn Schulz, „Did Antidepressants Depress Japan?”, „The New York Times Magazine”, 22 sierpnia 2004. Japoński bloger przeprowadził w listopadzie 2025 roku systematyczną kwerendę za pierwotnym materiałem reklamowym i nie znalazł niczego, bo reklamy leków na receptę nie trafiały do archiwów, a leków Rx nie wolno było reklamować konsumentom. Nie mamy ogłoszenia z tym hasłem. Mamy relacje o ogłoszeniu.

Tak powstaje wiedza. Dziennikarka pisze artykuł. Antropolożka opisuje idiom. Lekarz cytuje obie, dodaje czasownik dokonany, wchodzi do bazy z peer review. Kolejnych trzydziestu autorów cytuje już jego, bo jest recenzowany. Po dwudziestu latach mamy ustalenie naukowe o kampanii, jakiej nikt nigdy nie widział, w tekstach o tym, jak koncerny fabrykują choroby.
Liczby. Może w liczbach znajdziemy odpowiedzi.

W tym samym zestawieniu, w tej samej tabeli, jedno pole niżej: liczba hospitalizowanych z powodu zaburzeń nastroju wynosiła w 2002 roku 26 o00, a w 2023 27 000. Przez dwadzieścia jeden lat, przez całą epidemię, przez sześciokrotny wzrost sprzedaży leków, liczba Japończyków chorych na depresję na tyle ciężko, żeby trafić do szpitala, nie drgnęła.

A teraz liczba, jaka burzy wszystko, łącznie z moim własnym akapitem sprzed chwili. W 2013 roku, w szczycie rzekomego nadrozpoznawania, przebadano ogólnokrajową próbę Japończyków kwestionariuszem PHQ-9. 8% miało wynik wskazujący na co najmniej umiarkowaną depresję. Spośród nich rozpoznanie kiedykolwiek w życiu usłyszało 13%. W grupie z wynikiem ciężkim: 21%.

Zostają samobójstwa i tu trzeba stąpać ostrożnie, bo statystyka policyjna i statystyka ruchu naturalnego ludności to dwa różne szeregi, których nie wolno mieszać. Rok 1998 był pierwszym, kiedy Japonia przekroczyła trzydzieści tysięcy samobójstw rocznie – a potem utrzymała ten poziom przez 14 lat z rzędu. Rok 2025 zamknął się liczbą 19,188, po raz pierwszy w historii tej statystyki poniżej dwudziestu tysięcy. Tylko że w tej samej publikacji jest druga liczba: 538 uczniów szkół podstawowych, gimnazjów i liceów. Najwięcej od początku prowadzenia tej rubryki, czyli od 1980 roku. Jedyna grupa wiekowa, w jakiej liczba rośnie.
I ostatnie zastrzeżenie, najważniejsze ze wszystkich. Rok 1998 to skok samobójstw. Rok 1998 to również skutki upadku Hokkaidō Takushoku Ginkō i Yamaichi Shōken, rok wejścia fluwoksaminy, rok przed wytycznymi ministerstwa otwierającymi drogę do świadczeń za samobójstwa z przepracowania, i środek procesu Dentsū. Pięć rzeczy naraz, w jednym oknie. Każdy, kto z tego układa strzałkę od marketingu do epidemii, rysuje ją sobie ręcznie.

Fakty: to nie jest termin medyczny. Nie ma go w klasyfikacjach. Japońskie Towarzystwo Zaburzeń Nastroju stwierdza w oficjalnym pytaniu i odpowiedzi, że pojęcie powstało w czasopismach, telewizji i internecie, a wytyczne kliniczne z 2013 roku i ich druga edycja z 2017 świadomie go nie podejmują, ponieważ brakuje analizy i dowodów. Depresja atypowa, do której media chętnie to hasło przyklejają, jest terminem z DSM i znaczy co innego.

I tu wraca Shimoda. Bo czym jest „nowa depresja”, jeśli nie drugą połową jego zdania, tą o pieniaczach i fanatykach, wypartą na sto lat i wracającą tylnymi drzwiami? Shimoda opisał jeden mechanizm afektywny dający dwa efekty: wzorowego pracownika i awanturnika. Japonia przez wiek hodowała pierwszą połowę jako komplement dla własnego charakteru narodowego. Kiedy druga połowa wróciła, nie wróciła jako teoria. Wróciła jako oskarżenie pod adresem trzydziestolatków.
Do tego dochodzi kłopot czysto językowy, przez który połowa japońskiego sporu o depresję jest sporem o słowo. Japońskie utsubyō znaczyło do lat osiemdziesiątych depresję endogenną, kategorię wąską i jednorodną. Po DSM-III zaczęło znaczyć zaburzenie depresyjne nawracające, worek na wszystko. Towarzystwo psychiatryczne przyjęło politykę nazywania obu jednym słowem i zabetonowało dwuznaczność. Kiedy japoński psychiatra i japoński dziennikarz mówią utsubyō, mówią o dwóch różnych rzeczach i obaj mają rację.

Kitanaka opisuje, co się przy okazji stało, i jest to najostrzejsza obserwacja w całej literaturze przedmiotu. Narracja „depresja to choroba przepracowania” zdjęła z chorych stygmę: nie jesteś słaby, jesteś ofiarą sił poza twoją kontrolą. Ta sama narracja, uzbrojona w ustawę, stworzyła sieć nadzoru z obowiązkiem corocznego donoszenia na własną psychikę, a jego wnętrze staje się przedmiotem treningu odporności. Zdjęcie stygmy i wprowadzenie nadzoru to jedna operacja, nie dwie. Firma, która zabiła Ōshimę, dziś zmierzy mu poziom stresu w kwestionariuszu i wpisze wynik do systemu.

Sęk w tym, że w Japonii „chemiczna nierównowaga w mózgu” nie była błędem popularyzacji. Była argumentem handlowym, wystawionym w momencie, kiedy w piśmiennictwie fachowym hipoteza monoaminowa od dawna uchodziła co najwyżej za roboczą. Sprzedano ją razem z obietnicą, że Japonia wreszcie dogoni epokę, jako że rzekomo była piętnaście lat za Ameryką.

A cykl idzie dalej. Ktoś dwa lata temu policzył, że po neurastenii i po depresji przemysł diagnostyczny przesunął ognisko najpierw na chorobę afektywną dwubiegunową, a potem na ADHD u dorosłych, i że mechanizm jest za każdym razem ten sam: nazwać cierpienie codzienne chorobą lekką, odkleić je od ciężkiej, powiedzieć „idź do specjalisty, nie znoś tego dłużej”. Trzecia odsłona trwa właśnie teraz, w Polsce równie mocno jak w Japonii, i wygląda z bliska tak samo niewinnie jak tamte dwie z bliska wyglądały.
Tamura tłumaczył w 1907 roku, że wierzba zawsze wraca do pionu. Zbudowano na tym całe stulecie i sto lat później Sąd Najwyższy Japonii musiał w jednym dokumencie użyć teorii charakteru i jej zabronić, żeby wypłacić rodzicom pieniądze za syna, który wrócił do domu o szóstej rano i nie wyprostował się już nigdy. Wierzba i bambus to była dobra przenośnia. Miała tylko jedną wadę. Dotyczyła roślin, nie ludzi.
ŹRÓDŁA
1. 佐藤雅浩, 「戦前期日本における精神疾患言説の構図―逸脱と健康の系譜をめぐって」, ソシオロゴス 32: 17–37, 2008. Analiza przedwojennego dyskursu neurastenii, z cytatami z prasy i podręczników higieny; źródło całej warstwy o Kure, Sugicie i Tamurze.
2. 大前晋, 「Tellenbach のメランコリー論再説―その構築過程と理論的意義―」, 精神神経学雑誌 115(7): 711–728, 2013. Najlepszy dostępny wykład teorii Tellenbacha wraz z jej krytyką empiryczną i historią recepcji w Japonii.
3. 北中淳子, 「「神経衰弱」盛衰史」, ユリイカ 36(5): 150–167, 2004. Japońskojęzyczny szkic Kitanaki o wzlocie i upadku neurastenii.
4. 最高裁判所第二小法廷判決, 平成12年3月24日, 民集54巻3号1155頁 (電通事件). Wyrok Sądu Najwyższego w sprawie Dentsū; tekst uzasadnienia zawiera przywołanie shūchaku kishitsu oraz zasadę nieuwzględniania osobowości przy wymiarze odszkodowania.
5. Junko Kitanaka, „Depression in Japan: Psychiatric Cures for a Society in Distress”, Princeton University Press 2012.
6. Hiroshi Ihara, „A cold of the soul: A Japanese case of disease mongering in psychiatry”, „International Journal of Risk & Safety in Medicine”, 24(2): 115–120, 2012. Źródło liczb o sprzedaży antydepresantów.
7. Kathryn Schulz, „Did Antidepressants Depress Japan?”, „The New York Times Magazine”, 22 sierpnia 2004. Tekst źródłowy całej legendy.
8. Ethan Watters, „Crazy Like Us: The Globalization of the American Psyche”, Free Press 2010, rozdział o Japonii.
9. 厚生労働省・警察庁, 「令和7年中における自殺の状況」, 27 marca 2026. Dane ostateczne o samobójstwach za 2025 rok.
10. Chieko Kanai i in., „Prevalence of depressive disorder and its treatment in Japan”, „BMC Public Health” 18: 1406, 2018. Ogólnokrajowa próba, PHQ-9, dane o odsetku nierozpoznanych.
11. 日本うつ病学会, 「うつ病Q&A」 (hasło 新型うつ病). Stanowisko towarzystwa naukowego w sprawie terminu medialnego.
12. Bogdan de Barbaro, „Medykalizacja i psychiatryzacja życia codziennego”, w: „Konteksty psychiatrii”, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2014. Ten sam mechanizm opisany po polsku, na polskim materiale.
>> PODOBNE ARTYKUŁY:
Klify samobójców Tōjinbō - i pewien emeryt, który przez ostatnie 20 lat uratował już 750 osób
Emocje to nie ja, to mushi (虫) – starojapońska psychologia i współczesna neuronauka szukają robaków
Japońskie czytanie powietrza. Umysł, który zapamiętuje tło, nie rzecz, i słyszy ciszę, nie słowa
Człowiek, który gra siebie – psychologia japońskiego dylematu shujin: gospodarz czy więzień?
Cierpliwość to broń. Japońska nauka nintai (忍耐)
未開 ソビエライ
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!