

W dzisiejszym tekście spróbujemy więc uchwycić, czym jest usui — nie jako sucha data w kalendarzu, ale jako pora serca. Pora, w której człowiek nadal stoi po kolana w zimie, a mimo to zaczyna czuć, że coś pod spodem mięknie: świat, pamięć, własna wola, własne „jeszcze nie”. Ustalimy czym jest pora roku „usui”, ale nie poprzez definicje; zrobimy to tak, jak robili to Japończycy od wieków: przez poezję — przez wybrane waka i hokku, w których mróz potrafi być już wiosną, a wiosna potrafi być jeszcze śniegiem. I być może okaże się, że to, co najważniejsze, nie przychodzi w postaci kwiatów — tylko w postaci kępki zwykłej trawy między płatami śniegu.
Sens tej nazwy można streścić tak: śnieg → wilgoć → deszcz — czyli miękki początek ruchu w przyrodzie.

W Japonii odczucie 雨水 (usui) będzie inne w zależności od regionu: Kantō potrafi mieć już bardziej „oddychające” powietrze, Kansai szybciej łapie miękkość, a na północy — w stronę Tōhoku — zima wciąż trzyma mocniej i upiera się przy swoim rytmie – tak jak dziś w Przasnyszu. Ale w języku japońskim fascynuje mnie to, że wiosenny deszcz bywa nazywany tak, jakby miał własną osobowość.


Zapach, który niesie ze sobą taki tłok wspomnień ze wszystkich poprzednich wczesnych wiosen, aż do czasów gdy było się dzieckiem… Nadmiar ten sprawia, że słowa nie chcą ułożyć się w zgrabnie uformowaną wypowiedź, tylko próbują rozsypać się jak para nad mokrym śniegiem: w krótkie, urywane obrazy — ciężkie buty na miękkiej ziemi, kropla spadająca z rynny, cienka strużka wody uciekająca do studzienki, ciemny pas pola, który nagle „oddycha”, twarze rodziców… Jakby pamięć nie chciała mówić zdaniami, tylko szeptem zmysłów, bo ta pora roku nie jest jeszcze opowieścią, lecz przejściem. I wtedy myśl o 雨水 (usui) przychodzi sama: nie jako egzotyczna nazwa z japońskiego kalendarza, ale jako bardzo konkretne doświadczenie — że świat nie zmienia się naraz, tylko mięknie, oddaje się wilgoci, puszcza. Jakby ktoś poluzował zaciśniętą dłoń zimy — jeszcze nie do końca, jeszcze nie bez oporu, ale na tyle, byśmy poczuli pod palcami: woda wróciła do ziemi, a ziemia zaczęła odpowiadać.

不精さや / 掻き起されし / 春の雨
(bushō sa ya / kakiokosareshi / haru no ame)
"Niechęć… a jednak —
wiosenny deszcz mnie podnosi,
wytrząsa z bezwładu."
— Matsuo Bashō, „猿蓑” („Sarumino”), Iga-Ueno, 1691

A potem dzieje się coś ciekawego, bo w środku wiersza pojawia się forma bierna: 掻き起されし — „zostałem poderwany, wyciągnięty”. To mały szczegół gramatyczny, ale on zmienia cały smak hokku. Bashō nie mówi: „wstałem”. On mówi: „mnie podniesiono”. Jakby sprawczość leżała gdzie indziej — w świecie, w porze roku, w kimś, kto odsuwa okrycie futonu, w czymś, co nie pyta o zgodę. I w ten sposób „wiosenny deszcz” staje się czymś więcej niż tłem. Staje się siłą, która działa łagodnie, ale uparcie — nie wali pięścią jak burza, nie rozkazuje, nie przeraża, tylko konsekwentnie przestawia warunki istnienia. Jest jak pierwsza, jeszcze nieśmiała zmiana tonu w rozmowie między zimą a ziemią.

Tu, gdzie jestem teraz, w Przasnyszu, ta prawda ma swój własny, polski kostium. I jednak właśnie wtedy przychodzi ten moment, który trudno nazwać inaczej niż „wilgoć, która pachnie obietnicą”. To jest realny, fizyczny sygnał, że życie wraca najpierw od dołu. W glebie, w mięknięciu, w tej ciemnej warstwie, której nie fotografuje się na pocztówki. Usui mistrza Bashō dziś zawitało nie do Iga-Ueno, tylko do Przasnysza. A może też i do miasta, w którym jesteś Ty, drogi Czytelniku, Czytelniczko?

I gdzieś tu rodzi się pytanie, które ten wiersz zostawia mi w dłoni, kiedy znów patrzę przez okno: czy ja też dam się podnieść temu, co małe? Nie wielkiej idei, nie nowemu planowi, nie „od jutra zmieniam życie”, tylko drobnemu przesunięciu w pogodzie, w świetle, w zapachu. Czy pozwolę, żeby to, co niepozorne — kapnięcie z rynny, wilgotne powietrze, błoto pod butem — uczyniło we mnie ruch?
Bashō nie obiecuje, że będzie łatwo. On tylko pokazuje, że ruch już się zaczął. Nawet jeśli zaczyna się od niechęci. Nawet jeśli zaczyna się od tego, że ktoś (albo coś) musi nas najpierw „wyciągnąć”. I może to jest najbardziej pocieszające w całym tym krótkim wierszu: że w porach przejścia nie trzeba od razu czuć radości. Wystarczy, że świat zaczyna mówić inaczej — a my, prędzej czy później, wstajemy.
雪のうちに 春は来にけり 鶯の
こほれる涙 今やとくらむ
(yuki no uchi ni / haru wa ki ni keri / uguisu no / kōreru namida / ima ya to kuramu)
„Wśród śniegu —
a jednak wiosna już przyszła;
czy łzy piegży,
mrozem skamieniałe,
teraz już zmiękną?”
- Fujiwara no Takaiko, „古今和歌集” („Kokin wakashū”), „Haru-uta jō”,
wiersz 4 (poemat na początek wiosny), dwór Heian-kyō, antologia 905 r.

W pierwszym wersie 雪 (yuki) – śnieg – jest jeszcze „w środku świata”: 雪のうちに (yuki no uchi ni), dosłownie „w obrębie śniegu”, „pośród śniegu”. To piękny chwyt, bo on nie zostawia furtki: tu nie ma roztopów, nie ma kropli, nie ma plusu na termometrze. Jest śnieg i tylko śnieg. A zaraz potem: 春は来にけり (haru wa ki ni keri) — „wiosna przyszła”. Ta końcówka „…にけり” ma w sobie coś z uderzenia świadomości: ach — już przyszła, stało się, choć jeszcze nie umiem tego pogodzić z tym, co widzę.

I wtedy pojawia się 鶯 (uguisu) — piegża japońska, ptak, który w kulturze dworskiej Heian był czymś więcej niż ptakiem: był sygnałem wiosny, „głosem”, na który się czeka. W idealnym świecie uguisu śpiewa, kiedy zaczyna się wiosna, a śpiew jest jak pieczęć na zmianie pory roku. Tyle że tu piegży jeszcze nie ma. Jest tylko wyobrażenie jej łez. I to wyobrażenie jest tak delikatne, że aż boli: こほれる涙 (kōreru namida) — „zamarzające łzy”.

Ostatni wers — 今やとくらむ (ima ya to kuramu) — jest pytaniem podszytym nadzieją. „Czy teraz już się roztopiły?”; „czy już puszczają?”. Nie ma pewności. Jest przeczucie. I to jest najpiękniejszy most do Usui: do tej fazy roku, kiedy jeszcze dominuje zima, ale pod spodem zaczyna pracować woda. Jeszcze nic nie płynie w oczywisty sposób, ale coś już „odpuszcza” w tkance świata.

Wszyscy znamy ten stan, w którym „wiosna już przyszła” w jakimś sensie, czujemy to w nas, w środku, ale pejzaż uparcie nie chce się odbielić. Czas, w którym coś w nas zaczyna się rozluźniać, ale nawyk wciąż trzyma. W którym pragniemy zmiany, a jednak jesteśmy jeszcze pod śniegiem.
I kiedy wracam myślą do tu i teraz, widząc za oknem osiedlowy parking przykryty szczelną płachtą białego puchu, też czuję w sobie jakąś dziwną iskrę wiosny. Serce, które już chce wyprzedzić czas, które już żyje wydarzeniami marca i kwietnia. To jest, tak myślę, esencja pory roku zwanej „usui”.
花をのみ / 待つらむ人に / 山里の / 雪間の草の / 春を見せばや
(hana o nomi / matsuran hito ni / yamazato no / yukima no kusa no / haru o miseba ya)
"Tym, co na kwiaty
czekają wyłącznie —
pokazałbym w górach
wiosnę trawy, co wschodzi
pomiędzy płatami śniegu."
— Fujiwara no Ietaka, „Jinji-shū”, przełom XII i XIII wieku

Pierwsze słowa są lekkim wyrzutem, ale podanym z elegancją: 花をのみ (hana o nomi) — „kwiaty tylko”, „same kwiaty”. To „のみ” jest jak zawężenie pola widzenia: człowiek, który podchodzi do sezonu jak do widowiska, w którym liczy się dopiero kulminacja. Potem 待つらむ人に (matsuran hito ni): „tym, którzy pewnie czekają”. W tym „らむ” jest delikatna ironia i jednocześnie psychologiczna prawda: autor nie wskazuje palcem konkretnej osoby, tylko mówi o postawie — o typie człowieka, który zawsze czeka na efekt końcowy.

Najważniejsze jest jednak ostatnie słowo: 春 (haru) — wiosna. Ietaka mówi wprost: to też jest wiosna. Nie „zapowiedź”, nie „przedsmak”, nie „prawie”. Wiosna. Tyle że nie ta, którą łatwo kochać, bo jest fotogeniczna. Tylko ta, którą trzeba umieć dostrzec. Ale to też jest pełnoprawna wiosna.


Ale nawet jeśli odstawimy na bok całą „herbacianą” tradycję, zostaje psychologia — i ona jest bardzo współczesna. Bo „czekanie na kwiaty” to nie tylko, oczywiście, rzecz o porach roku. To postawa wobec życia. Czekanie na moment, w którym wreszcie będzie ładnie, lekko, jasno, prosto. Czekanie na „prawdziwy początek”, na „idealne warunki”. Tymczasem Ietaka mówi coś przewrotnego: jeśli tak będziesz czekał, prześpisz to, co najważniejsze. Bo życie zaczyna się wcześniej, w surowości, w półcieniu, w mrozie, który jeszcze trzyma, ale już nie jest absolutny.
春霞 / たてるやいづこ / みよしのの / よしのの山に / 雪はふりつつ
(haru gasumi / tateru ya izuko / mi-yoshino no / yoshino no yama ni / yuki wa furitsutsu)
„Wiosenna mgiełka —
gdzież się podnosi?
W Yoshino, w górach Yoshino,
śnieg wciąż pada,
a jednak…”
— autor nieznany, „古今和歌集” („Kokin wakashū”),
wiersz 3 (przed rokiem 905).

W waka wszystko zaczyna się od słowa 春霞 (haru gasumi) — „wiosenna mgiełka”. To ważne, bo w japońskiej tradycji 霞 (kasumi) nie jest po prostu meteorologicznym „zamgleniem”. To znak pory roku, filtr nałożony na pejzaż. Zimą powietrze jest suche i ostre, a gdy wiosna się zbliża, w atmosferze pojawia się więcej drobnych cząstek i wilgoci, przez co dalekie plany zaczynają się rozmywać. I co ciekawe, język rozróżnia to poetycko: „霞” jest sezonowa dla wiosny, a „霧” (kiri, mgła) częściej niesie odcień jesienny — zjawisko fizycznie podobne, ale emocjonalnie inne.



Wiersz uczy nas, że w przejściach najtrudniejsze jest to, iż znaki są sprzeczne. Umysł chce prostej narracji: „było — skończyło się — zaczęło się”. A natura odpowiada: „nie, będzie chwilę naraz jedno i drugie”. Wiosenna mgiełka i padający śnieg w tym samym kadrze. Nadzieja i zwątpienie w tym samym oddechu. To dlatego ten utwór jest tak prawdziwy: on nie udaje, że wiosna wchodzi jak aktor na scenę. Ona wchodzi jak filtr, jak półprzezroczysta warstwa, która nakłada się na zimę, zanim ją zastąpi.

A jeśli jest w tym coś lekko zabawnego, to chyba to, że zima potrafi jeszcze z pełną powagą kazać nam skrobać szyby, a jednocześnie w tej samej chwili oddaje ziemi kroplę po kropli, po cichu podpisując własną kapitulację. W usui uczy mnie to jednej rzeczy: nie ufaj wyłącznie temu, co głośne i oczywiste — bo prawdziwe zmiany rzadko są głośne. Często zaczynają się tak skromnie, że da się je przeoczyć… chyba że akurat stoisz przy oknie i masz w sobie odrobinę cierpliwości.
未開 ソビエライ
Sprawdź podobne artykuły:
Jesienny spacer z mistrzami haiku - czuć „po japońsku” wśród polskich brzóz
Cisza bezkresnej bieli – zimowe haiku lustrem duszy
Polując na czas. Jesienne spacery momijigari jako lekcja japońskiej uważności.
Zimowe yōkaie – jak Japonia opowiada lęk, gdy zgubisz drogę w śniegu?
Poezja przy sake – mistrz Senryū i jego radośnie złośliwa przenikliwość
未開 ソビエライ
Pasjonat kultury azjatyckiej z głębokim uznaniem dla różnorodnych filozofii świata. Z wykształcenia psycholog i filolog - koreanista. W sercu programista (gł. na Androida) i gorący entuzjasta technologii, a także praktyk zen i mono no aware. W chwilach spokoju hołduje zdyscyplinowanemu stylowi życia, głęboko wierząc, że wytrwałość, nieustający rozwój osobisty i oddanie się swoim pasjom to mądra droga życia. Autor książki "Ścieżki. Japoński spokój wśród polskich brzóz", "Silne kobiety Japonii" oraz periodyku o ukiyo-e "Ukiyo-Japan".
"Najpotężniejszą siłą we wszechświecie jest procent składany." - Albert Einstein (prawdopodobnie)
___________________
Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami czy uwagami o stronie lub apce? Zostaw nam wiadomość, odpowiemy szybko. Zależy nam na poznaniu Twojej perspektywy!