
Nikomu nie opowiadaj swojego snu!
W Edo sen potrafił być bardziej „publiczny” niż ogłoszenie i bardziej „materialny” niż moneta. Budzisz się o świcie, shōji przepuszczają mleczne światło, w hibachi dogasa żar — i zanim powiesz pierwsze słowo, wiesz już, że noc przyniosła coś, co można stracić przez jedno nieostrożne „opowiem ci”. „Hanasu” – znaczy „powiedzieć” (話す), ale też „wypuścić” (放す) – gra słowna, która sprowadziła na opowiadanie snów tabu. Sen był tu nie tylko prywatnym filmem: bywał znakiem, ładunkiem, czasem wręcz walutą. W mieście, które żyło kontraktami, plotką i przepływem wszystkiego (ryżu, informacji, okazji), również marzenia senne zaczęły krążyć jak coś, co da się przechować, przekazać, sprzedać i kupić, a nawet… ukraść.
Bo Edo znało rzeczy, od których dziś parskamy śmiechem, ale potem nagle milkniemy: noworoczna licytacja za hatsuyume, gdzie cena rośnie do absurdalnych 70 ryō; sprzedawcy obrazków „takarabune” wołający „Otakara! Otakara!”; zawodowe „czytanie snów”, w którym interpretatorka potrafiła stać się kimś na pograniczu doradcy, wróżbitki i — w popularnej opowieści — współsprawcy „kradzieży snu”.
Jesteśmy w okolicach początku roku – czas, gdy przydarza nam się hatsuyume – warto zatem sprawdzić, jak je odczytać – w stylu Edo! W dzisiejszym tekście zobaczymy „system operacyjny” snu w Edo: od słownika po gesty, od domowych senników po miejskich specjalistów, od rytuałów odwracania złego snu po amulety przy poduszce. Bez ezoterycznych mgiełek — za to z konkretem: nazwami praktyk, kanji, przykładowymi formułami, realiami druku i rynku oraz z pytaniem, które wraca jak refren: czy ten „handel marzeniami” naprawdę był tak absurdalny? Czy może raczej co innego powoduje ten nerwowy śmiech? Jakieś dziwne podobieństwo do… XXI wieku?
Pierzchliwe sny w Edo
Wyobraź sobie poranek w Edo: papierowe drzwi shōji przepuszczają mleczne światło, węgiel w hibachi jeszcze żarzy się słabo, a dom — zanim przemówi odgłosami porannego pośpiechu — na moment milknie. To milczenie nie jest tylko „nastrojem”: w wielu przekonaniach i poradach epoki Edo sen traktowano jak coś realnego, podatnego na uszkodzenie, a nawet na „utracenie”, jeśli zbyt szybko wepchnie się go w słowa. W tekstach powtarza się myśl, że sen — dobry czy zły — powinien pozostać ukryty, a mówienie o nim bywało uznawane za niebezpieczne: zapisano wręcz zakaz w rodzaju „nocnych snów nie należy opowiadać” (夜夢をかたるべからず).
Co ciekawe, zakaz ten objaśniano niekiedy językową intuicją: „mówić” (話す) brzmi jak „puszczać wolno” / „wypuszczać” (放す) — a więc opowiadanie snu to jakby wypuszczenie go z rąk, rozproszenie, pozbawienie mocy.
Sen w Edo mógł być komunikatem z wielu stron naraz — z ciała (w perspektywie „medycyny Wschodu”), z losu, z porządku bogów i duchów — ale przede wszystkim był „rzeczą”, z którą obchodzi się ostrożnie, bo słowo potrafi zarówno nadać sens, jak i odebrać sprawczość.
W praktyce noworocznej ta ostrożność zagęszczała się szczególnie wokół hatsuyume, czyli pierwszego snu „na szczęście” — i w źródłach pojawia się bardzo konkretna, domowa technika „zapraszania” dobrego obrazu: podłożenie pod poduszkę wizerunku takarabune, „statku skarbów”; odnotowano to jako zwyczaj stosowany w noc drugiego dnia Nowego Roku. Nie chodziło o wielką metafizykę, tylko o prosty, materialny gest: obrazek wędruje tam, gdzie wędruje głowa — bo to przy poduszce rozgrywa się nocna loteria znaków (o roli pierwszego snu w roku w Japonii – hatsuyume – piszę więcej tu: Hatsuyume – pierwszy sen w roku, czyli jak zaplanować rok z siłą, mądrością i dyscypliną).
A jeśli trafiło się „źle”? Wtedy równie konkretna była logika działania: nie rozpowiadać, nie rozdmuchiwać, raczej pozbyć się snu, zanim „przyklei się” do dnia. Źródła pokazują, że w obiegu były formuły i drobne procedury wykonywane po przebudzeniu — właśnie dlatego, że opowiadanie snu uchodziło za tabu: skoro nie wolno mówić, trzeba działać. Wśród takich praktyk pojawia się bardzo sugestywny motyw „odklejenia” złego snu od człowieka i „przyczepienia” go do czegoś zewnętrznego: w zaklęciach powraca fraza, by:
„dobry sen stał się klejnotem, a zły sen przylgnął do traw i drzew”
悪夢著草木・吉夢成宝玉
Słownik epoki
Jak Edo nazywało sen i jego odmiany?
W Edo sen nie był jednorodnym „yume” (夢) – prywatnym filmem puszczanym za powiekami – tylko zjawiskiem, które miało odcienie, ciężar i konsekwencje. Sam zapis 夢 (czyt. ゆめ; w złożeniach często także on’yomi ボウ) pięknie pasuje do tej mentalności: znak wygląda jak coś, co dzieje się „pod przykryciem” i „po zmroku”, w strefie półświatła, gdzie znaczenia są jednocześnie prawdziwe i nieuchwytne. Etymologiczna ciekawostka przywoływana w badaniach kulturoznawczych: „yume” bywa łączone z ideą „śniących oczu”, „snu-oczu” (寝目), co od razu ustawia sen jako doświadczenie wzrokowe, ale nie do końca „z tego świata” – widzenie, które nie jest patrzeniem (dużo więcej o znaczeniu kanji „yume” przeczytasz tu: Sen jest drogą, marzenia światłem, pragnienia kajdanami. Jak się nie pogubić? Przeczytajmy znak kanji: 夢 (yume).).
Mamy więcej wyrażeń związanych ze snem z epoki Edo: 夢占 (wróżenie z marzeń sennych), 夢解き (dosł. „rozwiązywanie snu”, czyli tłumaczenie go na znaczenie), 夢合わせ (zestawianie snu z „kluczem” – tabelą symboli i regułami odczytu), a obok także 夢判断 – osąd, decyzja, co z tym snem zrobić (czy milczeć, czy odwracać, czy potraktować jako znak). Te słowa są ważne, bo pokazują, że sen jest tu czymś, co się opracowuje – jak dokument, omen, zadanie.
Oś podziału w stylu Edo jest bardzo praktyczna: sen mógł być albo pomyślny i albo: groźny. Stąd 吉夢 („dobry sen”, zapowiedź szczęścia), czasem też 好夢 („pomyślny sen”), oraz przeciwległe: 凶夢 („zły sen”), 悪夢 („koszmarny sen”), a w tekstach spotyka się nawet mocniejsze 噩夢 – jakby sen „ciężki”, złowrogi, nie do zignorowania. To nie jest tylko skala emocji: to kategorie ryzyka. Źle nazwany lub źle „obsłużony” sen mógł – w wyobraźni epoki – przynieść realny skutek, więc wokół niego narastały procedury ochronne, zaklęcia i zasady wstrzemięźliwości.
I tu dochodzimy do jednego z najbardziej fascynujących haseł słownika Edo: milczenie. W źródłach powraca formuła „夜夢をかたるべからず” – „nie wolno opowiadać nocnego snu”, a obok niej gra słów, która mówi wszystko o mentalności epoki: „放す=話す” (hanasu). To samo brzmienie hanasu można zapisać jako „opowiadać” (話す) i jako „wypuścić” (放す) – więc wypowiedzenie snu staje się jego „wypuszczeniem”, utratą nad nim kontroli, a nawet zepsuciem potencjalnego dobra albo ściągnięciem zła. Sen jest w tej logice czymś, co istnieje także jako „ładunek” – język może go rozbroić albo zdetonować.
Skoro język potrafi zaszkodzić, potrzebna jest też kategoria „snu do odwrócenia” – i tu pojawia się 夢違え (yumechigae): dosłownie „przestawienie snu”, „pomylenie snu”, czyli rytuał i idea, że zły sen można zamienić w nieskuteczny. Wokół tego wyrastały praktyki religijne i ikonografia, jak choćby słynna „夢違観音” – Kannon (jeden z bodhisattwów) od „odwracania” (zamiany) złych snów na dobre, co pokazuje, jak mocno ta kategoria zakotwiczyła się w pobożności i codzienności.
Na drugim biegunie stoi marzenie senne, które „trafia w punkt” – sen spełniony, prawdziwy (we współczesnym języku zwykle 正夢 - masayume). I tu warto od razu dać kolejny termin. Bo Edo i wcześniejsze tradycje lubiły rozróżniać: są sny „puste” (虚), „urojone” (妄), wynikłe z rozchwiania ciała albo natłoku myśli. W tekstach przywołuje się choćby buddyjskie ujęcia, gdzie część snów to po prostu „妄見” – złudne widzenie, bez „rzeczywistej sprawy” pod spodem – a inne mogą pełnić rolę znaku lub ostrzeżenia. Innymi słowy: nie każdy sen zasługuje na sennik, ale każdy sen zasługuje na ostrożność.
I wreszcie hasło-klucz, które spina język z praktyką: czas. W źródłach pojawia się zasada wstrzymania się – sen (zwłaszcza silny, zwłaszcza potencjalnie groźny) bywa czymś, co przez pewien czas należy „przemilczeć”, przechować dla siebie, zanim w ogóle przejdzie się do 夢解き (yume-toki – odczytywanie snu) lub 夢合わせ yume-awase – „dopasowywanie” snu, bardziej techniczne). To działa jak psychologiczny bezpiecznik: nie nakręcać lęku opowieścią, nie dokarmiać obrazu słowem, dać snu się nieco ostudzić – a dopiero potem decydować, czy interpretować, czy odwracać, czy „puścić” (i jak).
Najważniejsze tabu i najdziwniejszy „handel” w Edo
W Edo sen bywał traktowany jak coś zaskakująco kruchego: nie tylko obraz w głowie, lecz „rzecz”, której można zaszkodzić jednym ruchem języka. W sennikach i poradnikach powtarza się zasada niemal dogmatyczna: „nie opowiadać snu” – zwłaszcza zaraz po przebudzeniu. Wprost pada formuła: „夜夢をかたるべからず” („nocnego snu nie wolno opowiadać”). Jak pamiętamy: „hanasu” znaczy „mówić”, ale też „wypuścić”. To nie jest niewinna zabawa kanji: wypuszczenie snu jest rozproszeniem mocy, narażeniem na cudzą zazdrość, a czasem wręcz na odwrócenie szczęścia w nieszczęście.
Co ważne: to tabu nie brało się wyłącznie ze wstydu („a co ludzie powiedzą?”), tylko z wiary w skutek. Źródła pokazują wiarę w to, że sen – dobry czy zły – zmienia status, gdy wchodzi w świat słów. Dobry może „uciec” albo nie dojść do skutku; zły może się „przykleić”, bo dostał karmę uwagi. Dlatego w tekstach praktycznych pojawia się chłodna, proceduralna konsekwencja: skoro nie wolno opowiadać, to trzeba działać inaczej – gestem, formułą, milczeniem. W jednym z popularnych zestawów zaleceń (o rodowodzie starszym niż Edo, ale w Edo przepisanym i używanym) mamy nawet instrukcję „awaryjną”: po koszmarze nie mówić nic (zasada: 不語之), szybko „zastukać zębami” siedem razy (zasada: 叩歯七遍), a potem wykonać rytuał z wodą (以含水向東方噀之 - „(trzymając) wodę w ustach, zwróć się ku wschodowi i rozpyl/wypluj ją (w tę stronę)”). I dopiero wtedy można było wrócić do swojego dnia.
I jeszcze jeden detal, który pięknie pokazuje mentalność mieszkańców Edo: w źródłach pojawia się zasada czasu ochronnego. Sen – zwłaszcza mocny, zwłaszcza niepokojący – bywa czymś, co należy przemilczeć przez trzy dni; dopiero później wolno go „obrabiać” interpretacją. W jednym z fragmentów wprost pobrzmiewa ta logika: „夢を見て三日三夜慎めば…” – „jeśli po śnie zachowasz ostrożność przez trzy dni i trzy noce”, dopiero wtedy można bezpieczniej wejść w znaczenia. A gdy ktoś naprawdę chciał sen zachować, ale nie „wypuścić” go słowami, istniało obejście eleganckie: zapis. Tradycja notowania snów (u mnichów i uczonych – jako ćwiczenie duchowe, forma pamięci, materiał do autorefleksji) działała jak kompromis: sen zostaje „zatrzymany”, ale nie zostaje rzucony w obieg plotki.
A teraz druga strona tej samej monety: skoro sen jest kruchy i nie powinno się go rozpowiadać, to jednocześnie… można go strzec jak własności. I to prowadzi nas do jednego z bardziej „szalonych” pomysłów Edo: sen jako dobro zmieniające właściciela - da się je sprzedać, przejąć, a nawet ukraść.
W opowieściach i anegdotach (często starszych, ale żywych w obiegu Edo) sen działa jak „pakiet losu”: poznasz treść – możesz przejąć część efektu tego snu. Słynny przykład to opowieść „夢買ふ人の事” („O człowieku, który kupował sny”) z „宇治拾遺物語” („Uji shūi monogatari” setsuwa jeszcze z czasów Kamakury), gdzie kluczową rolę gra zawodowa interpretatorka snów – 夢解きの女 (yume-toki no onna ). Fabuła, jak w kryminale: kradzież treści cudzego snu, a potem próba „przepisania” go na siebie dzięki układowi, wiedzy i sprytowi. Źródło, na którym pracujemy, nazywa to wprost „metodą kradzieży snu” (夢窃盗) i pokazuje, że nie chodzi o metaforę, tylko o wyobrażenie realnego transferu szczęścia.
Jeszcze bardziej „rynkową” wersją tej wyobraźni jest motyw kupowania i sprzedawania hatsuyume. W źródłach pojawia się opowieść znana pod nazwą „夢見小僧” („Chłopiec od snów”), krążąca w wielu wersjach: w Nowy Rok gospodarz zbiera służbę i obiecuje pieniądze za dobry sen – byle był to pierwszy sen roku, nawet bez szczególnej treści. I zaczyna się licytacja: chłopiec uparcie nie chce „sprzedać” snu, ceny rosną, a w pewnej wersji dochodzi do absurdalnej kwoty dwudziestu ryō – i co ważne, tekst podkreśla nie tyle chciwość chłopca, co obsesję kupującego: wściekłość nie z powodu ceny, lecz z powodu „utraconej okazji” (człowiek ten miał autentyczne FOMO), jak przy spekulacji czy „okazji inwestycyjnej”. Autor źródła porównuje to wręcz do logiki transakcji, gdzie sam fakt, że można było wejść w posiadanie czegoś szczęśliwego, staje się ważniejszy niż zdrowy rozsądek.
I tu robi się ciekawie historycznie, bo Edo znało też wersję „sprzedaży snu”, która była zupełnie realna – tylko bardziej „materialna” niż w legendach. Mamy świadectwo z zasobów Edo-Tokyo Museum: po mieście chodzili sprzedawcy obrazu „takarabune” (宝船, „statek skarbów” z Siedmioma Bogami Szczęścia, więcej o tym tutaj: Gdy bogowie się śmieją do rozpuku – japońscy Shichifukujin, czyli siedem oryginałów na drodze lekkości i wdzięku) i wykrzykiwali „お宝、お宝” („skarby, skarby!”). Kupowało się ten obraz, wkładało pod poduszkę i recytowało trzy razy słynny palindromiczny wiersz (廻文):
「長き夜の遠の眠りの皆目ざめ、波乗り船の音のよきかな」
(nakaki yo no tō no neburi no mina mezame, nami nori fune no oto no yoki kana.)
„W długą noc, z głębokiego snu wszyscy się budzą — jakże przyjemny jest dźwięk łodzi sunącej po falach.”
Miało to „zaprosić” dobrą pierwszą nocną wróżbę. A jeśli sen był zły, praktyka była równie konkretna: obrazek puszczano z prądem rzeki, jakby fizycznie wynosiło się z domu pecha.

Widzisz, jak to się zazębia? Tabu wypowiadania treści snu i handel snem to nie dwa różne światy, tylko jeden system. Skoro mówienie „wypuszcza” sen (話す/放す), to sen staje się czymś, co może krążyć jak moneta: da się go wypuścić, zatrzymać, przenieść, a czasem nawet odebrać – przez podsłuchanie, zapis, zakup talizmanu albo rytuał odwrócenia. Dlatego w Edo obok senników kwitły też „technologie kontroli snu”: milczenie jako ochrona, zapis jako sejf, obrazek pod poduszką jako zakup szczęścia, a rytuał z wodą i wschodem jako szybka dezaktywacja koszmaru.
Rynek snów
Jak wyglądała realna logika handlu snem w Edo
W Edo „handel snem” działał jak rynek sezonowy: pojawiał się nagle, gęstniał wokół Nowego Roku i równie szybko znikał, zostawiając po sobie tylko plotki, rozgrzane emocje i poczucie, że ktoś „kupił szczęście”, a ktoś inny przespał okazję. Najpierw pojawiał się popyt – zwykle w domu kogoś zamożnego, kto mógł sobie pozwolić na kaprys udający rytuał.
To już pierwszy klucz do zrozumienia rynku: towarem nie jest psychologiczna treść snu, tylko sam fakt posiadania „pierwszego snu”, traktowanego jak noworoczny los na loterii.
Potem przychodziła faza „wyceny” – i tu Edo pokazuje pazury. Transakcja zaczyna się od małej monety: w przytoczonej wcześniej opowieści pada kwota 一分 (ichibu), czyli jedna czwarta ryō, a potem cena rośnie: 二分, 三分… aż wreszcie dochodzi do poziomu groteskowego – 二十両 (20 ryō).
A żeby Czytelnik czuł ciężar tych liczb: w systemie złotej waluty epoki 1 ryō = 4 bu (分). W samym tekście mamy nawet dopowiedzenie, że te 20 ryō to „wielkie pieniądze”. Dla porównania: 6 ryō to była kwota za jeden rok pracy wykwalifikowanego robotnika. Albo inaczej – była to wartość 20 koku ryżu, czyli wyżywienie w ryżu na 20 lat życia.
Najciekawsze jest jednak to, dlaczego ta cena rośnie. Bo nie rośnie „za jakość snu” – kupujący często nawet nie zna jego treści. Rośnie za rzadkość i ryzyko, trochę, jakby sny były egzotycznymi altcoinami na rynku kryptowalut. W źródle pada wprost porównanie: upór kupującego przypomina mechanikę transakcji giełdowej, gdzie człowiek nie wścieka się dlatego, że ktoś podbił cenę, tylko dlatego, że nie udało mu się domknąć transakcji i traci „okazję” – to klasyczna złość z tytułu FOMO.
Innymi słowy: na tym rynku najcenniejsze było nie „co ci się śniło”, tylko że w ogóle masz coś, co można kupić – a kupujący czuje, że jeśli nie kupi teraz, to rok zacznie się bez talizmanu.
W kolejnym kroku rynek ujawnia swój drugi filar: co dokładnie jest sprzedawane. Czasem sprzedaje się „sen” jako abstrakcyjne szczęście (jakby pakiet łaski na cały rok), ale w wielu historiach to bardziej przyziemne: sprzedaje się „opowieść o śnie” – relację, którą kupujący chce usłyszeć. I tu paradoks Edo jest genialny: skoro normalnie snu nie powinno się łatwo wypuszczać w słowa, to opowieść staje się towarem luksusowym – czymś, co możesz dostać tylko wtedy, gdy zapłacisz i gdy druga strona się zgodzi.
Oczywiście Edo nie byłoby Edo, gdyby na tym się kończyło. Istniał też „rynek detaliczny”, znacznie bardziej realny i masowy: nie kupowałeś cudzego snu, tylko kupowałeś sobie narzędzie do przyciągania dobrych snów. I tu wchodzą słynni sprzedawcy obrazków takarabune, którzy w Nowy Rok chodzili po mieście, wołając „お宝、お宝” („Otakara! Otakara!”), sprzedając drzeworyt ze „Statkiem skarbów”. Obrazek ten wkładało się pod poduszkę i wypowiadało trzykrotnie palindromiczny wiersz o łodzi sunącej po falach. W tej wersji „handel snem” był więc nie tyle kupnem omenu od człowieka, co kupnem szansy – jak kupowanie amuletu, losu na loterii, albo dziś: „pakiet premium” na lepszy start.
I jeszcze jedna rzecz, którą warto zobaczyć: ten rynek działał, bo Edo było miastem kontraktów i obiegu. Zauważ, że w opowieściach cena jest ważna nie dlatego, że autor lubi liczby, tylko dlatego, że cena jest dowodem wiary w transfer: skoro płacisz coraz więcej, to znaczy, że naprawdę uważasz sen za coś, co da się „przepiąć” z jednego człowieka na drugiego. Dlatego upór kupującego w tych historiach jest zawsze podobny: to człowiek, który nie znosi myśli, że ktoś inny może mieć „dobry start roku”, a on zostanie z pustymi rękami – bez snu, bez znaku, bez narracji, która porządkuje przypadek.
I tu porównanie do współczesności samo się narzuca (bez moralizowania): czasem nie kupujemy już „snu”, ale kupujemy poczucie, że nie przegapiliśmy czegoś. Chwilę, milcząc zastanówmy się nad tym. Czy naprawdę rynek snów Edo jest tak absurdalny - porównując z dzisiejszym handlem „snami”?
Senniki Edo
W Edo „sennik” nie był mistyczną wiedzą z klasztoru ani tajemnym podręcznikiem dla wybranych, tylko bardzo konkretnym przedmiotem codziennego użytku: małą, drukowaną księgą do wertowania po przebudzeniu – taką, jaką trzymało się w domu obok kalendarza, almanachu i poradników na wszystkie okazje (tak, tak – zwykli mieszkańcy Edo XVIII wieku trzymali takie rzeczy w domu – były powszechne – tak, jak piśmienność).
Obieg senników był masowy: istniały „czyste” książki snów, ale równie często interpretacje snów wchodziły w skład popularnych kompendiów typu „大雑書” (daizassho) – wielofunkcyjnych almanachów, gdzie obok doboru „dobrych dni” na podróż czy ślub znajdowały się rozdziały wprost nazwane „夢の弁” (yume no ben, „o sprawach snu”), „運勢弁” (unsei ben, „o losie”) czy „縁起弁” (engi ben, „o omenach”).
Co ważne: te księgi nie działały jak psychoterapia („co twój sen mówi o tobie”), tylko jak praktyczna instrukcja obsługi znaków („co to znaczy” i „co z tym zrobić”). Dlatego w wielu tytułach powtarza się czasownik „合” – „dopasować, zestawić”: yume-awase to nie romantyczne „układanie snu”, tylko dopasowywanie treści snu do gotowego katalogu omenów. W źródłach widać to wręcz w formie „procedur”: „夢合延寿袋大成” („Yumeawase Enju-bukuro Taisei”) był książką z ilustracjami wielokrotnie wznawianą w całym okresie Edo, a w środku – obok haseł – podawał nawet formułę, którą należało wypowiedzieć trzykrotnie po przebudzeniu (czyli książka była jednocześnie sennikiem i instrukcją obsługi).
Na takiej domowej „półce z marzeniami sennymi” mogły stać obok siebie rzeczy bardzo różne: od najstarszych, „uczonych” prób japonizacji chińskich wzorców – jak „諸夢吉凶和語鈔” (Shomukikkyō Wagoshō, 1713), które badacze opisują jako przekład/adaptację chińskiej tradycji – po późniejsze, popularne wydania o chwytliwych tytułach w rodzaju „夢うらない” (yume-uranai), „弘化新版ゆめはんじ” (Kōka shinpan yume-hanji) czy „新板ゆめあわせ” (shinpan yumeawase).
Katalog świata w miniaturze – według senników
Sennik Edo jest jak miniaturowa encyklopedia rzeczywistości, tylko że ułożona nie według nauki, a według „wrażliwości na los”: ciało, dom, droga, pieniądz, brud, zwierzę, ogień, woda – i nad tym wszystkim cienka warstwa świata niewidzialnego. Kluczowy jest ten odruch epoki: sen nie jest prywatnym filmem, tylko „wydarzeniem”, które ma swoją wagę w świecie (czasem jako omen, czasem jako sygnał z porządku nadludzkiego, czasem jako odbicie stanu ciała).
Najbardziej „zaskakujące” dla współczesnego czytelnika są zwykle te hasła, które dziś uznalibyśmy za wstydliwe albo „brudne” – a które w sennikach funkcjonują jako twarda ekonomia symbolu. W źródłach świetnie widać cały łańcuch tradycji: od chińskich „dziennych kompendiów” i specjalistycznych ksiąg snu, przez anegdoty utrwalające sens, aż po prostą regułę, która staje się memem kultury. Przykład najbardziej rzucający się w oczy: kał i mocz jako pieniądz. W autentycznych materiałach materiałach pojawiają się wręcz zdania w stylu hasła katalogowego („we śnie wielka kupa na ziemi – zysk”), a obok mechanika uzasadnienia: „財本是糞土” („bogactwo z natury jest ‘kupą ziemi’”), dlatego sen o nieczystościach może być snem o pieniądzu.
Analogicznie trumna (棺) potrafi znaczyć awans/urząd, bo „官本是臭腐” („urząd jest z natury ‘cuchnący’ / splątany z rozkładem”). To nie jest poetycka metafora – to jest logika twardego, ludowego realizmu, który sennik zamienia w stałą tabelę ekwiwalencji.
Równolegle biegnie drugi wielki dział: zwierzęta, płodność i „sny-znaki” dotyczące przyszłości rodu. Dla przykładu: w interpretacjach typu „胎夢” (taimu, sny ciążowe) potrafiono odczytywać płeć i „charakter” potomka przez zwierzęcy znak – „wąż jako kobieta”, „niedźwiedź jako chłopiec”.
I wreszcie trzecia oś: świat w obrazkach. Kiedy sennik jest e-iri („絵入” – ilustrowany), zaczyna przypominać nie tyle słownik, ile mały teatr: widzisz symbol, zanim go przeczytasz. Idealnym przykładem jest „夢合長寿鑑絵抄” (yumeawase chōju kagami eshō) – wydanie z połowy XIX wieku, gdzie ilustracja jest główną częścią, a tekst tylko dopina sens. Takie rzeczy w Edo bywały częściowo kolorowane i miały format wygodny do domowego użycia – książeczka do ręki, nie tom na pulpit uczonego.
Baku i inne „narzędzia ochrony”
W Edo sen traktowano jak fragment domu, który da się urządzić: pod głową była nie tylko tkanina i drewno, lecz cała „strefa nocna” z własnymi zabezpieczeniami, jakby człowiek spał w cieniu niewidzialnych drzwi. W tej strefie króluje baku – 獏, znak z kluczem „zwierzę” 犭 i elementem 莫; w dawnych chińskich opisach to stworzenie pożerające metale (mówiono też, że to yokai o żelaznych czy bambusowych „kościach”), ale w Japonii znaczenie przesunęło się w stronę bardzo praktyczną: „zjada koszmary”, więc może „posprzątać” noc. W źródłach z Edo widać, że to nie była tylko bajka, ale tez i zwyczaj: funkcjonowały „baku-fuda” – karteczki/obrazki z baku wkładane pod poduszkę, a z czasem pojawiają się też „baku-makura” (dosł. „poduszka baku”), czyli przedmioty o ambicji ochronnej, nie dekoracyjnej.
Najbardziej „namacalne” jest to, że takie rzeczy naprawdę robiono – i zachowały się jako obiekty muzealne. Przykład niemal modelowy: lakierowana poduszka w technice maki-e z wizerunkiem baku i motywem roślinnym (często w towarzystwie znaków pomyślności), gdzie funkcja jest czytelna: to poduszka, ale jednocześnie amulet w formie użytkowej. W Edo takie „bezpieczniki” mogły być zarówno luksusem (dla zamożniejszych domów), jak i rzeczą bardziej „papierową”, masową – obrazek, talizman, kartka. A obok baku pojawia się drugi odruch, bardzo w stylu Edo: sen można nie tylko „zjeść”, ale też „odwrócić”.
Tu wchodzi wspomniana na początku „Yumechigai Kannon” – 夢違観音. To nie jest abstrakcja z legendy, tylko konkret: w Hōryū-ji istnieje czczony wizerunek znany jako „Yumechigai Kannon”, a sama nazwa podpowiada funkcję – jeśli noc przyniosła zły znak, można prosić o „przestawienie zwrotnicy” losu. Co ciekawe: Kannon trzyma małe naczynie/buteleczkę (胡瓶) – w symbolice buddyjskiej często kojarzoną z „tym, co się przechowuje” (lek, eliksir, dobro), co świetnie pasuje do intuicji mieszkańców Edo, że sen jest czymś, co da się zatrzymać, przenieść, oczyścić.
I jeszcze jedno: Kannon to bodhisattwa współczucia – pierwotnie indyjski Avalokiteśvara, w Japonii często przedstawiany w formie zmiękczonej, „kobiecej” (cudzysłów, bo teoretycznie bodhisattwa nie ma płci).
Kto miał prawo „czytać” sny?
Granica przebiegała mniej między „religią” a „zabawą”, a bardziej między tym, co wystarcza w domu, a tym, co wymaga kogoś z kompetencją. Domowa strona jest prosta: sennik z księgarni, rozmowa z bliskim (czasem opóźniona przez tabu), obrazek pod poduszką, rytuał ochronny. Natomiast kiedy sen zaczynał pachnieć „znakiem zbyt ciężkim” – choroba, podróż, ryzyko, sprawa urzędowa, niepokojący powtarzający się motyw – uruchamiał się świat specjalistów.
W literaturze i przekazach pojawia się pojęcie „yume-toki” – 夢解き (dosł. „rozplątywanie/rozwiązanie snu”), która bywa nie tylko czynnością. Istniała bowiem instytucja „kobiety od snów” (夢解きの女), do której chodziło się „zinterpretować” noc. To ważne, bo pokazuje, że obok domowych książek istniała też usługa interpretacji – osadzona w świecie miko/wróżek, miejskich praktyków, czasem na pograniczu sacrum i rzemiosła. A naukowe opracowania językowe potwierdzają, że słowa typu 夢解・夢解き potrafiły oznaczać zarówno „interpretację”, jak i „osobę, która interpretuje” (czyli specjalistę).
Równolegle funkcjonował porządek bardziej „techniczny”, związany z kalendarzem, kierunkami, dniami pomyślnymi: onmyōdō i jego specjaliści. Nawet jeśli w Edo rola państwowych struktur onmyōdō była inna niż w Heian, logika pozostała rozpoznawalna: są sprawy, w których ludzie chcą konsultować czas, kierunek, ryzyko, a nie tylko „symbol”. I to łączy się z praktyką codzienną: w epoce druku w obiegu były kalendarze i almanachy z informacjami o „dniach” i „znakach”, co dawało zwykłemu mieszkańcowi miasta poczucie, że część niewidzialnej mechaniki świata da się przeczytać jak tabelę.
Sennik w Edo przywracał harmonię
Edo potrzebowało senników z tego samego powodu, z którego my potrzebujemy prognozy pogody, kalendarza i wyciągów z banku: żeby nie iść przez życie wyłącznie „na ślepo”. Sennik porządkował niepewność w małe, zjadliwe hasła; rytuały były higieną lęku – szybkim sprzątaniem po koszmarze, zanim rozleje się na cały dzień; a tabu mówienia snów chroniło coś intymnego i jednocześnie sprawczego, jakby sen był delikatnym listem, który łatwo zgnieść w palcach, jeśli od razu pokaże się go światu. To wszystko nie wymaga naiwnej wiary w magię: wystarczy zrozumieć, że w wielkim mieście, gdzie człowiek ma tysiąc powodów do napięcia, kulturę buduje się także po to, by mieć choć kilka „procedur”, które przywracają porządek.
I może dlatego ta logika z Edo wcale nie jest tak egzotyczna. My też mamy swoje „baku”: szybkie scrollowanie, żeby zagłuszyć niepokój, kubek kawy jako talizman, i nerwowe sprawdzanie, czy „to już się wydarzyło”, zanim się wydarzy. Różnica polega na tym, że Edo nie udawało, iż jest w pełni racjonalne – po prostu budowało praktyczny system operacyjny snu: trochę języka, trochę druku, trochę rytuału, trochę ciszy.
Kiedy następnym razem obudzisz się z dziwnym snem, możesz się uśmiechnąć: gdzieś w cieniu shōji, dawno i daleko, ktoś w podobnej chwili milknął, zastukał zębami siedem razy, spojrzał na wschód… i też próbował zacząć dzień tak, by noc nie dyktowała mu całego roku.